Na razie ludzie Obamy mówią, że Ameryka Jemenu nie zaatakuje. Choć są tu warunki na drugi Irak czy Afganistan.
Może nawet lepsze dla terrorystów niż w tamtych krajach. Bo tu oprócz al Kaidy są i ostro walczący rebelianci szyiccy (atakują ich z jednej strony wojska jemeńskie, z drugiej saudyjskie) oraz separatyści z południa (na razie stosujący metody pokojowe). Konfliktów mnóstwo, kraj biedny. W znacznej części Jemenu władza centralna (sojusznik w walce z terroryzmem) nie ma nic do powiedzenia.
Nikt by sobie głowy tym nie zaprzątał, gdyby nie młody Nigeryjczyk, który tu właśnie szykował się do zamachu na amerykański (z bombą w majtkach). Jego, nieudany, atak samobójczy podziałał otrzeźwiająco na polityków i ekspertów zachodnich. Nagle przypomniano sobie, że to z Jemenu pochodzi ponad dwie piąte więźniów Guantanamo (tych, którzy tam jeszcze są), i że al Kaida działa sobie w tym kraju w najlepsze, a przewodzą jej byli więźniowie z tego samego obozu na Kubie, jeden zdążył się jeszcze załapać na kurs resocjalizacji dla terrorystów. Niestety była to porażka systemu penitencjarnego. Zwiał.
Tu także ukrywa się urodzony w Ameryce szejk Awlaki, zwany internetowym bin Ladenem (bo za pomocą najnowszych technologii zachęca młodzież muzułmańską do walki z niewiernymi).
W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” piszę o tym, jak jeden z wielbicieli Awlakiego, syn bajecznie bogatego Afrykańczyka przyjechał do prozaicznie biednego i baśniowo pięknego Jemenu i przerodził się w terrorystę. Chciał się w Boże Narodzenie wysadzić w samolocie nad terytorium wielkiego wroga — Ameryki (nie dał rady się wysadzić, bo był, całe szczęście, nieudolny). Wiadomo, co było po tym nieudanych zamachu samobójczym: wzmożone kontrole na lotniskach, przypomnienie atmosfery, która panowała po 11 września 2001 roku.
Chodziłem śladami nigeryjskiego terrorysty po jemeńskiej Sanie. Oto fragment tekstu: „— Teraz go nienawidzę. Niestety, był moim uczniem. I to najlepszym, zna tak dobrze arabski, że inni studenci pytali: po co ty się jeszcze uczysz? Jestem na niego wściekły, tym bardziej że jest ostatnią osobą, po której mógłbym się spodziewać, że zostanie terrorystą. Jak tu u nas był, to zachowywał się jak wzorcowy muzułmanin. Bardzo dobry człowiek. Miły, uczynny, grzeczny — wspomina Muhammed al Anisi, dyrektor i właściciel Sana’a Institute for the Arabic Language. Nigeryjczyk uczył się tu dwukrotnie. Przez dziesięć miesięcy w roku szkolnym 2004/2005. I od 4 sierpnia do 21 września 2009. Dyrektor Al Anisi, drobny czterdziestoczterolatek z kilkudniowym zarostem, pamięta te daty lepiej niż daty urodzin swoich siedmiorga dzieci. W tych czasie jego instytut nieświadomie zapracował sobie na wizerunek szkoły terroru, jemeńskiej szkoły dżihadu.”
Cały tekst do przeczytania tutaj.
A tu mój poprzedni tekst z Jemenu.
Jerzy Haszczyński




