Zaczyna się gospodarczy maraton

10 paź 2011

Drugie exposé Donalda Tuska powinno być zdecydowanie krótsze i bardziej konkretne niż pierwsze. Przed rządem staje kilka zadań, których nie da się po prostu ominąć czy przeczekać. Przed czterema laty premier przez kilka godzin składał obietnice, które w zdecydowanej większości nie zostały zrealizowane. Znakiem rozpoznawczym jego pierwszej kadencji był przede wszystkim spokój w realnej gospodarce i znaczące inwestycje infrastrukturalne (zwłaszcza drogi). W drugiej kadencji przewidywalna spokojna polityka gospodarcza i sprawne wydawanie pieniędzy na pewno nie starczą, by za kolejne lata Platforma mogła znów powtórzyć sukces wyborczy.

Pierwsza kadencja koalicji PO i PSL przebiegała pod znakiem ciężkiego światowego kryzysu finansowego, z którego Polska wyszła obronną ręką. Jednak ceną za to był wysoki przyrost długu publicznego. Rząd długo nie umiał zahamować wzrostu wydatków w sytuacji, gdy przychody budżetu przestały rosnąć. W efekcie mieliśmy rekordowy deficyt finansów publicznych.

Teraz sprawa zatrzymania wzrostu zadłużenia stanie się pierwszoplanowym zadaniem rządu. Trzeba zmniejszyć deficyt. Większość ekonomistów jest przekonana, że szybko usłyszymy o planach zwiększenia przychodów państwa, czyli de facto podniesienia opodatkowania. Trzeba liczyć na to, że walka z deficytem po raz kolejny nie będzie oznaczać przejadania oszczędności, czyli np. likwidacji lub zmniejszenia funduszy emerytalnych.

Wiadomo natomiast, że ten rząd – z powodu obecności w nim PSL – najprawdopodobniej nic nie zrobi w sprawie KRUS. Nadal państwo będzie wydawać na ten cel co roku kilkanaście miliardów złotych.

Kwestia naszego zbyt wysokiego zadłużenia przestała być tylko wewnętrzną sprawą Polski. W tej sprawie będzie mocno naciskać na nas Bruksela. A od tego, jakie podejmiemy działania, zależeć będzie pozycja Polski w Unii. Jako kraj pełną garścią czerpiący z funduszy unijnych musimy domagać się uzdrowienia eurolandu, a nie możemy tego robić, jeśli sami będziemy mieli nieuporządkowane finanse publiczne.

Druga kadencja premiera Donalda Tuska będzie więc trudniejsza od pierwszej. Jego rząd będzie musiał liczyć się  z opozycją znacznie bardziej profesjonalną niż PiS – choćby z Ruchem Palikota. Na szczęście Platforma, idąc do wyborów, nie składała obietnic, które mogłyby zrujnować budżet lub rozgoryczyć ludzi w przypadku ich niedotrzymania. Tusk potrzebował będzie jednak znacznie większej determinacji w działaniu niż w marketingu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Piękny projekt unijnego budżetu

04 paź 2011

80 miliardów euro funduszy dla Polski, elastyczne zasady finansowania projektów, kary dla łamiących kryteria z Maastricht – to piękny projekt unijnego budżetu, który z pewnością trzeba uznać za wielki sukces polskiej dyplomacji.

Problemy jednak jak zwykle tkwią w szczegółach i możliwe, że z tego pięknego planu niewiele wyjdzie.

Przede wszystkim ryzykowne są plany odbierania funduszy wszystkim krajom, które mają zbyt wysoki deficyt finansów publicznych lub dług publiczny. Każdy ekonomista powie, że jest to bzdura, bo oznacza to zabieranie pieniędzy tym, którzy i tak są w kłopotach. Ale być może to ważne postanowienie zmusi zbyt populistyczne rządy do opamiętania się w wydawaniu pieniędzy i Europa przestanie się w końcu zadłużać. Warto jednak pamiętać, że mechanizmy karania rozrzutnych państw istnieją i obecnie, ale niewiele z tego wynika. Silne i wielkie państwa Europy łamały dyscyplinę finansów, ale umiały zablokować próby ich karania, małe i słabe kraje zaś po prostu fałszowały statystyki.

Dlatego znacznie ważniejszym dla nas pożytkiem z najnowszego projektu Komisji Europejskiej jest plan przekazania Polsce 80 mld euro funduszy w latach 2013 – 2020. Kwota ta może przesunąć nas cywilizacyjnie o kilka lat do przodu. Trzeba jednak pamiętać, że to jest tylko projekt, który zostanie radykalnie obcięty, jeżeli za parę miesięcy okaże się, że kryzys finansowy się pogłębia.

Dlatego klucz do realizacji tego pięknego planu Komisji Europejskiej leży w konsekwentnej walce z obecnym załamaniem gospodarczym. Dziś Europa (w tym Polska) musi oszczędzać i uzdrowić swoje finanse, by móc za kilka lat inwestować w przyszłość, czyli w fundusze unijne. Dla Polski nowy plan to nie tylko obietnica wielkich pieniędzy, ale też większe ryzyko ich utraty, jeżeli komuś niespodziewanie przyjdzie do głowy realizować wszystkie swoje obietnice wyborcze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cieszmy się, że nie mamy jeszcze euro

21 wrz 2011

W czasach kryzysu tania waluta bardzo się przydaje. Przede wszystkim nie ma kłopotów z eksportem, mimo że międzynarodowa wymiana handlowa słabnie. Firmy produkujące tylko na potrzeby lokalne też mają łatwiej, bo konkurencyjny import drożeje. Dodatkowo taki kraj staje się relatywnie tani, więc i turyści chętniej przyjeżdżają. Opłaca się też przenosić do takiego kraju produkcję z zagranicy, bo robocizna tanieje. Jeśli jeszcze dodatkowo otrzymuje się jakieś waluty z zagranicy (np. jako fundusze unijne  i dopłaty rolnicze), to ich  wartość po przeliczeniu na miejscową walutę znacząco wzrasta.

W sumie więc w czasach, gdy na świecie wszyscy czekają na załamanie gospodarcze, dobrze mieć słabą walutę, bo rosną szanse na szybsze wyjście z kryzysu.

Pamiętajmy też, że tani  złoty to drogi import, co jest szczególnie istotne np. przy paliwach, które praktycznie  w całości importujemy.

Jednak ważne jest, że słabe waluty często charakteryzują się dużą zmiennością kursów. I to jest najgorsze, bo trudno  przez dłuższy czas budować silną gospodarkę z walutą, której wszyscy się boją.

Inwestorzy nie chcą kupować akcji i obligacji, nie chcą lokować depozytów w takim pieniądzu. Zamiast solidnych długoterminowych graczy przychodzą spekulanci pogłębiający jeszcze wahania. Kupiec z zagranicy kupujący w Warszawie za np. 250 tys. euro akcje warte milion złotych nie powinien drżeć, że następnego dnia jego portfel schudnie o 6 tys. euro tylko dlatego,  że złoty w nocy osłabił się o 10 groszy.

W sumie warto się cieszyć, że nie przyjęliśmy jeszcze euro. Dzięki temu spokojnie gonimy najbogatsze kraje Unii. Ale nie wolno liczyć, że tania, chwiejna waluta będzie naszym stałym znakiem rozpoznawczym i przepustką do klubu najbogatszych. W dłuższej perspektywie to jest nie do utrzymania.

Jeżeli chcemy utrzymać gospodarcze zdobycze pierwszych lat naszej obecności w Unii, musimy stopniowo szykować się do przystąpienia do eurolandu. Trzeba dbać o nasz wizerunek jako solidnego państwa, silnie związanego z potęgami gospodarczymi Unii.

Tania, chwiejna waluta  to strategia tylko na krótką metę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rynki finansowe krzywdzą Polskę

13 wrz 2011

Inwestorzy wyceniają ryzyko bankructwa Polski w najbliższych pięciu latach aż na 15 proc. To ocena zupełnie nierealna i krzywdząca. Jednocześnie widać, że podobnie oceniane są państwa o znacznie bardziej rozwiniętych i stabilnych gospodarkach. Mamy więc panikę, która ogarnęła rynki finansowe oczekujące jakiejś światowej katastrofy.

Jeszcze niedawno nasza gospodarka mimo ewidentnych sukcesów była uważana za bardzo ryzykowną, choćby w porównaniu z Węgrami czy Czechami. Dziś rynki mimo paniki zróżnicowały wyceny ryzyka bankructwa większości krajów naszego regionu. Poziom Czech jest zdecydowanie bliższy Niemcom niż Polsce. Ale ryzyko upadłości Węgier, Rumunii i Bułgarii jest jeszcze znacznie większe od naszego.

O tym, że cały ten system nosi znamiona szaleństwa, świadczy choćby to, że ryzyko bankructwa Włoch jest dziś uznawane za większe niż w przypadku Polski. Oczywiście to wszystko jest chore, ale niestety ta zabawa ma swój realny wymiar. Państwa uznawane za ryzykowne pożyczają pieniądze znacznie drożej od tych „bezpiecznych”. Dobrze więc, że Polska przygotowała się na kryzys i dziś mamy odłożonych tyle pieniędzy, że przez parę miesięcy nie musimy pożyczać. Jeżeli jednak chcemy być dobrze oceniani, trzeba szybko zmniejszać deficyt finansów publicznych. Najlepiej, gdybyśmy nie musieli w ogóle pożyczać. Wizerunek Polski musi być tak przejrzysty i pewny, by nawet najbardziej szalony i pazerny finansista nie śmiał mówić o potencjalnym naszym bankructwie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z Unią trzeba być nachalnym

12 wrz 2011

Jeśli chcemy coś osiągnąć w Brukseli, jeżeli chcemy być skuteczni, musimy być nachalni. Abyśmy byli jeszcze bardziej efektywni w załatwianiu swoich interesów, powinniśmy występować w możliwie licznym towarzystwie innych zainteresowanych krajów. Dlatego należy zdecydowanie pochwalić inicjatywę Polski zorganizowania spotkania ministrów siedmiu krajów Unii, które nie są członkami eurolandu, ale zobowiązały się do przyjęcia w przyszłości wspólnej waluty. Bruksela nie będzie mogła lekceważyć tak licznej grupy państw i z pewnością przynajmniej rozważy dopuszczenie ich do rozmów (choćby jako obserwatorów) w sprawie reformy unii walutowej.

Świadomie używam wobec tej zdecydowanej akcji słowa „nachalny”, bo jeszcze tydzień temu premier Tusk w Sejmie użył tego określenia stwierdzając, że w sprawie reformy eurolandu nie możemy wypowiadać się właśnie w ten sposób, bo nie jesteśmy członkiem tej grupy państw. Na szczęście zmienił zdanie.

Sprawa reformy Unii robi się niezwykle pilna, bo wiele wskazuje na to, że załamanie na giełdach przekształci się w kłopoty całej światowej gospodarki. A jeśli tak się stanie, to wspólne zdrowe zasady prowadzenia finansów publicznych będą niezbędne. Dziś prawdziwe kłopoty mają w eurolandzie tylko trzy niewielkie kraje, a wszyscy się boją, że wspólna waluta tego nie wytrzyma. Wyobraźmy sobie chaos, który powstanie, jeśli kryzys uderzy w któreś z wielkich państw.

Dlatego dobry stan finansów publicznych powinien się stać pierwszoplanowym celem polityki gospodarczej wszystkich krajów. Dotyczy to też Polski. Może nawet, zgodnie ze słowami premiera, jesteśmy przygotowani na kryzys, ale to polega tylko na tym, że państwo ma wystarczająco dużo odłożonych pieniędzy, by uniezależnić się od ewentualnych perturbacji na rynkach finansowych. Jednak w pełni na kryzys przygotowani będziemy tylko wtedy, gdy będziemy umieli zatrzymać wzrost wydatków budżetowych albo nawet zmniejszyć je w sytuacji, gdy zaczną spadać przychody do państwowej kasy.

To oczywiście czarny scenariusz. Jeżeli uda się szybko zreformować Unię, to może najgorsze minie nas bokiem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Budżet zamiatany pod dywan

29 sie 2011

Mimo że publiczna debata na temat oszczędności budżetowych w czasie kampanii wyborczej jest dla gabinetu Donalda Tuska niekorzystna, to nie wolno jej unikać. Przede wszystkim dlatego, że każdy rząd ma skłonność do nadmiernego optymizmu.

Także projekt budżetu na przyszły rok wydaje się nadmiernie optymistyczny. Jasne jest, że wiosną przy jego sporządzaniu nie uwzględniano niebezpieczeństwa powrotu kryzysu finansowego. Ekonomiści szacują dziś, że skala niedoszacowania wydatków i przeszacowania dochodów wynosi od kilkunastu do kilkudziesięciu miliardów złotych. To o tyle dziwne, iż przed paroma dniami w Sejmie premier Tusk chwalił się, że przygotowywaliśmy się na ewentualność powrotu kryzysu. Budżet pożyczał dodatkowe pieniądze, a także – mimo oporu górników – sprzedano akcje Jastrzębskiej Spółki Węglowej i pakiet walorów PZU.

Niestety, dość nierozważnie o naszych ambitnych planach zmniejszania deficytu finansów publicznych poinformowaliśmy oficjalnie Brukselę. Teraz można więc przyjąć dwie strategie. Pierwsza, wypróbowana np. w 2009 r., polega na konsekwentnym udawaniu, że nic się nie dzieje. A więc przegłosujemy nierealny budżet.

Papier Dziennika Ustaw, na którym ustawę budżetową się wydrukuje, nie będzie protestował. Obywatele mogą być trochę zdenerwowani, gdy w przyszłym roku rząd zacznie coś mówić o oszczędnościach, ale wtedy będzie już po wyborach. Ta metoda dopuszcza nawet takie posunięcia jak zgłoszony w niedzielę przez wicepremiera Waldemara Pawlaka pomysł likwidacji podatku Belki, czyli powiększenia nierównowagi w finansach publicznych.
Druga metoda, dużo bardziej dla rządzących niewygodna, to uczciwe powiedzenie społeczeństwu o kłopotach, które do Polski przynosi światowe załamanie finansowe, i o wynikającej z tego potrzebie kolejnych oszczędności. Rząd nie będzie chciał dyskutować o cięciu wydatków czy podnoszeniu podatków, bo to nie poprawia jego wizerunku, ale rolą opozycji jest zmuszenie go do tego. Partie opozycyjne – zamiast opowiadać o zapłodnieniu in vitro, związkach partnerskich czy spóźnieniach pociągów – powinny się zająć najważniejszymi sprawami, od których zależy dobrobyt społeczeństwa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lista pobożnych życzeń

24 sie 2011

Z punktu widzenia gospodarki tegoroczna kampania wyborcza nie jest na razie specjalnie destrukcyjna. Pojawiły się już wprawdzie pojedyncze szkodliwe pomysły, ale zwykle najgorszy będzie wyścig na obietnice, na które nie ma pieniędzy. Wiele z tych deklaracji i tak nie zostanie potem zrealizowanych, ale na pewno rozbudzą apetyty społeczne.

Generalnie rzecz ujmując, stosunek głównych partii (parlamentarnych) do gospodarki jest dość lekceważący. Na półtora miesiąca przed wyborami swój program ekonomiczny oficjalnie przedstawiły PSL, SLD i nieliczący się w rankingach PJN. Pytani o tę kwestię specjaliści Platformy i PiS mówią zazwyczaj enigmatycznie o dawno przygotowanych programach, które w obecnych, trudnych warunkach rynkowych nie mają szans na szybką realizację.

Jeśli jednak nie zna się wypowiedzi ekspertów, to można odnieść wrażenie, że poglądy gospodarcze niektórych partii są skrajne i niechybnie prowadzą do krachu. To zresztą zrozumiałe, bo politycy, mówiąc o programach, wybijają jego najbardziej wyraziste elementy. W efekcie gdyby próbować wyobrazić sobie program PiS tylko na podstawie ostatnich wystąpień prezesa Jarosława Kaczyńskiego, to mogłoby się wydawać, że jego clou jest obrona polskiej gospodarki przed zdominowaniem jej przez obcy kapitał.

Podobnie PSL. W jego programie o gospodarce zapisane są niemal wyłącznie hasła typu: więcej, lepiej i bezpieczniej (plus głęboka nieufność wobec obecnego systemu emerytalnego). O tym, że partia ma konkretne propozycje, można się dowiedzieć dopiero po rozmowie z ekspertem.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Polska przespała euro

23 sie 2011

Prawdziwa Unia Europejska dopiero się rodzi.

Ostatnie ustalenia przywódców Niemiec i Francji powodują, że zamiast luźnej federacji w pełni suwerennych państw powstanie wielki organizm połączony nie tylko walutą, ale też wspólnymi władzami, podatkami i polityką gospodarczą, i to w tym najzdrowszym, to znaczy niemieckim, wydaniu. Problemem jest to, że ta nowa Unia obejmie tylko państwa, które zdążyły wprowadzić euro. Co ważne, również tylko one będą decydowały o kształcie tego nowego jądra UE. Polska nie znalazła się w tym elitarnym gronie i nie będziemy mieli wpływu na kształt, jaki przyjmie euroland, do którego formalnie zobowiązaliśmy się przystąpić.

*

Tylko teoretycznie mogło być inaczej. Wyobraźmy sobie, że Polska zrealizowała plan premiera Tuska przedstawiony na Forum Ekonomicznym w Krynicy we wrześniu 2008 roku. Premier zapowiedział przyjęcie wspólnej waluty od początku 2011 roku. W tak krótkim czasie nie było to możliwe do przeprowadzenia, ale wyobraźmy sobie, że plan premiera nadludzkim wysiłkiem urzędników został zrealizowany i od paru miesięcy jesteśmy członkami finansowej elity świata. Co byśmy z tego mieli? Ano niewiele. Pewno obecne spadki giełdowe i stopy procentowe byłyby nieco mniejsze, a Jacek Rostowski mógłby spokojnie przewodzić spotkaniom ministrów finansów eurolandu. Ale to nie byłyby podstawowe różnice.

Najważniejsza dotyczyłaby naszego bilansu płatniczego. Słabnący złoty przysparza nam dodatkowych przychodów z eksportu. Zakładając, że euro jest droższe tylko o 5 gr (dziś ta różnica jest dużo wyższa), w skali półrocza z eksportu mamy dodatkowo ponad 3 mld zł i 0,5 mld zł z eksportu usług. Wydatki na import też oczywiście rosłyby, ale wolniej, bo im droższe euro, tym importowanym towarom trudniej znaleźć odbiorców. Tak więc dzięki posiadaniu narodowej waluty nasza gospodarka ma się lepiej. Czyli zyskujemy, bo jesteśmy mało wiarygodni i zagraniczni inwestorzy wycofują z Polski swoje pieniądze, obniżając kurs naszej waluty. Gdyby Grecja miała dziś swoją drachmę, to pewno jej gospodarka przeżywałaby gwałtowne ożywienie spowodowane słabą walutą i wynikającymi z tego atrakcyjnymi cenami, np. usług turystycznych. Inna sprawa, że nie miałaby szans na obsługę długu, gdyby był cały w euro czy dolarach.

Tak więc nie żałujmy, iż nie ma nas jeszcze w klubie euro. Ale to nie oznacza, że powinniśmy spokojnie patrzeć, jak ten klub przekształca się bez naszego udziału. Musimy mieć udział w tych decyzjach, ponieważ jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i zobowiązaliśmy się do przyjęcia wspólnej waluty. A jeżeli mamy wstąpić do tego klubu, to musi on być urządzony w taki sposób, by był przyjazny dla wszystkich członków. Na razie wygląda na to, że warunki dyktują najwięksi.

*

Dlatego zupełnie niezrozumiały jest brak stanowiska naszego rządu w tej sprawie. Wypowiedź zawsze nastawionego progospodarczo wicepremiera Pawlaka, że te zmiany to wewnętrzna sprawa eurolandu, jest dowodem, iż nasze władze nie wiedzą, co z tym problemem zrobić.

Oczywiście, taka drastyczna zmiana zasad działania strefy wspólnej waluty może być dla nas wygodnym pretekstem do wycofania się z obietnicy jej przyjęcia. Ale to nie byłoby dobre rozwiązanie. Nasza gospodarka nie może długo opierać się na założeniu, że im bardziej jest niewiarygodna, tym dla niej lepiej. W dalszej perspektywie chcemy korzystać ze wszystkich dobrodziejstw eurolandu i dlatego ważne jest, by został on urządzony w sposób maksymalnie dogodny dla wszystkich jej członków.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dobrze, że premier nie chce pomóc

19 sie 2011

Państwo prawie zawsze przegrywa walkę z kryzysem prowadzoną w czasach wyborów. Szczególnie w tym okresie politycy są gotowi obiecać wszystko, byle tylko zdobyć głosy wyborców. A rząd Donalda Tuska rozdawał pieniądze nawet wtedy, gdy do wyborów było jeszcze daleko. Tak działo się w latach 2008  i 2009, gdy ceną za poparcie społeczne w czasie spowolnienia gospodarczego był gwałtowny wzrost długu publicznego.

Dlatego też piątkowa debata gospodarcza z udziałem premiera Tuska, bardzo skądinąd potrzebna, mogła być groźna dla finansów publicznych.  Na szczęście skończyło się na zwykłych politycznych gierkach. Z wypowiedzi szefa rządu najważniejsze i najlepsze okazało się to, czego nie powiedział. A więc nie obiecał żadnych działań stymulujących gospodarkę, których skuteczność jest zazwyczaj mocno dyskusyjna, ale koszty – jak najbardziej poważne. Oczywiście uzasadnieniem jest niezachwiana pewność rządu, że Polska, w odróżnieniu od reszty świata, nadal będzie się rozwijać, a na wszelkie zewnętrzne perturbacje dawno się przygotowaliśmy.

Rządowy optymizm co do dalszego wzrostu PKB jest zgodny z prognozami ekonomistów (co nie zawsze się zdarza) i bardzo dobrze wpłynie na morale przedsiębiorców. Pytanie tylko, czy ta wyraźna postawa antyroszczeniowa  i ochrona stanu finansów publicznych przetrzyma przedwyborczą gorączkę. Czy przypadkiem za miesiąc nie usłyszymy, że może jednak obniżyć akcyzę na paliwa lub powstrzymać odchudzanie administracji, a może wręcz dać podwyżki jakimś grupom zawodowym?

Na razie ze strony rządu nie padły takie sugestie, ale to, że debata miała przede wszystkim charakter polityczny, nie wróży niczego dobrego. Wypowiedzi premiera, a szczególnie ministra Rostowskiego pokazują wręcz, że rząd obrał wyraźnie defensywny kurs i raczej czeka na propozycje opozycji (by je wyśmiać), niż zamierza przedstawić jakiekolwiek nowe pomysły. Inna sprawa, że opozycja w tej sprawie naprawdę nie ma nic do zaproponowania. Ale dla gospodarki to nawet chyba lepiej. Gdy politycy się do niej nie mieszają, to zwykle PKB rośnie szybciej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Unia się dzieli, nie możemy stać z boku

17 sie 2011

Unia się dzieli. Najważniejsze państwa eurolandu wobec groźby załamania się wspólnej waluty postanowiły przyspieszyć reformy gospodarcze i polityczne. Problem w tym, że o zmianach decydować będą tylko one.

Inne kraje Wspólnoty, takie jak Polska, nienależące do tego elitarnego klubu finansowego, nie będą miały nic do powiedzenia w sprawie. A przecież decyzje te przesądzą o przyszłym kształcie całej Unii Europejskiej.

Najbardziej śmiałe reformy gospodarcze i polityczne podejmowane są zazwyczaj w kryzysie, gdy nie ma czasu na ewolucyjne programy. Pod groźbą załamania

gospodarczego przeprowadzane są zmiany, na które w innej sytuacji nie zgodziłaby się większość polityków i obywateli. Tak właśnie jest w tej chwili.

Dwa najpotężniejsze państwa eurolandu zaproponowały innym krajom strefy, by ujednolicić zasady polityki gospodarczej, ustanowić wspólne władze, a nawet wprowadzić razem nowy podatek (od operacji finansowych). To korzystne rozwiązania. Pytanie, co to oznacza dla zewnętrznego obserwatora.

Otóż będziemy mieli dwie Unie. Pierwszą – ścisły związek kilkunastu, w większości bardzo bogatych państw. I drugą – strefę wolnego handlu luźnej federacji kilku państw, w większości znacznie biedniejszych. Do pierwszej – najbogatszego związku gospodarczego świata – wejdą nawet ci, którzy żyli rozrzutnie na koszt innych, ale przyjęli euro. Państwa z drugiej grupy będą mogły kandydować do eurolandu po spełnieniu ostrych, narzuconych warunków. Do tego czasu dostaną szansę uczestnictwa w dyskusji o kształcie służby zdrowia czy prawach człowieka, ale o gospodarce będą decydowali inni.

Ironią losu ten nieszczęśliwy podział Unii dokonuje się w czasie, gdy oficjalnie to Polska jej przewodzi. Trudno wprawdzie mieć pretensje do naszego rządu, że nie ma wpływu na ten proces. Wygląda na to, że najpotężniejsi zadbali, by grono państw podejmujących decyzje było jak najmniejsze. Mimo to fakt przewodzenia Unii zobowiązuje nas do zabiegania o to, by w dyskusji o przekształceniu Unii wzięły udział wszystkie jej państwa. To historyczny moment, który zdecyduje o przyszłości Europy. Nie możemy się temu bezczynnie przyglądać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop