Posts Tagged „finanse publiczne”<

Piękny projekt unijnego budżetu

4 paź 2011

80 miliardów euro funduszy dla Polski, elastyczne zasady finansowania projektów, kary dla łamiących kryteria z Maastricht – to piękny projekt unijnego budżetu, który z pewnością trzeba uznać za wielki sukces polskiej dyplomacji.

Problemy jednak jak zwykle tkwią w szczegółach i możliwe, że z tego pięknego planu niewiele wyjdzie.

Przede wszystkim ryzykowne są plany odbierania funduszy wszystkim krajom, które mają zbyt wysoki deficyt finansów publicznych lub dług publiczny. Każdy ekonomista powie, że jest to bzdura, bo oznacza to zabieranie pieniędzy tym, którzy i tak są w kłopotach. Ale być może to ważne postanowienie zmusi zbyt populistyczne rządy do opamiętania się w wydawaniu pieniędzy i Europa przestanie się w końcu zadłużać. Warto jednak pamiętać, że mechanizmy karania rozrzutnych państw istnieją i obecnie, ale niewiele z tego wynika. Silne i wielkie państwa Europy łamały dyscyplinę finansów, ale umiały zablokować próby ich karania, małe i słabe kraje zaś po prostu fałszowały statystyki.

Dlatego znacznie ważniejszym dla nas pożytkiem z najnowszego projektu Komisji Europejskiej jest plan przekazania Polsce 80 mld euro funduszy w latach 2013 – 2020. Kwota ta może przesunąć nas cywilizacyjnie o kilka lat do przodu. Trzeba jednak pamiętać, że to jest tylko projekt, który zostanie radykalnie obcięty, jeżeli za parę miesięcy okaże się, że kryzys finansowy się pogłębia.

Dlatego klucz do realizacji tego pięknego planu Komisji Europejskiej leży w konsekwentnej walce z obecnym załamaniem gospodarczym. Dziś Europa (w tym Polska) musi oszczędzać i uzdrowić swoje finanse, by móc za kilka lat inwestować w przyszłość, czyli w fundusze unijne. Dla Polski nowy plan to nie tylko obietnica wielkich pieniędzy, ale też większe ryzyko ich utraty, jeżeli komuś niespodziewanie przyjdzie do głowy realizować wszystkie swoje obietnice wyborcze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polityczny karnawał w emerytalnym poście

31 mar 2011

Batalia o zmiany w systemie emerytalnym właściwie się skończyła. Radość niczym nie ograniczanego rozdawnictwa publicznych pieniędzy zwyciężyła nad ideą dyscypliny i myślenia w perspektywie nieco dłuższej niż najbliższe wybory

Zmiany przeprowadzono pod hasłem walki z rakiem rosnącego zadłużania państwa, ale nim jeszcze do funduszy emerytalnych zaczęły płynąć niższe składki okazało się, że pieniądze te nie zostaną zaoszczędzone, ale przynajmniej w części wydane na bieżące potrzeby.
Jeszcze w trakcie debaty z Leszkiem Balcerowiczem minister Jacek Rostowski mówił, że obcięcie składki pozwoli nie tylko na zmniejszenie długu, ale umożliwi też zwiększenie wydatków na infrastrukturę, naukę, a w dalszej przyszłości nawet zmniejszenie podatków.

Dalsze dowody na to, o co chodzi w reformie OFE, pokazały się w ostatni poniedziałek. „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że rząd szykuje plan rozdawania uczniom laptopów. To piękna idea, choć osobiście rozdawałbym te urządzenia nie wszystkim, ale tylko tym, których na taki sprzęt nie stać. Jednak takich pięknych, wartych kilkaset milionów złotych planów nie powinno się snuć w czasach kryzysu. Podobnie jak warto powstrzymać się z planami podwyżek dla armii.

Albo mamy okres niepewności, światowych zawirowań gospodarczych, drogich surowców, wojen domowych w krajach arabskich, kłopotów kolejnych krajów strefy euro i niepewnego kursu złotego, albo mamy okres prosperity, w którym można sobie pozwolić na poluzowanie wydatków. Niestety, wygląda na to, że dziś rząd powinien być ostrożny, bo nie wiadomo, w jakim kierunku rozwinie się sytuacja na świecie.

Tymczasem rządowy plan wyjścia z pułapki nadmiernego zadłużenia opiera się na wysokim 4-proc. wzroście gospodarczym do 2014 roku. To jest możliwe, ale tylko pod warunkiem, że na świecie nie dojdzie do żadnych poważnych zawirowań.

Dyskusja o OFE ujawniła jeszcze jedno zagrożenie dla finansów. Obie strony sporu dyskutowały z czyich pieniędzy powinny być płacone przyszłe emerytury. Ale dość wstydliwie pomijano kwestię ich wysokości. Tymczasem dla większości obywateli to może być kluczowy problem. Jeżeli rzeczywiście okaże się, że przeciętnie emerytura będzie stanowić około 1/3 ostatniej płacy, czyli w dzisiejszych warunkach wyniesie około 1,2 tys zł, to będzie dramat, bo dziś jest to ponad 1,8 tys. złotych. Jeżeli rzeczywiście będziemy mieli spadek wysokości emerytur, to znaczy, że cała ta reforma rozsypie się za parę lat.

Nie ma co liczyć, że tak liczna grupa ludności w demokratycznym państwie da się zepchnąć do takiego poziomu życia. Oni wymuszą od państwa wyższe świadczenia. Jeżeli rząd odpowiedzialnie chce rozmawiać o emeryturach to nie może sprowadzać dyskusji tylko do kwestii OFE. Jest pewne, że powinniśmy więcej oszczędzać i dlatego debata na temat emerytur musi trwać nadal.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Srebra rodowe sprzedam, władzy nie oddam

29 mar 2011

Na jesień Skarb Państwa zapowiada rekordowo wielką ofertę sprzedaży akcji. Do inwestorów trafią akcje PKO BP warte ponad 12 miliardów złotych. To o połowę więcej, niż warta była do niedawna największa oferta, czyli ubiegłoroczna sprzedaż walorów PZU. Jeszcze przed wakacjami państwo zamierza również sprzedać za około 5 miliardów złotych prawie połowę akcji Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Te oferty to jednak nie prywatyzacja, ale dojenie kieszeni inwestorów, a czasami nawet innych firm państwowych.

Co ważne, mimo sprzedaży ponad połowy akcji firm, państwo tylko teoretycznie oddaje kontrolę prywatnym inwestorom. Docelowo w rękach Skarbu pozostanie tzw. pakiet blokujący, czyli 25 proc. plus jeden głos. Ponadto pozostali akcjonariusze mają nie mieć nic do powiedzenia. W PKO BP czy w PKN Orlen żaden z nich nie będzie mógł mieć więcej niż 10 proc. głosów. Sprowadza to ich do roli obserwatorów oraz odbiorców dywidend. Nie ma mowy o udziale w zarządzaniu. Wystarczy zobaczyć, jak państwo dyktuje składy rad nadzorczych lub prowadzi konkursy na prezesów wielkich spółek, w których często nie ma nawet większości głosów.

Tak więc te wielkie oferty sprzedaży państwowych akcji, to nie zmiana filozofii rządzenia, to nie oddanie władzy w firmach w prywatne ręce. To działanie wymuszone przez sytuację budżetu i próba niedopuszczenia do tego, aby dług publiczny przekroczył konstytucyjne limity. Państwo nie chce wyrzec się ani jednego stołka w zarządach największych spółek. Niestety, to działanie zgodne z oczekiwaniami społeczeństwa i pracowników firm, których akcje są sprzedawane.

Czy z tego powodu należy uznać te działania za błąd? Niekoniecznie. Obawa przed niebezpieczeństwem, że największe i najbardziej efektywne polskie firmy staną się końcówkami zachodnich i wschodnich koncernów, jest uzasadniona. Istotne jest utrzymanie w rękach państwa paru spółek przesyłu energii i paliw. Ostatni kryzys pokazał, że dobrze jest, gdy przynajmniej część gospodarki nie będzie sterowana z zagranicy.

Nie oznacza to jednak, że w takich firmach powinni rządzić urzędnicy i politycy. Ich rola powinna ujawniać się wyłącznie w skrajnych sytuacjach. Gospodarka, by była efektywna, musi być kierowana przez prywatnych właścicieli. Czekające nas pseudoprywatyzacje są więc mimo wszystko dobre, bo stwarzają prywatny akcjonariat. Ważne, by w ślad za akcjami państwo stopniowo przekazywało również władzę w spółkach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pakiecik zmian nieskuteczny i tymczasowy

8 mar 2011

Reformy uzdrawiające państwo muszą kosztować. Im większa potrzeba zbilansowania finansów, tym zmiany są boleśniejsze. Sytuacja gospodarcza Polski nie jest zła, więc trzeba uznać, że kwota niespełna 3 tys. zł oszczędności państwa rocznie przypadająca na rodzinę, w której jest dwoje pracujących (podatników), to nie wygórowana cena.

Gdyby obecny rząd wziął się za uzdrawianie państwa  na początku, a nie w końcu kadencji wyrzeczenia byłyby jeszcze mniejsze. Zresztą te koszty, tak jak to w statystyce bywa, są tylko przybliżeniem, które ma pomóc zorientować się nam w rozmiarach oszczędności zaplanowanych przez ministra Jacka Rostowskiego. W tę kwotę jest na przykład wliczony efekt zmian w systemie emerytalnym, czego skutki odczujemy za wiele lat, a także rosnąca akcyza na papierosy (niepalący są zdrowsi i bogatsi) czy zniesienie ulg na biokomponenty do paliwa. W sumie więc rzeczywiste widoczne koszty społeczne bilansowania finansów państwa będą dla wielu rodzin znacznie mniejsze.

Trzeba pamiętać jednak,  że ten plan oznacza zahamowanie wzrostu gospodarczego. Nie chodzi tylko o ograniczenie skali działania funduszy emerytalnych i wynikające  z tego gorsze warunki rozwoju giełdy finansującej gospodarkę. Początkowo ważniejsze będzie ograniczenie wydatków na infrastrukturę. Te inwestycje współfinansowane pieniędzmi unijnymi były jednym z czynników, który pozwolił Polsce przetrwać okres światowej recesji.

Najważniejsze jest jednak to, że ten pakiecik zmian nie załatwia do końca żadnego z wielkich problemów naszej gospodarki. Nadal mamy problemy np. z nieprzynoszącymi efektów ulgami podatkowymi, wydatkami na rolnictwo czy niesprawnym systemem wspierania rodziny. Ustawowe ograniczenie wydatków państwa tego wszystkiego nie załatwi.

Plan Rostowskiego ma ponoć pozwolić rządowi na doczołganie się do wyborów bez bolesnych cięć. A potem naród dowie się, jakie ważne reformy są szykowane…

Tylko dlaczego minister, który przez trzy lata nie widział potrzeby zmian, teraz nagle miałby zmienić poglądy? Bardziej prawdopodobne jest, że Bruksela wymusi na nas drobne korekty w wydatkach, a na poważną reformę i wyrzeczenia poczekamy. Do prawdziwego kryzysu. Ale to już nie będzie problem premiera Tuska i ministra Rostowskiego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kończ, wstydu sobie oszczędź

10 lut 2011

Wojna o emerytury weszła w ostatnią fazę. Nerwy puściły i elegancka, choć nie bardzo uczciwa, debata przekształciła się w monologi, niemające wiele wspólnego z rzeczywistością, logiką i dobrymi obyczajami. Początek był obiecujący. Obóz rządowy wskazał fundusze emerytalne jaka kandydata na ofiarę i zaczęła się nagonka. Początkowo celem polowania miało nie być mięso czy futro zwierzyny, ale interes innych mieszkańców lasu, czyli w tym wypadku emerytów. Ponoć chciano tylko poprawić wydajność systemu.

Tylko jeden z myśliwych, niezwykle aktywna w nagonce minister pracy Jolanta Fedak, od początku nie ukrywała, że chodzi o zabranie ofiarom tego z czego żyją, czyli składek. Jej interes w tej sprawie był jasny. Lepiej zająć się polowaniem na prywatne fundusze emerytalne niż na ubezpieczenia rolnicze, w których państwo topi niemal tyle samo pieniędzy, choć podtrzymują one życie znacznie mniejszej grupy Polaków.

Potem było coraz gorzej. Pojawiły się nawet sugestie, że albo się odstrzeli trochę składki do OFE, albo trzeba będzie podnosić podatki. Jednocześnie cały czas mówiono o rosnących kosztach emerytalnej reformy Leszka Balcerowicza. I to był dopiero szczyt hipokryzji w walce o OFE. Przecież reforma OFE nic nie kosztuje. Na fundusze nie są wydawane żadne dodatkowe publiczne  pieniądze. Wszystko jest odkładane na później. Podatnicy płacą tylko za obecnych emerytów. W perspektywie 30 lat ten system miał umożliwić państwu wywiązywanie się z obietnic wobec emerytów. Poprzedni system emerytalny nie dawał takiej szansy. Gwałtownie pogarsza się bowiem proporcja między liczbą emerytów i płacących składki. By w starym systemie utrzymać emerytury na obecnym poziomie, składki płacone przez emerytów musiałyby się chyba podwoić.

Zresztą to nie jedyny fałsz powtarzany w tej bitwie o OFE. Największy to obietnica, że emerytury wzrosną po obcięciu składek płaconych do funduszy. Gdy premier to publicznie obiecywał, zapomniał dodać, że dotyczy to tych, którzy dobrowolnie zaczną płacić dodatkowe składki. Ilu spośród najmniej zarabiających będzie w stanie jeszcze odłożyć 4 proc. zarobków?

Ostatnio wszystkich myśliwych wyprzedził minister Rostowski, który nazwał OFE rakiem niszczącym system emerytalny i finanse publiczne.

Tymczasem prawda jest dość banalna. Obecny system OFE ma z pewnością wiele wad. Ale rząd chce go rozmontować nie z tego powodu, tylko dlatego, że potrzebne mu są pieniądze, bo mamy błyskawicznie narastający dług publiczny i boimy się zawirowań na światowych rynkach finansowych. Ten system stwarzał nadzieję na zdrowe finanse publiczne za około 20 lat. Ale by dotrwać do tego czasu, trzeba było oszczędzać. Ten rząd nie zamierzał tego robić. Teraz, by załatwić bieżące problemy, przekazuje ich ciężar naszym dzieciom i obciążamy nimi gospodarkę. Trudno, może nie ma innego wyjścia. Ale skończmy z mówieniem, że celem tego polowania z nagonką było dobro naszego lasu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Reformyskuteczne, ale nie rewolucyjne

26 sty 2011

Po Leszku Balcerowiczu większość Polaków spodziewałaby się radykalnego planu uzdrowienia finansów publicznych. Głębokich i bolesnych cięć wydatków, po których do Warszawy zjeżdżają tysiące demonstrantów, a rząd przegrywa wybory. Oczywiście, taki program teoretycznie przyniósłby Polsce uzdrowienie finansów publicznych, ale żadna siła polityczna nie podjęłaby się jego wprowadzenia. Tymczasem przedstawione przez byłego wicepremiera we wtorek propozycje zmian w finansach publicznych są nieomal delikatne. Oszczędności w pierwszych latach mają wynieść po 20 – 30 mld zł i wielu Polaków może nawet się nie zorientować, że rząd uzdrawia budżet.

Oczywiście z planem tym nie trzeba się w całości zgadzać. Dla mnie np. najbardziej dyskusyjne jest, czy w obecnej sytuacji demograficznej można oszczędzać na ulgach prorodzinnych. Ważny jest jednak przede wszystkim stopniowy, nie szokowy charakter tych reform.

Polska bowiem może sobie jeszcze dziś pozwolić na właśnie takie posunięcia. Nie mamy noża na gardle. Gospodarka się rozwija i mamy jeszcze duże możliwości manewru, zanim błyskawicznie narastający dług publiczny zacznie dusić finanse publiczne i cały rynek kapitałowy.

Z przedstawionego planu politycy (zwłaszcza z rządu) powinni wziąć dwie lekcje. Po pierwsze, są możliwe reformy, które nie nastawiają większości społeczeństwa przeciw rządowi. Efekty takich zmian przychodzą stopniowo. Po drugie, właśnie te spokojne zmiany są znacznie lepszym wyjściem niż np. demontaż systemu emerytalnego lub spokojne przyglądanie się rosnącemu długowi publicznemu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop