Wpisy w kategorii „Litwa”

Młodszy brat, starszy brat i wielki brat

9 sty 2012

Polski i Litwy nie łączy już polityka wschodnia oparta na strachu przed Rosją. Czy zastąpią ją litewskie zabiegi o rosyjskie względy?

Szef litewskiej dyplomacji Audronius Ažubalis, konserwatysta, a raczej nacjonalista, w opublikowanym w zeszłym tygodniu wywiadzie dla litewskiego magazynu, wyraził kilka ciekawych opinii. Nie tylko przyznał, że Litwa jest w konflikcie z Polską, ale jeszcze całą winę za ten stan zrzucił na nasz kraj. Podkreślił, że Litwini nie potrzebują starszego brata, czyli Polski pouczającej i domagającej się praw dla litewskich Polaków. Litewskie portale cytując ministra dodawały do tego wyrażoną parę tygodni wcześniej opinię ojca duchowego Ažubalisa, niegdyś głowy państwa, a obecnie eurodeputowanego Vytautasa Landsbergisa, że Polska zmieniła podejście do młodszego brata, bo uczy się wielkomocarstwowej polityki od Rosji.

Warto krótko najpierw odeprzeć zarzut o polskiej winie, by zabrać się potem za trop rosyjski. Winą Polski, polityków i publicystów, tak naprawdę jest przede wszystkim łatwowierność wobec obietnic składanych przez długie lata przez Litwinów i spoglądanie na Wschód w kategoriach długofalowych, strategicznych. Polska godziła się na litewskie zwodzenie i przekładanie spełnienia obietnic w sprawie praw mniejszości polskiej, bo chciała, by Litwa poczuła się bezpiecznie, by zadomowiła się w NATO i Unii Europejskiej.

Nawet nie bardzo można zarzucić polskim politykom brak wrażliwości, prawie każdy z nich zdaje sobie sprawę z bagażu wspólnej historii i umie sobie wyobrazić, co by było, gdyby w Warszawie i okolicy znaczną część ludności stanowiliby Niemcy lub Rosjanie (bo w Wilnie co piąty mieszkaniec to Polak, w okolicznych rejonach więcej niż co drugi). W sprawie winy odpowiedzią jest też to, kto (Litwa) wprowadza niekorzystne dla mniejszości ustawy.

W ten niekończący się spór młodszego brata ze starszym bratem wkrada się, jak przed laty, wielki brat. W czasach prezydentów Valdasa Adamkusa i Lecha Kaczyńskiego oba kraje uchodziły za najostrzejszych w Unii Europejskiej wojowników w stosunkach z Rosją. Teraz, za wykształconej w Leningradzie prezydent Dalii Grybauskaitė, między Litwą i Rosją nie panuje już werbalna zimna wojna, lecz chłodny pokój. Wiele wskazuje na to, że Wilno chciałoby go przekształcić w pokój całkiem ciepły.

Litwini już zapomnieli o swojej niechęci do Moskwy z czasów radzieckich. Kultura i język rosyjski, także dzięki wszechobecnym rosyjskojęzycznym telewizjom i częstym koncertom gwiazd, nawet w bastionie litewskości, Kownie, są mile widziane. Wciąż jest tak, że najłatwiej zostać milionerem, gdy się prowadzi interesy z Rosją, a taka wizja, zwłaszcza w czasach kryzysu, kusi. 

Litwa nadal jest, i do czasu ukończenia mostu energetycznego do Polski (co nastąpi najszybciej w 2015 roku) i zwłaszcza wybudowania nowej elektrowni jądrowej (co może nie nastąpić wcale, a jeżeli już, to nie wcześniej niż w 2020 roku) będzie prawie całkowicie zależna energetycznie od Rosji. I to też skłania do pogodzenia się z wielkim bratem. Na razie jest tak, jak mówi znany litewski publicysta, że Moskwa nie widzi Wilna, bo to dla niej za mały gracz.

Ale, dodam, to może się zmienić. W odtwarzaniu rosyjskiej strefy wpływów taki mały gracz, nasz młodszy brat, okaże się ważny, gdy UE będzie słabsza i coraz mniej atrakcyjna dla zwykłych obywateli. Dla nich peryferie upadającej Unii mogą być mniej pociągające niż współpraca z silną Rosją, a skoro dla nich, to i dla polityków. Odcinanie się od starszego brata zwiększa prawdopodobieństwo realizacji tego scenariusza.

Nie jest jeszcze za późno na to, by to sobie uświadomić. I w Wilnie, i w Warszawie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szybka reakcja Sikorskiego

27 paź 2011

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski szybko zareagował na problemy jedynej polskiej gazety codziennej wychodzącej na Wschodzie, o których piszemy w dzisiejszej „Rz”.

Zapowiedział dziś, że natychmiast wesprze finansowo „Kurier Wileński”, tak by gazeta nie musiała zmiejszać częstotliwości ukazywania się. A wydawanie go jedynie we wtorki, środy i piątki miało się rozpocząć już w pierwszych dniach listopada. Tak się nie stanie. Szefowie i dziennikarze gazety przyjęli wieści z Warszawy z poczuciem ulgi i wdzięczności. Zapewne to samo można powiedzieć o czytelnikach.

„Zainteresowanie polskich polityków mniejszością polską na Wschodzie nie jest tak silne, jak by się mogło wydawać” — komentowałem w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, licząc po cichu na taką właśnie reakcję ministra Sikorskiego. Bardzo mnie ona cieszy.

Pomoc jest natychmiastowa i dotyczy najbliższych tygodni, ma zapewnić „Kurierowi” przeżycie w dzisiejszej postaci do końca roku. Dyskusja o długofalowym wspieraniu polskiej kultury na Wschodzie przed nami. Ale teraz można o tym myśleć z większym optymizmem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na ratunek polskiej kulturze na Wschodzie

26 paź 2011

Zainteresowanie polityków mniejszością polską na Wschodzie nie jest tak silne, jak by się mogło wydawać.

W obronie ich praw ograniczanych przez władze litewskie czy białoruskie są co prawda w stanie pogorszyć stosunki z Wilnem czy Mińskiem. Gorzej ze wsparciem polskiej kultury w krajach, gdzie żyje oddzielona granicą od Polski mniejszość polska.

Dotyczy to mediów mniejszości, które nie mają zbyt wielkich szans na samodzielne utrzymanie się. Doszło do tego, że z powodu zbyt małego wsparcia finansowego z Warszawy „Kurier Wileński”, jedyna polska gazeta codzienna wychodząca na Wschodzie, ma tak poważne kłopoty, że może zniknąć z rynku.

Znikanie gazet towarzyszy znikaniu uczniów z polskich szkół, w których jest coraz mniej nauki po polsku. To elementy tej samej tendencji – wynaradawiania się Polaków na Wschodzie. Nie na tym – jak wynika z deklaracji i rządu, i opozycji w Warszawie – polega interes Polski.

Polska kultura na Wschodzie to nie tylko media mniejszości polskiej. Niemniej ważna jest obecność w krajach, gdzie ona mieszka, kultury z Polski. Od 20 lat polskie telewizje, poza TVP Polonia, są właściwie nieobecne na Litwie, Białorusi, Ukrainie, Łotwie. Jeżeli ktoś w tych krajach chce obejrzeć nowy film amerykański, solidny, czyli drogi program rozrywkowy albo ważny mecz, to często musi korzystać z telewizji rosyjskiej, bo miejscowych stacji nie stać na licencje i wielkie produkcje. Rosjanie nie mają problemu z dzieleniem się swoją kulturą, w szczególności w wersji pop. Radzą sobie znakomicie, mimo że dwie dekady temu, po rozpadzie ZSRR, stosunek do Moskwy i języka rosyjskiego był na Litwie i Łotwie negatywny.

Polska wycofała się kulturowo z tego obszaru, nie jest atrakcyjna ani dla tamtejszych Polaków, ani dla Litwinów, Łotyszy, Ukraińców i Białorusinów. Najwyższy czas to zmienić. Bo to korzyść nie tylko kulturowa. Wraz ze znajomością języka i kultury polskiej, poznanych choćby po to, by obejrzeć amerykański serial, wzrośnie sympatia do Polski. Dająca też skutki ekonomiczne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Równość po litewsku

21 cze 2011

Nieznana dotąd szerzej w naszym kraju litewska ambasador Loreta Zakarevičienė zwróciła wczoraj na siebie uwagę wywiadem dla agencji prasowej BNS. Stwierdziła, że litewscy Polacy występują przeciwko państwu litewskiemu. A wzorem dla nich powinni być lojalni wobec Polski polscy Litwini. Można się domyślać, że występowanie przeciw państwu litewskiemu polega na protestowaniu przeciwko niekorzystnym dla Polaków prawom. Takim jak ustawy ograniczające nauczanie w języku polskim czy zakaz stosowania podwójnych nazw w miejscowościach, gdzie Polacy stanowią większość.

Stawianie w tym kontekście polskich Litwinów za wzór jest nie na miejscu. Ich sytuacja, zapewne daleka od ideału, polepsza się. Nie mieli dwujęzycznych nazw, od niedawna je mają. Nie mieli jednostki administracyjnej, w której byliby znaczącą wspólnotą, od kilkunastu lat ją mają – powiat sejneński powstał z myślą o nich. Jest postęp, odwrotnie niż na Litwie. Tam Polacy mieli więcej szkół i dwujęzycznych tablic w czasach radzieckich. Czyli jest regres.

Pani ambasador – jeżeli mniejszość mogłaby w inny sposób, niż poprzez protesty walczyć z dyskryminacją, na przykład odrzucając ustawy w Sejmie, nie byłaby mniejszością, lecz większością. Gdy mniejszości narodowe czują się przyciśnięte do muru, protestują, zamykają się w sobie, organizują się poza systemem. Obawiam się, że ten proces w coraz poważniejszym stopniu występuje na Wileńszczyźnie. Władze litewskie powinny sobie postawić pytanie, dlaczego tak się dzieje? Sami Litwini przecież czują się zagrożeni przez wielkich sąsiadów. Czy w podobnej sytuacji wobec nich nie są Polacy na Wileńszczyźnie?

Szczególnie interesująco w kontekście wypowiedzi pani ambasador brzmią słowa jej szefa, ministra Audrioniusa Ažubalisa we wczorajszej „Gazecie Wyborczej”. Wspomniał tam o „wielojęzycznych miasteczkach” – Augustowie i Solecznikach. To ciekawe porównanie – w Solecznikach Polacy stanowią większość, w Augustowie Litwinów jest garstka. Czy mamy rozumieć, że w Augustowie mają być litewskie napisy, a w Solecznikach nadal będą wymierzane kary za tabliczki w języku polskim? Czy to jest parytet po litewsku?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stosunki polsko-litewskie na dnie

30 mar 2011

Pani prezydent Dalio Grybauskaite, dlaczego poszła pani tą drogą? Drogą litewskiego nacjonalizmu ukrywającego się pod hasłami dawania mniejszościom narodowym możliwości integracji. Dlaczego podpisała pani ustawę o oświacie, która uderza w polskie szkolnictwo na Litwie?

Uderza w nie, ponieważ wbrew woli mniejszości ogranicza zakres nauczania w jej języku. I zapewne doprowadzi do zamknięcia wielu polskich szkół.

Słyszymy argumenty władz litewskich, że Litwa to i tak kraj, w którym jest i wciąż będzie najwięcej polskich szkół poza granicami Polski. Tak, to prawda. Tak było już zresztą w czasach radzieckich. Obowiązkiem władz niepodległej Litwy, kraju należącego do instytucji europejskich, jest jednak niepogarszanie sytuacji mniejszości. A do złamania tego obowiązku przyczynia się podpis prezydent Grybauskaite pod nowelizacją ustawy.

Pani prezydent, dlaczego nie wykorzystała pani szansy na powstrzymanie ciągłego pogarszania się stosunków litewsko-polskich? Ma pani silną pozycję opierającą się na świetnym, niemal 70-procentowym, wyniku w wyborach z 2009 roku, nie krępuje pani przynależność partyjna, od dzieciństwa zna pani Polaków, a od czasu pracy na stanowisku unijnego komisarza zna pani Europę. Wydawałoby się, świetne predyspozycje do tego zadania, ważnego dla przyszłości obu naszych krajów.

<t-3>Stało się inaczej. I osiągnęliśmy kolejne dno w stosunkach. Niestety, nie da się już od niego zbyt wysoko odbić. Przez kilkanaście lat politycy litewscy zwodzili kolegów z Polski obietnicami w sprawie mniejszości polskiej. W tym czasie cierpliwość stracili nawet najwięksi przyjaciele Litwy.

I nie jest tak, jak przedstawia to część mediów litewskich, że to tylko minister Sikorski, ten „polski nacjonalista”, wypomina Litwie niewywiązywanie się z obietnic. Wręcz przeciwnie, trudno w Polsce znaleźć polityka zajmującego się sprawami zagranicznymi, który miałby inne zdanie.

Pani prezydent, wzięła pani na siebie dużą odpowiedzialność. Nie spróbowała pani rozpocząć procesu odbudowy zaufania między naszymi krajami. A bez tego zaufania nie ma co liczyć na dobrą współpracę w sprawach ważnych dla Litwy, od nowej elektrowni atomowej poczynając.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Integracja po litewsku

15 mar 2011


Jeżeli ktoś miał złudzenia, że tli się szansa na polepszenie, choćby atmosfery, w stosunkach polsko-litewskich, powinien je porzucić. 



Przykład z wtorku. Dwa e-maile rozesłane w ciągu jednej godziny.


Godzina 12:33. Biuro rzecznika polskiego MSZ „uprzejmie przekazuje do wiadomości” depeszę PAP z dnia poprzedniego, noszącą optymistyczny tytuł „MSZ dostanie projekt litewskiej ustawy oświatowej do konsultacji”.

W depeszy czytamy: „W czwartek litewscy parlamentarzyści mają głosować nad nowelizacją ustawy oświatowej, która pogarsza sytuację polskich szkół na Litwie. W zeszłym tygodniu Wilno wysłało jednak sygnał, że Polska dostanie do konsultacji ten projekt. MSZ spodziewa się, że ustawa nie będzie głosowana już teraz”.
 

Godzina 13:22 Komunikat prasowy litewskiego MSZ pod jednoznacznym tytułem „W odpowiedzi na informacje  zamieszczone w polskich mediach o  rzekomych konsultacjach Litwy z Polską w sprawie nowelizacji Ustawy o oświacie”

„W ubiegły weekend przy okazji nieformalnego spotkania ministrów na Węgrzech ustalono tylko tyle, że po raz kolejny zostaną przedstawione dane, odzwierciedlające sytuację Polaków na Litwie. Między innymi – zostaną powtórzone argumenty, którymi kierowano się w trakcie przygotowania projektu nowelizacji ustawy o oświacie. Litwa nieustannie będzie je powtarzać, jednakże to nie oznacza przyzwolenia na wtrącanie się do stosunków suwerennego państwa a jego obywatelami oraz do procesu ustawodawstwa.

(…)
Zmiany w ustawie o oświacie są wprowadzane m. in. po to i wyłącznie po to, aby mniejszości narodowe na Litwie miały więcej możliwości do integracji ze społeczeństwem oraz z rynkiem pracy. Minister ubolewa, że urzędnicy najwyższego szczebla tych argumentów nie słyszą. Na początku lutego w raporcie agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej wyraźnie stwierdzono, że aż 42 proc. przedstawicieli mniejszości narodowych na Litwie podało, iż niedostatecznie dobrze znają język litewski, co zmniejsza ich możliwości konkurencyjne na rynku pracy”. 



Zarzut wtrącania się Warszawy „w stosunki suwerennego państwa z jego obywatelami” nie brzmi pokojowo. W dyplomacji trudno o mocniejsze słowa. Dziwne, że padają z Wilna, które protestowało (czyli chyba też się wtrącało), gdy planowano budowę strażnicy wojsk ochrony pogranicza koło Sejn, bo nadmiar czysto polskich WOP-istów zaburzyłby proporcje ludności w rejonie, gdzie mieszka mniejszość litewska.


Przy okazji dowiedzieliśmy się już całkiem otwarcie, że celem zmian w ustawie o oświacie jest „integracja” Polaków litewskich ze społeczeństwem (w domyśle czysto litewskim). To brzmi jak przyznanie, że mają być zlituanizowani. 



Wiemy już, że Litwa „będzie nieustannie powtarzać” argumenty, które są nie do przyjęcia dla strony polskiej. I nieustannie przedstawiać swoje „dane odwzwierciedlające sytuację Polaków na Litwie”, które nie mają wiele wspólnego z przekonaniem Polaków na Litwie na temat ich sytuacji. 
Nic dobrego to nie wróży. Ani Polakom na Litwie. Ani stosunkom polsko-litewskim — staną się jeszcze gorsze, niż są teraz. Taki jest wybór władz litewskich. 

 



  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mocny sygnał dla Litwinów

11 sty 2011

Całkiem niedawno na obchody bardzo ważnej rocznicy na Litwę pojechałby prezydent Polski. Nawet na mniej ważne święta jeździli do Wilna poprzednicy Bronisława Komorowskiego. Teraz – wszystko na to wskazuje – nasz kraj na niezwykle ważnym wydarzeniu w litewskiej stolicy będzie reprezentowała wicemarszałek Sejmu.

Wygląda to jak kara dla Litwy za złe traktowanie mniejszości polskiej. Jak symboliczne pożegnanie już nie tylko z partnerstwem strategicznym, które nigdy się do końca nie wykluło, ale i z dobrymi stosunkami między sąsiadami.

Nie ma co ukrywać, Litwini zasłużyli na powiedzenie im wprost: Nie będziemy już grać w grę, którą proponujecie nam od kilkunastu lat. Nie będziemy patrzeć przez palce na uniki z oddawaniem litewskim Polakom ziemi w Wilnie i okolicach, na kłody rzucane pod nogi polskiej oświacie, walkę z polskimi napisami. Nie będziemy już wysłuchiwać obietnic w sprawie pisowni nazwisk ani z nadzieją przyjmować zapewnień, że odpowiednia ustawa już za miesiąc, za dwa będzie gotowa.

Można – i trzeba – było to tolerować, gdy los Litwy był niepewny. Ale od siedmiu lat kraj ten jest w NATO oraz UE i jest bezpieczny jak nigdy dotąd w historii. Jeszcze do niedawna łuski tkwiły na oczach wielu zwolenników bezwarunkowej przyjaźni z Litwą. Także na moich. Ale spadły z hukiem. Teraz już polskie władze nie patrzą na Litwę przez palce. I słusznie. Partnerstwo, także w dyplomacji, wymaga zaufania. A jak obdarzać zaufaniem – i współpracować z nim, np. w polityce wschodniej – kraj, któremu od kilkunastu lat nie można zaufać w sprawie pisowni kilku literek?

Litwa zasłużyła na powiedzenie jej tego wszystkiego wprost, ale nie jestem pewien, czy właśnie z okazji okrągłej rocznicy wydarzeń z 13 stycznia 1991 roku. Nie ma ważniejszej daty dla współczesnej Litwy. Wyznacza ona prawdziwy koniec sowieckiej dominacji, okupiony krwią – pod czołgami w Wilnie zginęło kilkunastu ludzi. To dzień męczeństwa i nadziei zarazem.

Najlepiej by więc było, gdyby w ostatniej chwili któryś z polityków sprawujących najwyższe urzędy w Polsce zmienił plany i 13 stycznia poleciał do Wilna. Litwini już dostali przekaz, jak Warszawa ocenia ich postawę wobec polskiej mniejszości. A dostaliby dowód, że w sprawie obalania komunizmu i wyrywania się spod moskiewskiej dominacji nie mamy innego zdania.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pożegnanie z Litwą naszych marzeń

21 paź 2010

Chciałoby się wreszcie napisać coś pozytywnego o stosunkach polsko-litewskich. Zwłaszcza że po każdym z licznych komentarzy wydaje mi się, że dno już opisałem. Że gorzej między sąsiadami, do niedawna przynajmniej mającymi podobne poglądy na wiele spraw międzynarodowych, być nie może. Jednak może.

Jest jeden główny powód tego konfliktu: nacjonalizm i antypolonizm litewski, który nie tylko nie zanika, ale nieoczekiwanie zatacza coraz szersze kręgi.

Nasila się w czasie, gdy Litwa – usadowiona w Unii Europejskiej i NATO – powinna się czuć bezpieczna jak nigdy. Bezpieczna także od – co w Warszawie brzmi egzotycznie – powtórki z polskiej dominacji. Tymczasem doszło już do tego, że czołowy polityk postkomunistycznej lewicy, niegdyś dalekiej od nacjonalizmu, mówi do litewskich Polaków: jeżeli nie chcecie się integrować, to zabierajcie się do Polski.

Kolejną granicę przekroczył właśnie litewski MSZ, pouczając polskich ambasadorów w Wilnie i na dodatek w Rydze, co można w wywiadach prasowych mówić, a czego nie można na temat Litwy. Jako szerzenie nieprawdziwych informacji resort litewskiej dyplomacji uznał wyliczenie znanych od lat problemów mniejszości polskiej. Nierozwiązanych mimo obietnic litewskich prezydentów, marszałków, premierów, ministrów, posłów, czasem składanych po polsku, w atmosferze braterskiego uniesienia. I – co jeszcze ważniejsze – nierozwiązanych wbrew europejskim standardom.

I mimo polskich starań wobec mniejszości litewskiej, zapewne niedoskonałych i prostszych do wykonania, bo Litwinów w Polsce jest wielekroć mniej niż Polaków na Litwie. Ale napisy litewskie i nazwiska w litewskiej wersji są możliwe, jest powiat sejneński utworzony po to, by Litwini stanowili tam znaczną część mieszkańców.   Aż strach spekulować, co może być dalej. Z polskiej strony nie skutkuje ani dawanie serca na dłoni, ani demonstrowanie, że Litwa nie może liczyć na nasze poparcie w ważnych dla niej projektach.

W polityce wschodniej, w polityce bezpieczeństwa i energetycznej prawie wszystko Polskę i Litwę powinno łączyć. Ale jak przy takim braku zaufania o tym rozmawiać? Czy przerwać ten smutny spektakl może tylko wspólne zagrożenie? Bo udział we Wspólnocie Europejskiej (na razie) nie pomógł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie żegnajmy się z Giedroyciem

20 wrz 2010

Dziesięć lat po śmierci Jerzego Giedroycia powoływanie się na niego w polityce wschodniej staje się niezbyt trendy. Bo niepraktyczne, bo nie w rytm melodii o wielkim otwarciu na Rosję i w niezgodzie z tym, czego dziś najwyraźniej chcą nasi mniejsi niż Rosja sąsiedzi na Wschodzie.

Niepraktyczne i nie w rytm jest przypominanie, że otwarcie na Rosję nie może się odbywać kosztem tych mniejszych, słabszych, tych bez gigantycznych złóż surowców i bez wielkiej wagi w polityce międzynarodowej. Dla Moskwy najważniejsze jest, by ona była pierwsza, choćby w takiej sprawie, jak zniesienie wiz unijnych. Najpierw dla nas, dla Rosjan, a potem możecie pomyśleć i o Ukraińcach, Białorusinach czy nawet Azerach i Gruzinach. Myślę, że nie dopuszczę się nadużycia, jeżeli napiszę, że Giedroyc uważałby, iż Ukraińcy i Białorusini powinni być jeżeli nie pierwsi, to przynajmniej na równi z Rosjanami. Polska jest jednak bardziej zaangażowana w znoszenie wiz dla Rosjan, na razie tych z obwodu kaliningradzkiego, co na dodatek jest źle odbierane przez kolejnego sąsiada – Litwę, kraj, którego honorowym obywatelem był Giedroyc.
Czy to znaczy, że polski MSZ pod wodzą Radosława Sikorskiego jest z ducha całkowicie antygiedroyciowski? Mimo wszystko nie, nawet jeżeli głosi, że żegna się z polityką jagiellońską. Bo jednocześnie MSZ chwali się swoim największym projektem unijnym – Partnerstwem Wschodnim, które jest ubogą wersją idei Giedroycia. Ubogą i pod względem oferty dla sześciu państw nim objętych (Ukraina, Białoruś, Mołdawia, Gruzja, Armenia i Azerbejdżan) – czyli mglistej obietnicy właśnie w sprawie zniesienia wiz i wolnego handlu, i pod względem finansowym, bo trudno uznać kilka miliardów euro na kilka lat dla krajów z kilkudziesięcioma milionami mieszkańców za sumę dużą. Partnerstwo to jednak tylko dobry punkt wyjścia, pod warunkiem że na nim się nie skończy i nie pozostanie na zawsze Unią-bis i NATO-bis, których los będzie uzgadniany z Moskwą. Kapryśną w tej sprawie, bo raz jej Partnerstwo Wschodnie nie przeszkadza, a raz ją niepokoi.

Co ciekawe, niezależnie od tego, jak oficjalnie Radosław Sikorski przedstawia znaczenie polityki wobec mniejszych sąsiadów na Wschodzie w polskiej polityce zagranicznej (a nie jest to znaczenie priorytetowe), to w jego wystąpieniach zagranicznych odgrywa rolę pierwszoplanową. Były jej poświęcone w znacznej części wystawione na stronie www.msz.gov.pl przemówienia szefa polskiej dyplomacji wygłoszone pod koniec ubiegłego roku w prestiżowych think tankach Center for International and Strategic Studies w Waszyngtonie i w European Policy Centre w Brukseli.

Polityka uprawiana w duchu Giedroycia wymaga idealizmu i cierpliwości. Jednego i drugiego do tej pory w polityce wschodniej przez wiele lat w Polsce nie brakowało. Zaowocowało to w czasie rewolucji pomarańczowej na Ukrainie. Aleksander Kwaśniewski odegrał tam rolę negocjatora reprezentującego Zachód.

Dziś naszej dyplomacji cierpliwości brakuje. Wzorem Niemiec, Włoch czy Francji łatwiej dogadywać się od razu z Rosją, nie zauważając Ukrainy, Białorusi czy Litwy. Ale polityka pod hasłem pragmatyzmu, gry z wielkimi i realizowania interesów gospodarczych to w najlepszym wypadku polityczne minimum, a w odniesieniu do naszych sąsiadów ze Wschodu – niebezpieczna strategia. Rosja w przeciwieństwie do Polski prowadzi na tym obszarze politykę długofalową. Umowę w sprawie stacjonawania Floty Czarnomorskiej na Krymie podpisuje na kilkadziesiąt lat, na kilkadziesiąt lat chce też podpisać umowę gazową z Polską. Przy okazji, o czym jakoś zapomniano, na początku roku ogłosiła nową doktrynę militarną, również na wiele lat, w której NATO występuje w roli głównego wroga. Z kolei imperialny charakter Kremla pokazuje próba zmiany władcy w Mińsku, który przez wiele lat nie przeszkadzał, a teraz jest przedstawiany jak szef mafii.

To wszystko dowodzi, że to, na czym zależało Giedroyciowi: suwerenność i stabilność krajów na wschód od Polski (także tych, co są już w UE i NATO), nie są dane raz na zawsze. Kilka dni temu brytyjski dziennik „Daily Telegraph” przedstawił scenariusze kryzysów, w które może być wciągnięte NATO. Wśród nich atak Rosji na państwa bałtyckie, Ukrainę, Białoruś i Gruzję (w 2022 roku) przedstawiony jako „wysoce prawdopodobny”. Z Giedroyciem nie wolno się żegnać, lepiej go odczytać na nowo.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Litewskie pożegnanie

27 cze 2010

Zmarł Algirdas Brazauskas, jeden z najważniejszych polityków postkomunistycznej Europy Środkowo-Wschodniej. To z nim utożsamiała się znaczna część Litwinów w pierwszych latach odzyskanej niepodległości.

Pamiętam, jak w 1993 roku wielu moich znajomych w Polsce zachodziło w głowę, jak to możliwe, że były szef partii komunistycznej i to w Związku Radzieckim, uzyskuje w wyborach prezydenckich prawie dwie trzecie głosów ledwie kilka lat po niełatwym wyrwaniu się Litwy spod buta Moskwy? Było to możliwe, bo Brazauskas był co prawda przywódcą komunistów, ale przede wszystkim myślał o interesie Litwy. I wykazał się odwagą, gdy litewska partia komunistyczna odrywała się od KPZR i potem gdy Litwa ogłaszała niepodległość. Dziś już prawie nikt o tym nie pamięta, ale pod koniec lat 80., mimo że w Moskwie władał ulubieniec Zachodu Michaił Gorbaczow, rozpad Związku Radzieckiego wydawał się mało prawdopodobny. Także dlatego, że bez walki nie chciał się z nim pogodzić sekretarz generalny KPZR.

Brazauskas dla wielu Litwinów był przez kilkanaście lat politycznym ojcem, patriarchą, takim politycznym pogotowiem ratunkowym.
Nadzieje z nim związane czuć było, gdy po rezygnacji z walki o drugą kadencję prezydencką (zapewne, by wygrał) wrócił do polityki jako premier i był nim przez pięć lat. Wiele kobiet głosowało na niego, bo miały go za ideał litewskiej urody (w przeciwieństwie do swojego wielkiego rywala Vytautasa Landsbergisa). Z jednej strony był swoiski, postkomunistyczno-gospodarski, z drugiej — zdecydowany i z wizją. Jego rządzenie nie skończyło się co prawda najlepiej, odchodził w atmosferze skandali, jednym z nich była prywatyzacja hotelu w Wilnie, niedgyś goszczącego dygnitarzy, który przejęła jego druga żona.

Litewscy Polacy zazwyczaj bardziej go szanowali niż Landsbergisa, choć i jemu nie udało się (czy naprawdę chciał?) załatwić problemów mniejszości polskiej. Podobno dobrze mówił po polsku, wspominał o tym Aleksander Kwaśniewski. Sam nigdy nie slyszałem, by się po polsku wypowiadał. Widziałem natomiast jego niewyraźną minę, gdy Kwaśniewski podczas wizyty w Wilnie podarował mu kilka tomów słownika języka polskiego Lindego, które zakupił w nieistniejącej już niestety polskiej księgarni Korczyńskiego koło Ostrej Bramy.
W tamtych czasach słyszałem „pewną informację”, że w Toruniu w domu wysiedleńców z Wilna jest stara, przedwojenna fotografia chłopczyka w marynarskim ubranku z napisem (po polsku): „Dla kochanej cioci, Olgierd Brzozowski”.

Pamiętam też nieoczekiwane spotkanie z Brazauskasem w kolejce do kasy w jednym z pierwszych wileńskich supermarketów. Kupił tam sporo zachodnich słodyczy dla wnuczka czy wnuczki. Zapłacił za to niemal jedną dziesiątą oficjalnej pensji prezydenckiej. Takie to były czasy, tyle wówczas kosztowały zachodnie artykuły i tyle zarabiali prezydenci, i na Litwie, i w Polsce. To także on przyłożył się do tego, że teraz żyjemy w zupełnie innych warunkach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop