Wpisy w kategorii „Rosja”

Uderzenie w serce Rosji

29 mar 2010

O zamachu terrorystycznym w stolicy Rosji trzeba powiedzieć przede wszystkim jedno: Moskwę 29 marca 2010 należy traktować tak, jak Nowy Jork 11 września 2001 roku, Madryt 11 marca 2004 roku i Londyn 7 lipca 2005 roku.

To był atak, w którym zginęli zwykli ludzie, zmierzający do pracy cywile. I jednocześnie atak na symboliczne miejsca w centrum bardzo ważnego państwa. W pobliżu siedziby służb specjalnych, przy Kremlu, w sercu kraju. 
Moskwę dotknął akt terroryzmu taki sam jak metropolie świata zachodniego. Tak samo nie można go usprawiedliwiać, niezależnie od tego, kto go dokonał, niezależnie od tego, kto go obmyślił i przygotował. 
I zapewne będzie miał skutki polityczne. Wzbudzi strach, niechęć do tych, z którymi będą identyfikowani terroryści — podejrzenie już padło na północny Kaukaz. Ożywi służby specjalne. Spowoduje zaostrzenie polityki rosyjskiej wobec północnego Kaukazu, wobec separatystów, fundamentalistów, terrorystów, bojowników, może i mafiosów. Nastąpi powrót do ostrej polityki Putina z czasów drugiej wojny czeczeńskiej.

Dotknięta zamachem terrorystycznym Rosja, zaostrzając politykę wobec wskazanego przez nią źródła terroryzmu, nie byłaby wyjątkiem. Ważne by było to prawdziwe źródło. Wiemy o nim niewiele. Ale nie ma powodu, by podejrzewać, że poznamy nieprawdziwe.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wielkie rosyjskie tematy w Strasburgu

4 mar 2010

Trybunał w Strasburgu rozpoczął przesłuchania w najważniejszej sprawie dotyczącej Rosji. I przeciw niej. To proces, w którym główne role grają: wielkie pieniądze, władza i prawa człowieka. Trzy ważne rosyjskie tematy

Wielkich pieniędzy (niemal 100 miliardów dolarów) domagają się przedstawiciele koncernu naftowego Jukos, którego były szef Michaił Chodorkowski od siedmiu lat nie ma szans wyjechać z Rosji, bo albo jest w areszcie, albo w kolonii karnej. Miałoby to być odszkodowanie od państwa za nagonkę na firmę, nękanie oskarżeniami o oszustwa podatkowe i doprowadzenie jej do upadku.

Sędziowie będą się zajmowali głównie prawem podatkowym, gospodarką i finansami. I trudno przewidzieć, do jakich wniosków na temat robienia wielkich interesów w Rosji dojdą. Ale nie to jest najważniejsze. Przy okazji po raz pierwszy sąd poza Rosją, czyli już bez podejrzeń o stronniczość, przyjrzy się sprawie Chodorkowskiego. Do tej pory zajmowały się nią głównie zachodnie media. I nadal nie uzyskały odpowiedzi na pytanie, dlaczego spośród całkiem licznego grona młodych rosyjskich oligarchów za kraty trafił właśnie ten, który zabrał się do finansowania opozycji wobec Kremla.

Gdy upadał Związek Radziecki, późniejsi rosyjscy miliarderzy (w dolarach) mieli puste kieszenie i świeżo zdobyty dyplom fizyka, chemika czy inżyniera w ręku. Teraz jeden z nich szyje rękawice w kolonii karnej na Syberii albo wysłuchuje kolejnych oskarżeń w moskiewskim sądzie, inni zaś kupują nowych piłkarzy do swoich klubów albo nowe wille na Lazurowym Wybrzeżu. Bo wyciągnęli wnioski z losu szefa Jukosu i najwyraźniej poszli na układ z najwyższą władzą w Rosji: wy dalej robicie interesy, a my dalej rządzimy, bez żadnej opozycji i niewygodnych mediów.

Dlatego proces w Strasburgu może nam wiele powiedzieć o władzy, pieniądzach i prawach człowieka w Rosji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawdziwy niedźwiedź i polski miś pluszowy

2 mar 2010

Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego Litwini z taką determinacją walczą od dwóch dekad z polskimi napisami, polskimi nazwiskami, Kartą Polaka. Krótko mówiąc z wyolbrzymionym czy zupełnie wydumanym zagrożeniem ze strony Polaków. A jednocześnie bez wielkiego krzyku oddają się z powrotem pod wpływ Moskwy, jakby zapomnieli o swoim losie w granicach imperium.

Bezrefleksyjnie, jak zaczarowani, oddają się w łapy prawdziwego niedźwiedzia, a drżą przed polskim pluszowym misiem.

O polskim pluszowym misiu straszącym na Litwie pisałem tu wielokrotnie. O działaniach nienasyconego niedźwiedzia niech przemówią słowa wieloletniego szefa litewskich służb specjalnych Mečysa Laurinkusa oraz czołowego politologa z Wilna Vytautasa Radžvilasa (cały tekst w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”).


Laurinkus: na Litwie cele te realizuje około trzech tysięcy rosyjskich agentów [na niewiele ponad trzy miliony mieszkańców]. Większość działa w branży energetycznej i transportowej. W ostatnim czasie intensywnie przejmowane są również strefa drobnego i średniego biznesu oraz środki masowego przekazu


Radžvilas: Rosja ma tak duże wpływy, że litewscy politycy nie są w stanie zrealizować żadnego programu, który pomógłby naszemu krajowi uwolnić się od tej zależności. Dotyczy to zarówno kultury masowej, jak i wysokiej. Wystarczy spojrzeć na oferty wszystkich bez wyjątku litewskich sieci kablowych. Każda emituje dziesiątki rosyjskich programów


Radžvilas o niedalekiej przyszłości Litwy: Formalnie będziemy członkami UE i NATO, jednak w rzeczywistości znajdziemy się pod całkowitą kontrolą Rosji. To, co dzieje się z Litwą, przypomina mi schyłek Rzeczypospolitej Obojga Narodów pod koniec XVIII wieku, gdy elity nie miały dość sił na przeprowadzenie reform.



Te słowa są być może przesadne, ale wypowiedziane z troską o Litwę. Powinny skłonić litewskich polityków do przemyśleń na temat zagrożeń. Prawdziwych i pluszowych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nici z resetu

29 gru 2009

„Reset” pozostanie chyba terminem komputerowym. W polityce nie chce się przyjąć. Przynajmniej Rosja niczego nie chce resetować, restartować, zaczynać od zera w stosunkach z Ameryką czy szerzej Zachodem.




Władimir Putin przekazał to nam z dalekiego Władywostoku, w czasie, gdy Moskwa jeszcze spała (nie mówiąc o Warszawie). Barack Obama się stara, sugeruje rosyjski premier. Owszem, wystawia sojuszników na ciężką próbę, ale to wszystko za mało. Odwołanie budowy elementu tarczy w Polsce, nawet w 70. rocznicę agresji sowieckiej, nie wystarczyło. Putin domaga się więcej. Jego dewiza jest prosta: Każdy system obrony państw zachodnich to zło, bo ci z Zachodu poczują się bezpieczni, a jak już poczują się bezpieczni, to zrobią się (znowu) bezczelni. Zrobią, co zechcą. A jak robią, co chcą, to są agresywni, czyli groźni dla Rosji. I tak dalej. Po to tylko, by stwierdzić na końcu, że w związku z tym Rosja będzie się zbroić, a nie rozbrajać.




Niestety. Tego można się było spodziewać. Gesty Obamy wobec Kremla (a tak naprawdę więcej niż gesty, bo chodzi o grę bezpieczeństwem sojuszników) nic nie dały. W sprawach Iranu Rosja Ameryce nie pomaga. Nie chce, a pewnie i niewiele może, Iran tak czy owak będzie pracował nad programem atomowym. Niewielkie są też zyski na froncie afgańskim, choć akurat tam to interesy Moskwy są podobne do zachodnich. Ona też nie chce mieć na karku fundamentalistów islamskich.




Przede wszystkim nie zmienił się ton Putina. A jeżeli się zmienił, to na ostrzejszy. Co z tego może wyniknąć? Pewnie to, co z podejściem Obamy do wojny w Afganistanie. Też zmiana. Na realizm, pragmatyzm i kontynuację polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Trzeba było roku (i pokojowej nagrody Nobla), by się o tym przekonać. Chyba że Obama to i tak wiedział, ale przez jakiś czas chciał przede wszystkim pokazać, że jest inny od Busha. Tak jakby ktoś mógł w to wątpić.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dymitr Modernizator XXI

12 lis 2009

Rosja ma być nadal mocarstwem, ale innym. Dziś jej siła polega na tym, że czerpie bajeczne zyski z ropy i gazu, straszy bombą atomową i daje pracę milionom ludzi w wielkich zakładach z czasów radzieckich. Ale to przeszłość – zapowiedział prezydent Dmitrij Miedwiediew, przemawiając wczoraj do narodu i do najważniejszych polityków.

Przemówienie było pełne szczegółów – od wykorzystania torfu do wytwarzania energii po wspieranie artystów eksperymentatorów. Od propozycji zmniejszenia liczby stref czasowych po zmiany liczby deputowanych w Tuwie i Moskwie.

Bez ironii trzeba przyznać, że Dmitrij Miedwiediew przedstawił wielki plan modernizacji Rosji XXI wieku. Rosji dobrze wykształconej i zaawansowanej technologicznie. Ściślej nakreślił cele. Wiemy, co ma się stać, ale nie wiemy za co. Nie wiemy też, czy to Miedwiediew ma być najważniejszą osobą w tym modernizowanym mocarstwie, czy też pozostanie nim siedzący wczoraj w pierwszym rzędzie słuchaczy premier Władimir Putin. Choć gdyby sądzić po powtarzającym się stwierdzeniu: „polecam rządowi”, to na pewno obecny prezydent.

Nie wiemy, jak poważnie traktować obietnicę demokratyzacji. Bo usłyszeliśmy, że demokracja owszem, ale nie kosztem rozchwiania kraju i zagrożenia stabilizacji. To brzmi jak propozycja przedłużenia paktu ze społeczeństwem: my wam pozwalamy się bogacić, a wy popieracie Kreml. Opozycja pozaparlamentarna, czyli ta, która nie godzi się na takie pakty, usłyszała nader skromne obietnice. „Minimum raz w roku” władze różnych szczebli mają się zająć problemami, które dręczą opozycję.

Wiemy natomiast, że modernizowane mocarstwo nie zmieni polityki zagranicznej. W szczególności nie pogodzi się z tym, że gwarantem bezpieczeństwa Zachodu jest NATO. A dla osiągnięcia swoich „wyłącznie pragmatycznych” celów w polityce zagranicznej nie zawaha się użyć zdecydowanych środków. To nie jest pocieszenie dla Polski i innych sąsiadów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chavez, Kreml, Cchinwali


10 wrz 2009

Ponad rok Rosja czekała na taki prezent. Skądkolwiek. A doczekała się od ważnego gracza światowej polityki. Uznanie przez prezydenta Wenezueli niepodległości separatystycznych republik Abchazji i Osetii Południowej to jest niedobry znak nie tylko dla Gruzji.

To niedobry znak dla wszystkich, którzy już teraz z niepokojem obserwują poczynania Kremla, coraz agresywniejszego w odzyskiwaniu wpływów na terenach postradzieckich.
Hugo Chavez to nie jest Daniel Ortega z Nikaragui, który sam chyba do końca nie wie, dlaczego zainteresował się losem Osetii Południowej i Abchazji. I dlaczego, do wczoraj jako jedyny, wsparł neoimperialną politykę Rosji. 
Chavez to polityk wpływowy, od czasu złożonych mu kilka dni temu w Wenecji hołdów przez zachodnią publikę kina zaangażowanego (czyli antyamerykańskiego) — można powiedzieć, że salonowy. Na dodatek ze sporą petrosakiewką. Za jego przykładem mogą zaraz pójść inni latynoscy i nie tylko latynoscy przywódcy (wysłannicy Abchazji już są w Ameryce Łacińskiej, będą przekonywać do uznania Kubę, Boliwię i inne kraje). 


Teraz rozpocznie się wyścig pod hasłem my uznajemy Abchazję i Osetię Południową, bo wy uznaliście Kosowo. Wy to Ameryka i wyjątkowo zgodne w tym wypadku największe państwa Europy Zachodniej. A my to front ludowy, antyamerykański klub sfrustrowanych, skupiony wokół Rosji. 


Chavez dokonał transakcji, przyjechał do Moskwy po broń, a zapłacił cenę polityczną, wyższą, niż do tej pory skłonni byli zapłacić najbliżsi sojusznicy Kremla. Ale bronią rosyjską interesują się i inni. Teraz będzie im łatwiej podjąć polityczną decyzję. Przy okazji będą mogli zesłać rywali na placówkę do Suchumi czy Cchinwali. 


Zachód powinien zareagować zdecydowanie. Dać wyraźnie do zrozumienia tym, co się wahają, by nie dali się skusić. By nie uderzali w integralność terytorialną Gruzji. By nie rozbudzali nadziei separatystów nie tylko na Kaukazie. Choć, trzeba to z pokorą przyznać, od czasu uznania niepodległości Kosowa argumentu o nienaruszalności trudno się używa.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska prześladuje niezależnego konsultanta

5 wrz 2009

Przeczytaj komentowany tekst

Polskiemu rządowi nie podoba się były szef fińskiego rządu. Nie podoba się jako kandydat na przyszłego tym razem szefa unijnej dyplomacji. I bardzo dobrze, że się nie podoba, a nawet, jak podają media, jest blokowany. Dziwne tylko, że taka kandydatura się pojawiła.


Paavo Lipponen, bo o niego tu chodzi, był przez 12 lat premierem Finlandii, jeszcze dłużej szefem tamtejszych socjaldemokratów i na dokładkę pięć lat przewodniczącym parlamentu. To wszystko się skończyło w 2008 roku i na wczesnej emeryturze postanowił się sprawdzić jako rosyjski lobbysta. To znaczy dał się skusić Gazpromowi do lansowania gazociągu bałtyckiego. Nie wnikam, za jaką sumę, bo mam w pamięci groźby pod adresem dziennikarzy ze strony innego byłego szefa rządu i byłego szefa socjaldemokratów, tym razem niemieckich, gdy obejmował jeszcze lepszą posadę w tej samej spółce Nord Stream.
Dał się skusić w momencie, gdy było jasne, że jego kraj może się okazać poważniejszą niż Polska przeszkodą w budowie kontrowersyjnej rury. Z powodu obsesyjnego umiłowania środowiska naturalnego.
Oficjalnie Lipponen dostał angaż jako niezależny konsultant .

To skromnie brzmi w porównaniu z funkcją Gerharda Schrödera — umieszczonego na liście szefów Nord Streamu jako prezes komitetu udziałowców. Ale niezależnie od tego czy niezależny — to jednak konsultant firmy, która wzbudza kontrowersje wśród państw unijnych. Firmy w 51 procentach należącej do kremlowskiego koncernu giganta. 
Jak Lipponen mógł w ogóle poważnie myśleć o stanowisku szefa unijnej dyplomacji? Przecież chyba połowa kontrowersyjnych decyzji dyplomacji europejskiej dotyczy Rosji. Od kiedy nastał Obama w sprawach USA emocji wielkich nie ma. Trudno oczekiwać wielkich różnic zdań w sprawie Korei Północnej, Iranu czy Sudanu. Jakie interesy chciał reprezentować? 


Intrygujące jest też to, że blokowanie przez polski rząd Lipponena krytykuje SLD, ustami cytowanego przez „Rz” Tadeusza Iwińskiego. Argumenty: 1. Nord Stream i tak powstanie (bardzo logiczny argument). 2. To jeden z najbardziej doświadczonych polityków w Unii (Schröder chyba nie mniej. Ale ich ostatnie doświadczenia dają o nich złe świadectwo). 3. Zrażamy Skandynawów (chyba nie wszystkich, bo za kandydata uchodzi też Szwed Carl Bildt, z którym Radosław Sikorski opracował Partnerstwo Wschodnie).

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ameryka odrabia gruzińską lekcję

23 lip 2009

Ameryka jest z Gruzją i będzie z Gruzją w przyszłości. A przyszłość Gruzji jest w NATO. Taką deklarację złożył w Tbilisi wiceprezydent USA Joe Biden. Padła w ważnym momencie — dwa tygodnie po wizycie Baracka Obamy w Moskwie, gdzie otwierano nowe amerykańsko-rosyjskie rozdziały, i dwa tygodnie przed pierwszą rocznicą rozpoczęcia wojny o Osetię Południową.


O poparciu dla integralności terytorialnej Gruzji mówił i sam Obama w Moskwie. Biden dodatkowo wezwał inne kraje, by nie uznawały niepodległości — separatystycznych Osetii Południowej i Abchazji. Zniechęcanie do uznawania tych zbuntowanych republik to, jak na razie, jedyny poważny sukces zachodniej, nie tylko amerykańskiej, polityki wobec Gruzji po zeszłorocznej wojnie. Oprócz Rosji uznała je jedynie daleka Nikaragua, i to raczej przez przypadek. 


Innymi sukcesami nie można się było pochwalić, bo trudno je osiągnąć bez narażenia się Moskwie. Teraz Amerykanie najwyraźniej starają się dać Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Kremlowski bóg (a może diabeł) jednak rzuca gromy, grozi Ameryce i innym krajom.

Właśnie wczoraj przestrzegł, by nie pomagały Gruzji odbudować arsenału, zniszczonego w czasie wojny w sierpniu 2008 roku. 
Atmosfera zaczyna niebezpiecznie przypominać tę sprzed roku. Ale trudno uwierzyć, by i Zachód, i Rosja, i Gruzja nie wyciągnęły lekcji z tamtych wydarzeń. Poprzedniego lata może zabrakło takich zdecydowanych słów, jak te, które wygłosił wczoraj zastępca Obamy.


Poparcie dla Gruzji nie oznacza — i nie powinno oznaczać — poparcia Gruzji Micheila Saakaszwilego. Dlatego dobrze, że Biden spotkał się także z liderami opozycji. 

Bo ważna jest niepodległa, demokratyczna Gruzja, ważni są Gruzini, którzy w znacznej większości chcą należeć do zachodniego świata wartości, a nie to, kto, teraz, zajmuje pałac prezydencki w Awłabari. 


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Miłe spotkanie prezydentów, ale nie przełom

6 lip 2009

Nie ma nic złego w uśmiechach. Nie ma nic złego w zapowiedziach nowego początku w stosunkach między mocarstwami zwanego resetem czy pieriezagruzką.

Nie ma nic złego w zmniejszaniu arsenału nuklearnego ani we współpracy wojskowej dotyczącej Afganistanu. Wręcz przeciwnie. Ale to nie znaczy, że spotkanie wielkich tego świata – Baracka Obamy i Dmitrija Miedwiediewa – w Moskwie należy uznać za przełom, który zmieni świat.

W szczególności nie jest to przełom z punktu widzenia Polski. Nadal nie wiemy, czy projekt budowy elementu tarczy antyrakietowej w naszym kraju pozostanie tylko projektem. Choć wiemy, że mimo nacisków Rosji nie został już pogrzebany, czyli że Obama nie zrobił Miedwiediewowi największego prezentu. A jeżeli miałby go zrobić, to przecież podczas pierwszego spotkania na Kremlu.

Wszystko wskazuje na to, że nowy prezydent USA już się przekonał, że powody tworzenia tarczy, które podawał jego poprzednik, wciąż są aktualne. A nawet coraz aktualniejsze. Iran i Korea Północna są zagrożeniem, a Rosja albo nie chce, albo nie może nic w tej sprawie zrobić.

Polska nie została ofiarowana na ołtarzu nowych stosunków rosyjsko-amerykańskich. Najwyraźniej na ołtarz nie trafiły także kraje postradzieckie, które Moskwa uważa za strefę swoich wpływów, w tym Gruzja, o której integralności terytorialnej mówił Obama.

To wszystko dobrze świadczy o zdolnościach dyplomatycznych Baracka Obamy: uzyskał pomoc w sprawach Afganistanu, ale nie kosztem sojuszników (w tymże Afganistanie także zaangażowanych). Udało mu się również wesprzeć gospodarza. Wskazać, że to Dmitrij Miedwiediew jest dla niego partnerem, że to on jest najważniejszym człowiekiem w Rosji.

Czy Rosjanie w to uwierzą? Czy Miedwiediew spełni oczekiwania – jako bardziej liberalny przywódca niż Władimir Putin, niezwiązany mentalnie z czasami zimnej wojny, skłonny choćby do uwolnienia z więzienia byłego magnata naftowego Michaiła Chodorkowskiego?

To są pytania bez odpowiedzi. Ale ziarno zostało rzucone. Zasiał je Barack Obama.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W saunie z Rosjanami bez finki w zębach

14 cze 2009

Nieoczekiwanie pojawił się termin „neofinlandyzacja”. Czy Finowie boją się Rosji?

To między innymi od Finlandii zależy, czy powstanie gazociąg bałtycki, wielki projekt energetyczny Rosji i Niemiec. Moskwa jest tak zdeterminowana, że do małego sąsiada przysyła najważniejszych polityków, których w Polsce nie możemy się doczekać. Dwa tygodnie temu premier Władimir Putin nalegał, by Helsinki podjęły decyzję jak najszybciej. A władze Finlandii uzależniają ją od ekspertyz ekologicznych (dla Finów ochrona przyrody to świętość), podkreślając, że decyzja nie będzie miała nic wspólnego z polityką.

– Finlandia nie chce psuć interesów swoim najważniejszym partnerom gospodarczym, Rosji i Niemcom, ale władze nie mogą wpłynąć na ekspertyzy, nie mogą przyśpieszyć tego procesu, czego Rosja raczej nie rozumie – tłumaczy Arkady Moshes, pochodzący z Moskwy ekspert Fińskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Projekt gazociągu bałtyckiego wiąże się z dwoma intrygującymi terminami: „schröderyzacja” i „neofinlandyzacja”. Moskwa zatrudniła w realizującej kontrowersyjny projekt spółce Nord Stream nie tylko ekskanclerza Niemiec Gerharda Schrödera, ale i byłego socjaldemokratycznego premiera Finlandii Paavo Lipponena. – To prywatny projekt prywatnych firm, więc nie oceniamy w nim udziału byłego szefa rządu – mówi „Rz” Alexander Stubb, szef MSZ Finlandii, wywodzący się z konserwatywnej Koalicji Narodowej. Podobnym argumentem posługują się obecne władze Niemiec, choć Schröder był urzędującym kanclerzem, gdy projekt podpisywał.

Określenia „neofinlandyzacja” użył po niedawnej wizycie Putina minister finansów Jyrki Katainen. Jego zdaniem politycy, zwłaszcza socjaldemokraci, starają się przypodobać Kremlowi; targowali się, w czasie jakiego spotkania z szefem rządu Rosji panowała cieplejsza atmosfera – czy z socjaldemokratyczną prezydent Tarją Halonen, czy centrowym premierem Mattim Vanhanenem.
– Finlandyzacja to zamknięty rozdział – zapewnia minister Stubb, kolega partyjny Katainena.

Za prawdziwej finlandyzacji, czyli w czasach zimnej wojny, Helsinki ograniczyły niezależność swojej polityki zagranicznej, dystansowały się od Zachodu, a Moskwa, wówczas radziecka, pozwalała na bogacenie się i nie uczyniła ich swoim satelitą. Jednym z kosztów była też autocenzura dotycząca ZSRR w miejscowych mediach. Teraz Finlandia nie jest już między Zachodem a Związkiem Radzieckim. Należy do Unii Europejskiej (choć nadal nie chce być w NATO), ale wielki sąsiad, z którym ma 1300 km granicy, jest istotnym odbiorcą fińskich towarów.
W ostatnią środę centrum Helsinek zaroiło się od Rosjan z rosyjskimi flagami i buńczucznymi hasłami na ustach. Tym razem byli to kibice, z natury rzeczy bardziej agresywni od przeciętnego obywatela, ale na twarzach spokojnych zazwyczaj Finów można było odczytać zaniepokojenie. Na boisku piłkarskim skończyło się klęską Finów, przegrali z Rosjanami 0: 3 i na mistrzostwa świata do RPA zapewne nie pojadą.

Rosjan przyjechało na mecz kilka tysięcy i już byli bardzo widoczni. To naród 30 razy ludniejszy od nas, mówił mi jeden z publicystów, w pobliskim Petersburgu mieszka niemal tyle ludzi co w całej Finlandii, już samo to kształtuje fińskie myślenie o Rosji. Rosji, która przed 200 laty dała początek fińskiej suwerenności, tworząc cieszące się sporą autonomią Wielkie Księstwo Finlandii na terenie zdobytym na wielowiekowym ciemiężcy – Szwecji. To pozytywne skojarzenie z Rosją, a negatywne to wojna radziecko-fińska z lat 1939 – 1940 i utrata Karelii.

– Rosja nie ma dobrych stosunków z sąsiadami, ale z nami ma, bo my jesteśmy mili – żartował na seminarium poświęconym wielkiemu sąsiadowi minister Stubb. Czy to by się zmieniło, gdyby ekspertyza ekologiczna w sprawie gazociągu bałtyckiego była nie po myśli Moskwy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop