Jak minister Rostowski kopie swoją dziurę

12 marca 2010 autor rp

Czy w Polsce mamy kryzys finansów publicznych? Jeżeli na koniec pierwszego kwartału deficyt wynosi połowę sumy zaplanowanej na cały rok, to na pewno dobrze nie jest

Minister finansów Jacek Rostowski występuje tylko z dobrymi wiadomościami. Toteż w piątek dziennikarzy uspokajała wiceminister Elżbieta Suchocka-Roguska. Przekonywała, że mimo rekordowej dziury w finansach publicznych wszystko idzie zgodnie z planem. 25 miliardów złotych deficytu w marcu to po prostu skutek splotu niekorzystnych zjawisk i na koniec roku wszystko będzie dobrze.

Ekonomiści są jednak znacznie bardziej wstrzemięźliwi. Obawiają się, że to efekt nie tylko nagromadzenia w czasie planowanych wydatków, ale i spadku przychodów.

Wszystko staje się jasne, jeśli policzymy, ile naprawdę wynosi tegoroczny deficyt. Gdy do tych zapisanych w ustawie budżetowej 52 miliardów złotych dodamy 15 miliardów współfinansowania unijnych dotacji. Jeżeli policzymy jeszcze planowany deficyt agencji rządowych, obligacje Funduszu Drogowego, likwidację rezerwy demograficznej, to otrzymamy prawdziwą dziurę w budżecie rzędu około 100 miliardów złotych. Przy tej kwocie deficyt 26 miliardów zł po pierwszym kwartale jest całkiem zrozumiały.

Jeszcze kilka lat temu w tej sytuacji rząd gorączkowo pracowałby nad planem ograniczania wydatków i powiększania przychodów. Dziś nikogo to specjalnie nie obchodzi. Co więcej, w Sejmie mądre głowy wymyśliły, jak manipulować definicjami, żeby kolejne składniki długu publicznego z nich wyłączyć. Jak nie powiększając deficytu, budżet ma pożyczyć pieniądze ZUS? Jak nie wliczać do długu publicznego kapitału pożyczonego na drogi?

Przereklamowana dziura ministra Bauca, czyli synonim rekordowego deficytu budżetowego z 2001 roku – to były 33 miliardy złotych. Mimo ożywienia gospodarczego wszystko wskazuje na to, że w tym roku ustanowiony zostanie nowy symbol i w następnych latach deficyt będziemy odnosić do dziury Rostowskiego.

Prywatyzacyjny cud w górnictwie

9 marca 2010 autor rp

Bogdanka to pierwsza naprawdę sprywatyzowana polska kopalnia. Sprzedana wbrew przekonaniu większości Polaków, którzy niechętnie patrzą na prywatyzację. Kupiona nie przez inne państwowe firmy, ale przez prawdziwych prywatnych inwestorów

Gdy wielkie śląskie holdingi węglowe notują olbrzymie straty, Lubelski Węgiel nie wyciąga ręki po państwowe pieniądze, ale chce samodzielnie walczyć o klientów. Ten prywatyzacyjny cud w tak trudnej – gospodarczo i politycznie – branży wymusiła sytuacja. W wielkich prywatyzacyjnych planach rządu nie chodzi bowiem głównie o to, by oddać kontrolę nad molochami prywatnym inwestorom, lecz o sprzedaż mniejszościowych pakietów akcji.

Nie o to, by przekazać firmy w bardziej efektywne, prywatne ręce, lecz o to, by pozyskać pieniądze i zatrzymać narastanie długu publicznego. Nieoficjalnie się mówi, że w pierwszych miesiącach roku deficyt budżetowy rósł znacznie szybciej, niż wynikałoby to z ustawy budżetowej. Jeżeli więc nie będzie prywatyzacji, to zaczną działać mechanizmy, które ustanowiono po to, by zatrzymać narastanie zadłużania państwa. Komisja Europejska nie pozwoli, by dług publiczny przekraczał  u nas 60 proc. PKB.

Prywatyzacja Bogdanki to ważny precedens. Teraz górnicy zobaczą, jak się pracuje w prywatnej firmie, mało wrażliwej na protesty organizowane przed Kancelarią Premiera. Fundusze emerytalne pierwszy raz wystąpią w roli głównego inwestora w tak dużej firmie. Od dalszych losów Bogdanki będzie więc zależeć opinia Polaków o prywatyzacji w ogóle.

No i sukces tej sprzedaży spowoduje być może, że Ministerstwo Skarbu zacznie wreszcie naprawdę prywatyzować, a nie tylko doić inwestorów, sprzedając im za miliardy złotych końcówki wielkich firm.

Polska – państwo w totalnej przebudowie

9 marca 2010 autor rp

Nasze państwo nie nadąża za rozwojem społeczeństwa. Od 20 lat Polacy nieprzerwanie się bogacą. Budują domy, kupują mieszkania, samochody i sprzęty, jeżdżą za granicę i uprawiają sporty. To wszystko się dzieje w realiach państwa zorganizowanego dla potrzeb socjalistycznego społeczeństwa, mieszkającego w małych mieszkankach i jeżdżącego komunikacją publiczną.

Brakuje w Polsce prawie wszystkiego, za co odpowiadać powinno państwo. Nie mamy szybkich dróg, sprawnych kolei, a stan naszej energetyki jest bliski zapaści. Tylko tam, gdzie poziom życia uzależniony jest od prywatnych inwestycji, nasza sytuacja jest porównywalna z sytuacją innych krajów naszego regionu.

Dopiero od kilku lat państwo zaczęło nadrabiać zaległości. Realizujemy wielki plan budowy autostrad i dróg ekspresowych oraz modernizacji infrastruktury. Ruszyły inwestycje w energetyce. Państwo zaczyna powoli nadążać za społeczeństwem. Na 25 największych inwestycji planowanych na najbliższe lata aż 17 realizują firmy kontrolowane przez Skarb Państwa.

Gwałtowny wzrost liczby wielkich inwestycji to szansa dla gospodarki zagrożonej kryzysem. To praca dla tysięcy ludzi, wielkie zamówienia dla fabryk. Co ważne, dużą część tych wydatków sfinansuje Unia Europejska. A około 1/5 wydanych pieniędzy bardzo szybko wróci do budżetu jako podatki.

Szkoda tylko, że ten niesamowity boom inwestycyjny przychodzi z opóźnieniem. Dlaczego dopiero teraz? Ano dlatego, że drogi, koleje i energetyka osiągnęły już stan agonalny. I dlatego, że pojawiły się pieniądze z Unii Europejskiej.

Niestety, można spokojnie założyć, że inwestycje państwowe – jak zazwyczaj bywa – nie nadążą za potrzebami. Dlatego trzeba dopuścić do nich prywatny kapitał. Państwo może kontrolować i zarządzać. Ale inwestować i zarabiać powinni prywatni właściciele.

Eurokratów trzeba kontrolować

2 marca 2010 autor rp

O tym, jak powstają polskie ustawy, często dowiadujemy się dopiero w czasie przesłuchań przed kolejnymi komisjami śledczymi. Jeszcze mniej wiemy o tworzeniu prawa unijnego.

Tymczasem to w stolicy Unii urzędnicy, którzy najczęściej nie znają Polski, decydują, ile mamy wydać na wiatraki, ile na elektrownie i jakimi podatkami które produkty obłożyć. To w Brukseli powstają programy decydujące o tym, w jakim kierunku ma się rozwijać Wspólnota.

Tymczasem prawie każdy  z 27 krajów Unii to inny świat, inna tradycja, inaczej rozwijająca się gospodarka i różne możliwości budżetu. To, co dziś jest dobre dla bogatych Niemiec, dla naszego kraju może się okazać zbyt drogą ekstrawagancją.

Oczywiście proces kształtowania unijnego prawa odbywa się przy podniesionej kurtynie. Wszystkie projekty natychmiast są dostępne w Internecie. Ale to, że coś jest jawne, nie oznacza jeszcze, iż jest dobre dla wszystkich. Brukselska armia urzędników nie jest w stanie przeanalizować skutków swoich pomysłów dla wszystkich krajów członkowskich. Jeżeli chcemy być pewni, że obowiązki nałożone na Polskę nie będą nadmiernie uciążliwe, każdy pomysł musimy dokładnie przebadać.

Polscy urzędnicy opiniują wprawdzie projekty eurokratów, ale czasami można odnieść wrażenie, że brak im determinacji i nazbyt ulegają różnym pomysłom i modom, na które naszego kraju po prostu nie stać. Trzeba patrzeć unijnym urzędnikom na ręce. Dlatego od jutra co dwa tygodnie “Rzeczpospolita” wraz z renomowanymi think thankami będzie publikować analizy unijnego prawa. Chodzi o to, by w imieniu Polski wypowiadały się nie tylko instytucje rządowe, ale także by tym, co się dzieje w Komisji Europejskiej, zainteresowali się też Polacy.

Dziś niewielu z nas obchodzi tworzenie prawa w Sejmie. Jeszcze mniej jest tych, których ciekawi to, co się dzieje  w Brukseli. Wygląda więc na to, że eurokraci cieszą się u nas znacznie większym zaufaniem niż nasi posłowie. Jeżeli to się nie zmieni, zamiast gospodarczego eldorado może nas spotkać wiele bolesnych niespodzianek. I to na własne życzenie.

Chińczycy trzymają się coraz mocniej

21 lutego 2010 autor rp

Przez lata Polacy jeździli do pracy za granicę. Wzbudzaliśmy złość w zachodnich społeczeństwach uważających, że zabieramy im pracę

Dziś my zaczynamy mieć kłopoty z konkurencją z państw, w których płace są niższe od naszych.

Do tej pory tańsze wyroby, zwłaszcza chińskie, wypierały nasze, doprowadzając wiele firm do bankructwa. Konkurencja ze strony zagranicznych pracowników była w Polsce mała i dotyczyła przede wszystkim najmniej płatnych prac.

Ostatnio Chińczycy wygrali kilka dużych kontraktów na budowę dróg. Wkrótce pewnie zdobędą kolejne lukratywne zamówienia. Z jednej strony oferowane przez nich niskie ceny są korzystne dla publicznej kasy, ale z drugiej strony – na ich budowach pracują Chińczycy, wykorzystywane są ich maszyny i materiały. Dla konkurencyjnych wobec nich polskich i zachodnioeuropejskich firm oraz ich pracowników oznacza to kłopoty.

W tej sprawie nie można kierować się emocjami. Wiadomo, że chińscy robotnicy potrafią pracować za 200 dolarów miesięcznie. Jeśli ich firmy oferują dzięki temu  konkurencyjne ceny, to nic na to nie poradzimy. Trzeba jednak dokładnie sprawdzać, czy rząd Chin nie dotuje pracy swoich obywateli. I pilnować, by przestrzegali naszych przepisów o minimalnych wynagrodzeniach i składkach ubezpieczeniowych.

Nawet w tych trudnych warunkach polskie firmy powinny podjąć walkę o kontrakty. Trzeba automatyzować pracę, gdzie się da. A tam, gdzie się nie da, zatrudniać Chińczyków. Polska firma odzieżowa LPP od lat szyje swoje ubiory w Azji. Ta metoda nie da Polakom pracy, ale przynajmniej uratuje polskie firmy.


Prawdziwych zwycięzców jest trzech

8 lutego 2010 autor rp

Niedługo minie 10 lat od opublikowania przez „Rzeczpospolitą” pierwszego rankingu audytorów. Jest to więc zestawienie z długą tradycją. Niestety, szeregujemy te firmy nie według jakości, ale wielkości. Jakość ich pracy jest zbyt trudna do oszacowania. Właściwa ocena tak naprawdę pokazuje się dopiero po paru latach, gdy okazuje się, że jakieś audyty zostały zrobione na tyle niestarannie, że akcjonariusze ponieśli straty.

Staramy się więc, by nasz ranking jak najlepiej odzwierciedlał sytuację na rynku. Przy układaniu kryteriów oceny pomagali nam przedstawi- ciele Krajowej Izby Rewidentów i pięć firm audytorskich polskich i zagranicznych.

Czytelnicy mogą sobie jednak na podstawie naszego zestawienia próbować ocenić jakość izb audytorskich. Firmy, które stopniowo zdobywają rynek, pozyskując nowych klientów, zwłaszcza dużych, na pewno należą do najlepszych. Zdobywanie rynku za pomocą niskich cen na dłuższą metę nie przynosi efektów.

Ten ranking pokazuje, że kolejny rok nasz rynek należy do wielkich światowych graczy. Różnice między pierwszymi trzema firmami są tak minimalne, że właściwie w tym roku zwycięzców jest trzech.

Czytaj wyniki tegorocznej edycji rankingu

Firmy trzeba prywatyzować, nie doić

5 lutego 2010 autor rp

W ciągu ostatnich dziesięciu lat Jan Kulczyk wydawał się głównym rozgrywającym w polskim sektorze paliwowym. Najpierw kupił pakiet akcji Orlenu i przymierzał się do przejęcia kontroli nad Lotosem. Działo się tak mimo podejrzeń o współpracę z Rosjanami. Pojawiały się informacje o jego dziwnych kontaktach ze słynnym rosyjskim pułkownikiem KGB Władimirem Ałganowem.

Od tamtych wydarzeń minęło dziewięć lat i Kulczyk znów stara się o Lotos. Tym razem jednak przy sprzedaży tej rafinerii, kontrolującej ponad 1/4 polskiego rynku ropy, jego ofertę należy wziąć pod uwagę. Zgoda na wpuszczenie tak kontrowersyjnego biznesmena do tak ważnej firmy nie oznacza lekceważenia rosyjskiego zagrożenia. Nie wynika też z naiwnej wiary, że nagle przeistoczył się on w potulnego baranka.

Po prostu Polska się normalizuje. Jesteśmy w Unii Europejskiej. Mamy lepsze możliwości stworzenia takich mechanizmów politycznych i prawnych, które będą w stanie uchronić nasz kraj przed gospodarczą agresją. Bo to nie zapisy w statutach firm decydują o podatności na ewentualne wrogie przejęcie. Decyduje o tym siła państwa.  Ponadto dziś, w czasach kryzysu i osłabienia wielu firm, trudniej podejrzewać, że ktoś zechce ryzykować miliardy euro dla politycznych – a nie biznesowych – celów. Oczywiście pilnować, żeby inwestor był w stanie pomóc finansowo rafinerii w realizacji jej gospodarczych planów, trzeba.

Dopuszczenie Kulczyka do przetargu będzie także oznaką pragmatyzmu. Bo jakoś na razie żaden szejk arabski nie wyraził chęci przejęcia gdańskiego kwiatka, by pompować przez niego swoją tanią ropę.

Bardziej prawdopodobne wydają się plotki mówiące, że Ministerstwo Skarbu chciało sprzedać akcje rafinerii innemu państwowemu gigantowi – PKN Orlen lub PGNiG. Miałoby to sens, tyle że ministerstwo sprzedaje przecież akcje Lotosu nie po to, by prywatyzować czy konsolidować branżę paliwową, ale po to, by uzyskać miliardy złotych do zapełnienia budżetowej megadziury.

Skandalem byłoby więc, gdyby państwo pozyskało te pieniądze od państwowych firm. To oznaczałoby bowiem, że nie tylko nie ma prywatyzacji, ale że państwowe przedsiębiorstwa się wykrwawiają. Że może i udałoby się uniknąć nadmiernego zadłużenia państwa, ale należące do niego spółki byłyby tak zadłużone, że trzeba by było sprzedawać je za bezcen.

Tusk i Rostowski tańsi od hydraulika

3 lutego 2010 autor rp

Kilka lat temu polski hydraulik zapraszał Francuzów do odwiedzenia naszego kraju. Ta kosztowna kampania reklamowa przyniosła efekty.

Francuzi licznie przyjeżdżali do Polski, a zawód hydraulika stał się pozytywnym symbolem naszych rodaków pracujących za granicą. Dziś rząd Donalda Tuska za dużo mniejsze pieniądze skutecznie promuje Polskę jako nowego tygrysa Europy. Powoli premier i minister finansów zastępują hydraulika. Celem tej kampanii promocyjnej jest ściągnięcie do nas już nie mieszkańców rozwiniętych państw zachodnich, ale ich kapitałów.

Komisja Europejska pochwaliła Polskę za osiągnięcia gospodarcze. Korzystne recenzje zebrał też ogłoszony w piątek przez premiera plan zmniejszenia deficytu finansów publicznych. W zeszłym tygodniu wyjątkowo pozytywny tekst o Polsce ukazał się w prestiżowym tygodniku “The Economist”. Autor proponuje w nim, by zacząć postrzegać nasz kraj jako prężny i nowoczesny. Wygląda na to, że głównym źródłem informacji dla jego autorów był Jacek Rostowski, który już wcześniej zbierał pochwały od innych poważnych pism finansowych.

Co z tego, że większość polskich ekonomistów oskarża rząd o marazm i niereformowanie kraju. Co z tego, że chwalony przez Brukselę plan Tuska (z regułą wydatkową Rostowskiego) tak naprawdę może zacząć działać od 2012 roku, czyli na pewno po zakończeniu kryzysu. Co z tego, że wysyłamy do Brukseli superoptymistyczne prognozy naszego wzrostu, choć zaplanowaliśmy rekordowy deficyt budżetowy. Nieważne, że “The Economist” opisuje odległe plany naszego rządu jako wdrożone już projekty. Ważne jest jedno – działania tego rządu oraz fakt utrzymania wzrostu gospodarczego w czasie ogólnoświatowego kryzysu rzeczywiście zmieniają obraz Polski.

Jesteśmy ukochanym dzieckiem Unii, któremu nie sprawdza się zawartości kieszeni. Nie ma szczegółowej analizy naszych projektów i danych przysyłanych z Warszawy. To ma swój wymiar finansowy. Już widać, że Polska nie ma problemów ze sprzedażą zagranicznym inwestorom obligacji. Ta skuteczna akcja propagandowa to duża zasługa rządu Tuska.

Ale nie powinno to usypiać naszych niepokojów. Nie psując dobrego wizerunku naszego kraju za granicą, trzeba nadal domagać się zdecydowanych reform, które utrzymają nasz wzrost gospodarczy, i pilnować, by ostatni program premiera nie okazał się tylko wstępem do kampanii wyborczej.

Byle reformy za bardzo nie bolały

29 stycznia 2010 autor rp

Ważne, żeby reformy nie były bolesne, a jeżeli już mają zaboleć, to nie wcześniej niż po wyborach parlamentarnych w 2011 roku. Tak można krótko określić myśl przewodnią przedstawionego w piątek przez premiera Tuska programu rozwoju i konsolidacji finansów.

Treść programu nie zaskoczyła, raczej rozczarowała. Wszystkie rozwiązania były już prezentowane przez różne resorty. Nie znalazły się tu żadne nowe punkty, choć wszystkie trzeba ocenić pozytywnie. Najważniejszy z nich to znane od paru dni dwie reguły ograniczające wydatki budżetowe. Do tego mamy ciekawy plan zarządzania i konsolidacji finansów instytucji państwowych. Z ważniejszych propozycji są jeszcze zapowiedzi przyśpieszenia prywatyzacji, objęcia VAT usług lekarskich oraz rozciągniętą na kilkadziesiąt lat likwidację przywilejów emerytalnych służb mundurowych. W sumie zebrano kilka ciekawych i potrzebnych zmian i ulepiono z tego program Platformy Obywatelskiej.

To ważne – to jest program tej jednej partii, a nie całego rządu. Oznacza to, że czeka nas jeszcze długa droga docierania tych propozycji w koalicji. Już dziś można śmiało powiedzieć, że nie będzie to łatwe. Wicepremier Pawlak najpierw plan skrytykował, a potem – na czas jego prezentacji – ostentacyjnie wziął urlop. Natomiast wypowiedzi PSL-owskiego ministra Sawickiego świadczą o niezrozumieniu, a wręcz niechęci do pomysłów PO, zwłaszcza dotyczących kwestii emerytalnych.

Fakt, że są to propozycje wyłącznie Platformy, powoduje, że ustawy z nimi związane trafią do Sejmu najwcześniej w końcu roku. Pozytywne jest w tym to, że obecny prezydent nie będzie ich mógł zawetować. Z drugiej jednak strony oznacza to także i to, że wejdą one w życie na początku 2012 roku, a więc już po wyborach parlamentarnych. Zatem ci, którzy mogą ucierpieć wskutek zmian (bo reguły wydatkowe na przykład ograniczą ich podwyżki), nie wyleją swojej goryczy do urny wyborczej. Ale oznacza to coś jeszcze – coś, co ma pomóc Polsce przezwyciężyć spowolnienie gospodarcze, wejdzie w życie w okresie, gdy reszta świata będzie się szybko rozwijać.

Jest gazowy sukces, będą ojcowie

28 stycznia 2010 autor rp

Czas był najwyższy. Mrozy i niewystarczające dostawy gazu spowodowały, że zmniejszono jego dostawy do pierwszych firm. Gdyby dalej nie było ugody gazowej, prawdopodobnie wkrótce redukcje dotknęłyby kolejnych zakładów.

Dostępne informacje o polsko-rosyjskim porozumieniu są bardzo optymistyczne i świadczą o dużym pragmatyzmie polskiej strony. Wytrzymaliśmy trwające około pół roku negocjacje w sytuacji, gdy groził nam szantaż gazowy. Ostatecznie zdecydowano, że Rosjanie, tak jak chcieli, nie zwrócą nam należnych pieniędzy za tranzyt gazu, ale nic nie stracimy, bo zamiast tego sprzedadzą nam taniej część surowca. Wbrew obawom opozycji nie zostaliśmy też zmuszeni do kupowania nadmiernych jego ilości, co mogłoby spowodować brak miejsca na naszym rynku dla innych niż Rosjanie dostawców. Nie ma więc niebezpieczeństwa, że straci sens budowa gazoportu i połączeń z zachodnimi gazociągami.

Nie wiemy niestety jeszcze, jak porozumienie reguluje sprawy zarządzania EuRoPol Gazem. Czy potwierdzą się rosyjskie informacje sprzed dwóch miesięcy, że faktycznie oddaliśmy kontrolę nad tą spółką, która zarządza biegnącym przez Polskę gazociągiem jamalskim.

Zakładając, że w tej kluczowej sprawie nie ulegliśmy, porozumienie może być sukcesem. Dziś dowiemy się, kto jest jego prawdziwym ojcem. Zasadniczo powinien za to odpowiadać minister gospodarki. Miał w nich jednak udział również minister skarbu, ale niektóre dokumenty podpiszą rosyjski Gazprom i Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Obie firmy są przynajmniej w pewnej części prywatne, ale w rzeczywistości są to agencje rządowe realizujące politykę państwa. Jednak o ile w przypadku Rosji jest to naturalne zjawisko, o tyle w państwie demokratycznym jest to aberracja. Jeżeli firma w swoich rokowaniach musi się kierować innymi względami niż zysk, nie powinna mieć prywatnych inwestorów. Kwestia importu gazu, jego tranzytu powinna być wydzielona z PGNiG do firmy realizującej rządową strategię, należącej wyłącznie do państwa.