Wpisy w kategorii „Polska”

Nie żegnajmy się z Giedroyciem

20 wrz 2010

Dziesięć lat po śmierci Jerzego Giedroycia powoływanie się na niego w polityce wschodniej staje się niezbyt trendy. Bo niepraktyczne, bo nie w rytm melodii o wielkim otwarciu na Rosję i w niezgodzie z tym, czego dziś najwyraźniej chcą nasi mniejsi niż Rosja sąsiedzi na Wschodzie.

Niepraktyczne i nie w rytm jest przypominanie, że otwarcie na Rosję nie może się odbywać kosztem tych mniejszych, słabszych, tych bez gigantycznych złóż surowców i bez wielkiej wagi w polityce międzynarodowej. Dla Moskwy najważniejsze jest, by ona była pierwsza, choćby w takiej sprawie, jak zniesienie wiz unijnych. Najpierw dla nas, dla Rosjan, a potem możecie pomyśleć i o Ukraińcach, Białorusinach czy nawet Azerach i Gruzinach. Myślę, że nie dopuszczę się nadużycia, jeżeli napiszę, że Giedroyc uważałby, iż Ukraińcy i Białorusini powinni być jeżeli nie pierwsi, to przynajmniej na równi z Rosjanami. Polska jest jednak bardziej zaangażowana w znoszenie wiz dla Rosjan, na razie tych z obwodu kaliningradzkiego, co na dodatek jest źle odbierane przez kolejnego sąsiada – Litwę, kraj, którego honorowym obywatelem był Giedroyc.
Czy to znaczy, że polski MSZ pod wodzą Radosława Sikorskiego jest z ducha całkowicie antygiedroyciowski? Mimo wszystko nie, nawet jeżeli głosi, że żegna się z polityką jagiellońską. Bo jednocześnie MSZ chwali się swoim największym projektem unijnym – Partnerstwem Wschodnim, które jest ubogą wersją idei Giedroycia. Ubogą i pod względem oferty dla sześciu państw nim objętych (Ukraina, Białoruś, Mołdawia, Gruzja, Armenia i Azerbejdżan) – czyli mglistej obietnicy właśnie w sprawie zniesienia wiz i wolnego handlu, i pod względem finansowym, bo trudno uznać kilka miliardów euro na kilka lat dla krajów z kilkudziesięcioma milionami mieszkańców za sumę dużą. Partnerstwo to jednak tylko dobry punkt wyjścia, pod warunkiem że na nim się nie skończy i nie pozostanie na zawsze Unią-bis i NATO-bis, których los będzie uzgadniany z Moskwą. Kapryśną w tej sprawie, bo raz jej Partnerstwo Wschodnie nie przeszkadza, a raz ją niepokoi.

Co ciekawe, niezależnie od tego, jak oficjalnie Radosław Sikorski przedstawia znaczenie polityki wobec mniejszych sąsiadów na Wschodzie w polskiej polityce zagranicznej (a nie jest to znaczenie priorytetowe), to w jego wystąpieniach zagranicznych odgrywa rolę pierwszoplanową. Były jej poświęcone w znacznej części wystawione na stronie www.msz.gov.pl przemówienia szefa polskiej dyplomacji wygłoszone pod koniec ubiegłego roku w prestiżowych think tankach Center for International and Strategic Studies w Waszyngtonie i w European Policy Centre w Brukseli.

Polityka uprawiana w duchu Giedroycia wymaga idealizmu i cierpliwości. Jednego i drugiego do tej pory w polityce wschodniej przez wiele lat w Polsce nie brakowało. Zaowocowało to w czasie rewolucji pomarańczowej na Ukrainie. Aleksander Kwaśniewski odegrał tam rolę negocjatora reprezentującego Zachód.

Dziś naszej dyplomacji cierpliwości brakuje. Wzorem Niemiec, Włoch czy Francji łatwiej dogadywać się od razu z Rosją, nie zauważając Ukrainy, Białorusi czy Litwy. Ale polityka pod hasłem pragmatyzmu, gry z wielkimi i realizowania interesów gospodarczych to w najlepszym wypadku polityczne minimum, a w odniesieniu do naszych sąsiadów ze Wschodu – niebezpieczna strategia. Rosja w przeciwieństwie do Polski prowadzi na tym obszarze politykę długofalową. Umowę w sprawie stacjonawania Floty Czarnomorskiej na Krymie podpisuje na kilkadziesiąt lat, na kilkadziesiąt lat chce też podpisać umowę gazową z Polską. Przy okazji, o czym jakoś zapomniano, na początku roku ogłosiła nową doktrynę militarną, również na wiele lat, w której NATO występuje w roli głównego wroga. Z kolei imperialny charakter Kremla pokazuje próba zmiany władcy w Mińsku, który przez wiele lat nie przeszkadzał, a teraz jest przedstawiany jak szef mafii.

To wszystko dowodzi, że to, na czym zależało Giedroyciowi: suwerenność i stabilność krajów na wschód od Polski (także tych, co są już w UE i NATO), nie są dane raz na zawsze. Kilka dni temu brytyjski dziennik „Daily Telegraph” przedstawił scenariusze kryzysów, w które może być wciągnięte NATO. Wśród nich atak Rosji na państwa bałtyckie, Ukrainę, Białoruś i Gruzję (w 2022 roku) przedstawiony jako „wysoce prawdopodobny”. Z Giedroyciem nie wolno się żegnać, lepiej go odczytać na nowo.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chodzi nie tylko o Erikę Steinbach

10 wrz 2010

Przewodniczącej Związku Wypędzonych mają już dość politycy wszystkich liczących się niemieckich partii, z jej własną chadecką włącznie. Zbliża się koniec Eriki Steinbach w pierwszoplanowej polityce, co sama czuje doskonale, ogłaszając, że nie będzie się już starała zasiadać w zarządzie CDU.

Można powiedzieć: szkoda, że tak późno. I szkoda, że argumenty strony polskiej tak długo, bo ponad dekadę, nie docierały do znacznej części niemieckich elit. Niemcy uważali, że Polacy cierpią na steinbachofobię, której najczęściej przytaczanym przykładem była, faktycznie nietrafiona, okładka jednego z tygodników, na którym odziana w hitlerowski mundur szefowa BdV ujeżdżała socjaldemokratycznego kanclerza Schrödera.

Poważne zarzuty trafiały do nielicznych. A Erika Steinbach od zawsze zniekształcała historię i konsekwencje drugiej wojny światowej. Jej celem było uczynienie z niemieckich wysiedlonych ofiar równych ofiarom Trzeciej Rzeszy oraz pomniejszenie odpowiedzialności Niemiec za wywołanie wojny. I podzielenie się tą odpowiedzialnością – najchętniej z Polakami.

Teraz, gdy puściły jej nerwy, powiedziała to znowu otwarcie. I niemieccy politycy nie chcą jej tego wybaczyć. Ale ona się nie zmieniła od czasu, gdy zagłosowała przeciw traktatowi uznającemu granicę z Polską, bo – jak twierdziła – nie mogła się pogodzić z utratą ziemi ojczystej. To kłamstwo – nie straciła na Pomorzu żadnego Heimatu, urodziła się tam przypadkowo, jako dziecko żołnierza okupacyjnej armii. Z czasem nauczyła się posługiwać językiem poprawności politycznej i uwiodła wielu szlachetnych ludzi. Wielu z nich, w tym niemieckich Żydów, przejrzało w końcu na oczy.

Erika Steinbach i jej projekt Centrum przeciwko Wypędzeniom, niezależnie od nazwy, jest wypaczaniem historii. Nie do przyjęcia dla sąsiadów. Ważne, by nie skończyło się tak, że Steinbach odejdzie, symbol zniknie, ale idea pozostanie. Nie chodzi przecież o samą Steinbach. Chodzi o to, co o Trzeciej Rzeszy będą wiedziały następne pokolenia Niemców.

Chodzi o prawdę.

Czytaj więcej o Erice Steinbach i wysiedleniach

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Al Kaida ma powody do zadowolenia

8 wrz 2010

Z amerykańskich przecieków dowiedzieliśmy się, że w Polsce nie tylko było tajne więzienie CIA, ale że dręczono w nim, grożono nawet wywierceniem dziur w głowie, podejrzanemu o terroryzm.

Można się spodziewać, że chór krytyków polskich władz, które miały się zgodzić na to, by amerykańskie służby wyprawiały w Polsce, co chcą, ze specyficznymi więźniami, jeszcze się powiększy. Także w naszym kraju. I krzyk będzie wielki. Oburzenie i poszukiwanie winnych. Bo sposób traktowania w tajnych więzieniach Chalida Szejka Mohammeda (numer 2 w al Kaidzie) i innych organizatorów zamachów terrorystycznych urasta do największej zbrodni współczesnej Europy. Może nawet obrońcy praw terrorystów uznają, że na chwilę należy zawiesić zakaz wykonywania w Polsce kary śmierci, by dokonać egzekucji Aleksandra Kwaśniewskiego, bo to w czasach jego prezydentury się to wszystko działo.

Dominująca ocena walki z terroryzmem na samym początku tego wieku jest niepokojąca. Co prawda, jeżeli tajne więzienia CIA rzeczywiście w Polsce były i torturowano w nich podejrzanych, było to złamanie prawa. Ale trzeba sobie przypomnieć, co było na drugiej szali – chęć uniknięcia kolejnych wielkich zamachów dokonywanych przez terrorystów islamskich. Świeżo po 11 września 2001 roku.

Gdy w filmie policja nie może konwencjonalnymi środkami wydobyć z przestępcy informacji, która pozwoli uratować życie uprowadzonego, to większość widzów się wścieka. Bo kryminalista ma tak wiele praw. Podobnie jest z tajnymi więzieniami CIA, ale tu stawka była większa: życie tysięcy ludzi, bezpieczeństwo państw i kondycja cywilizacji zachodniej. Jeżeli polscy politycy wydali zgodę na torturowanie islamskich terrorystów, to niedobrze. Ale co by było, gdyby nie wydali?

Najgorsze, że teraz już żaden polityk nie będzie sobie zadawał takich pytań: co jest na drugiej szali. Każdy odrzuci propozycję z Ameryki. Zwłaszcza że, jak widać, w CIA nie ma tajemnic i prędzej czy później wszystko się wyda.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska musi sobie wybrać imigrantów

31 lip 2010

Wymieramy. My, Polacy. W połowie wieku będzie nas ponad 6 milionów mniej niż teraz. Tak przynajmniej wynika z raportu amerykańskiego Population Reference Bureau.

O 10 milionów mniej ma też być najliczniejszych obecnie w Unii Europejskiej Niemców, a o 15 milionów więcej Brytyjczyków (przy założeniu, że do tego czasu nie podzielą się na Anglików, Szkotów, Walijczyków i Irlandczyków).

Polaków będzie mniej i będą statystycznie znacznie starsi (a więc bardziej uciążliwi dla budżetu), jeżeli nic się nie zmieni, to znaczy – nie będzie się rodziło więcej dzieci lub nie dojdzie do masowej imigracji do Polski.

Ale nawet jeżeli uda się skłonić Polki do posiadania większej liczby dzieci, to i tak nie unikniemy pytania, jakich imigrantów potrzebujemy. Odpowiedź jest drażliwa: najlepiej przyjmować młodych, wykształconych (po to, by płacili na nasze emerytury) i bliskich nam kulturowo. Najtrudniej przez gardło przechodzi to ostatnie. Trzeba jednak poważnie wziąć pod uwagę trudności, jakie z imigrantami ze swoich dawnych, głównie muzułmańskich, kolonii mają takie kraje, jak Francja.

Polska powinna więc się nastawić na imigrantów z krajów o tradycji chrześcijańskiej (zwłaszcza z Europy Wschodniej, bo dla tamtejszych mieszkańców unijna Polska może być atrakcyjna) oraz takich, w których tradycja daje się pogodzić z zachodnią (takich jak Wietnam). A innych – w domyśle głównie muzułmanów – dopuszczać w ograniczonym zakresie. W przeciwieństwie do dużych państw Europy Zachodniej Polska nie ma zobowiązań wobec byłych kolonii czy protektoratów w Afryce, na Bliskim czy Środkowym Wschodzie.

Parafrazując Ryszarda Kapuścińskiego, nie mamy na sumieniu kolonializmu i handlu niewolnikami, nie odpowiadamy za nahajkę plantatora i za to, że ladies kazały się nosić w lektyce. Ten argument nas w polityce imigracyjnej nie dotyczy. Polska musi się kierować interesami ekonomicznymi i troską o spokój społeczny, który miliony imigrantów mogą zburzyć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

To jest prawdziwy hołd

18 kwi 2010

Kilkunastu prezydentów dotarło do Krakowa mimo wszystko. Mimo wulkanu, wbrew lękom i wbrew zakazom lotów. To wyjątkowy hołd oddany polskiemu prezydentowi.
Poświęcili się, być może musieli przezwyciężyć strach, skazali się na wiele godzin niewygodnej podróży.
Dmitrij Miedwiediew jeszcze w sobotę był w Brazylii. I przez Moskwę dotarł do Krakowa. To naprawdę coś.
Micheil Saakaszwili udowodnił, z Waszyngtonu można było dolecieć. A premier Maroka, że i z Afryki Północnej również.
Długie podróże samochodem odbyli premier Estonii, liczni przywódcy ukraińscy czy prezydent Rumunii, który część drogi przeleciał śmigłowcem. Pełna lista tych, którym niestraszny był islandzki wulkan, jest na stronach MSZ. 
 Warto zapamiętać te nazwiska. I okazać wdzięczność.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Litwo, obudź się!

8 kwi 2010

Stosunki między Polską i Litwą sięgnęły dna. Gdy Lech Kaczyński zbierał się do Wilna na spotkanie z litewską prezydent Dalią Grybauskaitė, prawie cały Sejm litewski poparł niekorzystny dla mniejszości polskiej projekt ustawy o pisowni nazwisk. Trudno o lepszy symbol tego, co zostało z polsko-litewskiego partnerstwa strategicznego

Smutne jest, że 20 lat po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, sześć lat po wstąpieniu przez nią do Unii Europejskiej i NATO – prawie wszyscy obecni w litewskim Sejmie posłowie wspierają projekt nacjonalistów. Opowiadają się za pomysłem z epoki, gdy polskość mogła się niewielkiemu narodowi wydawać zagrożeniem. To nie tylko uderzenie w mniejszość polską, która sto razy już słyszała obietnice, że sprawa nazwisk zostanie załatwiona po jej myśli. A trzeba przypomnieć, że pisownia nazwisk jest najmniej ważnym problemem – znacznie poważniejsze są powolna likwidacja polskiego szkolnictwa i kłopoty ze zwrotem ziemi.

To także kolejna kłoda rzucona pod nogi tym, którym zależy na dobrych stosunkach Polski i Litwy. Cóż się musi dziać w duszach polityków litewskich, skoro znaczna część posłów partii rządzącej zignorowała kompromisowy projekt swego premiera i poparła pomysł nacjonalistów?

Jak dalej rozmawiać z Litwą? Jak realizować strategiczne cele polityki wschodniej? Jak kształtować unijną politykę wobec Rosji, jeżeli nasz ważny partner w tych sprawach zachowuje się tak, jakby to Polska i polskość były jego głównymi wrogami?

Polscy politycy powinni w zdecydowany sposób pomóc się Litwie obudzić z nacjonalistycznego snu. Miejmy nadzieję, że w takim celu poleciał do Wilna prezydent Kaczyński.

Litwo, dostrzeż, że Polacy nie dybią na twoją suwerenność, a polski nie jest już zagrożeniem dla języka litewskiego. Obudź się, póki nie jest za późno.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawdziwy niedźwiedź i polski miś pluszowy

2 mar 2010

Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego Litwini z taką determinacją walczą od dwóch dekad z polskimi napisami, polskimi nazwiskami, Kartą Polaka. Krótko mówiąc z wyolbrzymionym czy zupełnie wydumanym zagrożeniem ze strony Polaków. A jednocześnie bez wielkiego krzyku oddają się z powrotem pod wpływ Moskwy, jakby zapomnieli o swoim losie w granicach imperium.

Bezrefleksyjnie, jak zaczarowani, oddają się w łapy prawdziwego niedźwiedzia, a drżą przed polskim pluszowym misiem.

O polskim pluszowym misiu straszącym na Litwie pisałem tu wielokrotnie. O działaniach nienasyconego niedźwiedzia niech przemówią słowa wieloletniego szefa litewskich służb specjalnych Mečysa Laurinkusa oraz czołowego politologa z Wilna Vytautasa Radžvilasa (cały tekst w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”).


Laurinkus: na Litwie cele te realizuje około trzech tysięcy rosyjskich agentów [na niewiele ponad trzy miliony mieszkańców]. Większość działa w branży energetycznej i transportowej. W ostatnim czasie intensywnie przejmowane są również strefa drobnego i średniego biznesu oraz środki masowego przekazu


Radžvilas: Rosja ma tak duże wpływy, że litewscy politycy nie są w stanie zrealizować żadnego programu, który pomógłby naszemu krajowi uwolnić się od tej zależności. Dotyczy to zarówno kultury masowej, jak i wysokiej. Wystarczy spojrzeć na oferty wszystkich bez wyjątku litewskich sieci kablowych. Każda emituje dziesiątki rosyjskich programów


Radžvilas o niedalekiej przyszłości Litwy: Formalnie będziemy członkami UE i NATO, jednak w rzeczywistości znajdziemy się pod całkowitą kontrolą Rosji. To, co dzieje się z Litwą, przypomina mi schyłek Rzeczypospolitej Obojga Narodów pod koniec XVIII wieku, gdy elity nie miały dość sił na przeprowadzenie reform.



Te słowa są być może przesadne, ale wypowiedziane z troską o Litwę. Powinny skłonić litewskich polityków do przemyśleń na temat zagrożeń. Prawdziwych i pluszowych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Męska rozmowa o Andżelice Borys

12 lut 2010

Rozmowa Radosława Sikorskiego z szefem białoruskiej dyplomacji najwyraźniej nic nie dała

Siarhiej Martynau, przyjęty w piątek przez polskiego ministra spraw zagranicznych, uważa, że Polakom na Białorusi nic złego się nie dzieje. Nasyłanie milicji na polską organizację i przejmowanie jej majątku to, jak powinniśmy jego zdaniem uważać, normalne działanie. A przede wszystkim Polska ma się nie wtrącać w wewnętrzne sprawy Białorusi, także te dotyczące polskich organizacji w tym kraju.

Wypowiedzi Martynaua (i nie pomogła tu dobra angielszczyzna) dowodzą, że niezależnie od tego, czy z przedstawicielami Łukaszenki prowadzi się rozmowy męskie, czyli w stylu lansowanym przez Sikorskiego, czy niemęskie – efekt jest taki sam. Władze białoruskie robią, co chcą. Dławią wszystkie inicjatywy, które nie są ich dziełem. Wszystko, na co reżim nie ma wpływu. Także Związek Polaków pani Andżeliki Borys.

Prześladowanie mniejszości, wbrew temu, co twierdzi Martynau, nie jest wewnętrzną sprawą Białorusi. Nie ma też nic dziwnego w tym, że Polsce bliski jest los Polaków na Białorusi. Białoruś też interesuje się losem Białorusinów mieszkających za granicą. A jej sojusznik ze ZBiR – Rosja – w obronie Rosjan, nawet świeżej daty (z paszportem przyznanym chwilę wcześniej), potrafi prowadzić wojny, prawdziwe i cybernetyczne.

Wraca pytanie, czy warto rozmawiać z przedstawicielami białoruskiego reżimu? I czy właściwe było zawieszenie części sankcji i wpuszczenie białoruskich dygnitarzy, z Łukaszenką włącznie, na europejskie salony?

Zabrzmi to jak przyznanie się do bezradności, ale mimo wszystko nie było lepszego wyjścia. Chodziło o to, by nie zostawić Białorusi na łasce i niełasce Rosji. By wzmocnić jej suwerenność, oferując jednocześnie zbliżenie z Zachodem. To nadal jest aktualne. Ale bardzo trudne, co Martynau pokazał nam dobitnie. Przyjeżdżając do Warszawy parę dni po ostrym ataku milicji i sądów białoruskich na polską mniejszość i mówiąc, że nic się nie stało, zakpił sobie z Polski, UE i ich wartości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mówienie o więzieniach CIA jest srebrem

23 gru 2009

Na Litwie, jak się we wtorek dowiedzieliśmy (i co ważniejsze, nie tylko my) były tajne więzienia amerykańskich służb wywiadowczych. Były, ale nie wiadomo, czy skromne cele były kiedyś wykorzystane, bo Amerykanie robili w Wilnie i pod Wilnem, co chcieli. To znaczy – nie chwalili się Litwinom, co tam robią.

Oczywiście dociekanie prawdy w praworządnym kraju to norma, a łamanie prawa to łamanie prawa. I wielu innych lepiej ode mnie powie, jakie prawa mogłyby być złamane przez CIA na litewskiej ziemi, i nie tylko litewskiej, bo tajne więzienia były i gdzie indziej. Gdzieś, poza USA, ten sympatyczny dżentelmen z al Kaidy Chalid Szejk Mohammed i jego koledzy musieli być przecież przetrzymywani.

Mówienie o tym, co się z nimi działo, jest srebrem. A milczenie złotem. I dobrze, że polskie rządy, różnych orientacji, milczą w tej sprawie. Ja zakładam, że nic nie wiedzą.

Mnie bardziej interesuje, dlaczego z CIA wypłynęły informacje o tajnych więzieniach, które mogły istnieć w państwach sojuszniczych? Dlaczego ktoś zdradził? I co się stanie, jeżeli znowu dojdzie do jakiegoś wielkiego zamachu terrorystycznego, a w ręce służb wpadnie superterrorysta z wiedzą o następnym ataku, szykowanym na następny dzień czy tydzień? Co wtedy? Kto wówczas podejmie decyzję o, nazwijmy to delikatnie, niestandardowej pomocy CIA? Obawiam się, że teraz nikt już się taki w państwie natowskim i/lub unijnym nie znajdzie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mniejsze zło i mniejszość w Niemczech

19 gru 2009

W sprawach polsko-niemieckich znowu ważną rolę do odegrania mają prawnicy. Rozważają, czy likwidacja statusu mniejszości polskiej w czasach Trzeciej Rzeszy była legalna czy nie.

Ale najważniejszą rolę odegrają politycy. I wszystko wskazuje na to, że polskie władze są gotowe walczyć o to, by Polacy w Niemczech mieli podobne prawa i przywileje jak Niemcy w Polsce.

Należy temu przyklasnąć. To nie tylko dowód troski o Polaków za granicą, ale także potwierdzenie tego, że Polska czuje się równym partnerem Niemiec. Że nie jest już tak, iż nie chcemy drażnić RFN, bo a to nie uzna granicy na Odrze i Nysie, a to będzie wspierała separatystów z Opolszczyzny, a to nie poprze naszych starań do NATO czy do UE. Takich lęków już dawno nie ma. Ale bez pamiętania o nich nie sposób zrozumieć, dlaczego temat polskiej mniejszości w Niemczech tak długo był chowany pod dywan.

Przez wiele lat nikt z głównego nurtu polityków nie ośmielił się przyznać, że Warszawa zgodziła się na niekorzystny dla Polaków w Niemczech zapis w traktacie polsko-niemieckim z 1991 roku. Polscy Niemcy to w nim „mniejszość niemiecka”, a niemieccy Polacy to „osoby w Republice Federalnej Niemiec”. Te „osoby” miały być mniejszym złem niż niepodpisanie traktatu. Skutek jest taki, że Warszawa wydaje grube miliony na naukę niemieckiego języka i kultury w Polsce, czyli wielokrotnie więcej niż władze niemieckie różnych szczebli na naukę języka i kultury polskiej. Do tego dochodzi wymyślony dla mniejszości niemieckiej przywilej polityczny: nieobowiązywanie 5-procentowego progu wyborczego.

Teraz, co też pozytywne, Polonia niemiecka, kiedyś rozdrobniona i skłócona – przynajmniej w sprawie swojego statusu – sprawia wrażenie spójnej i jednomyślnej. I świadomej, że może stanowić dużą, polityczną siłę. Miejmy nadzieję, że władze Niemiec ją docenią, a nie potraktują jak zagrożenie czy kłopot.

Przeszliśmy długą drogę, skoro teraz szanowani eksperci z Poznania zalecają w ekspertyzie dla MSZ renegocjację traktatu. I uważają, że nie ma podstaw, by już teraz nie stosować określania „mniejszość polska”. Nie ma już mniejszego zła. Jest zły zapis w traktacie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop