Wpisy w kategorii „Polska”

Polska proizraelska, ale trochę mniej

13 sty 2012

Zrozumienie dla lęków Izraela o bezpieczeństwo jest w Polsce niewzruszone. Ale już nie w każdej sprawie polski rząd zachowuje się tak, jak by sobie tego życzył gabinet Benjamina Netanjahu.

W niedzielę do Polski ma przyjechać najbardziej kontrowersyjny polityk tego gabinetu Awigdor Lieberman, szef MSZ, Znany jest z drastycznych pomysłów na rozwiązanie problemów Izraela, takich jak przyłączenie do tego kraju tej części okupowanego Zachodniego Brzegu Jordanu, gdzie są liczne osiedla żydowskie, a odłączenie tej, w której mieszka 450 tysięcy muzułmanów Arabów. A także pozbawiania praw izraelskich Arabów, którzy nie przysięgną na wierność Izraelowi i nie odbędą służby wojskowej lub zastępczej.

W czasie szczególnie trudnym dla Izraela, gdy nasilają się groźby coraz bliższego wyprodukowania bomby atomowej Iranu i niepewny jest finał rewolucji w krajach arabskich, takie poglądy szczególnie utrudniają dyplomację. I utrudniają wspieranie Izraela, nawet przez państwa uchodzące za proizraelskie.

O tym, że Polska jest takim krajem, i na dodatek jednym z nielicznych sojuszników, wciąż można usłyszeć od polityków i ekspertów izraelskich. Podobnie twierdzą politycy palestyńscy i mówią o tym z wyrzutem.

Polska nadal jest proizraelska jak na Unię Europejską. Podobnie lub silniej wspierają Izrael Czechy, Holandia, Niemcy oraz Włochy, przynajmniej tak było za czasów Silvia Berlusconiego. Polska nadal bojkotuje międzynarodowe spotkania zwane Durbanami, na których kraje takie jak Iran urządzają sobie antyizraelskie sabaty, wskazując na państwo żydowskie jako źródło wszelkiego zła na świecie. Kilka tygodni temu Polska zablokowała też unijny raport zainicjowany przez Brytyjczyków, który mówił o prześladowaniu izraelskich Arabów i namawiał państwa członkowskie Unii do przejmowania patronatu nad arabskimi wioskami.

Jednak w innych kwestiach Polska stała się ostrożniejsza, niż była jeszcze kilka lat temu. Nie chciała obiecać Izraelowi, że w razie pojawienia się w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ wniosku o uznanie niepodległości Palestyny zagłosuje „przeciw”. Jednocześnie obiecała, co wyraźnie powiedział Donald Tusk, że nie poprze rezolucji zagrażającej bezpieczeństwu Izraela. Zrozumienie dla tego, że kraj ten musi mieć prawo do obrony przed otaczającymi go wrogami, jest cały czas silne.

W innej ważnej kwestii, przyjęcia Palestyny do UNESCO, pierwszej poważnej organizacji międzynarodowej, w której ostatecznie uzyskała pod koniec października członkostwo, nasz kraj wstrzymał się od głosu („przeciw” z państw unijnych zagłosowały Niemcy, Holandia i Szwecja, „za” były m.in. Francja i Belgia). To głosowanie przesunęło Polskę do grupy umiarkowanych sojuszników. I coraz bardziej nierozumiejących polityki rządu Netanjahu, który w czasach tak trudnych dla kraju potrafi zirytować nawet prezydenta USA.

Nie tylko politycy i politologowie dostrzegli, że w ostatnich dwudziestu latach Polska wspierała Izrael. Dotarło to do wielu zwykłych Izraelczyków. Jak mówił mi wczoraj sędziwy publicysta izraelski, dużo mniej jest też wypowiedzi, że wszyscy Polacy to antysemici, a wiele więcej sympatii do starej ojczyzny znacznej części obywateli. Na to wpływ miały też imprezy kulturalne, odrodzenie festiwali żydowskich w Polsce.

Polska nie doczekała się jednak tak dobrego wizerunku, jak mają w Izraelu choćby Niemcy, co biorąc pod uwagę znaczenie tragicznego dziedzictwa drugiej wojny dla historii państwa żydowskiego wydaje się niesprawiedliwe.

A ważni politycy izraelscy mogą w sprawie wizerunku wiele. Gdy Izraelowi zależało na poparciu Bułgarii, to premier Netanjahu w Sofii wygłosił pochwałę postawy Bułgarów w czasie drugiej wojny. Choć byli sojusznikami Hitlera to zachowali się najlepiej w czasie Holokaustu, powiedział.

Tocząca się właśnie w Izraelu debata o uznaniu dokonanego przez Turcję ludobójstwa Ormian pokazuje, że nawet w tak drażliwej kwestii dla państwa traktującego Holokaust jako jedyne w swoim rodzaju wydarzenie w historii możliwe jest dostrzeżenie krzywd innego narodu. Stało się tak dlatego, że w Ormianach i silnym na Zachodzie lobby ormiańskim Izraelczycy zauważyli sojuszników w starciu ze swym byłym sojusznikiem, Turcją.

Z Polską jest inaczej, kilka tygodni po spotkaniu z premierem Donaldem Tuskiem Benjamin Netanjahu wystąpił w reklamie, której celem było wywarcie nacisku w sprawie zwrotu majątku Żydów i odszkodowań za nie. To, niezależnie od tego, jak się ocenia nierozwiązany w naszym kraju problem reprywatyzacji (niedotyczący przecież tylko Żydów), nie był przyjazny gest wobec Polski. Było to też spore zaskoczenie dla sojusznika, od którego często oczekuje się dyplomatycznego wsparcia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Młodszy brat, starszy brat i wielki brat

9 sty 2012

Polski i Litwy nie łączy już polityka wschodnia oparta na strachu przed Rosją. Czy zastąpią ją litewskie zabiegi o rosyjskie względy?

Szef litewskiej dyplomacji Audronius Ažubalis, konserwatysta, a raczej nacjonalista, w opublikowanym w zeszłym tygodniu wywiadzie dla litewskiego magazynu, wyraził kilka ciekawych opinii. Nie tylko przyznał, że Litwa jest w konflikcie z Polską, ale jeszcze całą winę za ten stan zrzucił na nasz kraj. Podkreślił, że Litwini nie potrzebują starszego brata, czyli Polski pouczającej i domagającej się praw dla litewskich Polaków. Litewskie portale cytując ministra dodawały do tego wyrażoną parę tygodni wcześniej opinię ojca duchowego Ažubalisa, niegdyś głowy państwa, a obecnie eurodeputowanego Vytautasa Landsbergisa, że Polska zmieniła podejście do młodszego brata, bo uczy się wielkomocarstwowej polityki od Rosji.

Warto krótko najpierw odeprzeć zarzut o polskiej winie, by zabrać się potem za trop rosyjski. Winą Polski, polityków i publicystów, tak naprawdę jest przede wszystkim łatwowierność wobec obietnic składanych przez długie lata przez Litwinów i spoglądanie na Wschód w kategoriach długofalowych, strategicznych. Polska godziła się na litewskie zwodzenie i przekładanie spełnienia obietnic w sprawie praw mniejszości polskiej, bo chciała, by Litwa poczuła się bezpiecznie, by zadomowiła się w NATO i Unii Europejskiej.

Nawet nie bardzo można zarzucić polskim politykom brak wrażliwości, prawie każdy z nich zdaje sobie sprawę z bagażu wspólnej historii i umie sobie wyobrazić, co by było, gdyby w Warszawie i okolicy znaczną część ludności stanowiliby Niemcy lub Rosjanie (bo w Wilnie co piąty mieszkaniec to Polak, w okolicznych rejonach więcej niż co drugi). W sprawie winy odpowiedzią jest też to, kto (Litwa) wprowadza niekorzystne dla mniejszości ustawy.

W ten niekończący się spór młodszego brata ze starszym bratem wkrada się, jak przed laty, wielki brat. W czasach prezydentów Valdasa Adamkusa i Lecha Kaczyńskiego oba kraje uchodziły za najostrzejszych w Unii Europejskiej wojowników w stosunkach z Rosją. Teraz, za wykształconej w Leningradzie prezydent Dalii Grybauskaitė, między Litwą i Rosją nie panuje już werbalna zimna wojna, lecz chłodny pokój. Wiele wskazuje na to, że Wilno chciałoby go przekształcić w pokój całkiem ciepły.

Litwini już zapomnieli o swojej niechęci do Moskwy z czasów radzieckich. Kultura i język rosyjski, także dzięki wszechobecnym rosyjskojęzycznym telewizjom i częstym koncertom gwiazd, nawet w bastionie litewskości, Kownie, są mile widziane. Wciąż jest tak, że najłatwiej zostać milionerem, gdy się prowadzi interesy z Rosją, a taka wizja, zwłaszcza w czasach kryzysu, kusi. 

Litwa nadal jest, i do czasu ukończenia mostu energetycznego do Polski (co nastąpi najszybciej w 2015 roku) i zwłaszcza wybudowania nowej elektrowni jądrowej (co może nie nastąpić wcale, a jeżeli już, to nie wcześniej niż w 2020 roku) będzie prawie całkowicie zależna energetycznie od Rosji. I to też skłania do pogodzenia się z wielkim bratem. Na razie jest tak, jak mówi znany litewski publicysta, że Moskwa nie widzi Wilna, bo to dla niej za mały gracz.

Ale, dodam, to może się zmienić. W odtwarzaniu rosyjskiej strefy wpływów taki mały gracz, nasz młodszy brat, okaże się ważny, gdy UE będzie słabsza i coraz mniej atrakcyjna dla zwykłych obywateli. Dla nich peryferie upadającej Unii mogą być mniej pociągające niż współpraca z silną Rosją, a skoro dla nich, to i dla polityków. Odcinanie się od starszego brata zwiększa prawdopodobieństwo realizacji tego scenariusza.

Nie jest jeszcze za późno na to, by to sobie uświadomić. I w Wilnie, i w Warszawie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szybka reakcja Sikorskiego

27 paź 2011

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski szybko zareagował na problemy jedynej polskiej gazety codziennej wychodzącej na Wschodzie, o których piszemy w dzisiejszej „Rz”.

Zapowiedział dziś, że natychmiast wesprze finansowo „Kurier Wileński”, tak by gazeta nie musiała zmiejszać częstotliwości ukazywania się. A wydawanie go jedynie we wtorki, środy i piątki miało się rozpocząć już w pierwszych dniach listopada. Tak się nie stanie. Szefowie i dziennikarze gazety przyjęli wieści z Warszawy z poczuciem ulgi i wdzięczności. Zapewne to samo można powiedzieć o czytelnikach.

„Zainteresowanie polskich polityków mniejszością polską na Wschodzie nie jest tak silne, jak by się mogło wydawać” — komentowałem w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, licząc po cichu na taką właśnie reakcję ministra Sikorskiego. Bardzo mnie ona cieszy.

Pomoc jest natychmiastowa i dotyczy najbliższych tygodni, ma zapewnić „Kurierowi” przeżycie w dzisiejszej postaci do końca roku. Dyskusja o długofalowym wspieraniu polskiej kultury na Wschodzie przed nami. Ale teraz można o tym myśleć z większym optymizmem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na ratunek polskiej kulturze na Wschodzie

26 paź 2011

Zainteresowanie polityków mniejszością polską na Wschodzie nie jest tak silne, jak by się mogło wydawać.

W obronie ich praw ograniczanych przez władze litewskie czy białoruskie są co prawda w stanie pogorszyć stosunki z Wilnem czy Mińskiem. Gorzej ze wsparciem polskiej kultury w krajach, gdzie żyje oddzielona granicą od Polski mniejszość polska.

Dotyczy to mediów mniejszości, które nie mają zbyt wielkich szans na samodzielne utrzymanie się. Doszło do tego, że z powodu zbyt małego wsparcia finansowego z Warszawy „Kurier Wileński”, jedyna polska gazeta codzienna wychodząca na Wschodzie, ma tak poważne kłopoty, że może zniknąć z rynku.

Znikanie gazet towarzyszy znikaniu uczniów z polskich szkół, w których jest coraz mniej nauki po polsku. To elementy tej samej tendencji – wynaradawiania się Polaków na Wschodzie. Nie na tym – jak wynika z deklaracji i rządu, i opozycji w Warszawie – polega interes Polski.

Polska kultura na Wschodzie to nie tylko media mniejszości polskiej. Niemniej ważna jest obecność w krajach, gdzie ona mieszka, kultury z Polski. Od 20 lat polskie telewizje, poza TVP Polonia, są właściwie nieobecne na Litwie, Białorusi, Ukrainie, Łotwie. Jeżeli ktoś w tych krajach chce obejrzeć nowy film amerykański, solidny, czyli drogi program rozrywkowy albo ważny mecz, to często musi korzystać z telewizji rosyjskiej, bo miejscowych stacji nie stać na licencje i wielkie produkcje. Rosjanie nie mają problemu z dzieleniem się swoją kulturą, w szczególności w wersji pop. Radzą sobie znakomicie, mimo że dwie dekady temu, po rozpadzie ZSRR, stosunek do Moskwy i języka rosyjskiego był na Litwie i Łotwie negatywny.

Polska wycofała się kulturowo z tego obszaru, nie jest atrakcyjna ani dla tamtejszych Polaków, ani dla Litwinów, Łotyszy, Ukraińców i Białorusinów. Najwyższy czas to zmienić. Bo to korzyść nie tylko kulturowa. Wraz ze znajomością języka i kultury polskiej, poznanych choćby po to, by obejrzeć amerykański serial, wzrośnie sympatia do Polski. Dająca też skutki ekonomiczne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ukraińskie pożegnanie

19 paź 2011

Już sobie nie porozmawiam z Bohdanem Osadczukiem. Nie usłyszę kolejnych barwnych wspomnień o wielkich i małych tego świata. 
Dla mnie zamknęła się epoka. Nie znałem nikogo innego, kto byłby świadkiem tylu ważnych wydarzeń od czasów przedwojennych, nikogo z gigantów paryskiej „Kultury”, nikogo, kto rozmawiałby i z marszałkiem Żukowem, Titą, Willym Brandtem i Markusem Wolfem, dysydentami od Bułgarii po Polskę, i od Gruzji po Jugosławię.

Na początku był dla mnie sławnym publicystą i sowietologiem, który po upadku Związku Radzieckiego pisywał w mojej gazecie. Z czasem stałem się jego skrzynką kontaktową w „Rzeczpospolitej”, od kilku lat to do mnie dzwonił, mi wysyłał faksem swoje felietony.
Dzwonił na telefon stacjonarny ze swojego stacjonarnego berlińskiego, komórkowego dorobił się dopiero, gdy trafił na długie tygodnie do szpitala. Odzywał się niskim głosem, wylewał żale na polityków nierozumiejących wagi polityki wschodniej albo dowcipkował. Nie używał komputera, w każdym razie mi nic o tym nie wiadomo.
Przesyłał felietony pisane na maszynie. Jak w czasach dziennikarstwa przedkomputerowego, przedinternetowego, zupełnie innego. Nieliczne poprawki, naniesione piórem, wszystko miał poukładane i przemyślane, encyklopedyczne w treści, niekonwencjonalne w stylu. Czasem trafiło się jakieś staroświeckie słowo, czasem jakieś wschodniosłowiańskie zapożyczenie, ale polszczyzny mógłby mu pozazdrościć niejeden z polskich dziennikarzy. Nie przejmował się podziałami politycznymi, walił na lewo i prawo, wybaczał tym, którzy mieli zrozumienie dla niepodległości Ukrainy i konieczności przeciągnięcia jej wbrew wszelkim przeciwnościom na Zachód. Wiadomość o jego śmierci zastała mnie w północnym Maroku, nie mam przy sobie żadnego z tekstów, które przesyłał faksem. Kilka się zachowało, ale nie mogę teraz nic przytoczyć.
Ostatnie teksty dyktował już na magnetofon. Jeżeli dobrze pamiętam, ten naprawdę ostatni dotyczył Julii Tymoszenko, która go fascynowała i przerażała zarazem. Baba z piekła rodem, jak z ekscytacją o niej mówił.

Do końca zachował radość życia, którego nieodzowną częścią było adorowanie kobiet, interesowanie się nimi. Gdy ostatni raz odwiedził redakcję, od progu powiedział mi, żebym mu pożyczył pieniądze. „Na hotel. I na dziewczynki”. 
Opowiedział wówczas historię znaną chyba i z którejś z jego książek, jak to zaraz po zdobyciu Berlina był u radzieckiego dowódcy. I wstawił się za Serbołużyczanami, których prześladowali Niemcy. — Co, są tu jacyś Serbowie? To trzeba ich wysłać do Jugosławii — odpowiedział sowiecki wojskowy. I z trudem udało się go później odwieść od tego pomysłu. Serbowie Łużyccy przetrwali w NRD.

Robiłem z nim wywiad, gdy dostał Nagrodę Giedroycia, jedną z wielu, był też przecież jako jedyny kawalerem najwyższych odznaczeń Polski i Ukrainy. Zaprosił mnie do pokoju w hotelu Bristol. Otworzył mi ze szklanką whisky w ręce i w jednorazowych kapciach z jakiegoś hotelu w Zurychu, gdzie bywał jako wielotetni korespondent „Neue Zürcher Zeitung”. Wtedy powiedział mi, że ma już przygotowane miejsce na cmentarzu w swojej Kołomyi.

Nie przyjedzie już do Warszawy. A wciąż mi mówił, że następnym razem wpadnie do mnie do domu i popisze się talentem kulinarnym. Nie byłem pewien, czy nie kpi, ale potwierdzał wielokrotnie, że gotowanie to jego pasja. Ja miałem kupić krewetki i jakieś mięso, żona miała obierać warzywa, a profesor miał dać popis. Nie da. Nie zjem kulinarnego dzieła Bohdana Osadczuka. Zostaną inne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stosunki polsko-litewskie na dnie

30 mar 2011

Pani prezydent Dalio Grybauskaite, dlaczego poszła pani tą drogą? Drogą litewskiego nacjonalizmu ukrywającego się pod hasłami dawania mniejszościom narodowym możliwości integracji. Dlaczego podpisała pani ustawę o oświacie, która uderza w polskie szkolnictwo na Litwie?

Uderza w nie, ponieważ wbrew woli mniejszości ogranicza zakres nauczania w jej języku. I zapewne doprowadzi do zamknięcia wielu polskich szkół.

Słyszymy argumenty władz litewskich, że Litwa to i tak kraj, w którym jest i wciąż będzie najwięcej polskich szkół poza granicami Polski. Tak, to prawda. Tak było już zresztą w czasach radzieckich. Obowiązkiem władz niepodległej Litwy, kraju należącego do instytucji europejskich, jest jednak niepogarszanie sytuacji mniejszości. A do złamania tego obowiązku przyczynia się podpis prezydent Grybauskaite pod nowelizacją ustawy.

Pani prezydent, dlaczego nie wykorzystała pani szansy na powstrzymanie ciągłego pogarszania się stosunków litewsko-polskich? Ma pani silną pozycję opierającą się na świetnym, niemal 70-procentowym, wyniku w wyborach z 2009 roku, nie krępuje pani przynależność partyjna, od dzieciństwa zna pani Polaków, a od czasu pracy na stanowisku unijnego komisarza zna pani Europę. Wydawałoby się, świetne predyspozycje do tego zadania, ważnego dla przyszłości obu naszych krajów.

<t-3>Stało się inaczej. I osiągnęliśmy kolejne dno w stosunkach. Niestety, nie da się już od niego zbyt wysoko odbić. Przez kilkanaście lat politycy litewscy zwodzili kolegów z Polski obietnicami w sprawie mniejszości polskiej. W tym czasie cierpliwość stracili nawet najwięksi przyjaciele Litwy.

I nie jest tak, jak przedstawia to część mediów litewskich, że to tylko minister Sikorski, ten „polski nacjonalista”, wypomina Litwie niewywiązywanie się z obietnic. Wręcz przeciwnie, trudno w Polsce znaleźć polityka zajmującego się sprawami zagranicznymi, który miałby inne zdanie.

Pani prezydent, wzięła pani na siebie dużą odpowiedzialność. Nie spróbowała pani rozpocząć procesu odbudowy zaufania między naszymi krajami. A bez tego zaufania nie ma co liczyć na dobrą współpracę w sprawach ważnych dla Litwy, od nowej elektrowni atomowej poczynając.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Integracja po litewsku

15 mar 2011


Jeżeli ktoś miał złudzenia, że tli się szansa na polepszenie, choćby atmosfery, w stosunkach polsko-litewskich, powinien je porzucić. 



Przykład z wtorku. Dwa e-maile rozesłane w ciągu jednej godziny.


Godzina 12:33. Biuro rzecznika polskiego MSZ „uprzejmie przekazuje do wiadomości” depeszę PAP z dnia poprzedniego, noszącą optymistyczny tytuł „MSZ dostanie projekt litewskiej ustawy oświatowej do konsultacji”.

W depeszy czytamy: „W czwartek litewscy parlamentarzyści mają głosować nad nowelizacją ustawy oświatowej, która pogarsza sytuację polskich szkół na Litwie. W zeszłym tygodniu Wilno wysłało jednak sygnał, że Polska dostanie do konsultacji ten projekt. MSZ spodziewa się, że ustawa nie będzie głosowana już teraz”.
 

Godzina 13:22 Komunikat prasowy litewskiego MSZ pod jednoznacznym tytułem „W odpowiedzi na informacje  zamieszczone w polskich mediach o  rzekomych konsultacjach Litwy z Polską w sprawie nowelizacji Ustawy o oświacie”

„W ubiegły weekend przy okazji nieformalnego spotkania ministrów na Węgrzech ustalono tylko tyle, że po raz kolejny zostaną przedstawione dane, odzwierciedlające sytuację Polaków na Litwie. Między innymi – zostaną powtórzone argumenty, którymi kierowano się w trakcie przygotowania projektu nowelizacji ustawy o oświacie. Litwa nieustannie będzie je powtarzać, jednakże to nie oznacza przyzwolenia na wtrącanie się do stosunków suwerennego państwa a jego obywatelami oraz do procesu ustawodawstwa.

(…)
Zmiany w ustawie o oświacie są wprowadzane m. in. po to i wyłącznie po to, aby mniejszości narodowe na Litwie miały więcej możliwości do integracji ze społeczeństwem oraz z rynkiem pracy. Minister ubolewa, że urzędnicy najwyższego szczebla tych argumentów nie słyszą. Na początku lutego w raporcie agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej wyraźnie stwierdzono, że aż 42 proc. przedstawicieli mniejszości narodowych na Litwie podało, iż niedostatecznie dobrze znają język litewski, co zmniejsza ich możliwości konkurencyjne na rynku pracy”. 



Zarzut wtrącania się Warszawy „w stosunki suwerennego państwa z jego obywatelami” nie brzmi pokojowo. W dyplomacji trudno o mocniejsze słowa. Dziwne, że padają z Wilna, które protestowało (czyli chyba też się wtrącało), gdy planowano budowę strażnicy wojsk ochrony pogranicza koło Sejn, bo nadmiar czysto polskich WOP-istów zaburzyłby proporcje ludności w rejonie, gdzie mieszka mniejszość litewska.


Przy okazji dowiedzieliśmy się już całkiem otwarcie, że celem zmian w ustawie o oświacie jest „integracja” Polaków litewskich ze społeczeństwem (w domyśle czysto litewskim). To brzmi jak przyznanie, że mają być zlituanizowani. 



Wiemy już, że Litwa „będzie nieustannie powtarzać” argumenty, które są nie do przyjęcia dla strony polskiej. I nieustannie przedstawiać swoje „dane odwzwierciedlające sytuację Polaków na Litwie”, które nie mają wiele wspólnego z przekonaniem Polaków na Litwie na temat ich sytuacji. 
Nic dobrego to nie wróży. Ani Polakom na Litwie. Ani stosunkom polsko-litewskim — staną się jeszcze gorsze, niż są teraz. Taki jest wybór władz litewskich. 

 



  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mocny sygnał dla Litwinów

11 sty 2011

Całkiem niedawno na obchody bardzo ważnej rocznicy na Litwę pojechałby prezydent Polski. Nawet na mniej ważne święta jeździli do Wilna poprzednicy Bronisława Komorowskiego. Teraz – wszystko na to wskazuje – nasz kraj na niezwykle ważnym wydarzeniu w litewskiej stolicy będzie reprezentowała wicemarszałek Sejmu.

Wygląda to jak kara dla Litwy za złe traktowanie mniejszości polskiej. Jak symboliczne pożegnanie już nie tylko z partnerstwem strategicznym, które nigdy się do końca nie wykluło, ale i z dobrymi stosunkami między sąsiadami.

Nie ma co ukrywać, Litwini zasłużyli na powiedzenie im wprost: Nie będziemy już grać w grę, którą proponujecie nam od kilkunastu lat. Nie będziemy patrzeć przez palce na uniki z oddawaniem litewskim Polakom ziemi w Wilnie i okolicach, na kłody rzucane pod nogi polskiej oświacie, walkę z polskimi napisami. Nie będziemy już wysłuchiwać obietnic w sprawie pisowni nazwisk ani z nadzieją przyjmować zapewnień, że odpowiednia ustawa już za miesiąc, za dwa będzie gotowa.

Można – i trzeba – było to tolerować, gdy los Litwy był niepewny. Ale od siedmiu lat kraj ten jest w NATO oraz UE i jest bezpieczny jak nigdy dotąd w historii. Jeszcze do niedawna łuski tkwiły na oczach wielu zwolenników bezwarunkowej przyjaźni z Litwą. Także na moich. Ale spadły z hukiem. Teraz już polskie władze nie patrzą na Litwę przez palce. I słusznie. Partnerstwo, także w dyplomacji, wymaga zaufania. A jak obdarzać zaufaniem – i współpracować z nim, np. w polityce wschodniej – kraj, któremu od kilkunastu lat nie można zaufać w sprawie pisowni kilku literek?

Litwa zasłużyła na powiedzenie jej tego wszystkiego wprost, ale nie jestem pewien, czy właśnie z okazji okrągłej rocznicy wydarzeń z 13 stycznia 1991 roku. Nie ma ważniejszej daty dla współczesnej Litwy. Wyznacza ona prawdziwy koniec sowieckiej dominacji, okupiony krwią – pod czołgami w Wilnie zginęło kilkunastu ludzi. To dzień męczeństwa i nadziei zarazem.

Najlepiej by więc było, gdyby w ostatniej chwili któryś z polityków sprawujących najwyższe urzędy w Polsce zmienił plany i 13 stycznia poleciał do Wilna. Litwini już dostali przekaz, jak Warszawa ocenia ich postawę wobec polskiej mniejszości. A dostaliby dowód, że w sprawie obalania komunizmu i wyrywania się spod moskiewskiej dominacji nie mamy innego zdania.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Uchwała ważna dla Rosjan

26 lis 2010

Uchwała Dumy Państwowej potępiająca zbrodnię katyńską najważniejsza jest dla samych Rosjan.

To część z nich – czasem wydaje się, że spora – potrzebowała zdecydowanego stanowiska władz dotyczącego sprawców. I w tej sprawie nie ma wątpliwości. Duma powiedziała: winny jest Stalin i inni przywódcy sowieccy, a nie niemieccy naziści, którzy sprytnie przerzucili odpowiedzialność na byłych sojuszników.

Tego nie można nie docenić i w tym sensie uchwała izby niższej rosyjskiego parlamentu jest ważna. Można ją postawić obok decyzji Kremla o pokazaniu w telewizji rosyjskiej zaraz po katastrofie smoleńskiej filmu „Katyń” Andrzeja Wajdy. Jak się szacuje, co piąty Rosjanin obejrzał film, który nie pozostawia wątpliwości, kto i jak postanowił bestialsko wymordować polskie elity. Teraz oficjalnie przyznaje to zdecydowana większość posłów – najmocniej ci związani z Kremlem. Nie da się cofnąć tej – spóźnionej, ale jednak – masowej edukacji o mordzie. Kłamcom katyńskim powinno być coraz trudniej się przebić do rosyjskiej opinii publicznej.

Uchwała nie ma natomiast specjalnego znaczenia dla Polaków, a co za tym idzie i dla stosunków polsko-rosyjskich. Słowa o sprawcach zbrodni katyńskiej nie wystarczą. Trzeba powtórzyć: od słów ważniejsze są czyny. A w kwestii Katynia postępowanie władz rosyjskich dalece odbiega od tonu uchwały i wielu wypowiedzi polityków. Główna Prokuratura Wojskowa wyczynia prawnicze cuda, by utajnić najważniejsze dokumenty, a Ministerstwo Sprawiedliwości w oficjalnym dokumencie złożonym w Trybunale w Strasburgu wymordowanie tysięcy polskich oficerów nazywa „wydarzeniami katyńskimi”.

Należy mieć nadzieję, że na uchwale, na słowach, się nie skończy.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pożegnanie z Litwą naszych marzeń

21 paź 2010

Chciałoby się wreszcie napisać coś pozytywnego o stosunkach polsko-litewskich. Zwłaszcza że po każdym z licznych komentarzy wydaje mi się, że dno już opisałem. Że gorzej między sąsiadami, do niedawna przynajmniej mającymi podobne poglądy na wiele spraw międzynarodowych, być nie może. Jednak może.

Jest jeden główny powód tego konfliktu: nacjonalizm i antypolonizm litewski, który nie tylko nie zanika, ale nieoczekiwanie zatacza coraz szersze kręgi.

Nasila się w czasie, gdy Litwa – usadowiona w Unii Europejskiej i NATO – powinna się czuć bezpieczna jak nigdy. Bezpieczna także od – co w Warszawie brzmi egzotycznie – powtórki z polskiej dominacji. Tymczasem doszło już do tego, że czołowy polityk postkomunistycznej lewicy, niegdyś dalekiej od nacjonalizmu, mówi do litewskich Polaków: jeżeli nie chcecie się integrować, to zabierajcie się do Polski.

Kolejną granicę przekroczył właśnie litewski MSZ, pouczając polskich ambasadorów w Wilnie i na dodatek w Rydze, co można w wywiadach prasowych mówić, a czego nie można na temat Litwy. Jako szerzenie nieprawdziwych informacji resort litewskiej dyplomacji uznał wyliczenie znanych od lat problemów mniejszości polskiej. Nierozwiązanych mimo obietnic litewskich prezydentów, marszałków, premierów, ministrów, posłów, czasem składanych po polsku, w atmosferze braterskiego uniesienia. I – co jeszcze ważniejsze – nierozwiązanych wbrew europejskim standardom.

I mimo polskich starań wobec mniejszości litewskiej, zapewne niedoskonałych i prostszych do wykonania, bo Litwinów w Polsce jest wielekroć mniej niż Polaków na Litwie. Ale napisy litewskie i nazwiska w litewskiej wersji są możliwe, jest powiat sejneński utworzony po to, by Litwini stanowili tam znaczną część mieszkańców.   Aż strach spekulować, co może być dalej. Z polskiej strony nie skutkuje ani dawanie serca na dłoni, ani demonstrowanie, że Litwa nie może liczyć na nasze poparcie w ważnych dla niej projektach.

W polityce wschodniej, w polityce bezpieczeństwa i energetycznej prawie wszystko Polskę i Litwę powinno łączyć. Ale jak przy takim braku zaufania o tym rozmawiać? Czy przerwać ten smutny spektakl może tylko wspólne zagrożenie? Bo udział we Wspólnocie Europejskiej (na razie) nie pomógł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop