Rosyjskie prawo do demokracji

11 gru 2011

Dziesiątki tysięcy protestujących w dziesiątkach miast w wielu strefach czasowych. Trudno to nazwać inaczej niż rosyjskim przebudzeniem.

Zniknął strach przed represjami, zniknęła moda na Putina, zniknęło przekonanie, że jak będziemy siedzieć cicho, to on nam pozwoli się bogacić. I pojawił się strach na Kremlu. Bo przeciw fałszowaniu wyników wyborczych i przeciw bezwstydnej bezkarności partii władzy wypowiadają się już nie tylko odwieczni opozycjoniści, których można zamknąć w jednym areszcie, ale i celebryci, syci przedstawiciele klasy średniej.

To wszystko przypomina przebudzenie Arabów, choć zapewne nie skończy się tak jak w Libii (likwidacją  znienawidzonego przywódcy) czy nawet Tunezji (ucieczką dyktatora za granicę).  Rosja to nie Afryka Północna. Ale w obronie reżimów  pojawiają się na Zachodzie podobne argumenty.  Z tym najważniejszym: po obecnej władzy może przyjść gorsza. Tak było z podtrzymywaniem w Egipcie Mubaraka, który miał nas chronić  przed terrorystami islamskimi.

Tak jest i z Putinem, który jest ponoć lepszy od tych, którzy przyszliby na jego miejsce. Bo nogami już przebierają rosyjscy komuniści i nacjonaliści. To oni ramię w ramię  protestują w Moskwie z prozachodnimi liberałami, z arcymistrzem Kasparowem, pisarzem Akuninem i młodzieżą tworzącą podziemną społeczność internetową. To oni  nagłaśniają przykłady fałszerstw.

Skąd to pyszałkowate przekonanie, że Rosjanie nie są sami w stanie dobrać sobie odpowiedzialnych rządzących? Że nie dorośli do demokracji? To prawda, że część komunistów kultywuje Stalina, co nie tylko w Polsce nie może się podobać. Prawdą jest jednak również i to, że przez kilkanaście lat władzy Putina nie poznaliśmy wszystkich dokumentów o zbrodniach stalinowskich. Nie usłyszeliśmy, że są ludobójstwem.

Ważne nie jest to, czy politycy rządzący w Rosji będą się wywodzili z partii, która ma w nazwie „komunistyczna”, ale to, czy wolne wybory, w których wyniku dojdą do władzy, nie będą ostatnimi demokratycznymi wyborami w Rosji. Nie ma powodu, by tylko ze względu na pamięć o zbrodniach Stalina zakładać, że to niemożliwe. W Indiach czy na Cyprze komuniści uczestniczą w demokratycznej grze wyborczej.

Nikt zresztą nie wie, jaka byłaby ta Rosja bez z góry przewidzianych wyników, bez uznawania za prezydenta kogoś, kto ma wystartować w wyborach dopiero za pół roku. Jej twarz poznamy, gdy Rosjanie wreszcie będą mieli pełne prawo do demokracji. Patrząc na ostatnie wydarzenia w Moskwie, można mieć nadzieję, że je sobie wywalczą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jemen i Kapuściński


06 gru 2011


Najlepiej pochwalić się samemu. Dostałem Nagrodę Polskiej Agencji Prasowej imienia Ryszarda Kapuścińskiego za tekst „Jemeńska szkoła dżihadu”.


Po niemal dwóch latach od jego napisania parę rzeczy się w Jemenie zmieniło. Przede wszystkim zaś główny bohater, Nigeryjczyk Umar Faruk Abdulmuttalab, terrorysta z bombą w majtkach, lada moment usłyszy wyrok za próbę wysadzenia się w samolocie nad Detroit. Za próbę dokonania największego od 2001 zamachu na znienawidzoną przed fundamentalistów islamskich Amerykę. Za, jak powiedział, próbę „zemsty za zabijanie muzułmańskich braci i sióstr”. Wszystko wskazuje na to, że wyrok, który ma usłyszeć w styczniu, będzie wysoki. Resztę życia młody chłopak, syn multimilionera, spędzi w amerykańskim więzieniu. 


Nie żyje już Anwar al Awlaki, urodzony w Ameryce jej wielki wróg i duchowy przywódca terrorystów islamskich, w tym i Umara. Zginął 30 września od rakiety wystrzelonej z amerykańskiego samolotu bezzałogowego. A rozkaz jego zabicia, jak pisała amerykańska prasa, wydał ponad rok wcześniej sam Barack Obama.


Wszystko wskazuje też na to, że tym razem naprawdę skończą się w Jemenie, po ponad trzech dekadach, rządy prezydenta Alego Abdullaha Saleha. Długo tańczył na głowach węży (tak nazywa władanie swoim krajem), ale już nie wytrzymuje tej gimnastyki. Nie te lata. Ale spryt pozostał. W przeciwieństwie do innych obalanych dyktatorów arabskich wywalczył sobie nietykalność. I dla rodziny też. 


Nadal działa szkoła języka arabskiego w Sanie, w której uczył się (i potajemnie przygotowywał do zamachu) Umar. 


Spełniło się też marzenie sympatycznej bohaterki reportażu Lubny Al Kibsi. Jest w Japonii i poznaje tajniki biochemii i genetyki. Jeżeli wróci do kraju, będzie pierwszym (niezależnie od płci) specjalistą od genetyki. A jej życie osobiste? Czy znalazła wreszcie odpowiedniego kandydata na męża? Tego nie wiem, wciąż czekam na mejl z odpowiedzią z Japonii. 



  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zmiany – tak. Jeśli zgodzi się na nie król

25 lis 2011

W Maroku trwa trudny test. Jak pogodzić monarchię z hasłami wznoszonymi podczas tegorocznych rewolucji w krajach arabskich?

Odpowiedzi mają częściowo udzielić piątkowe wybory. Już w lecie odbyło się referendum konstytucyjne. Większość Marokańczyków poparła wtedy zmiany, które zaproponował król, w tym kosmetyczne ograniczenie jego władzy.

Maroko już przed wybuchem rewolucji arabskich było jak na świat islamu całkiem liberalne. Nie blokowano tam Internetu, działała umiarkowana opozycja. Granicą swobody wypowiedzi i działania było – i nadal jest – to, co zdaniem rządzących, zagraża pokojowi oraz harmonii państwa i obywateli. Oznacza to całkowity zakaz krytyki króla i jego rodziny oraz w mniejszym stopniu, choć na prowincji wciąż dotkliwym, władz lokalnych. W aresztach jest trochę opozycjonistów, ale represje w niczym nie przypominają czasów poprzedniego monarchy, kiedy przeciwnicy polityczni znikali w tajnych więzieniach, gdzie latami nie widzieli słońca.

48-letni Mohammed VI, dziedzic najdłużej panującej dynastii arabskiej, cieszy się szczerym szacunkiem znacznej części społeczeństwa. Obserwowałem to niedawno w Tetuanie, 300-tysięcznym mieście na północy, gdzie monarcha ma jeden z pałaców. Wykształceni i znający Zachód ludzie opowiadali z przekonaniem, że król, gdyby tylko mógł, zreformowałby kraj, wyplenił korupcję i niesprawiedliwość. Przeszkadzają mu urzędnicy. Słyszałem opowieści o Mohammedzie VI wymykającym się w nocy z tetuańskiego pałacu, by na wąskich uliczkach wsłuchiwać się w troski bezdomnych i żebraków.

Przeciw monarchii jest zdelegalizowana radykalna partia islamska i część zapatrzonych w Zachód aktywistów Ruchu 20 lutego, organizacji przypominającej te, które zapoczątkowały rewolucje w Tunezji i Egipcie. Na wiecach, które zaczęły się w lutym i, z mniejszą częstotliwością i coraz mniej liczne, odbywają do dziś, zwykle nie słychać antykrólewskich haseł. Inne są takie same, jak te wznoszone na początku roku w Tunisie, Kairze czy Bengazi. Demonstranci wzywają do walki z bezrobociem, upokorzeniem, represjami, domagają się godności, pracy i sprawiedliwości. Podobni do tunezyjskich czy egipskich są też uczestnicy. Głównie młodzi mężczyźni, ubrani z europejska, trochę kobiet, połowa z nich w chustach, i trochę brodatych islamistów, zazwyczaj tych radykalnych, popierających partię, która nie mogła wziąć udziału w piątkowych wyborach. Ruch 20 lutego namawiał, by je zbojkotować.

Faworytem była ta łagodniejsza, przynajmniej oficjalnie, nosząca nazwę Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, dokładnie jak rządzące trzecią kadencję w Turcji ugrupowanie Erdogana. Wiele wskazuje, że to z jej szeregów będzie się wywodził przyszły premier Maroka, bo wprowadzone w lecie zmiany w konstytucji przewidują, że król mianuje szefa rządu ze zwycięskiej partii. Do tej pory mógł wyznaczyć dowolnego polityka. Ostatnio był nim Abbas el Fassi, przez chwilę bardzo popularny i w Polsce. Nie bacząc na zapylone od wybuchu wulkanu niebo, przyleciał małym samolotem na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego. Na mapie zapewne pojawi się kolejny kraj współrządzony przez islamistów. Tym się różniący od Turcji czy Tunezji, że znaczna część władzy będzie w rękach króla. Przede wszystkim obronność, bezpieczeństwo i religia. Mohammed VI to też Amir al Muminin, przywódca wiernych. I nic nie wskazuje, by wierni wyobrażali sobie Maroko bez Amira al Muminina.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszyscy przeciw Litwie

24 lis 2011

W stosunkach z Litwą doszliśmy do ściany. Ustąpić jednak nie można – twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej”

Na Litwie od kilku lat panowało przekonanie, że w Polsce jest tylko jeden wpływowy litwinożerca, zwany też polskim nacjonalistą, Radosław Sikorski. To on w pierwszym exposé umieścił Litwę w jednym szeregu z łukaszenkowską Białorusią wśród krajów prześladujących polską mniejszość. To on się trzy lata później odgrażał, że jego noga nie postanie w Wilnie, póki tamtejsze władze nie zrealizują obietnic składanych Polakom.

Obietnice bez pokrycia

Wydawało się, że jest zły policjant Sikorski i dobry Tusk, z którym można coś załatwić, na przykład wyraźne wsparcie dla budowy nowej elektrowni jądrowej na Litwie i wyraźne odcięcie się od konkurencyjnego dla niej projektu rosyjskiej elektrowni atomowej w obwodzie kaliningradzkim. W ostatnich dniach Litwa dostała dowód, że Donald Tusk nie jest już dobrym policjantem. Odpisał na list swojego „drogiego przyjaciela” premiera Andriusa Kubiliusa, zarzucając stronie litewskiej, że nie wykazuje dobrej woli wobec Polaków na Litwie, nie prowadzi z nią dialogu, a w dwustronnej komisji do spraw edukacji działa tak, by nie było „satysfakcjonujących” rezultatów.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rewolucja, część druga i może nieostatnia

22 lis 2011

Od wydarzeń na kairskim placu Tahrir zależy nie tylko przyszłość Egiptu. Także dalszy los przemian w całym świecie islamskim

Egipt jest najważniejszym krajem arabskim, nie tylko ze względu na największą populację. Przede wszystkim jest arabskim trendsetterem, tu się rodzą mody polityczne, ideologiczne, religijne, kulturowe.

Dlatego obalenie w lutym długoletniego dyktatora Mubaraka było ważniejsze niż obalenie kilka tygodni wcześniej Ben Alego w Tunezji i kilka miesięcy później Kaddafiego w Libii. Przynajmniej tak powinno być, gdyby było jasne, że wraz z upadkiem Mubaraka skończył się system, który on stworzył i reprezentował.

Sam Mubarak zapewne ze zdziwieniem (jeżeli stan zdrowia mu na to pozwala) ogląda w celi na ekranie telewizora swojego dawnego bliskiego współpracownika marszałka Tantawiego. Był rozgrywającym przed rewolucją, jako mubarakowski minister obrony, był nim w czasie rewolucji, gdy dystansując się od Mubaraka negocjował z witającym go entuzjastycznie tłumem na placu Tahrir. I jest nim teraz jako szef rady generałów.

Doszło już nawet do tego, że niektórzy eksperci twierdzą, że w styczniu i lutym żadnej rewolucji nie było, a Mubarak padł ofiarą zamachu pałacowego. Skutek faktycznie jest taki, jakby doszło do zamachu pałacowego. Ale rewolucja się odbyła, i to nie Tantawi ją wywołał, lecz zapatrzona w Zachód i sfrustrowana młodzież i klasa średnia, choć on się do niej szybko dołączył. Odbyła się jej pierwsza widowiskowa część, zakończona ucieczką Mubaraka z pałacu w Heliopolis do aresztu domowego w Szarm el Szejk. Jej efekt to szczątkowe rozliczenia z przeszłością (Mubarak, kilku ministrów i reżimowych przedsiębiorców za kratami, rozbita partia dyktatora) i szczątkowe otwarcie na przyszłość (legalizacja wielu organizacji i chwilowa, jak się okazało, wolność słowa, chwilowa, bo wielu krytyków marszałka i generałów wylądowało w więzieniu jak za Mubaraka).

Teraz mamy drugą odsłonę rewolucji. To próba niedopuszczenia do tego, by marszałek (lub jakiś generał) stał się nowym dyktatorem. Na Zachodzie wielu by takiego militarnego dyktatora przyjęło z ulgą. Narastają bowiem lęki przed przejęciem władzy przez fundamentalistów islamskich w wyniku wyborów, których pierwsza tura ma się odbyć za kilka dni (choć w czasie, gdy giną demonstranci na ulicach głosowanie nie ma sensu). Nie wszyscy, którzy wydają się fundamentalistami, rzeczywiście nimi są. I nie wszyscy fundamentaliści biorą udział w nowej odsłonie rewolucji. Być może czekają nas jeszcze następne, bo wizje przyszłego Egiptu się mnożą wraz z rosnącym niezadowoleniem z efektów obalenia Mubaraka.

To, w jaki sposób zakończy się walka generałów o utrzymanie realnej władzy w Egipcie, będzie miało wpływ na zapał rewolucyjny w innych krajach arabskich, od Syrii po Jemen.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szybka reakcja Sikorskiego

27 paź 2011

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski szybko zareagował na problemy jedynej polskiej gazety codziennej wychodzącej na Wschodzie, o których piszemy w dzisiejszej „Rz”.

Zapowiedział dziś, że natychmiast wesprze finansowo „Kurier Wileński”, tak by gazeta nie musiała zmiejszać częstotliwości ukazywania się. A wydawanie go jedynie we wtorki, środy i piątki miało się rozpocząć już w pierwszych dniach listopada. Tak się nie stanie. Szefowie i dziennikarze gazety przyjęli wieści z Warszawy z poczuciem ulgi i wdzięczności. Zapewne to samo można powiedzieć o czytelnikach.

„Zainteresowanie polskich polityków mniejszością polską na Wschodzie nie jest tak silne, jak by się mogło wydawać” — komentowałem w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, licząc po cichu na taką właśnie reakcję ministra Sikorskiego. Bardzo mnie ona cieszy.

Pomoc jest natychmiastowa i dotyczy najbliższych tygodni, ma zapewnić „Kurierowi” przeżycie w dzisiejszej postaci do końca roku. Dyskusja o długofalowym wspieraniu polskiej kultury na Wschodzie przed nami. Ale teraz można o tym myśleć z większym optymizmem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na ratunek polskiej kulturze na Wschodzie

26 paź 2011

Zainteresowanie polityków mniejszością polską na Wschodzie nie jest tak silne, jak by się mogło wydawać.

W obronie ich praw ograniczanych przez władze litewskie czy białoruskie są co prawda w stanie pogorszyć stosunki z Wilnem czy Mińskiem. Gorzej ze wsparciem polskiej kultury w krajach, gdzie żyje oddzielona granicą od Polski mniejszość polska.

Dotyczy to mediów mniejszości, które nie mają zbyt wielkich szans na samodzielne utrzymanie się. Doszło do tego, że z powodu zbyt małego wsparcia finansowego z Warszawy „Kurier Wileński”, jedyna polska gazeta codzienna wychodząca na Wschodzie, ma tak poważne kłopoty, że może zniknąć z rynku.

Znikanie gazet towarzyszy znikaniu uczniów z polskich szkół, w których jest coraz mniej nauki po polsku. To elementy tej samej tendencji – wynaradawiania się Polaków na Wschodzie. Nie na tym – jak wynika z deklaracji i rządu, i opozycji w Warszawie – polega interes Polski.

Polska kultura na Wschodzie to nie tylko media mniejszości polskiej. Niemniej ważna jest obecność w krajach, gdzie ona mieszka, kultury z Polski. Od 20 lat polskie telewizje, poza TVP Polonia, są właściwie nieobecne na Litwie, Białorusi, Ukrainie, Łotwie. Jeżeli ktoś w tych krajach chce obejrzeć nowy film amerykański, solidny, czyli drogi program rozrywkowy albo ważny mecz, to często musi korzystać z telewizji rosyjskiej, bo miejscowych stacji nie stać na licencje i wielkie produkcje. Rosjanie nie mają problemu z dzieleniem się swoją kulturą, w szczególności w wersji pop. Radzą sobie znakomicie, mimo że dwie dekady temu, po rozpadzie ZSRR, stosunek do Moskwy i języka rosyjskiego był na Litwie i Łotwie negatywny.

Polska wycofała się kulturowo z tego obszaru, nie jest atrakcyjna ani dla tamtejszych Polaków, ani dla Litwinów, Łotyszy, Ukraińców i Białorusinów. Najwyższy czas to zmienić. Bo to korzyść nie tylko kulturowa. Wraz ze znajomością języka i kultury polskiej, poznanych choćby po to, by obejrzeć amerykański serial, wzrośnie sympatia do Polski. Dająca też skutki ekonomiczne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Widmo fundamentalizmu krąży po Zachodzie

24 paź 2011

Mam wrażenie, że niektórym ekspertom i politykom zachodnim już nie podobają się arabskie rewolucje w Afryce Północnej. Są bliscy stwierdzenia, że żal im obalonych dyktatorów. To wszystko z lęku przed fundamentalistami islamskimi, którymi Ben Ali, Mubarak i Kaddafi straszyli Zachód, uzyskując przyzwolenie na dręczenie własnych narodów.

Wrażenie wynika z reakcji na ostatnie wydarzenia. W Tunezji w pierwszych wolnych wyborach (do konstytuanty) wygrała partia islamistów Nahda, i to, według nieoficjalnych danych, ze znacznie większą przewagą, niż wypadało w sondażach.  A w sąsiedniej Libii chwilę po zabiciu dyktatora przywódca nowych tymczasowych władz potwierdził, że będzie to kraj zdecydowanie islamski, z szarijatem w konstytucji i zgodną z prawem religijnym działalnością finansową. I zaczęło krążyć po Zachodzie widmo fundamentalizmu islamskiego u bram. A nawet terroryzmu.

To daleko posunięta przesada. Tunezja i Libia będą zapewne inne, niż były za dyktatorów. Ale to nie znaczy, że Zachodowi coś z ich strony zagraża. Nie ma nic dziwnego w tym, że w kraju muzułmańskim szarijat jest wpisany w konstytucję. Było tak i w Egipcie Mubaraka, sojusznika Ameryki.

W demokratycznych wyborach odbijają się prawdziwe poglądy narodów, a nie poglądy korzystne dla wiecznych przywódców. Kraje Afryki Północnej, poza centrami dużych miast, są konserwatywne, a konserwatyzm jest tam islamski, bo inny być nie może. Na razie trzeba się cieszyć, że w Tunezji wybory miały tak wysoką frekwencję. To dowód na nadzieję pokładaną w demokracji. I dobry przykład dla sąsiadów.

Islamistom północnoafrykańskim trzeba dać szansę. Rządzone przez nich kraje zapewne nie porzucą interesów z Zachodem, tak jak prowadzi je Turcja czy Arabia Saudyjska. Pewnie islamiści nie przegnają też turystów. Bo to wszystko pomoże im poprawić standard życia swoich wyborców. Dobre stosunki z Zachodem powinny zaś wpłynąć na poprawę sytuacji miejscowych chrześcijan.

Problem się zacznie, gdy się okaże, że wybory, w których wygrali, będą ostatnimi wolnymi wyborami. Ale dlaczego mamy przyjmować takie założenie?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kto płacze po Kaddafim

20 paź 2011

Libijczycy i inne zrewoltowane narody arabskie mają kolejny dzień tryumfu, kolejny symbol. Mają też znowu swoje pięć dni w mediach całego świata. Zdjęcia konającego od ran dyktatora przejdą do historii. 

Wyobrażam sobie, co się teraz dzieje w Bengazi, stolicy rewolucji. Jak się cieszą ci wszyscy ludzie, którzy odważyli się w lutym wystąpić przeciw Kaddafiemu, a potem takim dziennikarzom jak ja wykrzyczeli historie życia niszczonego przez dyktaturę. Jak się cieszą kierowca karetki Mustafa, pani dr Iman, pułkownik Ali, inżynier Taher czy amerykańsko-libijski lekarz Rida.

Należy im życzyć, by ostateczny koniec dyktatora był początkiem Libii, w której nie będą się dusić, w której oni i inni będą mieli coś do powiedzenia i będą korzystali z bajecznych bogactw kryjących się pod piaskami libijskich pustyń. A jest po temu szansa, większa niż w wielu innych krajach, pozbywających się krwawych dyktatorów. To mimo podziałów plemiennych, klanowych i historycznych kraj dosyć jednorodny. Jeden odłam islamu, konserwatywne społeczeństwo (nawet w domach wykształconych rewolucjonistów nie widziałem kobiet, tylko ich ręce podające przez drzwi tace z herbatą czy obiadem). Położony z dala od niebezpiecznych graczy świata islamskiego, a blisko Europy. I co ważne na tyle mało ludny, że przy złożach ropy i gazu, które ma, łatwiej niż np. w Egipcie czy Tunezji zapewnić jego obywatelom niezły standard życia. Z sąsiedniej Tunezji, która właśnie zbiera się do pierwszych wolnych wyborów (do konstytuanty), można zaczerpnąć wiedzę o tworzeniu instytucji demokratycznych.

Kaddafi przegrał już wcześniej, zostało mu najpierw kilka miast, potem kilka dzielnic, ukrywał się, kluczył. Przede wszystkim zaś od wielu tygodni nie mógł już wierzyć, że naród go kocha, a tylko Al Kaida wspierana przez Sarkozy’ego i Camerona spiskują przeciwko niemu, wysługując się zdrajcami. Tracił ministrów, którzy przechodzili na drugą stronę, synów, którzy ginęli, tracił powoli wszystko. Aż stracił życie.

Chyba nikt nie płacze po Kaddafim. Jak można wnioskować z entuzjastycznych wypowiedzi polityków, śmierć Kaddafiego to najlepsze rozwiązanie dla wszystkich. Dla rewolucjonistów, bo koniec dyktatora to prawie pewny koniec wojny. A po wojnie można wreszcie przystąpić do tworzenia nowego państwa i to takiego, by Libijczycy nie zaczęli za parę lat tęsknić za obalonym dyktatorem. Cieszy się i Zachód, bo wiele zainwestował w obalenie Kaddafiego, i Wschód, bo ma nadzieję, że nowe władze wraz z zapominaniem o nieżyjącym dyktatorze zapomną, że postawił na niewłaściwą stronę konfliktu. 
W pewnym sensie to dobre rozwiązanie także dla Kaddafiego, bo choć najwyraźniej nie chciał umierać, lecz znowu zamierzał się gdzieś schować, to gorsze byłoby, gdyby ranny trafił do celi, z której nie miałby szans wyjść. Czekałyby go los Mubaraka wwożonego na szpitalnym łóżku do klatki w sali sądowej. Dla arabskiego przywódcy to upokorzenie niewyobrażalne. 

Byłoby lepiej, gdyby doszło do procesu, niekoniecznie w takim stylu, jak ten Mubaraka.

Trybunał rozliczający zbrodnie Muammara Kaddafiego byłby i oczyszczeniem, i przestrogą. Przypomnieniem publicznych egzekucji, mordu w więzieniu Abu Salim, zastraszania, gnębienia. Pewnie też poznalibyśmy dzięki trybunałowi szczegóły działalności terrorystycznej Kaddafiego i umów z zachodnimi politykami, gdy Kaddafi terroryzmu się wyrzekł.

Doniesienia z Libii obserwuję w innym północnoafrykańskim kraju, Maroku, gdzie rewolucji nie było, król trzyma się mocno, choć demonstracji, wieców, żądań zmian systemu nie brakuje. 
Tu też wzbudziły wielkie zainteresowanie. Po raz pierwszy widziałem, jak na plazmach w kawiarenkach i herbaciarniach w trzystutysięcznym Tetuanie mężczyźni oglądali coś innego niż mecze piłkarskie. Telewizor był także włączony w gabinecie szefa lokalnych władz, którego dziś odwiedziłem. Na wiecach Marokańczycy mówią zazwyczaj, że król chce reformować kraj, a przeszkadzają mu w tym ministrowie, gubernatorzy i urzędnicy różnorakich szczebli.
Nie wiem, co miejscowy wali, gubernator, myśli o rewolucjach arabskich, o Kaddafim. W ogóle nie chciał rozmawiać o polityce.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ukraińskie pożegnanie

19 paź 2011

Już sobie nie porozmawiam z Bohdanem Osadczukiem. Nie usłyszę kolejnych barwnych wspomnień o wielkich i małych tego świata. 
Dla mnie zamknęła się epoka. Nie znałem nikogo innego, kto byłby świadkiem tylu ważnych wydarzeń od czasów przedwojennych, nikogo z gigantów paryskiej „Kultury”, nikogo, kto rozmawiałby i z marszałkiem Żukowem, Titą, Willym Brandtem i Markusem Wolfem, dysydentami od Bułgarii po Polskę, i od Gruzji po Jugosławię.

Na początku był dla mnie sławnym publicystą i sowietologiem, który po upadku Związku Radzieckiego pisywał w mojej gazecie. Z czasem stałem się jego skrzynką kontaktową w „Rzeczpospolitej”, od kilku lat to do mnie dzwonił, mi wysyłał faksem swoje felietony.
Dzwonił na telefon stacjonarny ze swojego stacjonarnego berlińskiego, komórkowego dorobił się dopiero, gdy trafił na długie tygodnie do szpitala. Odzywał się niskim głosem, wylewał żale na polityków nierozumiejących wagi polityki wschodniej albo dowcipkował. Nie używał komputera, w każdym razie mi nic o tym nie wiadomo.
Przesyłał felietony pisane na maszynie. Jak w czasach dziennikarstwa przedkomputerowego, przedinternetowego, zupełnie innego. Nieliczne poprawki, naniesione piórem, wszystko miał poukładane i przemyślane, encyklopedyczne w treści, niekonwencjonalne w stylu. Czasem trafiło się jakieś staroświeckie słowo, czasem jakieś wschodniosłowiańskie zapożyczenie, ale polszczyzny mógłby mu pozazdrościć niejeden z polskich dziennikarzy. Nie przejmował się podziałami politycznymi, walił na lewo i prawo, wybaczał tym, którzy mieli zrozumienie dla niepodległości Ukrainy i konieczności przeciągnięcia jej wbrew wszelkim przeciwnościom na Zachód. Wiadomość o jego śmierci zastała mnie w północnym Maroku, nie mam przy sobie żadnego z tekstów, które przesyłał faksem. Kilka się zachowało, ale nie mogę teraz nic przytoczyć.
Ostatnie teksty dyktował już na magnetofon. Jeżeli dobrze pamiętam, ten naprawdę ostatni dotyczył Julii Tymoszenko, która go fascynowała i przerażała zarazem. Baba z piekła rodem, jak z ekscytacją o niej mówił.

Do końca zachował radość życia, którego nieodzowną częścią było adorowanie kobiet, interesowanie się nimi. Gdy ostatni raz odwiedził redakcję, od progu powiedział mi, żebym mu pożyczył pieniądze. „Na hotel. I na dziewczynki”. 
Opowiedział wówczas historię znaną chyba i z którejś z jego książek, jak to zaraz po zdobyciu Berlina był u radzieckiego dowódcy. I wstawił się za Serbołużyczanami, których prześladowali Niemcy. — Co, są tu jacyś Serbowie? To trzeba ich wysłać do Jugosławii — odpowiedział sowiecki wojskowy. I z trudem udało się go później odwieść od tego pomysłu. Serbowie Łużyccy przetrwali w NRD.

Robiłem z nim wywiad, gdy dostał Nagrodę Giedroycia, jedną z wielu, był też przecież jako jedyny kawalerem najwyższych odznaczeń Polski i Ukrainy. Zaprosił mnie do pokoju w hotelu Bristol. Otworzył mi ze szklanką whisky w ręce i w jednorazowych kapciach z jakiegoś hotelu w Zurychu, gdzie bywał jako wielotetni korespondent „Neue Zürcher Zeitung”. Wtedy powiedział mi, że ma już przygotowane miejsce na cmentarzu w swojej Kołomyi.

Nie przyjedzie już do Warszawy. A wciąż mi mówił, że następnym razem wpadnie do mnie do domu i popisze się talentem kulinarnym. Nie byłem pewien, czy nie kpi, ale potwierdzał wielokrotnie, że gotowanie to jego pasja. Ja miałem kupić krewetki i jakieś mięso, żona miała obierać warzywa, a profesor miał dać popis. Nie da. Nie zjem kulinarnego dzieła Bohdana Osadczuka. Zostaną inne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop