Wpisy w kategorii „Litwa”

Litewskie pożegnanie

27 cze 2010

Zmarł Algirdas Brazauskas, jeden z najważniejszych polityków postkomunistycznej Europy Środkowo-Wschodniej. To z nim utożsamiała się znaczna część Litwinów w pierwszych latach odzyskanej niepodległości.

Pamiętam, jak w 1993 roku wielu moich znajomych w Polsce zachodziło w głowę, jak to możliwe, że były szef partii komunistycznej i to w Związku Radzieckim, uzyskuje w wyborach prezydenckich prawie dwie trzecie głosów ledwie kilka lat po niełatwym wyrwaniu się Litwy spod buta Moskwy? Było to możliwe, bo Brazauskas był co prawda przywódcą komunistów, ale przede wszystkim myślał o interesie Litwy. I wykazał się odwagą, gdy litewska partia komunistyczna odrywała się od KPZR i potem gdy Litwa ogłaszała niepodległość. Dziś już prawie nikt o tym nie pamięta, ale pod koniec lat 80., mimo że w Moskwie władał ulubieniec Zachodu Michaił Gorbaczow, rozpad Związku Radzieckiego wydawał się mało prawdopodobny. Także dlatego, że bez walki nie chciał się z nim pogodzić sekretarz generalny KPZR.

Brazauskas dla wielu Litwinów był przez kilkanaście lat politycznym ojcem, patriarchą, takim politycznym pogotowiem ratunkowym.
Nadzieje z nim związane czuć było, gdy po rezygnacji z walki o drugą kadencję prezydencką (zapewne, by wygrał) wrócił do polityki jako premier i był nim przez pięć lat. Wiele kobiet głosowało na niego, bo miały go za ideał litewskiej urody (w przeciwieństwie do swojego wielkiego rywala Vytautasa Landsbergisa). Z jednej strony był swoiski, postkomunistyczno-gospodarski, z drugiej — zdecydowany i z wizją. Jego rządzenie nie skończyło się co prawda najlepiej, odchodził w atmosferze skandali, jednym z nich była prywatyzacja hotelu w Wilnie, niedgyś goszczącego dygnitarzy, który przejęła jego druga żona.

Litewscy Polacy zazwyczaj bardziej go szanowali niż Landsbergisa, choć i jemu nie udało się (czy naprawdę chciał?) załatwić problemów mniejszości polskiej. Podobno dobrze mówił po polsku, wspominał o tym Aleksander Kwaśniewski. Sam nigdy nie slyszałem, by się po polsku wypowiadał. Widziałem natomiast jego niewyraźną minę, gdy Kwaśniewski podczas wizyty w Wilnie podarował mu kilka tomów słownika języka polskiego Lindego, które zakupił w nieistniejącej już niestety polskiej księgarni Korczyńskiego koło Ostrej Bramy.
W tamtych czasach słyszałem „pewną informację”, że w Toruniu w domu wysiedleńców z Wilna jest stara, przedwojenna fotografia chłopczyka w marynarskim ubranku z napisem (po polsku): „Dla kochanej cioci, Olgierd Brzozowski”.

Pamiętam też nieoczekiwane spotkanie z Brazauskasem w kolejce do kasy w jednym z pierwszych wileńskich supermarketów. Kupił tam sporo zachodnich słodyczy dla wnuczka czy wnuczki. Zapłacił za to niemal jedną dziesiątą oficjalnej pensji prezydenckiej. Takie to były czasy, tyle wówczas kosztowały zachodnie artykuły i tyle zarabiali prezydenci, i na Litwie, i w Polsce. To także on przyłożył się do tego, że teraz żyjemy w zupełnie innych warunkach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Litwo, obudź się!

8 kwi 2010

Stosunki między Polską i Litwą sięgnęły dna. Gdy Lech Kaczyński zbierał się do Wilna na spotkanie z litewską prezydent Dalią Grybauskaitė, prawie cały Sejm litewski poparł niekorzystny dla mniejszości polskiej projekt ustawy o pisowni nazwisk. Trudno o lepszy symbol tego, co zostało z polsko-litewskiego partnerstwa strategicznego

Smutne jest, że 20 lat po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, sześć lat po wstąpieniu przez nią do Unii Europejskiej i NATO – prawie wszyscy obecni w litewskim Sejmie posłowie wspierają projekt nacjonalistów. Opowiadają się za pomysłem z epoki, gdy polskość mogła się niewielkiemu narodowi wydawać zagrożeniem. To nie tylko uderzenie w mniejszość polską, która sto razy już słyszała obietnice, że sprawa nazwisk zostanie załatwiona po jej myśli. A trzeba przypomnieć, że pisownia nazwisk jest najmniej ważnym problemem – znacznie poważniejsze są powolna likwidacja polskiego szkolnictwa i kłopoty ze zwrotem ziemi.

To także kolejna kłoda rzucona pod nogi tym, którym zależy na dobrych stosunkach Polski i Litwy. Cóż się musi dziać w duszach polityków litewskich, skoro znaczna część posłów partii rządzącej zignorowała kompromisowy projekt swego premiera i poparła pomysł nacjonalistów?

Jak dalej rozmawiać z Litwą? Jak realizować strategiczne cele polityki wschodniej? Jak kształtować unijną politykę wobec Rosji, jeżeli nasz ważny partner w tych sprawach zachowuje się tak, jakby to Polska i polskość były jego głównymi wrogami?

Polscy politycy powinni w zdecydowany sposób pomóc się Litwie obudzić z nacjonalistycznego snu. Miejmy nadzieję, że w takim celu poleciał do Wilna prezydent Kaczyński.

Litwo, dostrzeż, że Polacy nie dybią na twoją suwerenność, a polski nie jest już zagrożeniem dla języka litewskiego. Obudź się, póki nie jest za późno.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawdziwy niedźwiedź i polski miś pluszowy

2 mar 2010

Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego Litwini z taką determinacją walczą od dwóch dekad z polskimi napisami, polskimi nazwiskami, Kartą Polaka. Krótko mówiąc z wyolbrzymionym czy zupełnie wydumanym zagrożeniem ze strony Polaków. A jednocześnie bez wielkiego krzyku oddają się z powrotem pod wpływ Moskwy, jakby zapomnieli o swoim losie w granicach imperium.

Bezrefleksyjnie, jak zaczarowani, oddają się w łapy prawdziwego niedźwiedzia, a drżą przed polskim pluszowym misiem.

O polskim pluszowym misiu straszącym na Litwie pisałem tu wielokrotnie. O działaniach nienasyconego niedźwiedzia niech przemówią słowa wieloletniego szefa litewskich służb specjalnych Mečysa Laurinkusa oraz czołowego politologa z Wilna Vytautasa Radžvilasa (cały tekst w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”).


Laurinkus: na Litwie cele te realizuje około trzech tysięcy rosyjskich agentów [na niewiele ponad trzy miliony mieszkańców]. Większość działa w branży energetycznej i transportowej. W ostatnim czasie intensywnie przejmowane są również strefa drobnego i średniego biznesu oraz środki masowego przekazu


Radžvilas: Rosja ma tak duże wpływy, że litewscy politycy nie są w stanie zrealizować żadnego programu, który pomógłby naszemu krajowi uwolnić się od tej zależności. Dotyczy to zarówno kultury masowej, jak i wysokiej. Wystarczy spojrzeć na oferty wszystkich bez wyjątku litewskich sieci kablowych. Każda emituje dziesiątki rosyjskich programów


Radžvilas o niedalekiej przyszłości Litwy: Formalnie będziemy członkami UE i NATO, jednak w rzeczywistości znajdziemy się pod całkowitą kontrolą Rosji. To, co dzieje się z Litwą, przypomina mi schyłek Rzeczypospolitej Obojga Narodów pod koniec XVIII wieku, gdy elity nie miały dość sił na przeprowadzenie reform.



Te słowa są być może przesadne, ale wypowiedziane z troską o Litwę. Powinny skłonić litewskich polityków do przemyśleń na temat zagrożeń. Prawdziwych i pluszowych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mówienie o więzieniach CIA jest srebrem

23 gru 2009

Na Litwie, jak się we wtorek dowiedzieliśmy (i co ważniejsze, nie tylko my) były tajne więzienia amerykańskich służb wywiadowczych. Były, ale nie wiadomo, czy skromne cele były kiedyś wykorzystane, bo Amerykanie robili w Wilnie i pod Wilnem, co chcieli. To znaczy – nie chwalili się Litwinom, co tam robią.

Oczywiście dociekanie prawdy w praworządnym kraju to norma, a łamanie prawa to łamanie prawa. I wielu innych lepiej ode mnie powie, jakie prawa mogłyby być złamane przez CIA na litewskiej ziemi, i nie tylko litewskiej, bo tajne więzienia były i gdzie indziej. Gdzieś, poza USA, ten sympatyczny dżentelmen z al Kaidy Chalid Szejk Mohammed i jego koledzy musieli być przecież przetrzymywani.

Mówienie o tym, co się z nimi działo, jest srebrem. A milczenie złotem. I dobrze, że polskie rządy, różnych orientacji, milczą w tej sprawie. Ja zakładam, że nic nie wiedzą.

Mnie bardziej interesuje, dlaczego z CIA wypłynęły informacje o tajnych więzieniach, które mogły istnieć w państwach sojuszniczych? Dlaczego ktoś zdradził? I co się stanie, jeżeli znowu dojdzie do jakiegoś wielkiego zamachu terrorystycznego, a w ręce służb wpadnie superterrorysta z wiedzą o następnym ataku, szykowanym na następny dzień czy tydzień? Co wtedy? Kto wówczas podejmie decyzję o, nazwijmy to delikatnie, niestandardowej pomocy CIA? Obawiam się, że teraz nikt już się taki w państwie natowskim i/lub unijnym nie znajdzie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Koniec marzeń o partnerstwie z Litwą

6 lis 2009

Skończył się jeden z ciągnących się latami sporów polsko-litewskich. Niestety, skończył się niedobrze.

Okazało się, że państwo litewskie z natury jest niechętne odmiennościom narodowym. Niechętne do tego stopnia, że nie akceptuje w nazwiskach liter nieobecnych w alfabecie litewskim, takich jak „ń”, „ü”, czy „w”.

Wynika to z piątkowej decyzji Trybunału Konstytucyjnego na Litwie. Decyzji ostatecznej. Niby nazwisko w wersji polskiej będzie można sobie wpisać do paszportu, ale nie na głównej stronie, nie tam, gdzie się go szuka, nie tam, gdzie przedstawia się światu swoją tożsamość. Tam będzie wyłącznie po litewsku. Prawdziwe nazwisko, zgodnie z litewską konstytucją, jest tylko po litewsku.

To jest smutna wiadomość nie tylko dla mniejszości polskiej na Litwie, choć pisownia nazwisk mniej ją niepokoi niż sprawy polskiego szkolnictwa czy zwrotu ziemi.

Także dla Polaków z Polski, polityków i publicystów, którzy wierzyli w partnerstwo polsko-litewskie. Przez kilkanaście lat mimo wszystko wierzyliśmy w obietnice składane przez polityków litewskich – od prezydentów przez premierów po posłów litewskiego Sejmu – że polskie nazwiska lada moment będą pisane po polsku, że to żaden problem, że to jakiś urzędnik coś tam blokuje albo są trudności techniczne.

Takie zapewnienia składała też nowa prezydent Dalia Grybauskaitė, która po kilku latach pobytu w Brukseli na stanowisku komisarza wydawała się znawczynią i zwolenniczką tolerancji wobec mniejszości.

Kilkanaście lat trwało, zanim uzyskaliśmy ostateczną odpowiedź z Litwy w sprawach dla nas ważnych. I jest ona negatywna. Pewnie zmieni to podejście Polski do Litwy. Bo kto zechce czekać kolejne lata, by znowu usłyszeć podobny wyrok Trybunału. Nawet jeżeli po drodze padłoby z ust litewskich polityków sto zapewnień o partnerstwie strategicznym i tysiąc obietnic w sprawie Polaków na Wileńszczyźnie.

Ježi Chaščinski

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dobre wieści z Wilna


24 paź 2009

Obywatel litewski z Kartą Polaka nie zagraża jednak bezpieczeństwu Litwy. Trzeba docenić zmianę stanowiska w tej sprawie.


Stanowisko zmienił komitet spraw zagranicznych litewskiego Sejmu. I jego przewodniczący z partii rządzących konserwatystów Audrionius Ažubalis, który jeszcze tydzień temu rozważał, jakie to prawa obywatelskie, z prawem do pracy w urzędach włącznie, odebrać Polakom litewskim, którzy odważyli się przyjąć tę straszną kartą. Karta nie jest zaś straszna, a już na pewno nie w kieszeni lub szufladzie obywatela kraju, który razem z Polską należy do Unii Europejskie i NATO. Dla takiego obywatela ma wartość symboliczną. Większą dla Polaka z Ukrainy, Armenii czy Tadżykistanu, bo jemu ułatwi załatwienie wizy do Polski, a później studiów, leczenia czy pracy. To wszystko Polak z Litwy, z kraju unijnego, ma zagwarantowane.

Cieszy mnie ta zmiana podejścia, zwłaszcza że nie raz piórem próbowałem rozwiać obawy Litwinów. Część tych obaw wynika z tego, że jest też inna Karta, Karta Rosjanina, a mniejszość rosyjska na Litwie jest prawie tak liczna jak mniejszość polska (około siedem procent).
Kartę Rosjanina wprowadza prowadzona przez emerytowanego generała fundacja Rosjanie, a nie — przynajmniej oficjalnie — władze Rosji. Władze mają już doświadczenie w rozdawaniu paszportów rosyjskich, co potem jest dla nich argumentem do „ratowania” zagrożonych (nawet świeżo upieczonych) obywateli. Przećwiczyli to w Gruzji, po rozdaniu paszportów tamtejszym Osetyjczykom i Abchazom.


To skojarzenie dokumentu obcego państwa z ubiegłoroczną wojną o Osetię Południową — to jeden z powodów ataków na Kartę Polaka na Litwie. Choć niewątpliwie nie jedyny. 


Dobrze, że posłowie z Wilna nie porównują już Karty Polaka z Kartą Rosjanina. I miejmy nadzieję, że nie cieszymy się przedwcześnie. Że nie nastąpi kolejny zwrot akcji w historii Karty Polaka na Litwie.


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Karta Polaka, czyli wilczy bilet

16 paź 2009

Pomysłowość polityków litewskich w utrudnianiu życia Polakom na Litwie okazuje się nieograniczona. Jeden z liderów partii rządzącej miał, zdaniem litewskich mediów, powiedzieć, że tak niewinny wydawałoby się dokument jak Karta Polaka może zagrażać bezpieczeństwu Litwy.

Na tym stwierdzeniu może się nie skończyć. Jak wynika z doniesień agencyjnych, Polacy z Wileńszczyzny, którzy przyjęli Kartę Polaka, mogą oczekiwać poważnych konsekwencji, ograniczenia wielu praw obywatelskich. Grozi im wyrzucenie z pracy, gdy są urzędnikami państwowymi, czy zakaz startu w wyborach. Dobrze, że nie wygnanie albo więzienie, chciałoby się dodać.

To jednak nie jest temat do żartów. Władze Litwy znały projekt Karty Polaka, zanim został przegłosowany przez 99 procent posłów w polskim Sejmie. I gdy można było jeszcze coś w nim zmienić, wtedy milczały. Groźby wyrzucania z pracy czy ograniczania praw wyborczych pojawiają się rok po wizycie Lecha Kaczyńskiego na Litwie, podczas której polski prezydent wręczył Karty Polaka liderom polskiej mniejszości.

Podczas spotkań z Kaczyńskim i innymi politykami z Polski politycy litewscy, w tym także ci, którzy teraz prześcigają się w pomysłach karania posiadaczy Karty, mieli usta pełne haseł o strategicznym partnerstwie polsko-litewskim.

Partnerstwo zobowiązuje. Także do tego, by nie zaskakiwać partnera totalną krytyką przyjmowanych przez niego praw. Na dodatek to prawo nie jest zagrożeniem dla Litwy, która jest razem z Polską w Unii Europejskiej i NATO. Bo czy w taki sposób można traktować najbardziej chyba niepokojący Litwę artykuł ustawy o Karcie Polaka, który mówi, że może ją stracić ten, kto zachowuje się w sposób uwłaczający Rzeczypospolitej Polskiej lub Polakom. Albo gdy przemawiają za tym względy bezpieczeństwa i obronności Polski. Przecież jesteśmy w tej samej organizacji dbającej o bezpieczeństwo. O uwłaczaniu lepiej w tej sytuacji nie mówić.

Warto natomiast przypomnieć, że Litwa sama pracuje nad Kartą Litwina.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Buzekas i litewscy Polacy

2 paź 2009

Nazwiska polskiej mniejszości na Litwie będą wreszcie pisane po polsku, bo pani prezydent Dalia Grybauskaitė „jest bardzo otwarta” na rozwiązanie tego problemu, usłyszał w Wilnie Jerzy Buzek.

Miejmy nadzieję, że to tym razem prawda. Bo przecież niejeden polski polityk słyszał w ciągu ostatnich kilkunastu lat takie zapewnienia od polityków litewskich. Buzek (na razie Buzekas ) jest jednak nie tylko politykiem polskim, byłym premierem, ale i szefem Parlamentu Europejskiego. 
Już poprzednik Buzka, Hans-Gert Pöttering, mówił litewskim Polakom, że powinni swoje problemy przedstawiać na forum europejskim. Jest tych problemów sporo, a pisownia nazwisk akurat chyba najmniej istotna, ale symboliczna. 

Bruksela nie ma osiągnięć w rozwiązywaniu problemów dotyczących mniejszości narodowych. Nie radzi sobie nawet z konfliktem jej geograficznie bliskim tak bardzo, że bliżej już nie można — flamandzko-walońskim. 

Może tym razem coś się uda. I może obietnice najważniejszej osoby na Litwie wreszcie się spełnią. Byłoby to tym ważniejsze, że w polskiej dyplomacji czuć zmęczenie postawą wschodnich sąsiadów-sojuszników (nie tylko Litwy).

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie potępiać Litwy

16 wrz 2009

Litewskie władze otworzyły drzwi przed Aleksandrem Łukaszenką, zwanym ostatnim dyktatorem Europy. I posypały się na Litwę gromy z różnych stron, przede wszystkim opozycji białoruskiej.


Zarzuty wobec Łukaszenki są znane. I poważne. Nikt chyba nie twierdzi, że białoruski przywódca ma czyste sumienie. Ale to jeszcze nie znaczy, że na zawsze ma być izolowany. Był w tej izolacji za grzechy kilkanaście lat. To dużo. Ilu jest przywódców, których z taką konsekwencją piętnowali nie tylko przez komentatorzy i obrońcy praw człowieka, ale i prezydenci i premierzy cywilizowanego Zachodu. Może Castro, Mugabe albo Kaddafi? 


Wiele zarzutów, które padały pod adresem Łukaszenki, można było albo można nadal postawić przywódcom Chin, Arabii Saudyjskiej, Azerbejdżanu czy Kazachstanu, krajów, z którymi świetnie się Zachodowi prowadzi interesy. Białoruś pod wodzą Łukaszenki nie atakowała innego państwa, a na przykład Rosja — tak. Nie organizowała zamachów terrorystycznych. Ale to białoruski prezydent był chłopcem do bicia. To łatwy cel — i Białoruś nieduża, bez atomu, ropy i trochę na uboczu, i Łukaszenko — człowiek znikąd, z dołów, z sowieckiego lamusa. 
Od ubiegłorocznego ataku Rosji na Gruzję myślenie o wschodnich rubieżach Europy trzeba zmienić. Gra jest bardzo poważna, Białoruś może się na zawsze dostać w ręce Moskwy. Jak słusznie mówi Aleksander Milinkiewicz, rywal Łukaszenki z wyborów prezydenckich w 2006 roku (sfałszowanych), najważniejsza jest teraz niepodległość Białorusi. 


Inny lider opozycji, zasłużony Stanisław Szuszkiewicz woła do Solany, Ferrero-Waldner, Sikorskiego, Ušackasa i Grybauskaitė o opamiętanie. By nie okazywali tyle miłosierdzia dyktatorowi. Można zrozumieć ten żal, ale jest to żal z innych czasów, sprzed wojny w Gruzji, a może i sprzed pomarańczowej rewolucji. 


Teraz z Łukaszenką trzeba rozmawiać. I wymuszać przestrzeganie praw człowieka, negocjować jak najlepsze warunki dla opozycji. A jego winy powinni przede wszystkim rozliczyć Białorusini. Na pewno będzie to łatwiejsze, gdy Litwie i innym państwom europejskim uda się zmiękczyć Łukaszenkę i zbliżyć Białoruś do Europy, niż gdy Białoruś będzie protektoratem Moskwy lub gubernią. 
Zresztą ten proces okazywania miłosierdzia, jak to nazywa Szuszkiewicz, przebiega stopniowo. I zawsze można go przerwać, do sankcji i izolacji droga jest otwarta. I o tym Łukaszenko doskonale wie. 


Najlepsze, co można by zrobić, to otworzyć europejskie granice dla wszystkich Białorusinów (nie tylko Łukaszenki i nie tylko tych z terenów pogranicznych). Dla tych zwykłych, których nie stać na schengeńską wizę za 60 euro (Rosjanie płacą 35 euro). Ale to już marzenie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie wyciągajcie z grobu litewskiego patriarchy

28 lip 2009

Litewska Prokuratura Generalna zabrała się za dochodzenie, które wygląda jak kiepski żart albo – i to już nie powód do dowcipów – jak próba zaszkodzenia stosunkom Polski z Litwą.

Poważnie potraktowała wniosek kilku obywateli, „dzieci rolników powiatu mariampolskiego”, którzy są przekonani, że Jonasa Basanavičiusa, ojca (czy, jak się mówi na Litwie, patriarchy) litewskiej niepodległości, zabił przed wojną polski wywiad wojskowy.

Basanavičius był jednym z niewielu polityków czy działaczy litewskich, którzy mieszkali w okresie międzywojennym w polskim wówczas Wilnie. Dzieci litewskie uczą się w szkole, że zmarł w 1927 roku w całkiem sędziwym wieku 75 lat w wileńskim szpitalu litewskim i spoczywa na cmentarzu na Rossie. Zmarł śmiercią naturalną – tego żadne poważne źródła dotychczas nie podważały. I w litewskojęzycznej Wikipedii, i w emigracyjnej Encyclopedii Lituanice jest po prostu napisane, że umarł.

Trudno powiedzieć, jak prokuratura ma sprawdzić, czy Basanavičius nie wykrwawił się po sześciu strzałach oddanych rzekomo przez polskiego agenta, co sugerują wnioskodawcy z powiatu mariampolskiego. Czy ma dokonać ekshumacji? Być może znajdzie wtedy ślady – ale po postrzeleniu Basanavičiusa 40 lat przed jego śmiercią, gdy pracował jako lekarz w Bułgarii. A może chce przeszukać archiwa przedwojennego wywiadu polskiego?

Tak czy owak powstaje pytanie, dlaczego przez 82 lata ta sprawa nie budziła wątpliwości, a budzi teraz. To pytanie nurtuje też wielu litewskich publicystów. Pokpiwają, że Prokuratura Generalna (niezależna od rządu) nie radzi sobie ze sprawami sprzed trzech czy pięciu lat, więc chce spróbować z takimi z czasów, których nikt już osobiście nie pamięta.

Taka reakcja na Litwie na działania tamtejszej prokuratury jest w całej tej sprawie najbardziej pocieszająca.

Bo naprawdę wystarczająco dużo mamy problemów w stosunkach Polski z Litwą. Nie trzeba jeszcze wyciągać z grobu Basanavičiusa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop