Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Demontowanie systemu OFE

30 gru 2010

Właściwie nie wiadomo dlaczego. W końcu gospodarka kwitnie. Premier Donald Tusk powiedział tylko tyle, że o zmianach w systemie emerytalnym dyskutowano z „różnych powodów”. Efektem będzie rozmontowanie sytemu emerytalnego.

Reforma została zdemontowana połowicznie, a konkretnie w dwóch trzecich, bo o tyle została zmniejszona składka płacona przez przyszłych emerytów do otwartych funduszy emerytalnych (z 7,3 do 2,3 proc. pensji). Pozostała część pozostanie w ZUS jako waloryzowany zapis księgowy.

Dla budżetu to ulga, bo w kasie państwa pozostanie ponad 16 mld złotych. Ale dla przyszłych emerytów to ryzyko, bo zamiast emerytury z prawdziwych odłożonych pieniędzy będą mieli emeryturę bardziej zależną od kondycji gospodarki i od polityków. Będzie to też wstrząs dla polskiego rynku kapitałowego.

Trudno spokojnie się zgodzić na takie rozwiązanie. Bardzo możliwe, że Polski nie było stać na taki ambitny system emerytalny, jaki zafundował nam rząd Jerzego Buzka i Leszka Balcerowicza. By go utrzymać, powinniśmy mieć zdrowe finanse publiczne i przez kilkadziesiąt lat wysokie wpływy z prywatyzacji. Ani obecny rząd, ani poprzednie nie dbały o stan finansów i gdy tylko sytuacja gospodarcza się pogorszyła, sięgnięto po pieniądze odkładane przez emerytów.

Rząd liczy na to, że sytuacja się poprawi i do 2017 r. składka płacona do OFE zostanie nieco zwiększona (do 3,5 proc.).

Na razie to tylko marzenia. W roku 2010 deficyt finansów publicznych to ponad 100 miliardów złotych. Jedna piąta tej sumy jest rzeczywiście skutkiem reformy emerytalnej. Jednak obniżyć deficyt powinniśmy znacznie poważniej – bo o około 60 miliardów. Jeżeli rządzący Polską się za to szybko nie wezmą, to za parę lat prawdopodobna będzie węgierska droga, czyli całkowita likwidacja OFE.

Dlatego musimy domagać się od gabinetu Tuska, by równocześnie z demontażem systemu emerytur przedstawił program reformy finansów publicznych, który zapewni utrzymanie choćby tak okrojonego systemu. Rząd powinien też wyjaśnić, w jaki sposób ogłoszone w czwartek zmiany mają doprowadzić do podwyższenia emerytur – co przecież zapowiedział premier.

Dziś to OFE zapewniają wyższą efektywność w zarządzaniu składkami niż ZUS i dlatego zmiany raczej nie przysłużą się przyszłym emerytom. Przedstawione wczoraj możliwości dodatkowego odkładania w OFE są korzystne, ale pomogą tylko tym, którzy są w stanie wygospodarować jeszcze dodatkowe oszczędności.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bruksela woli mówić o pieniądzach, nie o OFE

11 gru 2010

Gdyby Bruksela rzeczywiście zaczęła ulgowo traktować koszty naszej reformy emerytalnej, byłoby to duże osiągnięcie polskiego rządu. Choć sukces ten nie przyniósłby Polsce ani jednego rzeczywistego euro, to jego znaczenie symboliczne byłoby spore i – przede wszystkim – pozwoliłoby zakończyć dyskusję o pożytkach z demontażu systemu funduszy emerytalnych.

W piątek wieczorem urzędnicy rządowi poinformowali, że szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso uzgodnił z Donaldem Tuskiem, iż koszty polskiej reformy emerytalnej nie będą brane pod uwagę przy obliczaniu deficytu oraz długu publicznego. To dużo więcej niż to, o co walczyliśmy. Takie uzgodnienie oznacza, że Polska łatwiej będzie mogła obie te wartości utrzymywać na poziomach zgodnych z wymogami Unii. A trzeba pamiętać, że w razie ich przekroczeń, groziłyby nam sankcje finansowe z wstrzymaniem wypłat funduszy europejskich na czele. Nie mielibyśmy też szans na przyjęcie euro.

Dość enigmatyczne informacje o rozmowie premiera Tuska z przewodniczącym Barroso pozwalają przypuszczać, że zgoda Brukseli jest mniej jednoznaczna, niż deklarują to przedstawiciele polskiego rządu. Bez względu na to, jak jest naprawdę, warto pamiętać, że nie rozwiązuje to żadnego problemu naszych finansów publicznych. Te wciąż się bowiem nie bilansują. Tyle że z bolesnymi reformami będzie można poczekać do przyszłorocznych wyborów.

Z punktu widzenia Brukseli obietnica przewodniczącego też jest sukcesem. Odsuwa groźbę, że kolejny kraj wybierze drogę węgierską i zlikwiduje fundusze emerytalne. Poza tym ostatnio na szczytach UE, zamiast o miliardach euro płaconych przez najbogatsze kraje, wszyscy pasjonowali się sposobem liczenia funduszy emerytalnych. Teraz będzie można znowu rozmawiać o prawdziwych pieniądzach, czyli o wartej setki miliardów euro polityce spójności, której zagraża postawa Wielkiej Brytanii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rząd nie powinien kontrolować samorządów

29 lis 2010

Długi samorządów rosną w błyskawicznym tempie. Według niektórych prognoz z powodu przekroczenia ustawowych limitów zadłużenia w 2012 roku wiele miast nie będzie w stanie zaciągać nowych zobowiązań. Możliwe, że w części przypadków taką sytuację spowodowało zachłyśnięcie się władz lokalnych możliwościami, jakie daje im rynek finansowy, ale raczej przyczyną były wydatki na inwestycje infrastrukturalne.

Problemem jest to, że oceniając władze lokalne (ale też rząd), rzadko patrzy się na zaciągnięte przez nie zobowiązania. Mówimy kto ile zbudował dróg, domów – bo tym się można pochwalić. O tym, skąd bierze się pieniądze na te cele, dżentelmeni nie rozmawiają.

I pewnie ciągle by nie rozmawiali, gdyby dług publiczny – do którego wlicza się zadłużenie zarówno rządu, jak i samorządów –nie zbliżył się do limitów określonych w konstytucji oraz narzuconych nam przez Unię Europejską. W tej krytycznej sytuacji rząd zaczął się coraz głośniej zastanawiać nad jakąś formą kontroli finansów samorządów.

Tymczasem nie tędy droga. Większość władz lokalnych ma swoje długi pod kontrolą, a zresztą samorządy odpowiadają tylko za ok. 6 proc. zobowiązań publicznych. Źródłem tak gigantycznego długu publicznego jest rząd. Większość samorządów doskonale sobie radzi, mimo że państwo nakłada na nie nowe obowiązki, nie przekazując im na to pieniędzy, tak jak to było choćby z podwyżkami dla nauczycieli.

Państwo nie powinno kontrolować samorządów, tylko im pomagać, np. poprzez poprawianie i propagowanie sposobów inwestowania bez używania publicznych pieniędzy – choćby metodą partnerstwa publiczno-prywatnego. Błyskawiczne narastanie długu oczywiście powinno być powstrzymane, ale tam, gdzie ono ma główne miejsce, czyli w rządzie.


***

Redakcja dziennika ?Rzeczpospolita? zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polacy nie są analfabetami

23 wrz 2010

Nasi politycy uważają nas jednak za gospodarczych ignorantów. Inaczej dawno mielibyśmy poważną debatę nad reformą finansów publicznych. Wszyscy się jednak boją nawet mówić na ten temat. I to niezależnie od ugrupowania, które reprezentują. Nie ma znaczenia, czy wypowiada się przedstawiciel partii tworzących koalicję rządową, czy opozycję. Dialog ze społeczeństwem dotyczy wszystkich tematów poza gospodarką. Nie ma w Polsce ugrupowania politycznego, które głośno mówiłoby o konieczności zatrzymania wzrostu długu publicznego.

Jest jednak coraz liczniejsza grupa ekonomistów, która coraz głośniej domaga się reform. Jest jeszcze Komisja Europejska, która wzywa Polskę do dotrzymywania zobowiązań w obszarze finansów publicznych. Tak więc mimo milczenia polityków Polacy są świadomi niebezpieczeństwa, jakie dla naszego kraju niesie narastający dług publiczny. Coraz więcej osób prowadzi własne biznesy i wie doskonale, że kredyty trzeba spłacać, a wysokość podatków ma swoje granice.

Powstaje pytanie, czy jest wystarczająco dużo świadomych sytuacji osób, by mogły stworzyć liczące się poparcie polityczne. Badania opinii publicznej, jakie „Rz” opublikowała w czwartek, pokazują, że około 40 proc. ludzi jest świadomych sytuacji i tego, że będą potrzebne osobiste wyrzeczenia. To bardzo dobry wynik. Gdyby rząd wreszcie publicznie przyznał, jak poważna jest sytuacja, to więcej Polaków pogodziłoby się z koniecznością bolesnych reform. Ponieważ nie ma takich deklaracji, zaczynają się buntować ci, których dotknęły pierwsze nieśmiałe rządowe oszczędności. Warto zwrócić uwagę, że w środę w Warszawie protestowało stosunkowo niedużo pracowników budżetówki.

Rząd ma więc do wyboru: albo będzie otwarcie mówił o sytuacji i dążył do reform, albo dalej udawał, że nic się nie dzieje i czekał na dalsze demonstracje. Przykład Margaret Thatcher w Anglii pokazuje, że o sukcesach polityków decyduje nie głębokość prowadzonych przez nich reform, ale ich skuteczność.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Krajobraz po przegranej bitwie

17 wrz 2010

- Przegraliśmy. Wielkie pieniądze, gniewne zapowiedzi, ważni politycy, miesiące nerwów i nic. Przegraliśmy – BZ WBK wpadł w ręce brutalnych Hiszpanów.

Wydawałoby się, że zadecydowała cena. Wszak Santander zaoferował ponad 10 proc. więcej od tego, co dawał nasz PKO BP. Ale to tylko pozory. Wszyscy wiedzą, że cała ta operacja jest podejrzana. Ważne instytucje wszczęły już śledztwo. Rozpoczęto poszukiwania winnych niefachowego prowadzenia negocjacji. Okazuje się, że Irlandczycy też nie chcieli naszych pieniędzy.

Niepokojące jest to, że nie cały polski naród się martwi. Na giełdzie fiasko negocjacji powitano wzrostem kursu PKO BP. Tam muszą być dywersanci. Winnych szukałbym też w budynku Ministerstwa Finansów. Minister Rostowski dawno to wszystko przewidział i spokojnie czeka na prawie 1 mld zł dywidendy z PKO BP. Gdyby udało się kupić BZ WBK Polacy byliby może znacznie pewniejsi swoich możliwości, ale kulejący budżet na dywidendę nie mógłby liczyć ani w tym, ani w następnym roku.

Niestety, nie słychać pytań, dlaczego nasza oferta była taka słaba. Dlaczego dla naszych polityków jedyna droga, żeby BZ WBK przeszło w polskie ręce, wiodła przez jego nacjonalizację?

Jest jednak dziejowa sprawiedliwość. Co nie udało się z BZ WBK, odrobiliśmy natychmiast dzięki PGE, które kupiło Energę. Państwo sprzedało ją za ponad 7 mld zł firmie, którą kontroluje. Jednocześnie obiecało jednak, że przejmowana spółka nie utraci samodzielności. Czyli kupujący z transakcji wyniesie przede wszystkim poczucie solidnego wsparcia budżetu. Na poważne finansowe korzyści przyjdzie mu jeszcze poczekać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W gospodarce nie było wakacji

27 sie 2010

Tegoroczne wakacje nie były okresem ogórkowym. Rządy wielu państw usilnie pracowały nad tym, by przejść do historii. Na arenie międzynarodowej najważniejsza była bezradność Unii w sprawie Grecji.

Tonęły nie tylko wyspy greckie. Z europejskiego archipelagu znikła również polska zielona wyspa liberalizmu. Jeszcze wiosną byliśmy karmieni mitem jedynego kraju, który oparł się kryzysowi, a już w lipcu liberalny rząd zapowiedział podwyżki VAT. W konsekwencji analitycy zaczęli nas straszyć podwyżkami stóp procentowych. Nagle się okazało, że ten lekceważony dług publiczny okazał się groźny. Nawet do ministra finansów dotarło, że jeszcze za jego kadencji może osiągnąć wartości nieakceptowane przez Brukselę.

W wakacje rząd niemal oficjalnie pożegnał się z jeszcze jednym mitem – prywatyzacji. Zamiast tego mamy jasną deklarację utrzymywania silnego sektora rządowego w gospodarce.

Te firmy mają nie tylko zapewnić politykom odpowiednio dużą liczbę stanowisk do obsadzenia, ale przede wszystkim dostarczyć pieniędzy do budżetu. Co z tych firm zostanie po takim intensywnym dojeniu, tym będą się zajmować już przyszłe rządy.

Na tle tych wszystkich wakacyjnych rewelacji jest jedna rzecz, która pozwala sądzić, że w Platformie są jacyś liberałowie. Nie ruszono funduszy emerytalnych. Ten system, chociaż kosztuje nasze państwo i budżet ogromne pieniądze, jest wielką szansą dla naszej gospodarki. Któryś z przyszłych rządów pewno znów obniży VAT. Inni sprzedadzą wykrwawione państwowe firmy. Ale powtórna budowa systemu funduszy emerytalnych byłaby już ciężarem nie do udźwignięcia.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Socjalizm dla emerytów

25 sie 2010

Żyli tyle lat w socjalistycznej urawniłowce, często pewnie tęsknią do tamtych czasów, więc dlaczego dziś ich emerytury nie są tej samej wysokości?

Taka myśl przeszła pewnie przez głowę komuś w rządzie Donalda Tuska i premier przedstawił wczoraj odpowiedni projekt. Przez najbliższe trzy lata emerytury mają być podwyższane nie – jak było dotychczas – w zależności od jednego wspólnego dla wszystkich wskaźnika waloryzacji, ale o równą kwotę. Czyli bez względu na to, czy emeryt otrzymuje dziś tysiąc czy 4 tysiące złotych miesięcznie, dostanie te same kilkadziesiąt złotych podwyżki.

Dla najuboższych oznacza to znaczący wzrost emerytur, ale dla lepiej uposażonych to realne pogorszenie ich sytuacji. W ciągu trzech lat, podczas których miałyby obowiązywać te zasady, świadczenia części emerytów zmniejszą się relatywnie o parę procent.

Z punktu widzenia rządu ta operacja ma same zalety.

Może przynieść popularność, bo poszkodowanych będzie znacznie mniej niż tych, którzy zyskają. Pomysł poprze koalicyjne PSL, bo zmiana będzie korzystna dla otrzymujących emerytury rolnicze.

Także opozycja – tak chętnie podkreślające swoją społeczną wrażliwość PiS i SLD – nie będzie mogła odmówić poparcia inicjatywy, dzięki której zyskają najbiedniejsi.

Ale czy tak powinna wyglądać reforma emerytur? Czy należy prowadzić ją zgodnie z populistyczną zasadą, że trzeba zabrać bogatszym, by dać biedniejszym? W trudnym dla finansów publicznych czasie waloryzacja powinna zależeć wyłącznie od wskaźnika inflacji, a nie również od wzrostu płac w gospodarce. Gdy państwo oszczędza, nikt, kto jest na jego garnuszku, nie powinien być faworyzowany. Zresztą sytuacja polskich finansów nie jest aż tak tragiczna, by część zwykłych emerytur miała tracić realną wartość – a do tego sprowadza się najnowszy pomysł rządu.

Można się tylko cieszyć, że nowe zasady nie będą obowiązywać wiecznie. I z tego, że populistycznej propozycji premiera Tuska towarzyszyła mająca znacznie ważniejsze pozytywne skutki deklaracja, iż system funduszy emerytalnych nie zostanie zdemontowany. Ci, którzy w funduszach odkładają swoje pieniądze na starość, mają szansę na emerytury, których wysokość będzie uzależniona tylko od ich wkładu, a nie od decyzji polityków, gotowych zmniejszyć im świadczenia z okazji kolejnej kampanii wyborczej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie ma sprawnej gospodarki bez zaufania

30 lip 2010

Ważna jest zarówno skala makro jak i mikro. Gdy znany z telewizji i świata polityki ekonomista doradzał inwestorom w doborze inwestycji, wszyscy mu wierzyli. Tym bardziej jeżeli obiecywał, że proponowane przez niego inwestycje przyniosą wielokrotne pomnożenie pieniędzy

Nikt się specjalnie nie zastanawiał, jakie osobiste korzyści odnosi ekonomista z tej wydawałoby się bezinteresownej pomocy. Dopiero gdy inwestycje kończyły się wysokimi stratami, wszyscy się budzili, biegli do prokuratury i narzekali, że nie dostarczono im na czas właściwych danych finansowych. Przedtem to im jakoś nie przeszkadzało. Wystarczała wiara w dobre intencje.

Tej samej potrzeby zaufania doświadczamy w skali całej gospodarki. Platforma Obywatelska, która doszła do władzy jako partia liberalna, zapowiada konieczność podniesienia obciążeń podatkowych. Ona jedna kładła tak duży nacisk na sprawy gospodarki po to, by po trzech latach rządów, w momencie gdy koniunktura zaczyna się rozpędzać, zamiast reform i usprawniania mechanizmów rynkowych mówić o dławieniu przedsiębiorczości.

Dla wielu jest to szok. Ale nie mają alternatywy, bo na scenie politycznej pozostały już tylko partie o lewicowych poglądach. Różnią się tylko tym, że SLD przyznaje się do tych socjalistycznych idei, a PiS i PSL – choć uważane za partie prawicy (niektórzy o PiS mówią, że nawet skrajnej) – reprezentują poglądy gospodarcze bliskie tym dominującym w czasach Gierka.

Lekcja jest jedna – czy w życiu prywatnym, czy społecznym nie wierzmy nikomu tylko dlatego, że ładnie się wypowiada i obiecuje kokosy. Trzeba żądać dowodów, umów i wszystkiego, co może zabezpieczyć interesy nasze i całej gospodarki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Podnoszenie podatków to marnotrawstwo pieniędzy

26 lip 2010

Może podwyższyć stawkę VAT, a może składkę rentową? Opodatkujmy banki albo wróćmy do trzech stawek opodatkowania dochodów osobistych.

Minister Michał Boni otworzył wczoraj licytację. Od dziś cały naród może zgłaszać pomysły, jak budżet ma znaleźć dodatkowe pieniądze, które uzdrowią finanse publiczne. Projekty będą przyjmować telewizja, radio, prasa i politycy. Potem rząd ulegnie prośbom narodu i zacznie wdrażanie najlepszych rozwiązań. Czasu jest niewiele, bo dodatkowe pieniądze muszą się znaleźć już w przyszłorocznym budżecie, a zatem odpowiednie ustawy powinny być gotowe jesienią.

Zwiększenie dochodów jest potrzebne, bo przejście przez kryzys (czy tylko przez spowolnienie gospodarcze) bez jakichkolwiek zmian w budżecie okazało się nierealne. Za pomocą sztuczek księgowych (np. zmian definicji długu publicznego) nie można oszukać urzędników w Brukseli. Dlatego jeżeli chcemy korzystać na przykład z dotacji unijnych, rząd musi zmniejszyć deficyt. Większość ekonomistów mówiła o tym dawno, tylko rząd  bał się niepopularnych decyzji. Teraz będzie musiał je podjąć w roku wyborczym.

Pytanie, czy rzeczywiście jedynym wyjściem jest gra w poszukiwanie dodatkowych dochodów, czyli podwyższenie podatków. Przecież deficyt można zmniejszyć w inny sposób. Z punktu widzenia gospodarki dużo lepszą metodą jest obniżenie wydatków. Warto też przypomnieć wszystkie reformy, o które od dłuższego czasu dopominają się ekonomiści i „Rzeczpospolita”. Choćby ubezpieczeń emerytalnych rolników i służb mundurowych czy służby zdrowia. Przez trzy lata rząd w tej dziedzinie nie zrobił prawie nic. A teraz ogłasza szkodliwy dla państwa plebiscyt na nowe podatki.

Ten konkurs z pewnością wygrają pomysły najbardziej populistyczne. Można się spodziewać przede wszystkim projektów zabrania jak największych pieniędzy jak najmniej licznej grupie podatników. Największe pole do popisu otwiera się tu dla lewicy z jej pomysłami przywrócenia np. trzeciej stawki PIT czy opodatkowania banków. Realizacja tych projektów może dać Platformie ponowną wygraną w wyborach parlamentarnych, ale dla przyszłości naszej gospodarki będzie to totalna porażka.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Paweł Jabłoński: Jest dobrze i nie zepsujmy tego

23 lip 2010

Czerwiec był bardzo dobry dla polskiej gospodarki. Mimo powodzi, politycznych zawirowań, niepewności co do światowej koniunktury Polacy więcej wydawali, nasze firmy więcej produkowały i zwiększały zatrudnienie.

Również dobre informacje gospodarcze przychodzą od sąsiadów. Wiele wskazuje więc na to, że jest szansa na ożywienie gospodarcze. Ekonomiści przewidują wzrost PKB rzędu 3 – 3,3 proc., a więc znacząco wyższy od planowanych w budżecie 1,2 proc.

Jest więc dobrze i ważne jest, żeby nie zmarnować tego wzrostu. W trwających pracach nad przyszłorocznym budżetem powinno się założyć dużo niższy wskaźnik rozwoju PKB niż najnowsze optymistyczne oczekiwania. I według niego przewidywać dochody i wydatki państwa. Bez względu na to, jak dobrze w rzeczywistości wygląda sytuacja, przyszłoroczny budżet powinien mieć znacząco niższy deficyt, i to mimo że dotyczy roku wyborczego.

Dlaczego państwo polskie powinno zacząć oszczędzać? Są dwa ważne powody. Po pierwsze utrzymanie w 2011 tegorocznego poziomu deficytu nawet przy wyższym wzroście gospodarczym gwarantuje, że dług bardzo szybko osiągnie limity zapisane w naszej konstytucji oraz w porozumieniach z Unią Europejską.

Druga sprawa to zwyczajna ostrożność ze względu na sytuację za granicą. W tej chwili sytuacja w Unii, pomijając sprawy greckie, wygląda nieźle. Ale wystarczy, że w podobne tarapaty jak Grecja wpadnie jakiekolwiek inne państwo – choćby Hiszpania, Portugalia czy Węgry – i cała prosperity szybko się skończy. Bogate państwa Wspólnoty mogą przez jakiś czas utrzymywać stosunkowo niewielką Grecję. Ale ich obywatele na pewno nie zgodzą się płacić dodatkowych podatków po to, by wziąć na garnuszek kolejnego utracjusza. Będziemy mieli już prawdziwy krach, z którego Unia na pewno wyjdzie osłabiona.

Dlatego cieszmy się danymi statystycznymi o stanie naszej gospodarki, ale nie wyciągajmy z nich zbyt pochopnych wniosków. A tym bardziej nie wykorzystujmy ich, aby w kampanii wyborczej obiecywać Polakom dodatkowe publiczne pieniądze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop