Wpisy w kategorii „Francja”

Zbyt łatwo rozpoczęto nagonkę na Straussa-Kahna

1 lip 2011

Dominique Strauss-Kahn nie odzyska już stanowiska szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ale może odzyskać dobre imię, a nawet dostać szansę na powrót do wielkiej polityki w swojej ojczyźnie, Francji.

Był już na dnie. Wydawało się, że pozostały mu dwie możliwości: albo posiedzi do starości w więzieniu, albo na wolności będzie miał do odegrania jedynie rolę żywej przestrogi dla VIP-ów. Przestrogi przed zatraceniem się w namiętnościach na oczach opinii publicznej. Przed przedmiotowym traktowaniem kobiet. Przed zapominaniem, że w czasach nowoczesnej technologii, gdy każdy może zrobić każdemu zdjęcie doskonałej jakości i je zaprezentować milionom, VIP nie zawsze ma szansę skorzystać z innych praw niż te, które przysługują maluczkim.

Był na dnie, gdy prawie wszyscy uwierzyli słowom pokojówki z nowojorskiego hotelu, że Strauss-Kahn próbował ją zgwałcić. Gdy pokazano go zakutego w kajdanki. Gdy w świat popłynęły opowieści o jego samczych zapędach z przeszłości.

Teraz, gdy amerykańscy prokuratorzy zwątpili w wiarygodność pokojówki, przyszła banalna refleksja. W czasach szybkich mediów winę ogłasza się natychmiast. Byle szybciej od konkurencji. Bez dochodzenia, już nie mówiąc o wyroku. Niezależnie od tego, jak się sprawa skończy, trzeba powiedzieć, że zbyt łatwo przystąpiono do nagonki na byłego szefa MFW, w czym niewątpliwie miały udział jego wcześniejsze perypetie z pogranicza seksu i władzy.

Ale jeżeli się okaże, że pokojówka naprawdę kłamie, że wzięła udział w spisku na potężnego gracza na światowym rynku finansowym i na francuskiej scenie politycznej, to Dominique Strauss-Kahn ma szansę na równie błyskawiczną rehabilitację. Może się odbić od dna tak szybko, jak nie udało się to żadnemu z wcześniej niesłusznie oskarżanych. Może jeszcze zostać prezydentem Francji. I byłby to także swoisty symbol nowego świata polityki, moralności, mediów i technologii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Francuski PRL

20 wrz 2009

Toalet publicznych prawie nie ma, a jak są to, zazwyczaj lepiej do nich nie wchodzić; charakterystyczny smrodek unosi się na ulicach w centrum miast, a pociągi się spóźniają (a w nich brak wody i, a jakże, zapchane toalety).

Ilu wstydu najedli się Polacy w czasach PRL (i nie tylko), gdy musieli turystom zagranicznym wskazywać drogę do publicznych WC. Do wstydów polskich trzeba było zaliczyć i toalety kolejowe, wraz z całym tym pekapowskim bałaganem. I smród, brud, kupy na ulicach i trawnikach (nie wiadomo, czy tylko psie). 
Teraz podobnie jest we Francji, gdzie — jak już pisałem — spędziłem cztery letnie tygodnie. Francja, południowa (ja byłem głównie w uniwersyteckim Montpellier), daje szansę na pozbycie się kompleksów ciążących od czasów PRL. Zapewne nie wszystkich, bo wiele tam rzeczy miłych, przyjemnych i ładnych (głównie darów przyrody i wytworów dawnych epok). 


Zaczęło się w Nicei, gdzie turyści pod wieczór biegają wzdłuż plaży z nadzieją, że któraś z toalet będzie jednak czynna. Z nadzieją chwytają za kolejną klamkę. I znowu — zamknięte. W Montpellier jest centrum handlowe Polygone, kilka pięter sklepów różnych firm, duma mieszkańców. A w nim jedna toaleta. Nieczynna. Napis zachęca, by odwiedzić którąś z kawiarń na odległym o kilometr Placu de la Comedie. Tam można dobiec, ale toalety nie są zachęcające. Zaraz za tym placem są malutkie uliczki, na których trzeba zatykać nos i jednocześnie uważnie patrzeć pod nogi, by w coś nie wdepnąć (marne pocieszenie, że może to być kupa jednego z wielu psów, które robią we Francji, co chcą, a nawet więcej). 


Przy jednej z tych uliczek jest szkoła języka francuskiego, w której się uczyłem. Niemieckojęzyczni Szwajcarzy, których przyjeżdża do szkoły szczególnie dużo, poproszeni przez nauczycielkę o ułożenie przykładowego zdania z trybem warunkowych, mówili: Gdybym wiedział, że ulica jest tak brudna, to bym tu nie przyjechał. 
Dlaczego nie ma toalet publicznych, także w centrach handlowych? — pytałem miejscowego architekta. A on na to, że to ze względu na narkomanów. Jak jest toaleta publiczna, to zaraz zagnieździ się w niej jakiś narkoman. Czyli ich się nie projektuje, a jeżeli już, to i tak będą zamknięte na klucz (który można wyżebrać w dziale obsługi klienta). To jest specyficzny sposób walki z narkomanią. A przede wszystkim specyficzne podejście do potrzeb społeczeństwa, w którym narkomani nie są większością. 

Najciekawsze było zadowolenie i poczucie wyższości francuskiego architekta, który w ten sposób tłumaczy, dlaczego we Francji nie dba się o higienę, o podstawowe potrzeby. W Polsce byłby wstyd i bicie się w piersi. 


Do Montpellier przyjechałem pociągiem z Nicei. Można by w nim kręcić tanią komedię. To, że się spóźnił, to drobiazg. W środku totalne zamieszanie, bo ktoś wpadł na pomysł, by zmienić numery miejsc. I listy z nowymi numerami wywiesił na szklanych drzwiach do wagonów. Toalety były zapchane już zaraz za Niceą, skąd pociąg ruszał, a miał przed sobą dziewięć godzin drogi nad Atlantyk. 
Francuscy kolejarze znajdują jakąś satysfakcję w spóźnieniach. Bawi ich widok tłumu biegającego po peronach na stacjach przesiadkowych. W Nimes biegłem z pociągu z Awinionu, który nie wiedzieć czemu wyruszył pół godziny później w trasę trwającą również pół godziny, do pociągu do Montpellier, który czekał na nas kilkanaście minut. Gdy już chwytaliśmy klamek, odjechał. — Dłużej już nie mogliśmy czekać! — rzucił kolejarz. Wydaje mi się symbolem kolei francuskich.




  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Post francuski

8 wrz 2009

Jest ramadan, także dla kilku milionów Francuzów. Pości 70 procent francuskich muzułmanów. Francuscy katolicy zaś raczej swobodnie podchodzą do praktyk religijnych, wymagających znacznie mniej wyrzeczeń niż powstrzymywanie się od jedzenia przez kilkanaście godzin na dobę, od wchodu do zachodu słońca.



Byłem przez miesiąc we Francji, na południu, w uniwersyteckim mieście Montpellier, gdzie chodziłem do szkoły językowej. Z nowych zjawisk najbardziej intrygowało mnie, jak sobie układają życie francuscy muzułmanie, czyli zazwyczaj przybysze z Maghrebu lub ich potomkowie. Pan Rolland, od którego wynająłem dom, człowiek wykształcony i dobrze sytuowany, mówił o „nich” z lękiem. Dom wynajął (też przybyszowi, ale jednak z innych stron) głównie dlatego, że wyjeżdżał na urlop i bał się zostawić go na pastwę Arabów i Cyganów. Opowiadał też o osiedlach w swoim Montpellier, gdzie bałby się zajrzeć nawet w biały dzień, bo Arabowie robią tam, co chcą.


W tych nadal głównie francuskich częściach miastach też jest sporo muzułmanów. Ja nie widziałem żadnego, który wzbudzałby strach. Rzuciło mi się w oczy coś innego. Mężczyźni, dwudziestokilkuletni czy trzydziestokilkuletni, ubierają się jak ich niemuzułmańscy rówieśnicy, w czasie upału chodzą w krótkich spodenkach, T-shirtach i klapkach. Towarzyszą im jednak kobiety, które mimo potwornej temperatury noszą szczelnie zakrywające głowę chusty, długie suknie nakładane jeszcze na bluzki, spod których wystają jeszcze leginsy czy spodnie z materiału jak na dresy. One nie mają szansy się ochłodzić, wobec nich wymagania są jak w ojczyźnie przodków. Inaczej niż wobec mężczyzn.


Według sondażu ośrodka badań Ifop, który ukazał się z okazji ramadanu, 70 procent francuskich muzułmanów pości przez cały ten miesiąc. I jest to o 10 punktów procentowych więcej niż 20 lat temu. Islam wyznaje około 6 procent z 62 milionów mieszkańców Francji, czyli 3,7 mln ludzi. Do wyrzeczeń, z jakimi związany jest post, skłonnych jest 2,6 miliona. Dlaczego podaję te liczby. Po to, by porównać z wynikami sondażu (ośrodka CSA, sprzed dwóch lat) na temat katolików francuskich. Stanowią 51 procent mieszkańców. Z tego 17 procent chodzi na mszę raz na dwa tygodnie lub częściej (nie jest to takie wyrzeczenie jak cały miesiąc postu, ale zawsze coś). To daje 5,3 mln. Komentarz jest zbyteczny. 


Dodam tylko, że w Montpellier w kościołach mszy jest niewiele. Wieczorem kościoły są zazwyczaj zamknięte na głucho, w tym w najważniejszym — Świętego Rocha. Najważniejsza procesja w mieście, właśnie w dniu Świętego Rocha (obchodzono go 15 i 16 sierpnia), gromadzi głównie staruszki i imigrantów z Czarnej Afryki. A na trasie procesji kawiarnie i bary są pełne. I głośne, nawet widok rozmodlonych ludzi ze świecami w rękach nie skłania właścicieli i kelnerów do wyłączenia muzyki. I ten brak szacunku jest najbardziej szokujący.

A kawiarnie, herbaciarnie i bary z kebabami prowadzone przez muzułmanów i dla muzułmanów w czasie ramadanu (do zmroku) są zazwyczaj zamknięte. I to też się rzuca w oczy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop