Wpisy w kategorii „Niemcy”

Bitwa o euro i prawda historyczna

26 lutego 2010

Czy Niemcom można jeszcze wypominać zbrodnie z czasów II wojny i domagać się reparacji oraz odszkodowań? Tak jak czynią teraz Grecy, w tym czołowi politycy – wicepremier i burmistrz Aten – zdenerwowani krytyką w Niemczech dotyczącą przyczyn greckiej katastrofy finansowej. Owszem, można – choć sprawa jest delikatna. Nie powinna przypominać bijatyki, pełnej emocji wymiany ciosów w stylu: skoro niemiecka prasa zarzuca nam, że jesteśmy nieudolni, leniwi i zagrażamy wspólnej walucie, to my wytaczamy jeszcze mocniejsze argumenty: nie bylibyśmy tacy biedni, gdyby nie II wojna.

Gdy opadnie kurz bitewny w wojnie o przetrwanie euro, powinna pozostać prawda historyczna. Pamięć o ofiarach niemieckich zbrodni, a nie tylko nowy temat, czyli niemieckie ofiary drugiej wojny – wysiedleni i zbombardowani przez aliantów. A jeżeli jakieś ofiary Trzeciej Rzeszy (czy ich potomkowie) nie miały szans dostać odszkodowań, to powinny się o nie starać. Wyraźnie należy jednak podkreślić, że chodzi o ofiary, które takich szans nie miały. Bo byli robotnicy przymusowi je na przykład mieli – po trudnych negocjacjach Niemcy zgodziły się dekadę temu zapłacić tym, którzy jeszcze wówczas żyli.

Cała sprawa ma też jedną zaletę. Wiadomo przynajmniej, kto wywołał II wojnę światową. Grecy, przypominając pacyfikacje swoich wiosek, zniszczenie miast czy grabieże majątku, mówią o Niemcach. To ważne dla pamięci historycznej.

W związku z obchodami rocznicy obozu w Auschwitz zachodnia opinia publiczna raczej się o tym nie dowiadywała. Czołowe gazety zachodnie i izraelskie pisały o wyzwoleniu nazistowskiego obozu na terenie Polski (czasem z dodatkiem, że okupowanej) przez wojska radzieckie. Może w Izraelu niewielu jest takich, którzy nie wiedzą, kim byli ci naziści. Ale w innych krajach jest z tym gorzej. Dobrze, że nie tylko w Polsce się przypomina, co się kryje za coraz bardziej abstrakcyjnym terminem “nazi”.

Mniejsze zło i mniejszość w Niemczech

19 grudnia 2009

W sprawach polsko-niemieckich znowu ważną rolę do odegrania mają prawnicy. Rozważają, czy likwidacja statusu mniejszości polskiej w czasach Trzeciej Rzeszy była legalna czy nie.

Ale najważniejszą rolę odegrają politycy. I wszystko wskazuje na to, że polskie władze są gotowe walczyć o to, by Polacy w Niemczech mieli podobne prawa i przywileje jak Niemcy w Polsce.

Należy temu przyklasnąć. To nie tylko dowód troski o Polaków za granicą, ale także potwierdzenie tego, że Polska czuje się równym partnerem Niemiec. Że nie jest już tak, iż nie chcemy drażnić RFN, bo a to nie uzna granicy na Odrze i Nysie, a to będzie wspierała separatystów z Opolszczyzny, a to nie poprze naszych starań do NATO czy do UE. Takich lęków już dawno nie ma. Ale bez pamiętania o nich nie sposób zrozumieć, dlaczego temat polskiej mniejszości w Niemczech tak długo był chowany pod dywan.

Przez wiele lat nikt z głównego nurtu polityków nie ośmielił się przyznać, że Warszawa zgodziła się na niekorzystny dla Polaków w Niemczech zapis w traktacie polsko-niemieckim z 1991 roku. Polscy Niemcy to w nim „mniejszość niemiecka”, a niemieccy Polacy to „osoby w Republice Federalnej Niemiec”. Te „osoby” miały być mniejszym złem niż niepodpisanie traktatu. Skutek jest taki, że Warszawa wydaje grube miliony na naukę niemieckiego języka i kultury w Polsce, czyli wielokrotnie więcej niż władze niemieckie różnych szczebli na naukę języka i kultury polskiej. Do tego dochodzi wymyślony dla mniejszości niemieckiej przywilej polityczny: nieobowiązywanie 5-procentowego progu wyborczego.

Teraz, co też pozytywne, Polonia niemiecka, kiedyś rozdrobniona i skłócona – przynajmniej w sprawie swojego statusu – sprawia wrażenie spójnej i jednomyślnej. I świadomej, że może stanowić dużą, polityczną siłę. Miejmy nadzieję, że władze Niemiec ją docenią, a nie potraktują jak zagrożenie czy kłopot.

Przeszliśmy długą drogę, skoro teraz szanowani eksperci z Poznania zalecają w ekspertyzie dla MSZ renegocjację traktatu. I uważają, że nie ma podstaw, by już teraz nie stosować określania „mniejszość polska”. Nie ma już mniejszego zła. Jest zły zapis w traktacie.

Espresso dla Lambsdorffa

8 grudnia 2009

Zmarły 5 grudnia Otto Lambsdorff odegrał sporą rolę nie tylko na niemieckiej scenie politycznej. Także ważną dla stosunków polsko-niemieckich i polityki historycznej obu państw.


Przez wiele miesięcy trudnych negocjacji w sprawie odszkodowań dla byłych robotników przymusowych, które toczyły się w latach 1999-2000, był nawet postacią pierwszoplanową. To on je prowadził ze strony niemieckiej. Dla korespondentów polskich w Niemczech, takich jak wówczas ja, i dla czytelników ich korespondencji był może nawet ważniejszy od szefa dyplomacji. Lambsdorff uważa tak i tak, obiecuje tyle i tyle miliardów marek, nie godzi się na to i na tamto — to były newsy z pierwszych stron gazet.


Ja nie miałem z hrabią Lambsdorffem (pełne nazwisko Otto Friedrich Wilhelm von der Wenge Graf Lambsdorff) łatwego życia. Trafiłem na czarną listę. Nie byłem zapraszany na spotkania z nim. Powód: w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł pod tytułem „Europa Wschodnia — rasa podludzi”, w którym krytykowano Lambsdorffa za to, że nie chciał, aby polscy robotnicy rolni zostali objęci odszkodowaniami, bo „Zatrudnianie w rolnictwie niemieckim pracowników ze wschodu jest naturalnym zjawiskiem historycznym. Zawsze tak pracowali. Nawet dzisiaj pracują”.


Cytat był prawdziwy, potwierdził to sam Lambsdorff w późniejszym wywiadzie. Ale ponoć bardzo mu się nie spodobał tytuł. I to wystarczyło, by korespondent gazety, w której się ukazał, został wykluczony ze spotkań dotyczących negocjacji. Choć nie był autorem.


To wykluczenie trwało wiele tygodni. W połowie marca 2000 roku, o świcie, obudził mnie telefon. „Tu Lambsdorff” — usłyszałem w słuchawce. Myślałem, że to kiepski żart. I się roześmiałem. „Tu Lambsdorff” — powtórzył tonem nieznoszącym sprzeciwu. I zaprosił mnie do centrali swojej partii, FDP, na rozmowę po południu. Przedstawił w niej, jakie są granice kompromisu dla Niemców (8,1 miliarda marek).

Rozmawialiśmy z godzinę, popijając espresso w kawiarni w partyjnej centrali. Pożegnaliśmy się, odszedł stukając swoją wspaniałą laską ze srebrną główką. Ja też wstałem i ruszyłem do drzwi, by szybko spisać wywiad i wysłać go do redakcji. Przy drzwiach zatrzymał mnie kelner. — A kto zapłaci za kawę? — spytał groźnie. 
Zafundowałem espresso Lamsdorffowi. 


Później udzielił mi jeszcze kilku krótkich wypowiedzi. Ostatni raz spotkaliśmy się przypadkowo w 2002 roku w Rydze (wywodził się z arystokratycznej rodziny Niemców bałtyckich). W jednej z najlepszych restauracji, w jakiej byłem w życiu. 


Zmarł w sobotę w Bonn, w wieku 82 lat.

Co zrobić z „polskimi obozami”

7 grudnia 2009

Procesy za „polskie obozy” nie mają sensu, a ci, co w Niemczech używają tej nazwy, to jedynie ignoranci — pisze w dzisiejszym komentarzu „Gazeta Wyborcza”.

Ocenia tak inicjatywę politykującego piosenkarza Pawła Kukiza oraz jednego z działacza Powiernictwa Polskiego, którzy chcą wytaczać procesy dziennikarzom zagranicznym, posługującym się kłamliwym określeniem „polskie obozy zagłady”. Takie procesy zdaniem Bartosza T. Wielińskiego są bezsensowne, bo „nie ma na takie rzeczy paragrafów”.

Sam kilka lat temu, rozpoczynając akcję „Rz” przeciwko „polskim obozom”, wzywałem do wytaczania procesów kłamcom obozowym. I przekonałem się, że jest to trudne. Nie znaczy to jednak, że należy rezygnować z tej możliwości (choć pewnie Paweł Kukiz nie jest właściwą osobą do zajmowania się tą sprawą). Zwłaszcza że metody dyplomatyczne i publicystyczne, wysyłanie listów do dopuszczających się kłamstw redakcji, nie dały zadawalających rezultatów.


Szczególnie przykre, że o „polskich obozach” nie pozwalają zapomnieć niemieckie media. I to te czołowe — od telewizji publicznej ZDF po agencję prasową DPA. Szerzej pisałem o tym tutaj.

Bartosz T. Wieliński uważa, że to „efekt zwyczajnej ignorancji”. I to jest dopiero przerażające. Pokazuje, w jakim stanie jest już dziś wiedza wykształconego Niemca (bo chyba takich przyjmuje się do pracy w czołowych mediach) o drugiej wojnie światowej i jej konsekwencjach. A co będzie w następnych pokoleniach, karmionych filmami o niemieckich ofiarach i niemieckich antyhitlerowskich bohaterach wojennych? 
Pocieszająca jest natomiast postawa niemieckiego MSZ pod dowództwem liberałów z FDP, którzy zaczęli wspierać polską dyplomację w walce z „polskimi obozami”. MSZ nie zajmuje się jednak edukacją.

Niemiecka ofiara polskiego wirusa

17 listopada 2009

Nowy szef dyplomacji RFN Guido Westerwelle w sprawie upamiętniania niemieckich wysiedleń i roli w tym Eriki Steinbach wypowiada się w sposób, który świadczy o rozumieniu polskiej wrażliwości. I stał się z tego powodu celem ostrego ataku niemieckich konserwatystów. Najważniejsza gazeta tego środowiska „Frankfurter Allgemeine Zeitung” uważa, że Westerwelle zaraził się od Polaków wirusem antysteinbachowskiego szaleństwa. I powinien się zastanowić, jakiemu krajowi chce służyć jako szef dyplomacji.

Trudno o poważniejszy zarzut wobec szefa MSZ. A Westerwellemu chodzi o prawdziwe pojednanie z Polską, co leży w interesie Niemiec. Takiego pojednania nie będzie bez zrozumienia dla polskiej wrażliwości historycznej, do czego kluczem jest zrozumienie stosunku do Steinbach.

Westerwelle rozumie, dlaczego Polacy nie godzą się na to, by w gremium decydującym o upamiętnieniu wysiedleń zasiadała osoba (Erika Steinbach), która głosowała przeciwko traktatowi granicznemu z Polską.

Dziwne, że nie rozumie tego tak wielu polityków i publicystów niemieckich. Dziwne, że nie rozumieją, dlaczego nie podoba się to, iż Steinbach zbudowała swoją karierę polityczną na kłamstwie o straconych stronach ojczystych w Polsce. Dziwne, że nie pamiętają, iż chciała uzależnić członkostwo Polski i Czech od „uleczenia zbrodni wypędzenia”. Dziwne, że nie zauważają, jak niewiele się od tego czasu zmieniła, poza tonem niektórych wypowiedzi.

Postawa Westerwellego jest tym bardziej cenna, że jako lider opozycji, sześć lat temu, krytykował ówczesnego kanclerza Gerharda Schrödera za „przytakiwanie obawom” Polaków w sprawie upamiętniania wysiedleń. Teraz, jako szef niemieckiej dyplomacji, posługuje się argumentami jak z „Rzeczpospolitej”. Miejmy nadzieję, że ta pochwała nie przysporzy mu dodatkowych kłopotów. Że nie zostanie potraktowana jak pocałunek śmierci od nosiciela najgorszej mutacji antysteinbachowskiego wirusa.


Świat bez NRD

9 listopada 2009

Z setek wspomnień rocznicowych o upadku muru berlińskiego wynika, że było to wielkie zaskoczenie. Mur miał nie paść. A Niemiecka Republika Demokratyczna, państwo robotników i chłopów, miała istnieć do dzisiaj.

Jak wyglądałby świat, gdyby 20 lat temu członek enerdowskiego politbiura Günter Schabowski nie powiedział, że granica między oboma państwami niemieckimi jest otwarta? Co by było, gdyby wskutek upadku muru ponad 19 lat temu nie upadła też NRD? I to mimo przemian w innych krajach bloku wschodniego, choć tam polegały one raczej na dzieleniu, a nie łączeniu.

Polska i tak miałaby siedmiu sąsiadów, a nie trzech, jak w czasach PRL, z tym że przynajmniej jeden zachowałby starą nazwę. Byłby natomiast kłopot z rozszerzeniem NATO i Wspólnoty Europejskiej. Trudno by się Polakom jeździło do pracy w RFN, trudno by się handlowało z tym największym partnerem gospodarczym. Bo z samą NRD nie bardzo byłoby czym handlować. Pozostałby handel dla klienta niszowego, wielbiciela socrealistycznych staroci i nostalgicznych pamiątek.

Nie byłoby tropienia agentów Stasi, a Erich Honecker mógłby spokojnie umrzeć w NRD, nie zaś na wygnaniu w Chile, i doczekać się pogrzebu na cmentarzu socjalistów we wschodnioberlińskim Lichtenbergu. Mielibyśmy skansen, do którego można by wysyłać na edukacyjne wycieczki wielbicieli komunistycznej przeszłości. I nie byłoby pani kanclerz Angeli Merkel, najpotężniejszej kobiety świata.

Muru nie ma, jest jedno duże, silne i coraz pewniejsze siebie państwo niemieckie. I jego pozytywnym symbolem jest obalenie muru. To RFN kojarzy się na świecie z pogrzebaniem komunizmu, śmiercią bloku wschodniego, zakończeniem zimnej wojny. Dobrze, że, jak dowodzą poniedziałkowe uroczystości, Niemcy trochę dzielą się z Polską tym splendorem. Że w obecności tylu ważnych gości z wielu krajów i tylu dziennikarzy to Polak, Lech Wałęsa, popchnął pierwszą kostkę domina symbolizującego upadek systemu komunistycznego. Że to Polska zapoczątkowała wydarzenia, dzięki którym żyjemy w świecie bez NRD.

Cóż to za życie?

31 października 2009

Cóż to za życie? „Cóż to za życie?/ gdzie prawda staje się kłamstwem / gdzie fałsz berło dzierży/ Cóż to za życie?/ gdzie wolność martwa na świat przychodzi?/ gdzie wszystko wydaje się stracone/ Cóż to za życie? / gdzie starcy rządzą / gdzie ludzie na granicach zdychają”.

Ten wiersz napisał 20 lat temu prosty enerdowski chłopak, syn milicjanta (czy dosłownie, jak to się w kraju robotników i chłopów nazywało, policjanta ludowego — Volkspolizist). Ulotki z tym wierszem rozlepiał po nocach na murach swojego małego miasteczka w południowo-zachodniej NRD. I wezwał do akcji protestu przeciwko władzom komunistycznym.

Nikt go nie znał, nikt nie wiedział, kto rozwiesił ulotki, a mimo to kilkuset ludzi zaryzykowało i poszło demonstrować. Stasi nie udało się znaleźć tajemniczego autora ulotek. Nie poznali go też uczestnicy demonstracji w Arnstadt. A byli to głównie inteligenci — lekarze, nauczyciele, drobni przedsiębiorcy (bo trochę ich przetrwało w NRD, np. właściciele piekarń). Ludzie z zupełnie innego środowiska niż samozwańczy poeta-rewolucjonista, syn milicjanta.

Ta historia zafascynowała mnie już dawno. Odwiedziłem bohaterów małej rewolucji w Arnstadt dziesięć lat temu. A teraz po kolejnych dziesięciu znowu pojechałem sprawdzić, jak potoczyły się losy tych, którzy pierwsi w miasteczku pełnym donosicieli odważyli się zaprotestować przeciwko władzy. Szybciej niż w dużych miastach NRD.

Co robią Dzieci małej rewolucji piszę w dzisiejszym Plusie-Minusie.

Po polsku w niemieckim MSZ

29 października 2009

Partie tworzące nowy niemiecki rząd podkreśliły w umowie koalicyjnej wagę stosunków z Polską. Nie jest to jedyny polski akcent w nowym gabinecie Angeli Merkel.

Drugim jest nowa wiceminister spraw zagranicznych Cornelia Pieper, która studiowała język polski, częściowo na Uniwersytecie Warszawskim. Trudno zakładać, że będzie to miało wpływ na takie kontrowersyjne sprawy jak budowa gazociągu północnego czy pomnik wysiedlonych, ale niewątpliwie można liczyć na większe zrozumienie w niemieckim MSZ dla polskiej wrażliwości. Zwłaszcza że nowy szef dyplomacji Guido Westerwelle ma, jak wynika z wywiadów, wiele dobrych chęci, ale o nowej Unii Europejskiej wie niewiele, jest na wskroś zachodni, do cna nadreński. Cornelia Pieper (tak jak Westerwelle wywodząca się z liberalnej FDP) pochodzi ze Wschodu, z byłej NRD. Studiowała polski i rosyjski, a potem była tłumaczką. Dość nieoczekiwanie zrobiła karierę w FDP, nikt z byłej NRD nie wdrapał się wyżej w strukturach tej partii (Pieper jest wiceszefową FDP, a wcześniej była sekretarzem generalnym).

50-letnia Cornelia Pieper będzie się zajmowała w MSZ polityką kulturalną. To akurat nie jest teren sporny w stosunkach z Polską. Chyba że będzie się też zajmowała polityką historyczną. 
Angela Merkel, też pochodząca z NRD, również odwiedzała Polskę przed upadkiem komunizmu. Z tych wyjazdów (na Mazury) zapamiętała napis z borykających się z brakami w zaopatrzeniem sklepów: „Nie ma jajek”. Teraz w jej rządzie jest wiceminister, która zna polski znacznie lepiej. Miejmy nadzieję, że to dobry znak.


Bardzo polskie koleje, państwowe

6 października 2009

Jadąc pociągiem z Berlina do Warszawy, niby nie zauważamy granicy. Niby, bo granica jest mentalna — między niemiecką i polską koleją. I to na niekorzyść polskiej.

Chodzi o język. O język, dzięki któremu dowiadujemy się z głośnika o godzinach odjazdu, o tym, gdzie jest wagon restauracyjny, i o tym, ile się spóźnimy (co częste). Gdy na granicy stery przejmuje polski maszynista, jest to wyłącznie język polski. Przekonałem się o tym ostatnio dwukrotnie, jadąc ekspresem na trasie między obiema stolicami. Niemcy ogłaszają swoje komunikaty najpierw po niemiecku, potem po angielsku i na koniec po polsku. Jest to polski niedoskonały, pojawiają się tam określenia typu „nach Warszawa Centralny”, ale jest to na swój sposób urocze i sympatyczne. Mówi to żywy człowiek, zapewne odczytuje z kartki. Ale się stara, robi gest wobec polskich podróżnych. Tego gestu nie ma po polskiej stronie, choć w Polsce bez porównania więcej osób mówi po niemiecku niż w Niemczech po polsku.

Na innych ważnych trasach w Niemczech niemieccy kolejarze wygłaszają komunikaty — oprócz niemieckich — także po angielsku. W Polsce to nadal rzadkość, wielojęzyczne są ostrzeżenia typu „nie wychylać się”, ale żywa informacja w obcym języku, choćby po angielsku, jest rzadkością. Nic dziwnego, że na zasadzie kontrastu pani sprzedająca bilety kolejowe i znająca angielski trafiła do reklamy szkół językowych. Bo to takie nietypowe.

Jeszcze dziesięć lat temu, gdy Deutsche Bahn wprowadziły polskie zapowiedzi w pociągach kursujących w kierunku granicy Polski, wielu Niemców protestowało. Doprowadziło to do zmniejszenia liczby tych komunikatów po polsku, ale nie do likwidacji. Były to zapowiedzi puszczane z taśmy. Teraz są na żywo. I chyba nikomu nie przeszkadzają. 

Polscy kolejarze mają jeszcze wiele do zrobienia. Do nauczenia się.

Często pouczamy innych, wytykamy innym (zwłaszcza Niemcom), że nie mają zrozumienia dla Polaków, nie robią gestów. Czas się zastanowić nad tym, jak cudzoziemiec się czuje w Polsce. Gdzie wszystko jest zazwyczaj tylko po polsku.

Angela Merkel nie zwalnia fotela

27 września 2009

W Niemczech dojdzie do zmiany koalicji, ale nie do zmiany najważniejszej osoby w państwie. Rządzić będzie nadal obecna pani kanclerz. I będzie mogła rządzić znacznie odważniej. CDU/CSU i ich wyśniony koalicjant – liberalna FDP – otrzymali bardzo mocne poparcie.

Merkel może być odważniejsza w sprawach gospodarczych. Nie znaczy to, że Niemcy pod wodzą nowej chadecko-liberalnej koalicji pogrzebią państwo socjalne. Ale można się spodziewać obniżki podatków i ułatwień dla przedsiębiorców.

W polityce zagranicznej zapewne wiele się nie zmieni. Sporne kwestie z Polską nie znikną. Dotyczy to i gazociągu bałtyckiego, i upamiętnienia historii. Liberałowie z FDP kiedyś najgłośniej krytykowali Gerharda Schrödera, gdy się zatrudniał w firmie budującej gazociąg. Dziś jednak FDP, której lider Guido Westerwelle szykuje się na szefa dyplomacji, jest pogodzona z gazociągiem północnym.

W sprawach historycznych możemy mieć nadzieję, że FDP w nowej koalicji odegra taką rolę, jaką dotychczas odgrywała SPD. To znaczy: będzie hamowała zapędy konserwatystów i wykaże się większą wrażliwością wobec sąsiadów. Nie oznacza to jednak, że nie powstanie wymarzone przez Erikę Steinbach Centrum przeciwko Wypędzeniom. Być może będzie miało inną nazwę. Być może nie będzie w nim Steinbach (przynajmniej na pierwszym planie).

Będzie to centrum w wersji light, ale i tak kontrowersyjne, bo skupiające się nadmiernie na cierpieniach Niemców. I wpisujące się w tezę Związku Wypędzonych, iż wszystkie wysiedlenia są złem i bezprawiem, niezależnie od przyczyn, które do nich doprowadziły. Polaków, zwłaszcza historyków i publicystów, czeka więc jeszcze wiele pracy w forsowaniu akceptowalnej wersji historii.

Angeli Merkel należy życzyć, by mocno trzymała stery w najważniejszym państwie Unii Europejskiej. I by, jak dawniej, z sympatią myślała o Polsce.