Wpisy w kategorii „Niemcy”

Cóż to za życie?

31 paź 2009

Cóż to za życie? „Cóż to za życie?/ gdzie prawda staje się kłamstwem / gdzie fałsz berło dzierży/ Cóż to za życie?/ gdzie wolność martwa na świat przychodzi?/ gdzie wszystko wydaje się stracone/ Cóż to za życie? / gdzie starcy rządzą / gdzie ludzie na granicach zdychają”.

Ten wiersz napisał 20 lat temu prosty enerdowski chłopak, syn milicjanta (czy dosłownie, jak to się w kraju robotników i chłopów nazywało, policjanta ludowego — Volkspolizist). Ulotki z tym wierszem rozlepiał po nocach na murach swojego małego miasteczka w południowo-zachodniej NRD. I wezwał do akcji protestu przeciwko władzom komunistycznym.

Nikt go nie znał, nikt nie wiedział, kto rozwiesił ulotki, a mimo to kilkuset ludzi zaryzykowało i poszło demonstrować. Stasi nie udało się znaleźć tajemniczego autora ulotek. Nie poznali go też uczestnicy demonstracji w Arnstadt. A byli to głównie inteligenci — lekarze, nauczyciele, drobni przedsiębiorcy (bo trochę ich przetrwało w NRD, np. właściciele piekarń). Ludzie z zupełnie innego środowiska niż samozwańczy poeta-rewolucjonista, syn milicjanta.

Ta historia zafascynowała mnie już dawno. Odwiedziłem bohaterów małej rewolucji w Arnstadt dziesięć lat temu. A teraz po kolejnych dziesięciu znowu pojechałem sprawdzić, jak potoczyły się losy tych, którzy pierwsi w miasteczku pełnym donosicieli odważyli się zaprotestować przeciwko władzy. Szybciej niż w dużych miastach NRD.

Co robią Dzieci małej rewolucji piszę w dzisiejszym Plusie-Minusie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Po polsku w niemieckim MSZ

29 paź 2009

Partie tworzące nowy niemiecki rząd podkreśliły w umowie koalicyjnej wagę stosunków z Polską. Nie jest to jedyny polski akcent w nowym gabinecie Angeli Merkel.

Drugim jest nowa wiceminister spraw zagranicznych Cornelia Pieper, która studiowała język polski, częściowo na Uniwersytecie Warszawskim. Trudno zakładać, że będzie to miało wpływ na takie kontrowersyjne sprawy jak budowa gazociągu północnego czy pomnik wysiedlonych, ale niewątpliwie można liczyć na większe zrozumienie w niemieckim MSZ dla polskiej wrażliwości. Zwłaszcza że nowy szef dyplomacji Guido Westerwelle ma, jak wynika z wywiadów, wiele dobrych chęci, ale o nowej Unii Europejskiej wie niewiele, jest na wskroś zachodni, do cna nadreński. Cornelia Pieper (tak jak Westerwelle wywodząca się z liberalnej FDP) pochodzi ze Wschodu, z byłej NRD. Studiowała polski i rosyjski, a potem była tłumaczką. Dość nieoczekiwanie zrobiła karierę w FDP, nikt z byłej NRD nie wdrapał się wyżej w strukturach tej partii (Pieper jest wiceszefową FDP, a wcześniej była sekretarzem generalnym).

50-letnia Cornelia Pieper będzie się zajmowała w MSZ polityką kulturalną. To akurat nie jest teren sporny w stosunkach z Polską. Chyba że będzie się też zajmowała polityką historyczną. 
Angela Merkel, też pochodząca z NRD, również odwiedzała Polskę przed upadkiem komunizmu. Z tych wyjazdów (na Mazury) zapamiętała napis z borykających się z brakami w zaopatrzeniem sklepów: „Nie ma jajek”. Teraz w jej rządzie jest wiceminister, która zna polski znacznie lepiej. Miejmy nadzieję, że to dobry znak.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bardzo polskie koleje, państwowe

6 paź 2009

Jadąc pociągiem z Berlina do Warszawy, niby nie zauważamy granicy. Niby, bo granica jest mentalna — między niemiecką i polską koleją. I to na niekorzyść polskiej.

Chodzi o język. O język, dzięki któremu dowiadujemy się z głośnika o godzinach odjazdu, o tym, gdzie jest wagon restauracyjny, i o tym, ile się spóźnimy (co częste). Gdy na granicy stery przejmuje polski maszynista, jest to wyłącznie język polski. Przekonałem się o tym ostatnio dwukrotnie, jadąc ekspresem na trasie między obiema stolicami. Niemcy ogłaszają swoje komunikaty najpierw po niemiecku, potem po angielsku i na koniec po polsku. Jest to polski niedoskonały, pojawiają się tam określenia typu „nach Warszawa Centralny”, ale jest to na swój sposób urocze i sympatyczne. Mówi to żywy człowiek, zapewne odczytuje z kartki. Ale się stara, robi gest wobec polskich podróżnych. Tego gestu nie ma po polskiej stronie, choć w Polsce bez porównania więcej osób mówi po niemiecku niż w Niemczech po polsku.

Na innych ważnych trasach w Niemczech niemieccy kolejarze wygłaszają komunikaty — oprócz niemieckich — także po angielsku. W Polsce to nadal rzadkość, wielojęzyczne są ostrzeżenia typu „nie wychylać się”, ale żywa informacja w obcym języku, choćby po angielsku, jest rzadkością. Nic dziwnego, że na zasadzie kontrastu pani sprzedająca bilety kolejowe i znająca angielski trafiła do reklamy szkół językowych. Bo to takie nietypowe.

Jeszcze dziesięć lat temu, gdy Deutsche Bahn wprowadziły polskie zapowiedzi w pociągach kursujących w kierunku granicy Polski, wielu Niemców protestowało. Doprowadziło to do zmniejszenia liczby tych komunikatów po polsku, ale nie do likwidacji. Były to zapowiedzi puszczane z taśmy. Teraz są na żywo. I chyba nikomu nie przeszkadzają. 

Polscy kolejarze mają jeszcze wiele do zrobienia. Do nauczenia się.

Często pouczamy innych, wytykamy innym (zwłaszcza Niemcom), że nie mają zrozumienia dla Polaków, nie robią gestów. Czas się zastanowić nad tym, jak cudzoziemiec się czuje w Polsce. Gdzie wszystko jest zazwyczaj tylko po polsku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Angela Merkel nie zwalnia fotela

27 wrz 2009

W Niemczech dojdzie do zmiany koalicji, ale nie do zmiany najważniejszej osoby w państwie. Rządzić będzie nadal obecna pani kanclerz. I będzie mogła rządzić znacznie odważniej. CDU/CSU i ich wyśniony koalicjant – liberalna FDP – otrzymali bardzo mocne poparcie.

Merkel może być odważniejsza w sprawach gospodarczych. Nie znaczy to, że Niemcy pod wodzą nowej chadecko-liberalnej koalicji pogrzebią państwo socjalne. Ale można się spodziewać obniżki podatków i ułatwień dla przedsiębiorców.

W polityce zagranicznej zapewne wiele się nie zmieni. Sporne kwestie z Polską nie znikną. Dotyczy to i gazociągu bałtyckiego, i upamiętnienia historii. Liberałowie z FDP kiedyś najgłośniej krytykowali Gerharda Schrödera, gdy się zatrudniał w firmie budującej gazociąg. Dziś jednak FDP, której lider Guido Westerwelle szykuje się na szefa dyplomacji, jest pogodzona z gazociągiem północnym.

W sprawach historycznych możemy mieć nadzieję, że FDP w nowej koalicji odegra taką rolę, jaką dotychczas odgrywała SPD. To znaczy: będzie hamowała zapędy konserwatystów i wykaże się większą wrażliwością wobec sąsiadów. Nie oznacza to jednak, że nie powstanie wymarzone przez Erikę Steinbach Centrum przeciwko Wypędzeniom. Być może będzie miało inną nazwę. Być może nie będzie w nim Steinbach (przynajmniej na pierwszym planie).

Będzie to centrum w wersji light, ale i tak kontrowersyjne, bo skupiające się nadmiernie na cierpieniach Niemców. I wpisujące się w tezę Związku Wypędzonych, iż wszystkie wysiedlenia są złem i bezprawiem, niezależnie od przyczyn, które do nich doprowadziły. Polaków, zwłaszcza historyków i publicystów, czeka więc jeszcze wiele pracy w forsowaniu akceptowalnej wersji historii.

Angeli Merkel należy życzyć, by mocno trzymała stery w najważniejszym państwie Unii Europejskiej. I by, jak dawniej, z sympatią myślała o Polsce.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Berlińska nostalgia

26 wrz 2009

Długie lata po zjednoczeniu Niemiec zmieniał się tylko Berlin Wschodni, była stolica NRD. Teraz widać, że zmiany ruszyły i w zachodniej części miasta.

Ostatnio moje przyjazdy przypadają na wybory do Bundestagu. Raz na cztery lat albo i trzy, gdy wybory przyśpieszają. I pod względem wyborczym zmian wielkich nie widać, przynajmniej na słupach w mojej dzielnicy. Jakoś się tak składa, że w tej spokojnej, emerycko-młodomałżeńskiej części niemieckiej stolicy najchętniej reklamują się — i reklamowali wcześniej — liberałowie z FDP, zieloni i postkomuniści. Czyli ci, co szans tu wielkich nie mają. 

Po wyjściu ze stacji metra powitały mnie też te same reklamy — Stolarsky, naprawa i sprzedaż samochodów, Maslowski, Dipl. Bauing., roboty budowlane i malarskie. 
Ale im dalej idę, tym bardziej się przekonuję, że dawny Berlin Zachodni się jednak zmienia. Wcześniej było tak, że przez dekadę chleb kupowało się u tego samego piekarza, wędliny i owoce w tym samym sklepie, gazety i papierosy w tym samym kiosku, a piwo piło w tej samej knajpie na rogu. Zmienił się też Turek, u którego kupowałem kebaby i kurczaki pieczone. W tym samym miejscu jest inny Turek pod innym szyldem. Turków jest zresztą więcej w tej dzielnicy. Ich sklepy i knajpki opanowały kolejnych kilka ulic w kierunku zachodnim. Pewnie ta tendencja, nie tylko berlińska, ma wpływ na to, że Niemcy tak stanowczo sprzeciwiają się przyjęciu Turcji do Unii Europejskiej. 

Dawny Berlin Zachodni raczej pięknieje. Już nie jest tak, że prawie wszystkie pieniądze szły na dawną stolicę NRD, na wyrównanie wszelakich standardów, z wyglądem domów na czele. W tym wypadku głównie bloków
Teraz nawet okolice dworca ZOO tracą swój szemrany charakter. Berlin to nadal wyjątkowe miasto, wielkie, stołeczne, a jednocześnie nierozedrgane, niezabiegane, nierozkrzyczane. Zespół małych miasteczek i wsi. Choć jak ktoś chce, to znajdzie i miejsce na drgawki, bieganinę i krzyk. 
Mam osobisty stosunek do Berlina, w którym kiedyś mieszkałem i pracowałem. Gdy przyjeżdżam tu, rzadko niestety, chwyta mnie nostalgia. Da się to porównać tylko z Wilnem, gdzie też spędziłem kilka równie twórczych i sympatycznych lat.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Steinmeier, bez komentarza

13 wrz 2009

Pewnie ze 20 milionów Niemców obejrzy dziś wieczorem telewizyjny pojedynek przedwyborczy największych rywali — chadeckiej pani kanclerz Angeli Merkel i jej socjaldemokratycznego zastępcy, szefa dyplomacji Franka-Waltera Steinmeiera.

Ze spraw zagranicznych najgoręcej będzie chyba o Afganistanie (według „Spiegla” Steinmeier chce, by za cztery lata nie było tam niemieckich żołnierzy). Hasło „Polska” może się nie pojawić wcale. Honoru SPD w polskiej sprawie bronił ostatnio Markus Meckel, nasz człowiek z dawnej NRD. To on najbardziej się w Niemczech oburzał, że na obchody 20. rocznicy upadku muru berlińskiego nie zaproszono (czyli nie zrobiła tego ekipa pani Merkel) szefów rządów z Polski i innych kraju regionu. Niewątpliwie krajów bardziej zasłużonych dla obalenia muru niż te, z których najważniejszych polityków zaproszono (Francja czy Wielka Brytania, jak wynika z odtajnionych brytyjskich dokumentów niechętne w tamtych czasach jednoczeniu Niemiec). Dobrze, że jest Meckel. Niedobrze, że znowu trzeba było podnosić krzyk, by w Berlinie pomyślano o historycznej wrażliwości w Polsce, na Węgrzech, w Czechach itd.
Ale Meckel to nietypowy przypadek.

Jeżeli sądzić po tym, co sztaby kandydatów wypisują w internecie, to polityka zagraniczna jest na marginesie tej kampanii. Podstawa to miejsca pracy, podatki, przyszłość edukacji, rodzina czy parytety.

Największym dla mnie zaskoczeniem jest blog samego Franka-Waltera Steinmeiera (FWS blog). I to nawet nie to, co tam pisze (np. o chciwości rynków kapitałowych, w czym jest pewnie wiele racji, ale gorzej z lekarstwem na nią). Najbardziej zaskakujące jest to, jak mało komentarzy jest pod jego wpisami. Czasem trzy, czasem dwa, a niekiedy nie ma żadnego. A jest to kandydat na kanclerza i wiceszef gigantycznej partii w największym i najważniejszym państwie Unii Europejskiej. Pół miliona członków nie ma żadnych refleksji na temat wypowiedzi swojego lidera? Czy też wszyscy się z nim zgadzają i nie wchodzą w żadne dyskusje? A może blogi to nie jest miejsce dla polityków tak wysokiego szczebla? 


Angela Merkel nie ma swojego bloga. Oboje są natomiast obecni na Facebooku. Pani kanclerz (zwana Angie) ma tam wpisanych 16,413 zwolenników, a kandydat socjaldemokratów — 5983. Dużo, dużo mniej. Takiej różnicy między CDU i SPD w wyborach 27 września na pewno nie będzie. 


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ostatni zbrodniarze czasów totalitarnych

27 cze 2009

Staruszek ze stanu Michigan może odpowiedzieć w Polsce za współudział w Holokauście. Byłby to zapewne ostatni człowiek ukarany w naszym kraju za zbrodnie z mrocznych czasów drugiej wojny światowej.

I zapewne ostatni ukarany za zbrodnie z czasów totalitarnych, zarówno nazistowskich, jak i stalinowskich.

Sprawa Johna Kalymona, 88-letniego Ukraińca mieszkającego w USA, przypomina historię jego rodaka i rówieśnika Johna Demjanjuka, który od niedawna w Niemczech czeka na proces.

Obaj sędziwi. Ale wiek w tej sprawie nie odgrywa roli, co dziś, w czasach wszechobecnej litości nad sprawcami, może się wydawać dziwne. Tamte zbrodnie się nie przedawniają. Tak jest i powinno tak być, także dlatego, że zbrodniarze nie kierowali się wiekiem swoich ofiar.

Obaj się zarzekają, że są niewinni. I w tym nie ma nic dziwnego. Jak pisał niemiecki publicysta specjalizujący się w rozliczaniu nazistowskiej przeszłości Ernst Klee, nie spotkał esesmana, który by nie zapewniał, że wypełniał tylko rozkazy i że uratował choćby jednego Żyda.

Niezależnie od tego, czy są winni, sposób obrony jest wszędzie taki sam. Jeżeli zostaną skazani, to na pewno nie jako najwięksi zbrodniarze. To płotki, młodzi w czasie wojny, pokorni wykonawcy. I to jest największy problem – rozliczenia ze zbrodniami drugiej wojny kończą się niedosytem, poczuciem rozczarowania. Wielu średnich i grubych ryb nie spotkała kara, choćby członków brygady Dirlewangera, która pacyfikowała Warszawę podczas powstania.

Co gorsza – rozliczenia te kończą się wskazaniem na winę nie Niemców, ale ich współpracowników, w tym wypadku Ukraińców. To może pozostawić fałszywy obraz drugiej wojny światowej, fałszywy dowód odpowiedzialności za Holokaust i inne zbrodnie nazistowskie.

Może się stać ważnym elementem tego, czego tak się w Polsce obawiamy – wykreowania nowej historii, w której zbrodniarzy w czasie drugiej wojny było wielu, licznych narodowości, a największymi ofiarami (obok Żydów, co oczywiste), byli wysiedleni Niemcy – co już jest nieprawdziwe.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co jest w odezwie CDU i CSU

28 maj 2009

Niemiecka odezwa, która wstrząsa polską sceną polityczną, to wbrew pozorom ważny dokument. Co nie znaczy, że polskie partie chadeckie mają z jej powodu występować z Europejskiej Partii Ludowej. Raczej powinny zrobić wszystko, by odezwą niemieckich chadeków zajęli się także politycy innych krajów UE i państw doń kandydujących.

Wspólna odezwa wyborcza niemieckich partii chadeckich CDU i CSU to właściwie ich europejski elementarz, wymienione jest tam hasłowo to, co chcą robić na poziomie europejskim.

Wzbudzające w Polsce oburzenie: wezwanie do międzynarodowego potępienia wypędzeń oraz „urzeczywistnienia prawa do stron rodzinnych, także niemieckich wypędzonych” — występuje tu obok haseł, które polskiej prawicy mogą się spodobać. Tak jak postulat odwołania do Boga w europejskich traktatach.

Są w odezwie hasła ekonomiczne i ekonomiczno-społeczne: silne euro, ochrona miejsc pracy, zmniejszenie biurokracji. Oraz geopolityczne: wskazanie krajów, które nigdy w UE być nie powinny (Turcja, bo nie spełnia standardów, np. w kwestii równouprawnienia kobiet i mężczyzn czy swobody wyznania). I tych, które taką szansę jednak mają (europejscy sąsiedzi UE, objęci programem Partnerstwa Wschodniego).

Co ciekawe — sprawy wysiedleń występują w rozdziale (jednym z sześciu) pod tytułem „Na rzecz Europy wartości i (Europy) obywateli”.

Co oznacza „prawo do stron ojczystych, także niemieckich wypędzonych”? To jest kluczowe pytanie i powód do lęków. Związek Wypędzonych używał niegdyś określenia „prawo do stron ojczystych” w znaczeniu prawa do powrotu i odzyskania majątku. Teraz, oficjalnie, mówią tak już nieliczni, głównie ci, co przegrali w trybunale w Strasburgu. Potępienie (wszystkich) wysiedleń to też stary postulat organizacji, którą prowadzi Erika Steinbach. W ten sposób zrównuje się wszystkie wysiedlenia, wypędzenia, czystki etniczne: Ormian, Hutu, Albańczyków, Serbów, Polaków, Niemców, Tatarów i Tamilów. Wszyscy są takimi samymi ofiarami, niezależnie od tego, jaki był powód wysiedleń. A powód wysiedleń Niemców po przegranej Trzeciej Rzeszy był poważny (i niezależny od Polaków czy Czechów), a w tym zjednoczeniu wszystkich ofiar to wszystko umyka i się rozmywa.

Odezwa powinna się stać tematem rozmów chadeków z całej Unii, nie tylko zresztą chadeków. Można w nią wciągnąć też Amerykanów, Rosjan i Izraelczyków (a w sprawie rozszerzenia i Turków czy Ukraińców). Niedobrze, że Jarosław Kaczyński zaczął nią szantażować Platformę Obywatelską. Jego argumenty nie trafią do tych, do których powinny trafić. I niedobrze, że wielu polityków PO bagatelizują sprawę.
W polskiej debacie odezwę niemieckich chadeków traktuje się doraźnie, po to, by dokopać przeciwnikowi. A tej odezwy nie można ignorować.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niemiecka agencja i „polski obóz”

20 mar 2009

Określenie „polski obóz koncentracyjny” i „polski obóz pracy” z czasów drugiej wojny światowej jest zawsze fałszywe, zawsze przykre i zawsze wymaga reakcji. Nawet gdy pojawia się w mediach w dalekich krajach, w których wiedza o Trzeciej Rzeszy i jej zbrodniach jest nikła.

A co dopiero, gdy takie „informacje” ukazują się w Niemczech. Tym razem dopuściła się tego wielka Niemiecka Agencja Prasowa (DPA).
Trudno o lepszy i smutniejszy dowód na to, jaka jest w Niemczech wiedza o niemieckich zbrodniach z czasów drugiej wojny światowej. Przecież nie jest to błąd jednego człowieka, korespondenta DPA w Waszyngtonie. Choć i on powinien mieć wiedzę i wrażliwość. Ktoś tę depeszę musiał skierować do rozpowszechniania.

Co jeszcze gorsze (i świadczące o tym, że niewiedza i brak wrażliwości nie jest przypadkiem jednostkowym) — tę depeszę bez korekty zacytowały na swoich stronach internetowych poważne, prestiżowe gazety — w Niemczech i Szwajcarii. W momencie gdy to piszę, można to przeczytać na stronach „Der Tagesspiegel” (http://www.tagesspiegel.de/politik/international/Nationalsozialismus-NS-Verbrechen;art123,2755378) i szwajcarskiej „Berner Zeitung” 
(http://www.bernerzeitung.ch/ausland/amerika/USA-schieben-NaziSchergen-ab/story/20139049?print=yes).
Podobno przez jakiś czas i na portalu nobliwego tygodnika „Die Zeit”. 


Skoro niemiecka agencja pisze o „polskich obozach”, to co się dziwić, że w Niemczech prawie nikt nie rozumie, dlaczego Polacy źle reagują na Centrum przeciwko Wypędzeniom (i jego różne modyfikacje) i dlaczego Erika Steinbach nie jest dla nich dobrą kandydatką na piastunkę niemieckiej polityki historycznej. Nie rozumieją tego liczni politycy, dziennikarze, nauczyciele. To, co wie i co myśli, prosty bezrobotny z dawnej NRD? I co będą wiedziały i myślały przyszłe pokolenia?

Depesza DPA ukazała się w czwartek o 16.55:
Washington (dpa) – Die USA haben den mutmaßlichen NS-Verbrecher Josias Kumpf nach Österreich abgeschoben. Der heute 83-Jährige habe als Mitglied der SS-Totenkopfdivision im polnischen Arbeitslager Trawniki an einem Massaker an 8000 Juden teilgenommen, teilte das US-Justizministerium am Donnerstag mit. 

(chodzi o zbrodniarza wojennego Kumpfa, którego USA odesłały do Austrii. Agencja pisze, że jako „członek dywizji SS Totenkopf w polskim obozie pracy Trawniki brał udział w masakrze 8000 Żydów” — to połączenie polskości z masakrą Żydów jest szczególnie bolesne).



Dziś o 11.45, ni stąd, ni zowąd, agencja wydrukowała poprawioną depeszę:
(Berichtigt die dpa 0884 vom 19.3. – Missverständliche Formulierung im ersten Absatz klargestellt) USA schieben mutmaßlichen NS-Verbrecher Kumpf nach Österreich ab =
Washington (dpa) – Die USA haben den mutmaßlichen NS-Verbrecher Josias Kumpf nach Österreich abgeschoben. Der heute 83-Jährige habe als Mitglied der SS-Totenkopfdivision im Nazi-Zwangsarbeitslager Trawniki im besetzten Polen an einem Massaker an 8000 Juden teilgenommen, teilte das US-Justizministerium am Donnerstag mit.
(tu zamiast „polskiego obozu pracy” jest „nazistowski obóz dla robotników przymusowych”. „Nazistowski” a nie „niemiecki”, czyli poprzednia wersja była narodowa i błędna, teraz jest co prawda prawdziwa, ale odnosi się wyłącznie do ideologii a nie do narodu, który ją wybrał i wprowadzał w życie).


Z usług DPA korzystają liczne media, także lokalne — w Niemczech, Austrii, Szwajcarii. W Polsce również. Za serwis agencji, w której pojawiają się takie depesze, płaci i „Rzeczpospolita”. Austriackie media, do których zajrzałem, takiego błędu nie zrobiły. W nich jest mowa o obozie na terenie okupowanej Polski i to okupowanej przez Niemcy a nie nazistów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Po raz ostatni o Steinbach

8 mar 2009

Przynajmniej mam nadzieję, że piszę po raz ostatni o Erice Steinbach. Choć ona sama nie chce, by o niej w Polsce zapomniano. Wynika to z wywiadu dla najnowszego „Spiegla”, pod wyzywającym tytułem „Chcę tylko prawdy, nic więcej”. 


Po pierwsze — Erika Steinbach grozi, że w każdej chwili może jednak zająć puste miejsce we władzach „Widocznego znaku”. Ta informacja zrobiła już sporo zamieszania w polskim internecie, więc na niej nie będę się skupiał.





Po drugie (to pokazuje jej podejście do prawdy) — po raz kolejny próbuje zrzucić na Polskę część odpowiedzialności za drugą wojnę światową. I czyni to — choć od dawna unika kontrowersyjnych wypowiedzi, gryzie się często w język. Tym razem się nie ugryzła i to w rozmowie z wielkonakładową gazetą. Otóż, jak mówi pani Steinbach, zanim doszło do wybuchu wojny, polscy politycy chcieli się pozbyć „obcych elementów”, takich jak Niemcy (także Ukraińcy i Białorusini), tak by stanowili mniej niż 1 procent ludności. I dodaje, że w Polsce wysyłano sobie wówczas kartki pocztowe, na których granica Polski sięgała pod Berlin. Litościwie przyznaje, że to nie usprawiedliwia tego, co Hitler zrobił. Nie dodaje, czy sam to zrobił. I co zrobił (chyba coś więcej niż wysyłanie pocztówek). Zresztą wstrzymam się od dalszych komentarzy na temat tych dowodów na temat polskiej odpowiedzialności za drugą wojnę. Każdy może ocenić sam.





Po trzecie — interesujące jest to, co szefowa Związku Wypędzonych mówi o swoim i swojej rodziny „wypędzeniu”. Tym razem dowodem na jej prawo do czucia się wypędzoną (i głosowania kilkanaście lat temu przeciw granicy na Odrze i Nysie, jak podkreślała wielekroć) jest to, że ze Śląska pochodzi rodzina ze strony ojca. „W 1946 roku zostało stamtąd wypędzonych wielu moich stryjecznych dziadków i babć (mehrere Großonkel und Tante). I to oczywiście Polaków nie interesuje”. To jest oczywiście bardzo smutne, ale nie sądzę, by kogoś przekonało, że z powodu wysiedlenia dość dalekich krewnych można się było samemu określać mianem „wypędzonego”. To raczej dodatkowo irytuje. Bo i rodzice urodzili się w środku Niemiec, a dziadek po mieczu urodził się co prawda w dzisiejszej Nowej Rudzie koło Wałbrzycha, ale sam stamtąd wyjechał dobrowolnie w czasie pierwszej wojny, czyli mniej więcej dwadzieścia lat wcześniej, niż Nowa Ruda (Neurode) znalazła się w polskich granicach i tamtejsi Niemcy stamtąd uciekli lub zostali zmuszeni do wyjazdu. 

A ona, powiedzmy to po raz setny czy tysiączny, jest córką okupantów urodzoną na terenie okupowanym. I to Polaków oczywiście interesuje i będzie interesować.



Poza tym w wywiadzie wiele o potrzebie pojednania. O listach i telefonach z poparciem, które Erika Steinbach masowo dostaje. I o polskich nacjonalistach, którzy wywierają naciski na Donalda Tuska, „rozsądnego człowieka”. I sugeruje, że Polacy nie lubią „wspomnień o wypędzeniu Niemców”, bo nikt nie lubi się zajmować swoją „żałosną przeszłością”.


http://www.spiegel.de/politik/deutschland/0,1518,611812,00.html


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop