Wpisy w kategorii „Niemcy”

Nowy rozdział w historii nagród

17 lip 2011

Wielkie zaskoczenie. Premier Rosji nie otrzyma jednak prestiżowej nagrody z Niemiec. Władimir Putin nie dostanie w Berlinie w rocznicę zjednoczenia Niemiec statuetki Kwadrygi i nie usłyszy, że jego imię już dało początek nowemu rozdziałowi w księdze historii, co można porównać do rozdziału rozpoczętego przez Piotra Wielkiego. A takie słowa, zdaniem mediów niemieckich i rosyjskich, padłyby w trakcie uroczystości.

Zaskoczenie odwołaniem przyznania nagrody Putinowi i przy okazji trzem innym niedoszłym laureatom jest proporcjonalne do skali pochwał, które miał usłyszeć rosyjski przywódca. Miał, jak każdy laureat tej nagrody, służyć za wzór, bo jego działania są oparte na wartościach.  I podkreślać swoją osobą  demokratyczny charakter obchodów zjednoczenia  Niemiec.

Zmiana decyzji kuratorium o nagrodzie dla Putina pokazuje, że w Niemczech coraz mniej popularny jest pogląd, iż Rosję należy wychwalać pod niebiosa za wspaniałą współpracę gospodarczą,  nie bacząc na stan demokracji i praw człowieka w tym kraju. I nie bacząc na przekaz, jaki wraz z hołdami składanymi Kremlowi otrzymują nieliczni i prześladowani opozycjoniści rosyjscy.

Przeciw nagrodzie protestowali ważni politycy niemieccy, zwłaszcza z Zielonych, ale także chadecy. Oni,  i chwała im za to, nie baczyli na to, jaką cenę może zapłacić niemiecki przemysł za  zrobienie afrontu najważniejszemu człowiekowi w Rosji.

Wszystko wskazuje na to,  że najważniejszą rolę odegrał w tej sprawie ciężko chory Vaclav Havel. To prawdopodobnie lęk przed tym,  że sumienie Europy  Środkowo-Wschodniej odda swoją Kwadrygę, wywołał zmianę decyzji kuratorium nagrody.

Historia z Kwadrygą da  zatem prawdopodobnie  początek nowemu rozdziałowi w księdze historii nagród przyznawanych politykom, nie tylko w Niemczech.  Każde jury, każde kuratorium zastanowi się teraz dwa razy, zanim uzna czyjeś zasługi  dla wartości, pokoju,  praw człowieka czy demokracji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tak czy owak Władywostok

25 lis 2010

Najpierw był pomysł strefy bezpieczeństwa od Vancouver do Władywostoku, teraz – wspólnoty gospodarczej od Lizbony po Władywostok. Oba pomysły wyszły z Kremla, choć pierwszy został zgłoszony przez Dmitrija Miedwiediewa, a drugi ponad dwa lata później przez Władimira Putina. Łączy je jeszcze jedno – Niemcy. Tam właśnie, zapewne nie przez przypadek, są przedstawiane dalekosiężne projekty rosyjskich przywódców.

Pomysł budowania przez Rosję i Unię Europejską wspólnej i prosperującej Europy na pierwszy rzut oka wygląda dobrze. Zawsze lepiej współpracować i się lubić niż odwrotnie. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Współpraca i lubienie się ma polegać na bezwarunkowym przyjęciu Rosji do Światowej Organizacji Handlu (WTO), znoszeniu wiz dla Rosjan czy umacnianiu Gazpromu. W zamian, oprócz realizowania szlachetnego hasła współpracy, Unia Europejska dostaje niewiele, może nie licząc wielkich koncernów.

Rosja nie spełnia warunków tak bliskiej współpracy z Zachodem. I nawet nie zamierza ich spełniać. Mówi o tym wyraźnie Putin, przywołując kanclerza Helmuta Kohla, który nie czekał, aż NRD będzie gotowa do natychmiastowego zjednoczenia z RFN. Ale Rosja to nie upadająca NRD. Nie jest gotowa do dostosowywania się do zachodnich standardów. I najwyraźniej wcale tego nie chce.

Jak można przyznać wszelkie unijne prawa, choćby tylko gospodarcze i handlowe, państwu, które dyktuje ceny gazu zgodnie z sympatiami politycznymi i według podobnych zasad dopuszcza zagraniczne firmy na swój rynek. Państwu, które wrogo traktuje projekty unijne (Partnerstwo Wschodnie) i coraz agresywniej kreśli strefy wpływów. Przecież ledwie dziesięć miesięcy temu Kreml ogłosił doktrynę militarną, w której jako główne zagrożenie wymienione zostało NATO (a jego wielu członków należy też do UE).

Chciałoby się wierzyć w inną Rosję. Choćby taką, w której przed wyborami nie będzie wiadomo, kto je wygra. Jednak słowa Kremla na razie nie przystają do rzeczywistości. I można podejrzewać, że chodzi tylko o to, by Rosja dzięki Zachodowi się wzmocniła i unowocześniła, a poza tym, by wszystko zostało tam po staremu.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chodzi nie tylko o Erikę Steinbach

10 wrz 2010

Przewodniczącej Związku Wypędzonych mają już dość politycy wszystkich liczących się niemieckich partii, z jej własną chadecką włącznie. Zbliża się koniec Eriki Steinbach w pierwszoplanowej polityce, co sama czuje doskonale, ogłaszając, że nie będzie się już starała zasiadać w zarządzie CDU.

Można powiedzieć: szkoda, że tak późno. I szkoda, że argumenty strony polskiej tak długo, bo ponad dekadę, nie docierały do znacznej części niemieckich elit. Niemcy uważali, że Polacy cierpią na steinbachofobię, której najczęściej przytaczanym przykładem była, faktycznie nietrafiona, okładka jednego z tygodników, na którym odziana w hitlerowski mundur szefowa BdV ujeżdżała socjaldemokratycznego kanclerza Schrödera.

Poważne zarzuty trafiały do nielicznych. A Erika Steinbach od zawsze zniekształcała historię i konsekwencje drugiej wojny światowej. Jej celem było uczynienie z niemieckich wysiedlonych ofiar równych ofiarom Trzeciej Rzeszy oraz pomniejszenie odpowiedzialności Niemiec za wywołanie wojny. I podzielenie się tą odpowiedzialnością – najchętniej z Polakami.

Teraz, gdy puściły jej nerwy, powiedziała to znowu otwarcie. I niemieccy politycy nie chcą jej tego wybaczyć. Ale ona się nie zmieniła od czasu, gdy zagłosowała przeciw traktatowi uznającemu granicę z Polską, bo – jak twierdziła – nie mogła się pogodzić z utratą ziemi ojczystej. To kłamstwo – nie straciła na Pomorzu żadnego Heimatu, urodziła się tam przypadkowo, jako dziecko żołnierza okupacyjnej armii. Z czasem nauczyła się posługiwać językiem poprawności politycznej i uwiodła wielu szlachetnych ludzi. Wielu z nich, w tym niemieckich Żydów, przejrzało w końcu na oczy.

Erika Steinbach i jej projekt Centrum przeciwko Wypędzeniom, niezależnie od nazwy, jest wypaczaniem historii. Nie do przyjęcia dla sąsiadów. Ważne, by nie skończyło się tak, że Steinbach odejdzie, symbol zniknie, ale idea pozostanie. Nie chodzi przecież o samą Steinbach. Chodzi o to, co o Trzeciej Rzeszy będą wiedziały następne pokolenia Niemców.

Chodzi o prawdę.

Czytaj więcej o Erice Steinbach i wysiedleniach

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nerwowe wybory w Berlinie

30 cze 2010

Kanclerz Angela Merkel już zapłaciła dużą cenę za forsowanie
Christiana Wulffa na prezydenta Niemiec — buntem części swojej
partii i otwarciem kolejnego frontu sporu z koalicjantami z liberalnej
FDP.

A niewykluczone, że zapłaci jeszcze większą, bo dyskusja o
tym, dlaczego wczorajsze wybory prezydenckie były tak trudne, może
podważyć jej przywództwo i wśród chadeków, i w rządzie.

Podczas środowych wyborów panowała taka nerwowość, jakby
głosowały miliony Niemców, a nie kilkanaście setek elektorów z
partyjnego nadania. Była też wyjątkowa, jak na wybory prezydenta,
który tylko formalnie jest najważniejszym niemieckim politykiem. To
nie on ma prawdziwą władzę. On reprezentuje kraj i, parafrazując
polskiego premiera, siedzi pod żyrandolem w berlińskim pałacu
Bellevue.

Tych wyborów, i kłopotów pani kanclerz, w ogóle miało nie być.
Dotychczasowy prezydent Horst Köhler powinien urzędować jeszcze
cztery lata, ale nie wytrzymał krytyki po wypowiedzi o obronie
ekonomicznych interesów Niemiec w Afganistanie i zrezygnował.

Policzkiem dla Merkel jest to, że kilkudziesięciu polityków koalicji
nie posłuchało swoich liderów i nie poparło Wulffa w pierwszych
dwóch turach głosowania. Część z nich nie rozumiała, dlaczego
bliski pani kanclerz pod wieloma względami Joachim Gauck był
kandydatem jej przeciwników politycznych.

Polakom wiele o Niemczech powinno powiedzieć sama kandydatura Gaucka,
zwłaszcza że do walki o prezydenturę wystawiła go centrolewica (SPD
i Zieloni). Gauck to przecież symbol rozliczeń z komunistyczną
przeszłością NRD, człowiek, który podkreśla, że prawa ofiar są
ważniejsze od praw oprawców i ulubieńców dyktatury.

Spektakl w Zgromadzeniu Federalnym w Berlinie mówi też sporo o
instytucji wyborów niepowszechnych. O ich wyniku decyduje się w
gabinetach, jak o najwyższych stanowiskach w Unii Europejskiej. Ale te
gabinetowe rozgrywki czasem zawodzą i, jak wczoraj, na twarzach
głównych graczy pojawia się niepokój. Niemcy czeka chyba debata o
tym, czy nie nadszedł czas na wybieranie prezydenta przez naród.
Debat, w których padną krytyczne słowa pod adresem Merkel, będzie

zresztą zapewne więcej.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bitwa o euro i prawda historyczna

26 lut 2010

Czy Niemcom można jeszcze wypominać zbrodnie z czasów II wojny i domagać się reparacji oraz odszkodowań? Tak jak czynią teraz Grecy, w tym czołowi politycy – wicepremier i burmistrz Aten – zdenerwowani krytyką w Niemczech dotyczącą przyczyn greckiej katastrofy finansowej. Owszem, można – choć sprawa jest delikatna. Nie powinna przypominać bijatyki, pełnej emocji wymiany ciosów w stylu: skoro niemiecka prasa zarzuca nam, że jesteśmy nieudolni, leniwi i zagrażamy wspólnej walucie, to my wytaczamy jeszcze mocniejsze argumenty: nie bylibyśmy tacy biedni, gdyby nie II wojna.

Gdy opadnie kurz bitewny w wojnie o przetrwanie euro, powinna pozostać prawda historyczna. Pamięć o ofiarach niemieckich zbrodni, a nie tylko nowy temat, czyli niemieckie ofiary drugiej wojny – wysiedleni i zbombardowani przez aliantów. A jeżeli jakieś ofiary Trzeciej Rzeszy (czy ich potomkowie) nie miały szans dostać odszkodowań, to powinny się o nie starać. Wyraźnie należy jednak podkreślić, że chodzi o ofiary, które takich szans nie miały. Bo byli robotnicy przymusowi je na przykład mieli – po trudnych negocjacjach Niemcy zgodziły się dekadę temu zapłacić tym, którzy jeszcze wówczas żyli.

Cała sprawa ma też jedną zaletę. Wiadomo przynajmniej, kto wywołał II wojnę światową. Grecy, przypominając pacyfikacje swoich wiosek, zniszczenie miast czy grabieże majątku, mówią o Niemcach. To ważne dla pamięci historycznej.

W związku z obchodami rocznicy obozu w Auschwitz zachodnia opinia publiczna raczej się o tym nie dowiadywała. Czołowe gazety zachodnie i izraelskie pisały o wyzwoleniu nazistowskiego obozu na terenie Polski (czasem z dodatkiem, że okupowanej) przez wojska radzieckie. Może w Izraelu niewielu jest takich, którzy nie wiedzą, kim byli ci naziści. Ale w innych krajach jest z tym gorzej. Dobrze, że nie tylko w Polsce się przypomina, co się kryje za coraz bardziej abstrakcyjnym terminem „nazi”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mniejsze zło i mniejszość w Niemczech

19 gru 2009

W sprawach polsko-niemieckich znowu ważną rolę do odegrania mają prawnicy. Rozważają, czy likwidacja statusu mniejszości polskiej w czasach Trzeciej Rzeszy była legalna czy nie.

Ale najważniejszą rolę odegrają politycy. I wszystko wskazuje na to, że polskie władze są gotowe walczyć o to, by Polacy w Niemczech mieli podobne prawa i przywileje jak Niemcy w Polsce.

Należy temu przyklasnąć. To nie tylko dowód troski o Polaków za granicą, ale także potwierdzenie tego, że Polska czuje się równym partnerem Niemiec. Że nie jest już tak, iż nie chcemy drażnić RFN, bo a to nie uzna granicy na Odrze i Nysie, a to będzie wspierała separatystów z Opolszczyzny, a to nie poprze naszych starań do NATO czy do UE. Takich lęków już dawno nie ma. Ale bez pamiętania o nich nie sposób zrozumieć, dlaczego temat polskiej mniejszości w Niemczech tak długo był chowany pod dywan.

Przez wiele lat nikt z głównego nurtu polityków nie ośmielił się przyznać, że Warszawa zgodziła się na niekorzystny dla Polaków w Niemczech zapis w traktacie polsko-niemieckim z 1991 roku. Polscy Niemcy to w nim „mniejszość niemiecka”, a niemieccy Polacy to „osoby w Republice Federalnej Niemiec”. Te „osoby” miały być mniejszym złem niż niepodpisanie traktatu. Skutek jest taki, że Warszawa wydaje grube miliony na naukę niemieckiego języka i kultury w Polsce, czyli wielokrotnie więcej niż władze niemieckie różnych szczebli na naukę języka i kultury polskiej. Do tego dochodzi wymyślony dla mniejszości niemieckiej przywilej polityczny: nieobowiązywanie 5-procentowego progu wyborczego.

Teraz, co też pozytywne, Polonia niemiecka, kiedyś rozdrobniona i skłócona – przynajmniej w sprawie swojego statusu – sprawia wrażenie spójnej i jednomyślnej. I świadomej, że może stanowić dużą, polityczną siłę. Miejmy nadzieję, że władze Niemiec ją docenią, a nie potraktują jak zagrożenie czy kłopot.

Przeszliśmy długą drogę, skoro teraz szanowani eksperci z Poznania zalecają w ekspertyzie dla MSZ renegocjację traktatu. I uważają, że nie ma podstaw, by już teraz nie stosować określania „mniejszość polska”. Nie ma już mniejszego zła. Jest zły zapis w traktacie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Espresso dla Lambsdorffa

8 gru 2009

Zmarły 5 grudnia Otto Lambsdorff odegrał sporą rolę nie tylko na niemieckiej scenie politycznej. Także ważną dla stosunków polsko-niemieckich i polityki historycznej obu państw.


Przez wiele miesięcy trudnych negocjacji w sprawie odszkodowań dla byłych robotników przymusowych, które toczyły się w latach 1999-2000, był nawet postacią pierwszoplanową. To on je prowadził ze strony niemieckiej. Dla korespondentów polskich w Niemczech, takich jak wówczas ja, i dla czytelników ich korespondencji był może nawet ważniejszy od szefa dyplomacji. Lambsdorff uważa tak i tak, obiecuje tyle i tyle miliardów marek, nie godzi się na to i na tamto — to były newsy z pierwszych stron gazet.


Ja nie miałem z hrabią Lambsdorffem (pełne nazwisko Otto Friedrich Wilhelm von der Wenge Graf Lambsdorff) łatwego życia. Trafiłem na czarną listę. Nie byłem zapraszany na spotkania z nim. Powód: w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł pod tytułem „Europa Wschodnia — rasa podludzi”, w którym krytykowano Lambsdorffa za to, że nie chciał, aby polscy robotnicy rolni zostali objęci odszkodowaniami, bo „Zatrudnianie w rolnictwie niemieckim pracowników ze wschodu jest naturalnym zjawiskiem historycznym. Zawsze tak pracowali. Nawet dzisiaj pracują”.


Cytat był prawdziwy, potwierdził to sam Lambsdorff w późniejszym wywiadzie. Ale ponoć bardzo mu się nie spodobał tytuł. I to wystarczyło, by korespondent gazety, w której się ukazał, został wykluczony ze spotkań dotyczących negocjacji. Choć nie był autorem.


To wykluczenie trwało wiele tygodni. W połowie marca 2000 roku, o świcie, obudził mnie telefon. „Tu Lambsdorff” — usłyszałem w słuchawce. Myślałem, że to kiepski żart. I się roześmiałem. „Tu Lambsdorff” — powtórzył tonem nieznoszącym sprzeciwu. I zaprosił mnie do centrali swojej partii, FDP, na rozmowę po południu. Przedstawił w niej, jakie są granice kompromisu dla Niemców (8,1 miliarda marek).

Rozmawialiśmy z godzinę, popijając espresso w kawiarni w partyjnej centrali. Pożegnaliśmy się, odszedł stukając swoją wspaniałą laską ze srebrną główką. Ja też wstałem i ruszyłem do drzwi, by szybko spisać wywiad i wysłać go do redakcji. Przy drzwiach zatrzymał mnie kelner. — A kto zapłaci za kawę? — spytał groźnie. 
Zafundowałem espresso Lamsdorffowi. 


Później udzielił mi jeszcze kilku krótkich wypowiedzi. Ostatni raz spotkaliśmy się przypadkowo w 2002 roku w Rydze (wywodził się z arystokratycznej rodziny Niemców bałtyckich). W jednej z najlepszych restauracji, w jakiej byłem w życiu. 


Zmarł w sobotę w Bonn, w wieku 82 lat.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co zrobić z „polskimi obozami”

7 gru 2009

Procesy za „polskie obozy” nie mają sensu, a ci, co w Niemczech używają tej nazwy, to jedynie ignoranci — pisze w dzisiejszym komentarzu „Gazeta Wyborcza”.

Ocenia tak inicjatywę politykującego piosenkarza Pawła Kukiza oraz jednego z działacza Powiernictwa Polskiego, którzy chcą wytaczać procesy dziennikarzom zagranicznym, posługującym się kłamliwym określeniem „polskie obozy zagłady”. Takie procesy zdaniem Bartosza T. Wielińskiego są bezsensowne, bo „nie ma na takie rzeczy paragrafów”.

Sam kilka lat temu, rozpoczynając akcję „Rz” przeciwko „polskim obozom”, wzywałem do wytaczania procesów kłamcom obozowym. I przekonałem się, że jest to trudne. Nie znaczy to jednak, że należy rezygnować z tej możliwości (choć pewnie Paweł Kukiz nie jest właściwą osobą do zajmowania się tą sprawą). Zwłaszcza że metody dyplomatyczne i publicystyczne, wysyłanie listów do dopuszczających się kłamstw redakcji, nie dały zadawalających rezultatów.


Szczególnie przykre, że o „polskich obozach” nie pozwalają zapomnieć niemieckie media. I to te czołowe — od telewizji publicznej ZDF po agencję prasową DPA. Szerzej pisałem o tym tutaj.

Bartosz T. Wieliński uważa, że to „efekt zwyczajnej ignorancji”. I to jest dopiero przerażające. Pokazuje, w jakim stanie jest już dziś wiedza wykształconego Niemca (bo chyba takich przyjmuje się do pracy w czołowych mediach) o drugiej wojnie światowej i jej konsekwencjach. A co będzie w następnych pokoleniach, karmionych filmami o niemieckich ofiarach i niemieckich antyhitlerowskich bohaterach wojennych? 
Pocieszająca jest natomiast postawa niemieckiego MSZ pod dowództwem liberałów z FDP, którzy zaczęli wspierać polską dyplomację w walce z „polskimi obozami”. MSZ nie zajmuje się jednak edukacją.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niemiecka ofiara polskiego wirusa

17 lis 2009

Nowy szef dyplomacji RFN Guido Westerwelle w sprawie upamiętniania niemieckich wysiedleń i roli w tym Eriki Steinbach wypowiada się w sposób, który świadczy o rozumieniu polskiej wrażliwości. I stał się z tego powodu celem ostrego ataku niemieckich konserwatystów. Najważniejsza gazeta tego środowiska „Frankfurter Allgemeine Zeitung” uważa, że Westerwelle zaraził się od Polaków wirusem antysteinbachowskiego szaleństwa. I powinien się zastanowić, jakiemu krajowi chce służyć jako szef dyplomacji.

Trudno o poważniejszy zarzut wobec szefa MSZ. A Westerwellemu chodzi o prawdziwe pojednanie z Polską, co leży w interesie Niemiec. Takiego pojednania nie będzie bez zrozumienia dla polskiej wrażliwości historycznej, do czego kluczem jest zrozumienie stosunku do Steinbach.

Westerwelle rozumie, dlaczego Polacy nie godzą się na to, by w gremium decydującym o upamiętnieniu wysiedleń zasiadała osoba (Erika Steinbach), która głosowała przeciwko traktatowi granicznemu z Polską.

Dziwne, że nie rozumie tego tak wielu polityków i publicystów niemieckich. Dziwne, że nie rozumieją, dlaczego nie podoba się to, iż Steinbach zbudowała swoją karierę polityczną na kłamstwie o straconych stronach ojczystych w Polsce. Dziwne, że nie pamiętają, iż chciała uzależnić członkostwo Polski i Czech od „uleczenia zbrodni wypędzenia”. Dziwne, że nie zauważają, jak niewiele się od tego czasu zmieniła, poza tonem niektórych wypowiedzi.

Postawa Westerwellego jest tym bardziej cenna, że jako lider opozycji, sześć lat temu, krytykował ówczesnego kanclerza Gerharda Schrödera za „przytakiwanie obawom” Polaków w sprawie upamiętniania wysiedleń. Teraz, jako szef niemieckiej dyplomacji, posługuje się argumentami jak z „Rzeczpospolitej”. Miejmy nadzieję, że ta pochwała nie przysporzy mu dodatkowych kłopotów. Że nie zostanie potraktowana jak pocałunek śmierci od nosiciela najgorszej mutacji antysteinbachowskiego wirusa.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Świat bez NRD

9 lis 2009

Z setek wspomnień rocznicowych o upadku muru berlińskiego wynika, że było to wielkie zaskoczenie. Mur miał nie paść. A Niemiecka Republika Demokratyczna, państwo robotników i chłopów, miała istnieć do dzisiaj.

Jak wyglądałby świat, gdyby 20 lat temu członek enerdowskiego politbiura Günter Schabowski nie powiedział, że granica między oboma państwami niemieckimi jest otwarta? Co by było, gdyby wskutek upadku muru ponad 19 lat temu nie upadła też NRD? I to mimo przemian w innych krajach bloku wschodniego, choć tam polegały one raczej na dzieleniu, a nie łączeniu.

Polska i tak miałaby siedmiu sąsiadów, a nie trzech, jak w czasach PRL, z tym że przynajmniej jeden zachowałby starą nazwę. Byłby natomiast kłopot z rozszerzeniem NATO i Wspólnoty Europejskiej. Trudno by się Polakom jeździło do pracy w RFN, trudno by się handlowało z tym największym partnerem gospodarczym. Bo z samą NRD nie bardzo byłoby czym handlować. Pozostałby handel dla klienta niszowego, wielbiciela socrealistycznych staroci i nostalgicznych pamiątek.

Nie byłoby tropienia agentów Stasi, a Erich Honecker mógłby spokojnie umrzeć w NRD, nie zaś na wygnaniu w Chile, i doczekać się pogrzebu na cmentarzu socjalistów we wschodnioberlińskim Lichtenbergu. Mielibyśmy skansen, do którego można by wysyłać na edukacyjne wycieczki wielbicieli komunistycznej przeszłości. I nie byłoby pani kanclerz Angeli Merkel, najpotężniejszej kobiety świata.

Muru nie ma, jest jedno duże, silne i coraz pewniejsze siebie państwo niemieckie. I jego pozytywnym symbolem jest obalenie muru. To RFN kojarzy się na świecie z pogrzebaniem komunizmu, śmiercią bloku wschodniego, zakończeniem zimnej wojny. Dobrze, że, jak dowodzą poniedziałkowe uroczystości, Niemcy trochę dzielą się z Polską tym splendorem. Że w obecności tylu ważnych gości z wielu krajów i tylu dziennikarzy to Polak, Lech Wałęsa, popchnął pierwszą kostkę domina symbolizującego upadek systemu komunistycznego. Że to Polska zapoczątkowała wydarzenia, dzięki którym żyjemy w świecie bez NRD.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop