Wpisy w kategorii „Islam”

Jemeńskie narodziny terrorysty

23 stycznia 2010

Na razie ludzie Obamy mówią, że Ameryka Jemenu nie zaatakuje. Choć są tu warunki na drugi Irak czy Afganistan.

Może nawet lepsze dla terrorystów niż w tamtych krajach. Bo tu oprócz al Kaidy są i ostro walczący rebelianci szyiccy (atakują ich z jednej strony wojska jemeńskie, z drugiej saudyjskie) oraz separatyści z południa (na razie stosujący metody pokojowe). Konfliktów mnóstwo, kraj biedny. W znacznej części Jemenu władza centralna (sojusznik w walce z terroryzmem) nie ma nic do powiedzenia.

Nikt by sobie głowy tym nie zaprzątał, gdyby nie młody Nigeryjczyk, który tu właśnie szykował się do zamachu na amerykański (z bombą w majtkach). Jego, nieudany, atak samobójczy podziałał otrzeźwiająco na polityków i ekspertów zachodnich. Nagle przypomniano sobie, że to z Jemenu pochodzi ponad dwie piąte więźniów Guantanamo (tych, którzy tam jeszcze są), i że al Kaida działa sobie w tym kraju w najlepsze, a przewodzą jej byli więźniowie z tego samego obozu na Kubie, jeden zdążył się jeszcze załapać na kurs resocjalizacji dla terrorystów. Niestety była to porażka systemu penitencjarnego. Zwiał.

Tu także ukrywa się urodzony w Ameryce szejk Awlaki, zwany internetowym bin Ladenem (bo za pomocą najnowszych technologii zachęca młodzież muzułmańską do walki z niewiernymi).


W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” piszę o tym, jak jeden z wielbicieli Awlakiego, syn bajecznie bogatego Afrykańczyka przyjechał do prozaicznie biednego i baśniowo pięknego Jemenu i przerodził się w terrorystę. Chciał się w Boże Narodzenie wysadzić w samolocie nad terytorium wielkiego wroga — Ameryki (nie dał rady się wysadzić, bo był, całe szczęście, nieudolny). Wiadomo, co było po tym nieudanych zamachu samobójczym: wzmożone kontrole na lotniskach, przypomnienie atmosfery, która panowała po 11 września 2001 roku.


Chodziłem śladami nigeryjskiego terrorysty po jemeńskiej Sanie. 
Oto fragment tekstu:
„— Teraz go nienawidzę. Niestety, był moim uczniem. I to najlepszym, zna tak dobrze arabski, że inni studenci pytali: po co ty się jeszcze uczysz? Jestem na niego wściekły, tym bardziej że jest ostatnią osobą, po której mógłbym się spodziewać, że zostanie terrorystą. Jak tu u nas był, to zachowywał się jak wzorcowy muzułmanin. Bardzo dobry człowiek. Miły, uczynny, grzeczny — wspomina Muhammed al Anisi, dyrektor i właściciel Sana’a Institute for the Arabic Language. Nigeryjczyk uczył się tu dwukrotnie. Przez dziesięć miesięcy w roku szkolnym 2004/2005. I od 4 sierpnia do 21 września 2009. Dyrektor Al Anisi, drobny czterdziestoczterolatek z kilkudniowym zarostem, pamięta te daty lepiej niż daty urodzin swoich siedmiorga dzieci. W tych czasie jego instytut nieświadomie zapracował sobie na wizerunek szkoły terroru, jemeńskiej szkoły dżihadu.”


Cały tekst do przeczytania tutaj.


A tu mój poprzedni tekst z Jemenu.


Jerzy Haszczyński

Problem z islamem, problem ze Szwajcarią

29 listopada 2009

Szwajcarzy opowiedzieli się przeciwko minaretom w ich kraju. Wynik referendum dowodzi, że islam stał się najpoważniejszym źródłem lęków i niechęci społeczeństwa. Pewnie nie dotyczy to tylko Szwajcarii, ale i wielu innych państw Europy Zachodniej, gdzie islam jest już drugą religią.

Obywatele są wyraźnie niezadowoleni ze sposobu, w jaki do rosnącej roli islamu i kłopotów z integracją muzułmanów podchodzi europejski establishment. Trudno o przykład większej rozbieżności – władze, elity biznesowe i intelektualne w Szwajcarii są przeciw zakazowi, a znaczna większość mieszkańców popiera go, nie bacząc na to, że to pomysł populistycznej partii ludowej (SVP). I to wszystko w kraju, w którym meczety z minaretami można policzyć na palcach jednej ręki.

Rezultat referendum jest takim zaskoczeniem, bo lęk przed islamem i niechęć do niego żyją w drugim obiegu, niedostrzegane przez władze. Mówi się o nich po cichu, w domach czy kawiarniach.

Pojawiły się, bo większość drastycznych przypadków nietolerancji, od kamienowania kobiet podejrzanych o cudzołóstwo przez mordowanie chrześcijan w kościołach po wieszanie na dźwigach homoseksualistów, pochodzi z krajów muzułmańskich. Bo większość terrorystów, o których się słyszy w Europie, to muzułmanie. Bo wielu muzułmanów, którzy przyjeżdżają do Europy, żyje z zasiłków na koszt innych obywateli niemuzułmanów.

Szwajcarzy, głosując za zakazem wznoszenia minaretów, dali sygnał, że lepiej niż rządy zdają sobie sprawę, że trudności z integracją przybyszów z krajów muzułmańskich stają się największym społeczno-cywilizacyjnym problemem Europy. Niestety, taki sygnał mogli dać jedynie w referendum, którego efektem będzie zakaz w stylu nietolerancyjnych krajów muzułmańskich. Takich, gdzie nie wolno się obnosić z krzyżem czy Biblią.

Post francuski

8 września 2009

Jest ramadan, także dla kilku milionów Francuzów. Pości 70 procent francuskich muzułmanów. Francuscy katolicy zaś raczej swobodnie podchodzą do praktyk religijnych, wymagających znacznie mniej wyrzeczeń niż powstrzymywanie się od jedzenia przez kilkanaście godzin na dobę, od wchodu do zachodu słońca.



Byłem przez miesiąc we Francji, na południu, w uniwersyteckim mieście Montpellier, gdzie chodziłem do szkoły językowej. Z nowych zjawisk najbardziej intrygowało mnie, jak sobie układają życie francuscy muzułmanie, czyli zazwyczaj przybysze z Maghrebu lub ich potomkowie. Pan Rolland, od którego wynająłem dom, człowiek wykształcony i dobrze sytuowany, mówił o „nich” z lękiem. Dom wynajął (też przybyszowi, ale jednak z innych stron) głównie dlatego, że wyjeżdżał na urlop i bał się zostawić go na pastwę Arabów i Cyganów. Opowiadał też o osiedlach w swoim Montpellier, gdzie bałby się zajrzeć nawet w biały dzień, bo Arabowie robią tam, co chcą.


W tych nadal głównie francuskich częściach miastach też jest sporo muzułmanów. Ja nie widziałem żadnego, który wzbudzałby strach. Rzuciło mi się w oczy coś innego. Mężczyźni, dwudziestokilkuletni czy trzydziestokilkuletni, ubierają się jak ich niemuzułmańscy rówieśnicy, w czasie upału chodzą w krótkich spodenkach, T-shirtach i klapkach. Towarzyszą im jednak kobiety, które mimo potwornej temperatury noszą szczelnie zakrywające głowę chusty, długie suknie nakładane jeszcze na bluzki, spod których wystają jeszcze leginsy czy spodnie z materiału jak na dresy. One nie mają szansy się ochłodzić, wobec nich wymagania są jak w ojczyźnie przodków. Inaczej niż wobec mężczyzn.


Według sondażu ośrodka badań Ifop, który ukazał się z okazji ramadanu, 70 procent francuskich muzułmanów pości przez cały ten miesiąc. I jest to o 10 punktów procentowych więcej niż 20 lat temu. Islam wyznaje około 6 procent z 62 milionów mieszkańców Francji, czyli 3,7 mln ludzi. Do wyrzeczeń, z jakimi związany jest post, skłonnych jest 2,6 miliona. Dlaczego podaję te liczby. Po to, by porównać z wynikami sondażu (ośrodka CSA, sprzed dwóch lat) na temat katolików francuskich. Stanowią 51 procent mieszkańców. Z tego 17 procent chodzi na mszę raz na dwa tygodnie lub częściej (nie jest to takie wyrzeczenie jak cały miesiąc postu, ale zawsze coś). To daje 5,3 mln. Komentarz jest zbyteczny. 


Dodam tylko, że w Montpellier w kościołach mszy jest niewiele. Wieczorem kościoły są zazwyczaj zamknięte na głucho, w tym w najważniejszym — Świętego Rocha. Najważniejsza procesja w mieście, właśnie w dniu Świętego Rocha (obchodzono go 15 i 16 sierpnia), gromadzi głównie staruszki i imigrantów z Czarnej Afryki. A na trasie procesji kawiarnie i bary są pełne. I głośne, nawet widok rozmodlonych ludzi ze świecami w rękach nie skłania właścicieli i kelnerów do wyłączenia muzyki. I ten brak szacunku jest najbardziej szokujący.

A kawiarnie, herbaciarnie i bary z kebabami prowadzone przez muzułmanów i dla muzułmanów w czasie ramadanu (do zmroku) są zazwyczaj zamknięte. I to też się rzuca w oczy.

Czy można rozmawiać o islamie

21 września 2008

Bitwa o islam, która rozegrała się w Kolonii, pokazuje, że zachodnioeuropejskie społeczeństwa nie radzą sobie ze zjawiskiem rosnącej roli muzułmanów. Nie chcą debaty na ten temat.

Lęki widać w sondażach, ale gdy wyrażają je – nieliczni – politycy czy intelektualiści, to większość mediów krzyczy o ksenofobii, obskurantyzmie czy neonazizmie.

To zrozumiałe, że wielu Niemców jest szczególnie wyczulonych na działania nacjonalistycznych radykałów. Nie da się zaprzeczyć, że część przeciwników budowy wielkich meczetów to znani z innych demonstracji zwolennicy porządków w stylu Trzeciej Rzeszy, gdy prawdziwy Niemiec miał pracę i poczucie dumy z tego, że jest Niemcem. Oni wykorzystują każdą okazję, by protestować przeciwko obcym.

Ale wznoszenie w Kolonii minaretów o wysokości 55 metrów nie podoba się znacznej części mieszkańców. Podobnie jest w wielu innych europejskich miastach, gdzie muzułmanie są coraz liczniejsi. Nie jest to – a w każdym razie nie tylko – wynik niechęci do innego wyznania. To lęk przed, na razie symboliczną, dominacją religii, która nie tylko jest nowa na tym terenie, ale i wiąże się z obyczajami oraz normami, które są sprzeczne z wartościami wyznawanymi przez zachodnich Europejczyków.

O tym trzeba dyskutować. Nie ma też powodu, by przeciwnicy rosnącej roli islamu nie mogli protestować na ulicach miast czy organizować kongresy. Chyba że będą na nich nawoływali do przemocy wobec muzułmanów, ale o tym w Kolonii nie było słychać.

W Niemczech i w wielu krajach zachodnich bez problemu można organizować protesty przeciw papieżowi. Co więcej marsze i wiece w centrach niemieckich miast mogą organizować prawdziwi neonaziści z NPD, byle nie pod hasłami antyislamskimi. Potępienie pod adresem organizatorów niedoszłego kongresu antyislamistów wygłaszali także politycy chadeccy. A to ich, najsilniejsza w Niemczech, partia nie chce w UE muzułmańskiej Turcji i to w ich partii dyskutuje się o wiodącej kulturze (niemieckiej), której podporządkować powinni się imigranci wyznający islam.

Ta mieszanka dławionych obaw i dławionej krytyki do niczego dobrego nie doprowadzi.

Karykatura proroka i karykatura prawa

18 stycznia 2008

Trzy lata w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze ma spędzić redaktor malutkiej gazety białoruskiej za wydrukowanie karykatur Mahometa. Czuję się w obowiązku zabrać w sprawie tej radykalnej kary głos, bo sam te karykatury drukowałem.

Zarzut wobec dziennikarza białoruskiej „Zgody” jest podobny do tego, który różnym gazetom na świecie stawiały organizacje muzułmańskie, rządy krajów islamskich i czasem także prokuratury w krajach, gdzie doszło do publikacji: obraza uczuć religijnych. Kodeks białoruski mówi o podsycaniu nienawiści (religijnej, rasowej czy narodowej) przez osobę wykonującą obowiązki służbowe.

W tym wypadku urażona poczuła się organizacja białoruskich muzułmanów. Ale i ona jest zaskoczona surowością wyroku. Być może sąd po prostu wykorzystał okazję, by wsadzić za kraty opozycyjnego dziennikarza, a pod ręką był akurat argument podsunięty przez miejscowych muzułmanów. Być może Aleksander Łukaszenko liczy na jakieś profity w krajach islamskich.

Tak czy owak kara jest szokująca, także dlatego że dotyczy publikacji w gazecie o bardzo małym nakładzie (drukuje około 5 tysięcy egzemplarzy, z tego do czytelników trafia zapewne znacznie mniej). Naczelny gazety zresztą wielekroć przepraszał urażonych muzułmanów, tak jak niegdyś ówczesny naczelny „Rzeczpospolitej” Grzegorz Gauden.

Przypomnę atmosferę, w jakiej karykatury opublikowała „Rz” i – mniej więcej w tym samym czasie – malutka białoruska „Zgoda”. Rozwścieczone tłumy atakowały zachodnie ambasady w krajach muzułmańskich, płonęły flagi, a rządy i obywatele wielu państw islamskich bojkotowali produkty wyprodukowane w nieszczęsnej Danii, w której prywatna gazeta – „Jyllands-Posten” pierwsza wydrukowała karykatury Mahometa.

Postępowanie duńskiego dziennika pewnie było prowokacyjne i nieprzemyślane. Ale reakcja niewspółmierna, niesłychana wręcz, pokazująca totalną inność i wrogość świata islamu – od duchownych przez rządy, monarchów po prostych ludzi z biednych ulic. Nigdy nie zdecydowalibyśmy się na druk karykatur proroka pierwsi. I nie zamierzaliśmy (aż głupio to podkreślać) ranić niczyich uczuć. Chodziło i o zachodnie wartości – wolności słowa, co w czasie płonących ambasad było szczególnie istotne – i o pokazanie, o co tak naprawdę chodzi? Jakie rysunki wywołują taką gwałtowną reakcję?

Przypuszczam, że Aleksandrem Sdzwiżkowem kierowały podobne intencje. Dlatego tym bardziej chcę wyrazić swój sprzeciw wobec tego wyroku.

Wspieram irańskie feministki

31 października 2007

Nie znam w Polsce walczących feministek, ale będą musiał poznać. Poprosiły mnie o to w Teheranie feministki irańskie. A trudno im odmówić, ich walka jest godna podziwu, im grozi więzienie, kary cielesne, nie mówiąc już od wrogich spojrzeniach i niemiłych słowach na ulicy.

Dwie z moich rozmówczyń spędziły cztery doby w areszcie, co było wstępem do rozprawy sądowej. Powód – udział w manifestacji w imię zmian prawa, które kobietę traktuje jak pół albo i ćwierć mężczyzny (np. w kwestii odszkodowań i spadków), a w razie rozwodu nakazuje pozostawienie dziecka powyżej siódmego roku życia przy ojcu a nie matce.
Sprawa nie jest zakończona, 24-letnia Delaram Ali podczas rozmowy ze mną nerwowo odbiera telefony od prawników — w najbliższych dniach sąd rozpatrzy jej odwołanie od drakońskiego wyroku za tamtą manifestację sprzed półtora roku na teherańskim placu Haft-e Tir.
Od sądu wyższej instancji zależy, czy zostanie wykonany wyrok – dziesięć batów i 32 miesiące więzienia. Dotknęłoby to dziewczynę, która od dziesięciu tygodni jest mężatką.
Rozgłos międzynarodowy może jej pomóc uniknąć kary.

W Iranie, gdzie jestem od kilku dni, wszystkie kobiety w miejscach publicznych mogą pokazać tylko owal twarzy i dłonie. Nie dotyczy to tylko mniejszości religijnych, głównie Ormian czy ściślej Ormianek, które Ormianom nie z własnej rodziny mogą pokazać włosy — w ormiańskiej restauracji, szkole czy klubie sportowym.
Feministki i nie tylko one, także wiele nienależących do organizacji kobiecych dziewczyn z bogatego i dobrze wykształconego północnego Teheranu, zarzucają chusty na głowę z pewną nonszalancją, spod, często kolorowych, tkanin wystają pukle włosów. To ryzykowne. To też grozi karą, mandatem od policji obyczajowej.

Dziewczyny z kobiecej gazety Zanan proszą, bym pośredniczył w kontaktach z organizacjami feministycznymi w Polsce i dziennikarkami pism kobiecych.
Co też czynię.
Jak wrócę do Polski z Iranu (za kilka dni), to się odezwę, przekażę namiary na irańskie feministki, które bardzo potrzebują wsparcia. Nie przypuszczałem, że kiedyś napiszę takie zdanie.
Mam w planach publikację reportażu o Irankach.