Wpisy w kategorii „Terroryzm”

Zamach na krainę szczęśliwości

22 lip 2011

Norwegia przeżyła swój 11 września. Mniejszy, bo jest mała. Ale traumy narodu nie mierzy się liczbą ofiar.

Nie ma przesady w twierdzeniu, że atak terrorystyczny na Norwegię jest zamachem na wzorcowy kraj cywilizacji zachodniej. Jeżeli spokojna, bogata, liberalna Norwegia budzi taką nienawiść, jeżeli w takim kraju podkłada się bomby w dzielnicy rządowej i strzela do polityków, to gdzie jeszcze można się czuć bezpiecznie i pewnie.

Nie ma pewności, czy za piątkowymi atakami na Norwegię stoją terroryści islamscy, choć już jedna wcześniej nieznana organizacja przyjaciół dżihadu się do niej przyznała. Nie ma pewności także dlatego, że mężczyzna strzelający do członków młodzieżówki rządzącej Partii Pracy był ponoć blondynem o nordyckim wyglądzie.

Już nie raz Norwegia była na celowniku fundamentalistów islamskich, już nie raz jej grozili. A to za próby pozbycia się kłopotliwego mułły, lidera organizacji z irackiego Kurdystanu, która ponoć (znowu „ponoć”) miała związki z al Kaidą. A to za druk karykatur Mahometa. A to za Afganistan, a to za Libię. Norwegia jest bowiem solidnym członkiem NATO, sojusznikiem sił uznawanych przez radykałów islamskich za siły zła.

Prawda o Norwegii jest jednak bardziej skomplikowana. Jest to jednocześnie kraj wydający grube miliony na pomoc krajom, w których radykałowie islamscy i terroryści są wyjątkowo silni. Jest to kraj, który angażował się w pośredniczenie między terrorystami (czy byłymi terrorystami) a walczącymi z nimi rządami. Jest to wreszcie kraj wyjątkowo tolerancyjny dla muzułmanów, także tych, którzy tę tolerancję rozumieją na opak i nawołują z meczetów do niszczenia cywilizacji zachodniej, a więc i norweskiej.

Jeżeli potwierdzi się, że za zamachami stoją islamscy terroryści, to jeszcze mniej będziemy wiedzieli, jak należy postępować z muzułmanami w Europie, by w ich społecznościach nie pojawiał się radykalizm. Wtedy okazałoby się bowiem, że przed zamachami nie chroni ani totalny liberalizm wobec muzułmanów, ani kontrolowanie ich czy odgradzanie się od nich.

Niezależnie od tego, kto podniósł rękę na królestwo dobrobytu i otwartości, udało mu się zasiać lęk. Nie tylko w Norwegach. Europę znowu czeka głęboka refleksja na temat terroryzmu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Al Kaida ma powody do zadowolenia

8 wrz 2010

Z amerykańskich przecieków dowiedzieliśmy się, że w Polsce nie tylko było tajne więzienie CIA, ale że dręczono w nim, grożono nawet wywierceniem dziur w głowie, podejrzanemu o terroryzm.

Można się spodziewać, że chór krytyków polskich władz, które miały się zgodzić na to, by amerykańskie służby wyprawiały w Polsce, co chcą, ze specyficznymi więźniami, jeszcze się powiększy. Także w naszym kraju. I krzyk będzie wielki. Oburzenie i poszukiwanie winnych. Bo sposób traktowania w tajnych więzieniach Chalida Szejka Mohammeda (numer 2 w al Kaidzie) i innych organizatorów zamachów terrorystycznych urasta do największej zbrodni współczesnej Europy. Może nawet obrońcy praw terrorystów uznają, że na chwilę należy zawiesić zakaz wykonywania w Polsce kary śmierci, by dokonać egzekucji Aleksandra Kwaśniewskiego, bo to w czasach jego prezydentury się to wszystko działo.

Dominująca ocena walki z terroryzmem na samym początku tego wieku jest niepokojąca. Co prawda, jeżeli tajne więzienia CIA rzeczywiście w Polsce były i torturowano w nich podejrzanych, było to złamanie prawa. Ale trzeba sobie przypomnieć, co było na drugiej szali – chęć uniknięcia kolejnych wielkich zamachów dokonywanych przez terrorystów islamskich. Świeżo po 11 września 2001 roku.

Gdy w filmie policja nie może konwencjonalnymi środkami wydobyć z przestępcy informacji, która pozwoli uratować życie uprowadzonego, to większość widzów się wścieka. Bo kryminalista ma tak wiele praw. Podobnie jest z tajnymi więzieniami CIA, ale tu stawka była większa: życie tysięcy ludzi, bezpieczeństwo państw i kondycja cywilizacji zachodniej. Jeżeli polscy politycy wydali zgodę na torturowanie islamskich terrorystów, to niedobrze. Ale co by było, gdyby nie wydali?

Najgorsze, że teraz już żaden polityk nie będzie sobie zadawał takich pytań: co jest na drugiej szali. Każdy odrzuci propozycję z Ameryki. Zwłaszcza że, jak widać, w CIA nie ma tajemnic i prędzej czy później wszystko się wyda.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie tylko Blair straszył Saddamem

5 wrz 2010

Obecni szefowie Komisji Europejskiej i NATO, tak jak obrzucany jajkami Blair, mówili o broni masowego rażenia w Iraku

Wycofaniu Amerykanów z Iraku towarzyszą rozliczenia odpowiedzialnych za wywołanie wojny w 2003 roku. Na razie najbardziej ucierpiał ówczesny brytyjski premier Tony Blair, na którego podczas sobotniej promocji jego biografii w Dublinie posypały się jajka, buty i oskarżenia „zbrodniarz“ i „rzeźnik“.

Amerykanie i Brytyjczycy wraz z Polakami, Hiszpanami, Włochami i grupą innych nacji zaatakowali Irak, bo miała tam być broń masowego rażenia zagrażająca bezpieczeństwu świata. Drugim argumentem były rzekome powiązania Saddama Husajna z al Kaidą. Oba okazały się fałszywe. Al Kaida może i działała w Iraku, ale na terytorium poza kontrolą Saddama. Na serio zaczęła tam działać po obaleniu dyktatora. I był to skutek ataku zachodniej koalicji.

Główny argument za interwencją, czyli broń masowego rażenia w rękach irackiego dyktatora, wyprodukowała administracja George’a Busha. Ale powtarzali go przywódcy innych państw. Pojawił się w tzw. liście ośmiu ze stycznia 2003 roku, który był ostatnim ostrzeżeniem dla Saddama. I początkiem konfliktu wśród państw zachodnich o sposób rozwiązania problemu irackiego. Konfliktu między USA i Wielką Brytanią, wspieranymi przez kraje naszego regionu z jednej strony, a Niemcami i Francją z drugiej. Warto przypomnieć, kto prócz Blaira podpisał się pod listem. Bo to osoby wciąż odgrywające ważną rolę w polityce. Jose Manuel Barroso, wtedy premier Portugalii, dziś szef Komisji Europejskiej, Anders Fogh Rasmussen, wtedy szef rządu Danii, dziś sekretarz generalny NATO, Silvio Berlusconi, wtedy i dziś premier Włoch, i Vaclav Havel, wtedy prezydent Czech, teraz nadal sumienie Europy Środkowej. Nie mówiąc o nie- odgrywającym ważnej roli Leszku Millerze, wtedy premierze Polski. Ich jajkami i obelgami chyba nikt nie obrzuca.

Czy rozliczenia pójdą dalej? Czy ktoś z możnych będzie się tłumaczył przed sądem za oszukanie świata, że Saddam Husajn jest zagrożeniem, bo ma broń masowego rażenia? To wątpliwe, także dlatego, że przed międzynarodowymi trybunałami nie stają zwycięzcy. A nawet gdyby stanęli, nie wiadomo, co by z tego wynikło. Bo co prawda powód ataku był fałszywy, ale ocena irackiej wojny nie jest jednoznacznie negatywna. A za dziesięć czy 20 lat może być jeszcze mniej negatywna, mimo wielkiej liczby ofiar.

Nie ma dyktatora, który wywoływał wojny i wymordował tysiące własnych obywateli. Jest nowy Irak, z obiecującymi elementami demokracji, która być może okaże się za jakiś czas zaraźliwa dla innych państw regionu. Przy ocenie wydarzeń sprzed ponad siedmiu lat nie można też zapomnieć o atmosferze zagrożenia, która panowała na Zachodzie po ataku islamskich terrorystów 11 września 2001 roku. Skłoniła niektórych przywódców do działań nadmiernych, ale czy na pewno lepszym rozwiązaniem byłoby wstrzymanie się od jakichkolwiek działań?

Najgorzej byłoby, gdyby po doświadczeniach z Iraku i Afganistanu na Zachodzie zapanowała atmosfera naiwnie pacyfistyczna. Gdyby zatriumfowało myślenie: nie róbmy nic poza naszymi granicami, nie mieszajmy się, po prostu kochajmy i akceptujmy różnorodność świata, to nic nam nie zagrozi. Bo zagrozi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Terroryści zmieniają Rosję

31 mar 2010

W poniedziałek uderzenie w serce Moskwy, w środę zamach na peryferiach Rosji – w dagestańskim Kizlarze. To ogniwa jednego łańcucha – skomentował prezydent Miedwiediew.

I na pewno ma rację, jeżeli chodzi o skutek społeczny: o sianie strachu wśród Rosjan, wzbudzanie niepewności, czy państwo jest silne, czy jest w stanie ich obronić.

Rosja jest krajem, w którym zamachy terrorystyczne nie są rzadkością. Ale atak na stacje moskiewskiego metra wydaje się przełomowy. Zaczął zmieniać Rosję. Wprawił w ruch proces, którego przyszłości nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Pierwsza zmiana – po zamachu na Moskwę pojawiła się masowa krytyka władz. I to nawet w mediach rządowych. Na słabość Rosji, a więc i władzy, skarżyli się politycy z kremlowskiej partii.

Zmiany zapowiadają się też w prawodawstwie. Rosja prawdopodobnie wróci do wykonywania kary śmierci. Przynajmniej na terrorystach.

Jest szansa, że zmieni się też sposób zwalczania terroryzmu. Tak, by wyciąganie terrorystów choćby ze ścieków – co zapowiada premier Putin – nie skończyło się zniszczeniem całego systemu kanalizacji. A tak dotychczas bywało.

Największej zmiany wymaga jednak polityka wobec Kaukazu Północnego i – co też jest zmianą – mówi o tym Kreml. Moskwa musi oswoić mieszkańców tamtejszych republik, głównie muzułmanów, nie siłą, lecz inwestycjami, i przekonać ich, że nigdzie nie będzie im lepiej niż w granicach Federacji Rosyjskiej.

To będzie trudne. Także dlatego, że Moskwa sama wpędziła się w pułapkę wspierania prawa do samostanowienia narodów kaukaskich, uznając niepodległość Osetii Południowej i Abchazji. Trudno jej więc używać argumentu nienaruszalności granic, skoro naruszyła granice swojego sąsiada, Gruzji.

Ale separatyści nie mają na co liczyć. Ci, którzy nie poparli niepodległości Osetii Południowej i Abchazji (czyli prawie cały świat), nie poprą niepodległości żadnej republiki, żadnego emiratu w granicach Federacji Rosyjskiej. Geopolitycznie ich walka jest skazana na niepowodzenie. Tu zmian nie będzie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Uderzenie w serce Rosji

29 mar 2010

O zamachu terrorystycznym w stolicy Rosji trzeba powiedzieć przede wszystkim jedno: Moskwę 29 marca 2010 należy traktować tak, jak Nowy Jork 11 września 2001 roku, Madryt 11 marca 2004 roku i Londyn 7 lipca 2005 roku.

To był atak, w którym zginęli zwykli ludzie, zmierzający do pracy cywile. I jednocześnie atak na symboliczne miejsca w centrum bardzo ważnego państwa. W pobliżu siedziby służb specjalnych, przy Kremlu, w sercu kraju. 
Moskwę dotknął akt terroryzmu taki sam jak metropolie świata zachodniego. Tak samo nie można go usprawiedliwiać, niezależnie od tego, kto go dokonał, niezależnie od tego, kto go obmyślił i przygotował. 
I zapewne będzie miał skutki polityczne. Wzbudzi strach, niechęć do tych, z którymi będą identyfikowani terroryści — podejrzenie już padło na północny Kaukaz. Ożywi służby specjalne. Spowoduje zaostrzenie polityki rosyjskiej wobec północnego Kaukazu, wobec separatystów, fundamentalistów, terrorystów, bojowników, może i mafiosów. Nastąpi powrót do ostrej polityki Putina z czasów drugiej wojny czeczeńskiej.

Dotknięta zamachem terrorystycznym Rosja, zaostrzając politykę wobec wskazanego przez nią źródła terroryzmu, nie byłaby wyjątkiem. Ważne by było to prawdziwe źródło. Wiemy o nim niewiele. Ale nie ma powodu, by podejrzewać, że poznamy nieprawdziwe.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jemeńskie narodziny terrorysty

23 sty 2010

Na razie ludzie Obamy mówią, że Ameryka Jemenu nie zaatakuje. Choć są tu warunki na drugi Irak czy Afganistan.

Może nawet lepsze dla terrorystów niż w tamtych krajach. Bo tu oprócz al Kaidy są i ostro walczący rebelianci szyiccy (atakują ich z jednej strony wojska jemeńskie, z drugiej saudyjskie) oraz separatyści z południa (na razie stosujący metody pokojowe). Konfliktów mnóstwo, kraj biedny. W znacznej części Jemenu władza centralna (sojusznik w walce z terroryzmem) nie ma nic do powiedzenia.

Nikt by sobie głowy tym nie zaprzątał, gdyby nie młody Nigeryjczyk, który tu właśnie szykował się do zamachu na amerykański (z bombą w majtkach). Jego, nieudany, atak samobójczy podziałał otrzeźwiająco na polityków i ekspertów zachodnich. Nagle przypomniano sobie, że to z Jemenu pochodzi ponad dwie piąte więźniów Guantanamo (tych, którzy tam jeszcze są), i że al Kaida działa sobie w tym kraju w najlepsze, a przewodzą jej byli więźniowie z tego samego obozu na Kubie, jeden zdążył się jeszcze załapać na kurs resocjalizacji dla terrorystów. Niestety była to porażka systemu penitencjarnego. Zwiał.

Tu także ukrywa się urodzony w Ameryce szejk Awlaki, zwany internetowym bin Ladenem (bo za pomocą najnowszych technologii zachęca młodzież muzułmańską do walki z niewiernymi).


W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” piszę o tym, jak jeden z wielbicieli Awlakiego, syn bajecznie bogatego Afrykańczyka przyjechał do prozaicznie biednego i baśniowo pięknego Jemenu i przerodził się w terrorystę. Chciał się w Boże Narodzenie wysadzić w samolocie nad terytorium wielkiego wroga — Ameryki (nie dał rady się wysadzić, bo był, całe szczęście, nieudolny). Wiadomo, co było po tym nieudanych zamachu samobójczym: wzmożone kontrole na lotniskach, przypomnienie atmosfery, która panowała po 11 września 2001 roku.


Chodziłem śladami nigeryjskiego terrorysty po jemeńskiej Sanie. 
Oto fragment tekstu:
„— Teraz go nienawidzę. Niestety, był moim uczniem. I to najlepszym, zna tak dobrze arabski, że inni studenci pytali: po co ty się jeszcze uczysz? Jestem na niego wściekły, tym bardziej że jest ostatnią osobą, po której mógłbym się spodziewać, że zostanie terrorystą. Jak tu u nas był, to zachowywał się jak wzorcowy muzułmanin. Bardzo dobry człowiek. Miły, uczynny, grzeczny — wspomina Muhammed al Anisi, dyrektor i właściciel Sana’a Institute for the Arabic Language. Nigeryjczyk uczył się tu dwukrotnie. Przez dziesięć miesięcy w roku szkolnym 2004/2005. I od 4 sierpnia do 21 września 2009. Dyrektor Al Anisi, drobny czterdziestoczterolatek z kilkudniowym zarostem, pamięta te daty lepiej niż daty urodzin swoich siedmiorga dzieci. W tych czasie jego instytut nieświadomie zapracował sobie na wizerunek szkoły terroru, jemeńskiej szkoły dżihadu.”


Cały tekst do przeczytania tutaj.


A tu mój poprzedni tekst z Jemenu.


Jerzy Haszczyński

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mówienie o więzieniach CIA jest srebrem

23 gru 2009

Na Litwie, jak się we wtorek dowiedzieliśmy (i co ważniejsze, nie tylko my) były tajne więzienia amerykańskich służb wywiadowczych. Były, ale nie wiadomo, czy skromne cele były kiedyś wykorzystane, bo Amerykanie robili w Wilnie i pod Wilnem, co chcieli. To znaczy – nie chwalili się Litwinom, co tam robią.

Oczywiście dociekanie prawdy w praworządnym kraju to norma, a łamanie prawa to łamanie prawa. I wielu innych lepiej ode mnie powie, jakie prawa mogłyby być złamane przez CIA na litewskiej ziemi, i nie tylko litewskiej, bo tajne więzienia były i gdzie indziej. Gdzieś, poza USA, ten sympatyczny dżentelmen z al Kaidy Chalid Szejk Mohammed i jego koledzy musieli być przecież przetrzymywani.

Mówienie o tym, co się z nimi działo, jest srebrem. A milczenie złotem. I dobrze, że polskie rządy, różnych orientacji, milczą w tej sprawie. Ja zakładam, że nic nie wiedzą.

Mnie bardziej interesuje, dlaczego z CIA wypłynęły informacje o tajnych więzieniach, które mogły istnieć w państwach sojuszniczych? Dlaczego ktoś zdradził? I co się stanie, jeżeli znowu dojdzie do jakiegoś wielkiego zamachu terrorystycznego, a w ręce służb wpadnie superterrorysta z wiedzą o następnym ataku, szykowanym na następny dzień czy tydzień? Co wtedy? Kto wówczas podejmie decyzję o, nazwijmy to delikatnie, niestandardowej pomocy CIA? Obawiam się, że teraz nikt już się taki w państwie natowskim i/lub unijnym nie znajdzie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy polskie władze mają sobie coś do zarzucenia?

8 lut 2009

Wszystko wskazuje na to, że Polak uprowadzony w Pakistanie nie żyje. Stał się ofiarą konfliktu odległego, mało zrozumiałego, ale w którym Polska w jakimś sensie uczestniczy, bo jej wojska biorą udział w misji w sąsiednim Afganistanie

Wstrząsająca wiadomość z Pakistanu rodzi pytania natury politycznej. Na to związane z naszym zaangażowaniem w Afganistanie odpowiedzieć dosyć łatwo. Pakistańscy talibowie porywają nie tylko obywateli państw, które walczą z innymi talibami w sąsiednim kraju. Poza tym trudno sobie wyobrazić, by Polska wycofała się z najważniejszej operacji NATO, w której biorą udział ręka w rękę Amerykanie, Niemcy i Francuzi.

Niezwykle trudno natomiast odpowiedzieć rzetelnie na pytanie, czy polskie władze mogły zrobić więcej dla ocalenia pracownika Geofizyki? Żaden dziennikarz nie wie, ile w tej sprawie naprawdę zrobiono. Nie wiadomo przede wszystkim, do jakich działań udało się skłonić władze pakistańskie.

Poza tym trzeba pamiętać, że z uwalnianiem swoich rodaków z rąk talibów nie radzą sobie najpoważniejsi gracze geopolityczni. Nie udaje się to najbardziej wpływowym i doświadczonym Amerykanom. Nie udaje się Chińczykom, bliskim sojusznikom Pakistańczyków, na dodatek niekojarzącym się fundamentalistom islamskim ze „złym Zachodem”. Nie radzą sobie nawet wpływowi w regionie Irańczycy ani Afgańczycy.

Czy ma sobie coś do zarzucenia premier Donald Tusk, który kilkanaście godzin przed oświadczeniem talibów o egzekucji Polaka powiedział, że polski rząd nie płaci nikomu okupów? Na pewno lepiej by było, gdyby tego nie powiedział, bo z dzisiejszego punktu widzenia brzmi to jak pogodzenie się ze śmiercią uprowadzonego. Ale z drugiej strony wątpliwe, by pakistańscy talibowie o tej deklaracji usłyszeli. A nawet jeżeli tak, to przecież nie podejmują decyzji na podstawie publicznych wypowiedzi dla polskich dziennikarzy. Doskonale wiedzą, że o okupach mówi się nieoficjalnie.

Z politycznym osądem tej sprawy lepiej więc poczekać do czasu, aż nasze władze pokażą opinii publicznej, co zrobiły, by doprowadzić do uwolnienia porwanego cztery miesiące temu inżyniera

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

I jak tu wierzyć służbom specjalnym

7 gru 2007

Amerykańskie służby specjalne ostatnio wszystkich mocno zaskakują, niektórych oburzają, a czyhającym na błędy USA (wrogom, krótko mówiąc) dostarczają świetnych argumentów. W jednym tygodniu najpierw pojawia się raport służb wywiadowczych, który zaprzecza wcześniejszym twierdzeniom Amerykanów o irańskim atomie, a potem informacja o niszczeniu przez CIA taśm z przesłuchań terrorystów.

Jak tak dalej pójdzie, to nikt nie będzie chciał popierać żadnych inicjatyw amerykańskich, do których podstawą są dane od wywiadu. Nawet inicjatyw (czyli najczęściej operacji wojskowych) sensownych z innych powodów niż podawane przez agentów.

Przerobiliśmy to po raz pierwszy w 2003 roku, gdy głównym powodem zaangażowania się wielu państw w wojnę w Iraku były informacje amerykańskich służb o broni masowego rażenia w rękach Saddama Husajna (nie dosłownie w rękach, oczywiście). Do tego dochodziły zarzuty o kontaktach saddamowskiego Iraku z al Kaidą i samym bin Ladenem (poprzez jakiegoś oficera wywiadu irackiego, który działał np. w Pradze). Nad skrawkiem irackiego terytorium panowała wówczas co prawda związana prawdopodobnie z al Kaidą organizacja Ansar al Islam, ale to terytorium i tak było poza kontrolą Saddama, w Kurdystanie.

Może dla niektórych krajów odpowiednim argumentem do udziału w irackiej operacji byłoby po prostu obalenie tyrana i dyktatora?

Teraz przerabiamy to z raportem National Intelligence Estimate (NIE) w sprawie Iranu. Dotychczas wszystko wydawało się proste: Amerykanie są pewni, że Iran pracuje nad bombą atomową i pytanie tylko, ile czasu zostało, aż ją złoży w jedną całość. Komentatorzy na całym świecie już się zastanawiali, kiedy Bush uderzy na Teheran? Czy będzie to wiosna, czy też jesień, w ostatniej chwili przed opuszczeniem Białego Domu. A teraz NIE głosi: Nie, Iran już nie konstruuje bomby.

I co z tego wynika? — Wszyscy poczują się zwolnieni z przyglądania się z uwagą Iranowi, naciskania nań — nie tylko w sprawach atomu, ale wszystkich innych (zwłaszcza łamania praw człowieka). Sankcje nałożone solidarnie przez możnych tego świata staną się mrzonką. A Iranowi trzeba się przyglądać z uwagą, bo jest to kraj, który za poprzedniego prezydenta otwierał się powoli na świat, liberalizował, a nowy, Ahmadineżad, to wszystko powstrzymał, wręcz zaostrzył walkę z myślącymi i działającymi inaczej.

Festiwal wpadek wywiadu uzupełnia afera ze zniszczonymi taśmami CIA z przesłuchań takich panów jak Abu Zubajda, czyli szefa HR al Kaidy. Od razu — zapewne nie bez racji — podniósł się krzyk, że CIA zaciera ślady, likwiduje dowody brutalnych przesłuchań.
Przypomnę, że amerykańskie media, telewizja ABC i dziennik „Washington Post”, twierdziły, że Abu Zubajda był w tajnym więzieniu CIA na terenie Polski. Do dzisiaj sprawa tajnych więzień ciągnie się za Polską, mimo solidarnego odrzucania zarzutów przez polityków wszystkich opcji.

Teraz pewnie znowu będziemy pod ostrzałem, a niestrudzony szwajcarski senator Dick Marty znowu wysmaży jakiś antypolski raport.

Amerykańskie służby specjalne mogą zniechęcić najbardziej oddanych sojuszników.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop