Zmarł Algirdas Brazauskas, jeden z najważniejszych polityków postkomunistycznej Europy Środkowo-Wschodniej. To z nim utożsamiała się znaczna część Litwinów w pierwszych latach odzyskanej niepodległości.
Pamiętam, jak w 1993 roku wielu moich znajomych w Polsce zachodziło w głowę, jak to możliwe, że były szef partii komunistycznej i to w Związku Radzieckim, uzyskuje w wyborach prezydenckich prawie dwie trzecie głosów ledwie kilka lat po niełatwym wyrwaniu się Litwy spod buta Moskwy? Było to możliwe, bo Brazauskas był co prawda przywódcą komunistów, ale przede wszystkim myślał o interesie Litwy. I wykazał się odwagą, gdy litewska partia komunistyczna odrywała się od KPZR i potem gdy Litwa ogłaszała niepodległość. Dziś już prawie nikt o tym nie pamięta, ale pod koniec lat 80., mimo że w Moskwie władał ulubieniec Zachodu Michaił Gorbaczow, rozpad Związku Radzieckiego wydawał się mało prawdopodobny. Także dlatego, że bez walki nie chciał się z nim pogodzić sekretarz generalny KPZR.
Brazauskas dla wielu Litwinów był przez kilkanaście lat politycznym ojcem, patriarchą, takim politycznym pogotowiem ratunkowym.
Nadzieje z nim związane czuć było, gdy po rezygnacji z walki o drugą kadencję prezydencką (zapewne, by wygrał) wrócił do polityki jako premier i był nim przez pięć lat. Wiele kobiet głosowało na niego, bo miały go za ideał litewskiej urody (w przeciwieństwie do swojego wielkiego rywala Vytautasa Landsbergisa). Z jednej strony był swoiski, postkomunistyczno-gospodarski, z drugiej — zdecydowany i z wizją. Jego rządzenie nie skończyło się co prawda najlepiej, odchodził w atmosferze skandali, jednym z nich była prywatyzacja hotelu w Wilnie, niedgyś goszczącego dygnitarzy, który przejęła jego druga żona.
Litewscy Polacy zazwyczaj bardziej go szanowali niż Landsbergisa, choć i jemu nie udało się (czy naprawdę chciał?) załatwić problemów mniejszości polskiej. Podobno dobrze mówił po polsku, wspominał o tym Aleksander Kwaśniewski. Sam nigdy nie slyszałem, by się po polsku wypowiadał. Widziałem natomiast jego niewyraźną minę, gdy Kwaśniewski podczas wizyty w Wilnie podarował mu kilka tomów słownika języka polskiego Lindego, które zakupił w nieistniejącej już niestety polskiej księgarni Korczyńskiego koło Ostrej Bramy.
W tamtych czasach słyszałem „pewną informację”, że w Toruniu w domu wysiedleńców z Wilna jest stara, przedwojenna fotografia chłopczyka w marynarskim ubranku z napisem (po polsku): „Dla kochanej cioci, Olgierd Brzozowski”.
Pamiętam też nieoczekiwane spotkanie z Brazauskasem w kolejce do kasy w jednym z pierwszych wileńskich supermarketów. Kupił tam sporo zachodnich słodyczy dla wnuczka czy wnuczki. Zapłacił za to niemal jedną dziesiątą oficjalnej pensji prezydenckiej. Takie to były czasy, tyle wówczas kosztowały zachodnie artykuły i tyle zarabiali prezydenci, i na Litwie, i w Polsce. To także on przyłożył się do tego, że teraz żyjemy w zupełnie innych warunkach.








