Łupki z pospolitego ruszenia

27 gru 2011

Pospolite ruszenie jako metoda prowadzenia wojny już w średniowieczu wykazała liczne wady. Nie sprawdzi się również w dzisiejszej gospodarce, zwłaszcza w państwowej.

Pospolite ruszenie szlachty, mimo jej niewątpliwego męstwa i zaangażowania, ponosiło klęski, bo wojaczka nie była głównym zajęciem zwołanych naprędce żołnierzy. Dla Polski pożyteczniej by było nie odrywać ich od roli, a wojsko utrzymywać z podatków. Ale z powodów politycznych długo utrzymywano ten archaiczny sposób prowadzenia wojen. Minister skarbu Mikołaj Budzanowki, jako historyk, powinien wiedzieć to najlepiej. Mimo to zdecydował się on jednak powołać pospolite ruszenie państwowych firm do walki o gaz łupkowy.

Według nowego pomysłu resortu skarbu już nie tylko PGNiG mające doświadczenie w wydobyciu gazu (niełupkowego), nie tylko Orlen i Lotos zajmujące się paliwami, ale także państwowe firmy energetyczne powinny dołączyć do spółek dziurawiących nasz kraj szybami w poszukiwaniu surowca, który ma nas uniezależnić od rosyjskich dostaw.

Cel tych działań jest niezwykle istotny, wręcz pierwszoplanowy dla gospodarczego i politycznego powodzenia Polski. Ale metoda jest fatalna. Firmy energetyczne mają dość własnych zadań. Za kilkadziesiąt miliardów złotych trzeba zmodernizować i powiększyć nasze elektrownie oraz zbudować siłownię atomową. To naprawdę wielkie wyzwanie, które już dziś realizowane jest zbyt wolno. Niech wydobyciem gazu łupkowego zajmą się ci, którzy się na tym choć trochę znają.

Powinniśmy się też starać o zainteresowanie inwestorów zagranicznych. Na razie jednak zapowiedzi premiera Donalda Tuska, że obłoży wydobycie gazu specjalnym podatkiem, na pewno temu nie sprzyja. Jeżeli zainteresowanie wydobyciem tego surowca jest zbyt małe, to – zamiast straszyć podatkiem – obiecajmy ulgi. Wtedy zapewne pojawi się i polski kapitał prywatny. W przeciwnym razie hasło, że polski gaz powinno się wydobywać polskimi rękami, może pozostać puste. A rezultat będzie taki, że i gazu będzie za mało, i prąd trzeba będzie importować.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Inflacja to złodziejstwo

13 gru 2011

Nie trzeba podwyższać podatków ani bezpośrednich, ani pośrednich. Niepotrzebna jest reforma emerytalna ani inne niepopularne decyzje oszczędnościowe. Wystarczy, że będzie się rozwijać inflacja.

Gdy ceny szybko rosną, to finanse publiczne natychmiast zdrowieją – przynajmniej pozornie. PKB liczony jest w cenach bieżących, więc rośnie wraz z inflacją – w odróżnieniu od długu publicznego. Rosną również przychody z podatków pośrednich. Tymczasem wydatki państwa rosną z pewnym opóźnieniem. Obecny skok inflacji jest więc wyjątkowo na rękę ministrowi Jackowi Rostowskiemu.

Dość powiedzieć, że wzrost cen wyższy o 2 pkt proc. od prognozowanego, oznacza PKB wyższy o blisko 30 mld zł (oczywiście to tylko nominalny wzrost) i możliwość bezkarnego zadłużenia się o ponad 15 mld zł lub deficytu finansów publicznych większego o 9 mld zł.

Oczywiście za całe to „uzdrowienie” płacimy wszyscy. Finanse są zdrowsze, ale nasze oszczędności realnie mniejsze, mniej warte są też nasze zarobki.

Dlatego nie można się godzić na tę metodę równoważenia finansów publicznych. Sprawa jest poważna, bo prognozy nie są dobre. Drożeje żywność, w przyszłym roku czeka nas wzrost cen paliw (akcyza), taniejący złoty powoduje, że wyższe będą ceny importowanych towarów. Dlatego potrzebne są twarde decyzje banku centralnego. Mimo że grozi nam spowolnienie gospodarcze (efekt kryzysu europejskiego), priorytetem musi być zatrzymanie

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie majstrować przy emeryturach

06 gru 2011

Pomysł, by zamiast waloryzacji, wszystkie emerytury podnosić o tę samą kwotę, jest  – zgodnie z polskim prawem  – niewykonalny. Wydaje się, że zgłaszając go premier Donald Tusk liczył nie tyle na poprawę bytu emerytów, ile na awanturę społeczną, która zepchnie na dalszy plan inne jego projekty oszczędnościowe tak bolesne dla Polaków.

Trudno zgadnąć, z której ideologii ten pomysł został zaczerpnięty. Czy jego praojcem jest Marks, Lenin czy szlachetni socjaliści. Pewne jest tylko jedno – nie ma on nic wspólnego z gospodarką rynkową, zdrowym rozsądkiem czy tylko polskim prawem.

Dla premiera ważne było to, że kwotowa waloryzacja jest korzystna dla większości emerytów otrzymujących świadczenia niższe od przeciętnych. Kłopot w tym, że ten wzrost zostanie sfinansowany poprzez realne zmniejszenie wyższych świadczeń – mniej licznych. Dodatkowe 70 złotych miesięcznie dla kogoś, kto dostawał tysiąc złotych to dużo (7 proc.), ale gdy ktoś otrzymywał 4 tysiące złotych – to niewiele (1,7 proc. ). W efekcie spłaszczeniu ulegnie struktura świadczeń. Różnice między najwyższymi i najniższymi będą się realnie zmniejszać.

To może i skuteczna metoda – bezkosztowego dla budżetu – podniesienia poziomu życia najuboższych, ale to też najszybszy sposób na zniszczenie całego systemu emerytalnego. Jeżeli pokażemy ludziom, że wysokość składek ma niewielki wpływ na wysokość ich emerytury, to zrobią oni wszystko, by tych składek nie płacić.

Rozziew w wysokości emerytur w Polsce to bolesne zjawisko. Są ludzie otrzymujący głodowe świadczenia i tacy, którzy po kilkunastu latach pracy otrzymują kilka razy więcej. Ale tę sprawę powinno się rozwiązać, likwidując niesłuszne przywileje oraz ewentualnie podnosząc minimalne świadczenia. Gdy gospodarka rozwija się dobrze (a wzrost PKB o 4 proc. to dobry wynik), emerytury muszą być waloryzowane, choćby o wskaźnik inflacji. Jeżeli świadczenia rosną wolniej niż ceny, to znaczy, że emeryci są okradani z pieniędzy, które odłożyli w czasach, gdy pracowali. Takie zachowanie mogłoby być dopuszczalne, ale tylko w czasach recesji.

Dlatego też rząd nie powinien majstrować przy emeryturach. W obecnym systemie prawnym tych zmian i tak  – na szczęście – nie da się przeprowadzić. A dyskutować należy o podnoszeniu wieku emerytalnego, podwyżce podatków, czyli o tym, co i tak na pewno nastąpi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dziecko: wydatek państwa czy jego inwestycja

17 lis 2011

Wraca dyskusja o efektywnym systemie wspierania przez państwo rodzin. Mimo że czas nie sprzyja wydawaniu pieniędzy to nie można odsuwać tego problemu, bo sytuacja demograficzna państwa się pogarsza. Po prostu zaczyna nas ubywać. W końcu czerwca Polska miała statystycznie 38,2 mln obywateli. Co ważne, ta liczba w tym roku praktycznie się nie zmieniła. W rzeczywistości jest nas na pewno mniej, bo szacuje się, że 1 – 2 mln ludzi mieszka i pracuje za granicą. Oczywiście można się cieszyć z tego, że Polaków nie przybywa i dzięki temu bezrobocie będzie mniejsze. Ale taka sytuacja nie daje państwu korzystnych perspektyw. Ubywa bowiem młodych ludzi, a przybywa emerytów, których trzeba utrzymywać ze składek płaconych przez co raz mniej licznych ludzi mających zatrudnienie.

Dziś przeciętnie zarabiająca rodzina dostaje od państwa jednorazowo 1000 zł za urodzenie dziecka. Ci, którzy płacą podatek dochodowy, mogą odliczyć sobie od nie go co roku ponad tysiąc złotych na każdą pociechę. Po za tym państwo utrzymuje szkoły, przedszkola i zakłady opieki zdrowotnej dzieci. Przy ostatnim kryzysie zrezygnowano z ulg w VAT od artykułów dziecięcych. Dodatkowo Bruksela zmusiła nas do podniesienia VAT od pieluszek. Tak więc praktycznie nie mamy polityki prorodzinnej. Tysiąc złotych rocznie na dziecko, a tym bardziej płacone jednorazowo przy urodzeniu becikowe nie powinny zmieniać decyzji w sprawie posiadania dzieci.

War to przypomnieć, że gdy Zyta Gilowska minister finansów w rządzie PiS, zaczęła walkę o ulgę podatkową na dzieci, miała ona być płaco na tylko rodzinom posiadającym co najmniej troje potomków. Niestety, pani minister chwilowo przestała pełnić swoją funkcję i w tym okresie jej partyjni koledzy rozszerzyli ulgę na wszystkie dzieci. A tak to jest w finansach, że gdy coś dostają wszyscy, to nie otrzymują nic albo prawie nic. Tak było w tym przypadku, ponieważ pieniądze trafiły do wszystkich, to ich wartość w przeliczeniu na jedno dziecko jest tak mała, że nie zmieni sytuacji materialnej rodziny. Ponieważ rodziny liczące co najmniej pięcioro członków stanowią około 15 proc. gospodarstw domowych, można szacować, że kwota przypadająca na jedno dziecko wzrosłaby około dziewięciu razy. Czyli trzyosobowa rodzina zamiast 3 tys. zł rocznie dostawa łaby około 21 tys. zł (1,75 tys. miesięcznie). To są pieniądze, które miałyby realny wpływ na poziom życia nawet tak licznej rodziny.

W czasie expose premiera się przekonamy, czy rzeczywiście Platforma Obywatelska chce wrócić do rozwiązania przygotowanego niegdyś przez minister Gilowską. Jeżeli tak się stanie, jest duża szansa na odwrócenie niekorzystnych tendencji demograficznych. Ważne jest, że to rozwiązanie wymaga też zmiany sposobu wypłacania rodzinom tych pieniędzy. Niewiele rodzin dziś odprowadza 27 tys. zł podatków. Więc za miast ulgi musiałby być jakaś forma zasiłku wypłacana też np. rodzinom wiejskim. Trzeba mieć nadzieję, że pogłoski o zmianie systemu wspierania rodzin okażą się prawdziwe i że będzie to prawdziwa reforma, a nie akcja cięcia wydatków budżetowych, kosztem przyszłych, nielicznych już pokoleń.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lepsze reformy spóźnione niż żadne

16 lis 2011

Plan reform premiera Donalda Tuska (jeśli oczywiście zdecyduje się na jego ogłoszenie) jest krokiem odważnym i niezbędnym, choć może okazać się niewystarczającym.

Właściwie wszystkie pomysły zmian w finansach publicznych, o których wiemy, są godne poparcia. Polska dawno już powinna zreformować marnotrawny system emerytur rolniczych i wspierania rodzin. Dlaczego? Bo ich działanie w obecnej postaci umacnia tylko niekorzystne tendencje w strukturze gospodarstw rolnych i pogarsza sytuację demograficzną państwa.

Mamy też ulgi podatkowe, które niczego i nikogo nie wspierają. Co dziś daje bowiem ulga internetowa? Albo czy dodatkowe 1000 zł rocznie może zmienić decyzję kogokolwiek w sprawie posiadania dziecka? Podobnie jest ze wspólnym rozliczaniem się małżonków. To był dobry pomysł przed zmianą progów podatkowych. Dziś ten przywilej mógłby być przyznawany rodzinom wielodzietnym, w których kobieta nie zarabia, bo opiekuje się dziećmi. Ale nonsensem jest, gdy dostaje ją np. para bezdzietna. Podobnie rzecz się ma z ulgą na odliczanie 50 proc. kosztów pozyskania przychodów przez twórców i dziennikarzy. Jeśli rzeczywiście takie są koszty, to powinno się je wykazywać tak jak w firmach.

Polski system podatkowy oraz system wsparcia społecznego powstawały powoli. Są więc sumą wielu decyzji powstałych w bardzo różnych okolicznościach, często były zwyczajną próbą pozyskania maksymalnie szerokiego poparcia wyborców (np. ulgi na dziecko). Podstawową wadą tych systemów jest mała skuteczność. I to dlatego właśnie powinny być natychmiast zmienione.

System społecznego wsparcia powinien trafiać do ludzi, którzy naprawdę potrzebują pomocy. Powinien promować tych, którzy mimo trudnej sytuacji starają się o pracę, a nie na przykład tkwią w karłowatych gospodarstwach rolnych. Zamiast ulgi na Internet (która przysługuje wszystkim bez względu na dochody) powinno się budować bezpłatny dostęp do sieci tam, gdzie nie opłaca się tego robić firmom komercyjnym.

Rzecz jasna wszystkie te działania oznaczają oszczędności. Ale żeby plan reform miał sens, trzeba trzymać w ryzach inne wydatki (np. na biurokrację). Jeżeli premier Tusk rzeczywiście zdobędzie się na odwagę, ma szansę przejść do historii.

Problemem może być tu jednak skala i tempo zapowiadanych reform. Wiele wskazuje też na to, że zmiany, które premier ogłosi w piątek, są efektem nie tyle rzeczywistej chęci reformowania, ile rozmiarem ubytków w przychodach oraz palącą potrzebą poprawy wizerunku państwa u zachodnich inwestorów kupujących polskie obligacje skarbowe.

Warto pamiętać, że skutkiem braku reform finansów publicznych jest bardzo wysoki dług publiczny. Jeśli wybuchnie światowy kryzys, to błyskawicznie przebije on limity 55 i 60 proc. PKB. Dlatego już dziś musimy być gotowi na radykalne zmniejszenie deficytu. Zmiany rozpoczęte zbyt późno niewiele dadzą. Jeśli reformy będą zbyt skromne, szybko okaże się, że jedyną metodą walki z kryzysem będzie usunięcie z ustaw i konstytucji limitów długu po to, abyśmy mogli spokojnie się zadłużać. Aż osiągniemy poziom Grecji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Poprawa wizerunku to zdecydowanie za mało

11 lis 2011

Zgłoszenie przez Jacka Rostowskiego potrzeby uwzględnienia w budżecie skutków europejskiego kryzysu zaczyna prawdziwą dyskusję o reformach gospodarczych. Szkoda, że tak późno i w kształcie, który dla gospodarki może być groźny.

Minister finansów, przewidując wywołany recesją spadek przychodów i wzrost wydatków państwa, mówi tylko o tym, jak zniwelować deficyt dochodami. Tymczasem w czasach kryzysu podstawową metodą równoważenia finansów państwa powinno być cięcie wydatków. Podnoszenie podatków to ostateczność – może być wprowadzone tylko przy recesji jeszcze głębszej niż 1 proc. Prowadzi ono bowiem do dalszego spadku PKB, a więc nie pomaga w wychodzeniu z kryzysu.

Faktem jest, że Polska nie może pozwolić sobie na niezrównoważony budżet. Gdyby zatem w przyszłym roku – mimo spowolnienia gospodarczego takiego jak w 2009 r. – nie było cięć wydatków, a deficyt finansów publicznych (powyżej 100 mld zł) byłby taki sam jak obecnie, to nasz dług nie tylko przekroczyłby limit 55 proc. PKB, ale i konstytucyjny próg 60 proc. Wtedy trzeba by było zmieniać konstytucję i tłumaczyć się w Brukseli. Co gorsza, inwestorzy zagraniczni bacznie obserwujący poziom zadłużenia Polski mogliby przestać kupować nasze papiery skarbowe i wówczas naprawdę zacząłby się u nas kryzys.

Tymczasem wypowiedzi ministra Rostowskiego sprawiają wrażenie, jakby głównym celem reform miała być jedynie poprawa wizerunku Polski u inwestorów. Tyle że wiara, iż wystarczy sam plan reform wydatków społecznych, by przestano nas straszyć obniżeniem ratingu naszego kraju, szybko może okazać się naiwna.

Polska naprawdę potrzebuje reform. Wydatki państwa muszą być przystosowane do wielkości jego gospodarki. Bo życie na kredyt w czasach kryzysu europejskiej gospodarki nie będzie już możliwe.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Właściciele poszukiwani

07 lis 2011

Czy duże polskie banki mogą mieć polskich prywatnych właścicieli? Czy poza Leszkiem Czarneckim tylko Skarb Państwa jest wstanie udźwignąć ten obowiązek?

Wspominając wydarzenia z czasów spowolnienia gospodarczego z 2009 r., nie ma już wątpliwości, że naszej gospodarce nie pomaga zdominowanie sektora bankowego przez wielkie zagraniczne instytucje, szczególnie w czasach, gdy popadają one w kłopoty finansowe. W obliczu groźby kolejnego kryzysu sytuacja ta może się powtórzyć w jeszcze ostrzejszej formie. Problemy europejskiego sektora bankowego zamiast maleć narastają. W tej sytuacji może się okazać, że polskie banki kontrolowane przez zagranicznych właścicieli nie tylko ograniczą akcję kredytową, ale też będą zmuszane do finansowego wspomagania swoich właścicieli. To oznacza, że kłopoty europejskiego sektora bankowego mogą się przerzucić na nasz.

Dlatego pomysł, by wykorzystać obecny czas i przejąć przynajmniej niektóre z banków, jest wart przynajmniej rozważenia. Problemem jest tylko to, że w obecnych warunkach może to oznaczać nacjonalizację sektora bankowego. A do tego nie powinno się dopuścić.

Polskie banki są w zdecydowanej większości bardzo efektywnymi instytucjami. Nie powinno być kłopotu z pozyskaniem kapitału na ich zakup, nawet jeśli trzeba będzie zebrać kilkanaście miliardów złotych. Problemem jest, kto ma kontrolować takie banki kupione za rozproszony kapitał. PKO BP czy PZU pewno byłyby dobre jako ośrodki konsolidacji sektora. Ale najlepiej byłoby znaleźć dużych prywatnych inwestorów, a takich w Polsce nie ma. Leszek Czarnecki w ubiegłym roku usiłował włączyć się do walki o BZ WBK, ale teraz ma raczej wystarczająco duże kłopoty z Getin Bankiem. Zygmunt Solorz (właściciel niewielkiego Invest-Banku) zajęty jest Polkomtelem. Nie wydaje się, by któryś z pozostałych najbogatszych Polaków miał aspiracje do odegrania ważnej roli w sektorze bankowym.

W tej sytuacji trzeba liczyć na udział w prywatyzacji menedżerów. Wsparciem dla nich mogą być nie tylko zagraniczne prywatne fundusze, ale też polski rozproszony kapitał. Mamy już w naszym sektorze kilku menedżerów, których doświadczenie i renoma mogą być gwarancją powodzenia takich operacji.

Ważne, by państwo wsparło takie działania. Ale to zaangażowanie nie powinno być za głębokie – chodzi o co najwyżej objęcie mniejszościowych pakietów. Trzeba dbać, by akcja odzyskiwania banków nie musiała oznaczać nacjonalizacji, a potem kolejnej prywatyzacji poprzez sprzedaż zagranicznym bankom.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wybory minęły – czas na szczerość

18 paź 2011

Rok po tym, gdy Platforma po raz pierwszy wygrała wybory, zaczął się jeden z największych kryzysów finansowych powojennego świata.

Podobnie jest teraz – dwa tygodnie po kolejnych wygranych przez PO wyborach mamy coraz więcej sygnałów zapowiadających spowolnienie gospodarcze. Gdyby zaczęło się ono nieco wcześniej, wyniki wyborów mogłyby być zupełnie inne. Ludzie, którym tnie się płace i odbiera pracę, zazwyczaj głosują zupełnie inaczej, niż ci, którym powodzi się coraz lepiej.

Prognozowane w tym roku przez ekonomistów i bankowców spowolnienie jest w rzeczywistości drugim dnem tego samego kryzysu. Poprzednio zasypano go pieniędzmi drukowanymi bez opamiętania przez banki centralne, ale nie rozwiązano niemal żadnego z problemów, które spowodowały załamanie. Tym razem kryzys może być głębszy, bo nakładają się na niego niepokoje społeczne w wielu bogatych krajach. To będzie dodatkowy czynnik studzący nadzieje inwestorów na szybkie odbicie gospodarcze.

Dla Polski ta druga fala kryzysu też może się okazać trudniejsza od pierwszej. Pierwszą udało przejść bezpiecznie między innymi dzięki temu, że państwo zwiększało wydatki, stymulując popyt. Efektem tego był rekordowo wysoki przyrost długu publicznego, który zbliża się do limitów określonych w konstytucji. Dlatego dziś tej operacji nie da się powtórzyć. Wprawdzie pewne jest, że zdecydowana większość posłów chętnie zgodziłaby się na zmianę ustawy zasadniczej („nie krępujmy gospodarki” – powiedzą politycy), ale to nic nie da, bo limit 60 proc. długu w stosunku do PKB narzuca też Unia. Gdybyśmy chcieli go naruszyć, mogliby nam odebrać fundusze unijne. A to byłaby katastrofa.

Można szacować, że oczekiwany przez EBOR spadek wzrostu naszego PKB o 1,8 pkt proc. oznacza zmniejszenie planowanych przychodów państwa o sumę rzędu 5 mld zł. To może być jednak tylko początek, bo trudno przewidywać, jak będzie wyglądać sytuacja w kolejnym roku.

W tej sytuacji pierwszoplanowym zadaniem rządu powinna być nowelizacja budżetu tak, aby przystawał do rzeczywistości. Wydaje się, że nie trzeba jeszcze ciąć wydatków, wystarczy zatrzymać ich wzrost. Ważne, by ludzie, instytucje i firmy wiedziały, ile dostaną z tego, co im obiecano. Ewentualnie, co im się jeszcze zabierze. Wybory już minęły, można pozwolić sobie na szczerość.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zaczyna się gospodarczy maraton

10 paź 2011

Drugie exposé Donalda Tuska powinno być zdecydowanie krótsze i bardziej konkretne niż pierwsze. Przed rządem staje kilka zadań, których nie da się po prostu ominąć czy przeczekać. Przed czterema laty premier przez kilka godzin składał obietnice, które w zdecydowanej większości nie zostały zrealizowane. Znakiem rozpoznawczym jego pierwszej kadencji był przede wszystkim spokój w realnej gospodarce i znaczące inwestycje infrastrukturalne (zwłaszcza drogi). W drugiej kadencji przewidywalna spokojna polityka gospodarcza i sprawne wydawanie pieniędzy na pewno nie starczą, by za kolejne lata Platforma mogła znów powtórzyć sukces wyborczy.

Pierwsza kadencja koalicji PO i PSL przebiegała pod znakiem ciężkiego światowego kryzysu finansowego, z którego Polska wyszła obronną ręką. Jednak ceną za to był wysoki przyrost długu publicznego. Rząd długo nie umiał zahamować wzrostu wydatków w sytuacji, gdy przychody budżetu przestały rosnąć. W efekcie mieliśmy rekordowy deficyt finansów publicznych.

Teraz sprawa zatrzymania wzrostu zadłużenia stanie się pierwszoplanowym zadaniem rządu. Trzeba zmniejszyć deficyt. Większość ekonomistów jest przekonana, że szybko usłyszymy o planach zwiększenia przychodów państwa, czyli de facto podniesienia opodatkowania. Trzeba liczyć na to, że walka z deficytem po raz kolejny nie będzie oznaczać przejadania oszczędności, czyli np. likwidacji lub zmniejszenia funduszy emerytalnych.

Wiadomo natomiast, że ten rząd – z powodu obecności w nim PSL – najprawdopodobniej nic nie zrobi w sprawie KRUS. Nadal państwo będzie wydawać na ten cel co roku kilkanaście miliardów złotych.

Kwestia naszego zbyt wysokiego zadłużenia przestała być tylko wewnętrzną sprawą Polski. W tej sprawie będzie mocno naciskać na nas Bruksela. A od tego, jakie podejmiemy działania, zależeć będzie pozycja Polski w Unii. Jako kraj pełną garścią czerpiący z funduszy unijnych musimy domagać się uzdrowienia eurolandu, a nie możemy tego robić, jeśli sami będziemy mieli nieuporządkowane finanse publiczne.

Druga kadencja premiera Donalda Tuska będzie więc trudniejsza od pierwszej. Jego rząd będzie musiał liczyć się  z opozycją znacznie bardziej profesjonalną niż PiS – choćby z Ruchem Palikota. Na szczęście Platforma, idąc do wyborów, nie składała obietnic, które mogłyby zrujnować budżet lub rozgoryczyć ludzi w przypadku ich niedotrzymania. Tusk potrzebował będzie jednak znacznie większej determinacji w działaniu niż w marketingu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Piękny projekt unijnego budżetu

04 paź 2011

80 miliardów euro funduszy dla Polski, elastyczne zasady finansowania projektów, kary dla łamiących kryteria z Maastricht – to piękny projekt unijnego budżetu, który z pewnością trzeba uznać za wielki sukces polskiej dyplomacji.

Problemy jednak jak zwykle tkwią w szczegółach i możliwe, że z tego pięknego planu niewiele wyjdzie.

Przede wszystkim ryzykowne są plany odbierania funduszy wszystkim krajom, które mają zbyt wysoki deficyt finansów publicznych lub dług publiczny. Każdy ekonomista powie, że jest to bzdura, bo oznacza to zabieranie pieniędzy tym, którzy i tak są w kłopotach. Ale być może to ważne postanowienie zmusi zbyt populistyczne rządy do opamiętania się w wydawaniu pieniędzy i Europa przestanie się w końcu zadłużać. Warto jednak pamiętać, że mechanizmy karania rozrzutnych państw istnieją i obecnie, ale niewiele z tego wynika. Silne i wielkie państwa Europy łamały dyscyplinę finansów, ale umiały zablokować próby ich karania, małe i słabe kraje zaś po prostu fałszowały statystyki.

Dlatego znacznie ważniejszym dla nas pożytkiem z najnowszego projektu Komisji Europejskiej jest plan przekazania Polsce 80 mld euro funduszy w latach 2013 – 2020. Kwota ta może przesunąć nas cywilizacyjnie o kilka lat do przodu. Trzeba jednak pamiętać, że to jest tylko projekt, który zostanie radykalnie obcięty, jeżeli za parę miesięcy okaże się, że kryzys finansowy się pogłębia.

Dlatego klucz do realizacji tego pięknego planu Komisji Europejskiej leży w konsekwentnej walce z obecnym załamaniem gospodarczym. Dziś Europa (w tym Polska) musi oszczędzać i uzdrowić swoje finanse, by móc za kilka lat inwestować w przyszłość, czyli w fundusze unijne. Dla Polski nowy plan to nie tylko obietnica wielkich pieniędzy, ale też większe ryzyko ich utraty, jeżeli komuś niespodziewanie przyjdzie do głowy realizować wszystkie swoje obietnice wyborcze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop