Wpisy w kategorii „Różności”

Sto lat Czarnej Jedynki

29 wrz 2011

Dziś nietypowo. Nie o Rosji, NATO, rewolucjach arabskich czy Polakach na Litwie.

Zamiast tego o młodzieńczej przyszłości z początków lat osiemdziesiątych, z okolic stanu wojennego. Przypomnieli mi o niej przyjaciele, koledzy, druhowie z „Czarnej Jedynki”, 1 Warszawskiej Drużyny Harcerzy.

„Czarna Jedynka” obchodzi stulecie. Obchody odbędą się w dniu wyborów, 9 października, co pewnie zaostrzy apetyt na dyskusje. Zachęcam wszystkich, którzy przeżyli część swojej młodości nosząc z dumą czarnojedynkowy mundur harcerski, do przybycia samemu lub z rodziną. (szczegóły są tu i tu).

Nie wiem, czy będą najbardziej znani weterani „Czarnej Jedynki”, w tym politycy kandydujący w tym dniu do Sejmu.

Ja osobiście żadnego ze znanych dzisiaj polityków nie poznałem. Macierewicz, Celiński, Naimski, Dorn to były legendy już w czasie, gdy ja jako uczeń liceum Reytana wstępowałem w szeregi 1 WDH.

O Dorna się otarłem. Nawet spał na mojej pryczy, gdy ja leżałem w izolatce z podejrzeniem żółtaczki. Przyjechał jako znany opozycjonista, były harcerz i były Reytaniak na obóz nad Jeziorem Śpierewnik koło Chojnic. Był rok 1983, jedzenie na kartki, w sklepach pustki. Harcerze wygłodzeni, znudzeni pajdami chleba z peerelowskim ledwie dającym się rozsmarować dżemem, z radością przyjęli dar, który przywiózł sławny starszy kolega. Były to puszki ze smakowicie wyglądającymi na etykiecie kiełbaskami. Dornowi przysłał te puszki z Francji jakiś wielbiciel Polski i „Solidarności”, jeden z tych miłych ludzi na Zachodzie, którzy przysyłali paczki wycieńczanym przez generała Jaruzelskiego Polakom.

Puszki przechodziły z rąk do rąk, rozbudzając kulinarne nadzieje i apetyt harcerzy. Takich kiełbasek nikt w PRL-u nie widział. Coś było jednak z tymi puszkami nie tak. Potrząśnięte nie wydawały chlupiących dźwięków. Potem wydarzenia potoczyły się szybko. Z pierwszej otwartej puszki nie wydobył się niebiański zapach. Nie było w niej kiełbasek. Była zwinięta w rulon broszura, którą Dorn szybko przechwycił. A my, nastoletni harcerze, obeszliśmy się smakiem.

I tu zaczyna się problem, ja nie wiem, co to była za broszura, co Francuz przeszmuglował w puszce dla Dorna. Jeden kolega upiera się jednak, że było to jakieś trockistowskie pisemko.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska musi sobie wybrać imigrantów

31 lip 2010

Wymieramy. My, Polacy. W połowie wieku będzie nas ponad 6 milionów mniej niż teraz. Tak przynajmniej wynika z raportu amerykańskiego Population Reference Bureau.

O 10 milionów mniej ma też być najliczniejszych obecnie w Unii Europejskiej Niemców, a o 15 milionów więcej Brytyjczyków (przy założeniu, że do tego czasu nie podzielą się na Anglików, Szkotów, Walijczyków i Irlandczyków).

Polaków będzie mniej i będą statystycznie znacznie starsi (a więc bardziej uciążliwi dla budżetu), jeżeli nic się nie zmieni, to znaczy – nie będzie się rodziło więcej dzieci lub nie dojdzie do masowej imigracji do Polski.

Ale nawet jeżeli uda się skłonić Polki do posiadania większej liczby dzieci, to i tak nie unikniemy pytania, jakich imigrantów potrzebujemy. Odpowiedź jest drażliwa: najlepiej przyjmować młodych, wykształconych (po to, by płacili na nasze emerytury) i bliskich nam kulturowo. Najtrudniej przez gardło przechodzi to ostatnie. Trzeba jednak poważnie wziąć pod uwagę trudności, jakie z imigrantami ze swoich dawnych, głównie muzułmańskich, kolonii mają takie kraje, jak Francja.

Polska powinna więc się nastawić na imigrantów z krajów o tradycji chrześcijańskiej (zwłaszcza z Europy Wschodniej, bo dla tamtejszych mieszkańców unijna Polska może być atrakcyjna) oraz takich, w których tradycja daje się pogodzić z zachodnią (takich jak Wietnam). A innych – w domyśle głównie muzułmanów – dopuszczać w ograniczonym zakresie. W przeciwieństwie do dużych państw Europy Zachodniej Polska nie ma zobowiązań wobec byłych kolonii czy protektoratów w Afryce, na Bliskim czy Środkowym Wschodzie.

Parafrazując Ryszarda Kapuścińskiego, nie mamy na sumieniu kolonializmu i handlu niewolnikami, nie odpowiadamy za nahajkę plantatora i za to, że ladies kazały się nosić w lektyce. Ten argument nas w polityce imigracyjnej nie dotyczy. Polska musi się kierować interesami ekonomicznymi i troską o spokój społeczny, który miliony imigrantów mogą zburzyć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trzecie urodziny jeża

28 cze 2010

Odnotuję rocznicę, dla mnie ważną. Prowadzę ten blog od trzech lat. Przyznaję, ze zmiennym entuzjazmem. Zmiany dostrzegam też w odbiorze czytelników.

Niezmienne jest jedno — najwięcej emocji budzą, najwięcej wpisów prowokują te same tematy: Rosja, Niemcy, Izrael i Żydzi, w trochę mniejszym stopniu — Polacy na Wschodzie, Litwa, Białoruś, Ukraina, Gruzja.

Trzy, dwa lata temu byłem znacznie bardziej aktywnym blogerem. W napięciu obserwowałem wszystkie wpisy pod moimi komentarzami. Odpowiadałem często. Teraz już tak nie jest. Częściowo wynika to z tego, że nie mogę poświęcać tyle czasu co wcześniej na śledzenie wpisów.

Jest jednak i drugi powód. Mam wrażenie, że wielu wpisujących się wcale mnie do niczego nie potrzebuje. Nie oczekują dyskusji, lecz wylewają żale, obrażają, ogłaszają swoje manifesty; często nie odnoszą się do tego, co napisałem. Zdarza się, że nawet jak chcę odpowiedzieć, to nie bardzo mam na co. Wtedy nachodzą mnie tak silne wątpliwości, że na jakiś czas zarzucam działalność blogową.

Ale się odradzam. I wciąż się zastanawiam, czy polityka zagraniczna to jest to, co Polaków interesuje. A może inaczej — dlaczego ich interesuje tak mało? Ja się skupiam na niej, bo tym się zajmuję od dwudziestu lat. Czasem mnie kusi, by zabrać głos w sprawach polskich, włożyć kij w nasze mrowisko.
Szybko mi przechodzi. Przecież wielu kolegów — i tu, i gdzie indziej — robi to znakomicie.

Trzecia rocznica zachęca mnie do podjęcia nowych wyzwań. Pozdrawiam wszystkich czytelników, także tych, których przed chwilą skrytykowałem. Dziękuję za to, co było, i za to, co jeszcze się nam przytrafi.

Jeż w chaszczach, lat trzy

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bitwa o euro i prawda historyczna

26 lut 2010

Czy Niemcom można jeszcze wypominać zbrodnie z czasów II wojny i domagać się reparacji oraz odszkodowań? Tak jak czynią teraz Grecy, w tym czołowi politycy – wicepremier i burmistrz Aten – zdenerwowani krytyką w Niemczech dotyczącą przyczyn greckiej katastrofy finansowej. Owszem, można – choć sprawa jest delikatna. Nie powinna przypominać bijatyki, pełnej emocji wymiany ciosów w stylu: skoro niemiecka prasa zarzuca nam, że jesteśmy nieudolni, leniwi i zagrażamy wspólnej walucie, to my wytaczamy jeszcze mocniejsze argumenty: nie bylibyśmy tacy biedni, gdyby nie II wojna.

Gdy opadnie kurz bitewny w wojnie o przetrwanie euro, powinna pozostać prawda historyczna. Pamięć o ofiarach niemieckich zbrodni, a nie tylko nowy temat, czyli niemieckie ofiary drugiej wojny – wysiedleni i zbombardowani przez aliantów. A jeżeli jakieś ofiary Trzeciej Rzeszy (czy ich potomkowie) nie miały szans dostać odszkodowań, to powinny się o nie starać. Wyraźnie należy jednak podkreślić, że chodzi o ofiary, które takich szans nie miały. Bo byli robotnicy przymusowi je na przykład mieli – po trudnych negocjacjach Niemcy zgodziły się dekadę temu zapłacić tym, którzy jeszcze wówczas żyli.

Cała sprawa ma też jedną zaletę. Wiadomo przynajmniej, kto wywołał II wojnę światową. Grecy, przypominając pacyfikacje swoich wiosek, zniszczenie miast czy grabieże majątku, mówią o Niemcach. To ważne dla pamięci historycznej.

W związku z obchodami rocznicy obozu w Auschwitz zachodnia opinia publiczna raczej się o tym nie dowiadywała. Czołowe gazety zachodnie i izraelskie pisały o wyzwoleniu nazistowskiego obozu na terenie Polski (czasem z dodatkiem, że okupowanej) przez wojska radzieckie. Może w Izraelu niewielu jest takich, którzy nie wiedzą, kim byli ci naziści. Ale w innych krajach jest z tym gorzej. Dobrze, że nie tylko w Polsce się przypomina, co się kryje za coraz bardziej abstrakcyjnym terminem „nazi”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Parę naj

23 lis 2009

Największą bitwę przeciw krzyżom rozpętała pani, pochodząca z kraju, który ma krzyż na fladze.



Najlepszy dowód dla wyznawców spiskowej teorii okrągłego stołu dostarczył generał Kiszczak.



Najbardziej skarżą się na słabość nowych władz Unii Europejskiej ci, co chcieliby, aby Unia była słaba.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pies. Więcej niż człowiek

15 paź 2009

Człowiekowi trudno się doczekać takiego współczucia jak psu. Lobby psiarzy jest ponadpartyjne, ponadwiekowe, ponadpłciowe. 


Rzadko się zdarza, by w telewizyjnym programie informacyjnym prezenter wyrażał oburzenie na sąd, używał ostrych słów, krótko mówiąc, pokazywał, że coś go osobiście dotknęło. No chyba że sąd wyda łagodny wyrok przeciwko oprawcom psów. Tak na przykład zareagował znany dziennikarz we wczorajszym programie informacyjnym. I, jak wynika z mojej obserwacji, w sprawach dręczonych psów, jest to zachowanie niemal powszechne. Co nie wróży dobrze stosunkom międzyludzkim.


Żeby nie było wątpliwości: to, co wzbudziło taką reakcję, czyli uniewinnienie przez krakowski sąd osobnika, który wytapiał smalec z czworonogów, jest wstrząsające. Okrucieństwo wobec zwierząt jest naganne, nikczemne, małe. Także dlatego, że okrucieństwo wobec bezbronnych czworonogów może się przerodzić w okrucieństwo wobec bezbronnych dwunogów (albo tych, co na razie chodzą na czworakach, ale niedługo zaczną chodzić na dwóch nogach).


Problem polega na tym, że takie emocje nie towarzyszą ludzkiej niedoli. Ludobójstwo, mordowanie i gwałcenie dzieci, wielkie tragedie ofiar tsunami czy wojen domowych już jakby spowszedniały. Łzy w oczach pojawiają się, gdy jest mowa o biednych, dręczonych pieskach. A niezdrowe podniecenie na widok słodziutkich piesków. Do tego jeszcze ten krzyk oburzenia („pies jest zawsze niewinny”), gdy jakaś bestia pogryzie czy zagryzie człowieka, i padają sugestie, że trzeba, by ją uśpić.
Ta wielka miłość do psów łączy ludzi różnych środowisk, w różnym wieku, różnych poglądów. I coraz trudniej bez obawy o towarzyskie wykluczenie wyrazić pogląd, że pies to jednak nie jest człowiek.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Telewizja krajowa

4 lip 2009

Dzień po dniu docierają informacje o likwidacji programów w telewizji publicznej. Programów o sprawach międzynarodowych.


Najpierw z TVP Info zniknęło sobotnie Studio Wschód, o czym już tu pisałem. Teraz z tej samej stacji — która sprawami międzynarodowymi ma się zajmować z założenia, czyli z powołania, ze względu na swoją misję i zadania edukacyjne itp., itd. — znika nadawany w dniu powszednie o 17.15 Komentarz-Świat. Decyzja zapadła, jak przystało na czasy rewolucyjne w TVP, z godziny na godzinę. Komentarza-Świat nie będzie już w najbliższy poniedziałek, choć akurat w tym dniu spotykają się w Moskwie przywódcy dwóch ważnych dla Polski krajów — USA i Rosji. Ta zbieżność dat nabiera rangi symbolu.


W publicznej telewizji informacyjnej już wcześniej (dwa tygodnie temu) zabrakło miejsca dla niedzielnego programu Magazyn-Świat (też o 17.15), w którym komentowali wydarzenia zagraniczne nie tylko publicyści, ale także wybitni polscy i zachodni politolodzy i politycy.
Trochę niezręcznie mi jest rozpisywać się o tym, jak ważni goście się pojawiali w Komentarzu-Świat i Magazynie-Świat, bo sam tam co pewien czas występowałem. 
Wyrażę jednak niepokój i oburzenie, że w kraju aspirującym do roli regionalnego mocarstwa i jednego z sześciu głównych rozgrywających w Unii Europejskiej telewizja publiczna staje się telewizją wyłącznie spraw krajowych. A międzynarodowe pojawiają się wtedy, gdy Polakowi stanie się coś za granicą, zginie w wypadku, zabije kogoś albo jego zabiją (czy pobiją), ewentualnie jest politykiem i spotka się z politykiem obcokrajowcem albo ubiega się o jakieś stanowisko międzynarodowe. Niedługo nikt nie będzie wiedział, że takie stanowiska w ogóle istnieją (jeżeli nie zajmuje je lub o nie nie walczy nasz rodak).


Ja już nie marzę o wspaniałych reportażach zagranicznych, które widuję w publicznej telewizji brytyjskiej BBC i katarskiej al Dżazirze (nie wiem, czy można ją nazwać publiczną, jest powiązana z rządzącą tam rodziną, szejków i emirów), nie marzę o filmach dokumentalnych o sprawach międzynarodowych. Bo to wszystko kosztuje masę pieniędzy. Ale nie godzę się na to, by nawet w czasach kryzysowych informacje i komentarze w telewizji publicznej ograniczały się do kanapy warszawskiej, polskich kłótni, katastrof i skandali. Telewizja publiczna nie jest po to, by się ścigać ze stacjami prywatnymi, z natury rzeczy wpatrzonymi w słupki oglądalności, i z portalami plotkarskimi. 


To jest ostatni moment, by zadać pytanie władzom telewizji: dlaczego chcą, by Polacy nie rozumieli świata?


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Urodziny jeża

23 cze 2009

Najwięcej emocji budzą komentarze o Izraelu i sprawach żydowskich, a zaraz potem o Rosji i Niemczech.


Mam na myśli moje komentarze na tym blogu, na Jeżu w chaszczach. Do tej refleksji skłania mnie rocznica, o której tylko ja mogę napisać. Sam sobie wręczę kwiaty, wygłoszę przemówienie, podsumuję, ocenię i zakończę, kiedy się zmęczę. Przy okazji ujawnię trochę liczb.

Dokładnie dwa lata temu napisałem tu pierwszy komentarz (o szczycie unijnym w Brukseli, tym, który Lech Kaczyński, uznał za sukces) i nerwowo czekałem, aż ktoś na to zareaguje i wpisze swój. Była to sobota, a więc dzień, w którym dziennikarze z gazet codziennych mają wolne. Ja miałem, z wyboru, sobotę pracującą. Trochę wpisów było, a każdy przeżywałem jak ocenę z klasówki.

Od tej pory — zaczynają się te obiecane liczby — napisałem 123 komentarze, pod którymi znalazło się w sumie 5931 wpisów, czyli Państwa komentarzy do moich komentarzy i moich odpowiedzi na Państwa komentarze do moich komentarzy. Ile było wejść na Jeża? — Trudno podliczyć, mam dane szczątkowe z tego roku — miesięcznie od ośmiu tysięcy do ponad 30 tysięcy.

Wielu dyskutantów rozpoznaję, uśmiecham się lub denerwuję, gdy widzę ich nicki. Najbardziej rozgrzał publiczność „Izrael, czyli chłopiec do bicia” http://blog.rp.pl/haszczynski/2009/03/06/izrael-czyli-chlopiec-do-bicia/. Byłem w mniejszości — to mało powiedziane. Na dodatek część wpisów nie spełniała liberalnych wymogów publikacji. I tak to już jest przy tej tematyce. Podobnie było z „Polska razem z Izraelem” http://blog.rp.pl/haszczynski/2009/04/20/polska-razem-z-izraelem/. Pod oboma komentarzami jest ponad 200 wpisów, czego nie udało mi się osiągnąć poruszaniem jakiegokolwiek innego tematu.

Na trzecim miejscu znalazło się „Co jest w odezwie CDU i CSU” http://blog.rp.pl/haszczynski/2009/05/28/co-jest-w-odezwie-cdu-i-csu/, a zaraz potem teksty o mocarstwowych zapędach Rosji. W tym jeden pisany w Tbilisi w nocy, w której się wydawało, że zaraz wkroczą do niego wojska rosyjskie, by schwytać Saakaszwilego („Niepodległa Gruzja woła o pomoc” http://blog.rp.pl/haszczynski/2008/08/11/niepodlegla-gruzja-wola-o-pomoc/).

Raz zaś nie doczekałem się żadnego wpisu http://blog.rp.pl/haszczynski/2009/04/30/cos-nietypowego/.

Tak czy owak — bardzo dziękuję czytelnikom stałym i niestałym, aktywnym i biernym, wkurzonym i zadowolonym. To tyle tych obchodów drugiej rocznicy. 


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Australijskie pożegnanie

21 maj 2009

Nie żyje Jerzy Zubrzycki, polski profesor socjologii, który zrobił wiele dla swojej drugiej, wybranej ojczyzny — Australii. To z nim związany jest sukces australijskiej wielokulturowości.

Prawie dokładnie trzy lata temu spotkałem się z profesorem Zubrzyckim w jego domu w Yarralumli, sielankowej dzielnicy Canberry. Rozmawialiśmy kilka godzin, ale nigdy nic nie napisałem na temat tego, co się od niego dowiedziałem. Teraz spróbuję to nadrobić. 
Jerzy Zubrzycki, krakowianin, rocznik 1920. O swojej biografii opowiedział mi akurat niewiele. Kluczową decyzję w jego życiu wymusiła wojna, która młodego żołnierza najpierw zagnała do Anglii. Nie chciał wrócić do komunistycznej Polski, ale w Londynie wiele lat nie miał stałej pracy, choć współpracował nawet z Foreign Office. W 1956 roku pojechał więc do Australii, zaproszony do tworzącego się uniwersytetu w stolicy. Canberra miała wówczas 25 tysięcy mieszkańców, kangury biegały po ulicach.

Demografia i socjologia Australii — to były jego tematy. A zapisał się w historii tego kraju jako pierwszy doradca rządu, który urodził się poza Australią. I jako twórca wspomnianej idei wielokulturowości, idei wprowadzanej w życie od lat 70. Australian multiculturalism odróżnia się i od amerykańskiego melting pot, i kanadyjskiego multiculturalism in bilingual society. Najkrócej mówiąc to danie świeżemu, świadomie dobranemu imigrantowi obywatelstwa, pełni praw (w tym prawa awansu — los profesora jest najlepszym tego przykładem) z zachowaniem przywiezionej odmienności kulturalnej, językowej. Czyli takie pełnoprawne wejście w społeczeństwo, ale bez rezygnacji ze swojej odmienności (a w tamtych czasach do wcześniej anglosaskiej Australii napływało wielu Azjatów).

Gdy się spotkałem z Jerzym Zubrzyckim (wówczas już od 20 lat emerytem, ale aktywnym), powątpiewał w pełny sukces swojego naukowego dziecka. Było wówczas widać problemy z wielokulturowością. Przede wszystkim – nie przyjęła się, mówił profesor, grupa imigrantów z Libanu. Byli przyjmowani w latach 70. i 80. bez stosowanych normalnie warunków, bo Australijczycy zlitowali się nad ofiarami wojny domowej w Libanie. Było ich dużo, często nie chcieli w ogóle wchodzić w społeczeństwo australijskie, lecz tworzyli Małe Bejruty w Sydney i okolicach, szybko porzucali naukę w szkole i nie mieli szans na awans. Doprowadziło to do ostrych konfliktów. W 2005 roku na plaży Cronulla pod Sydney doszło do zamieszek między białymi Australijczykami a muzułmanami (głównie potomkami imigrantów z Libanu). Libańczycy od dawna mieli za złe białym na plażach, że „eksponowali nagość tych części ciała, które Koran każe zakrywać”, czyli na przykład brzuchów, ud, klatek piersiowych (raczej męskich, bo kobiet Libańczycy chyba nie atakowali). Zamieszki i wrogość młodych muzułmanów to był szok dla Australijczyków. Także dla profesora Zubrzyckiego. Mówił, że radykalne poglądy religijne objawiły się nagle, jeszcze w latach 90. nie można czegoś takiego spodziewać. Pocieszał się, że wojujący islam nie stanowi jednak poważnego zagrożenia dla Australii.


Takim go zapamiętałem — jako wybitnego naukowca-praktyka, który na stare lata zastanawia się nad niedoskonałością jego teorii, nad nieoczekiwanymi faktami, które zakłócają wprowadzanie jej w życie. Mówił też dużo o Aborygenach, ale o tym może jeszcze kiedyś napiszę.
W internetowych gazetach australijskich niewiele znalazłem o Jerzym Zubrzyckim. Chyba tylko jego ulubiony dziennik „The Australian” ( http://www.theaustralian.news.com.au/story/0,,25515026-12332,00.html?from=public_rss ) zamieścił tekst pożegnalny o profesorze, który tyle dla Australii zrobił. 



  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Coś nietypowego

30 kwi 2009

Nie tylko komentowaniem polityki zagranicznej żyję.
Zapraszam do obejrzenia i posłuchania.
http://www.youtube.com/watch?v=LHGWbnGpD90&feature=player_embedded

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop