Wpisy w kategorii „Bliski Wschód”

Izrael strzela wbrew własnym interesom

31 maj 2010

Izrael umie sobie robić wrogów. A sojuszników i przyjaciół stawiać w co najmniej niezręcznej sytuacji. Tak jak teraz, po nocnym ataku komandosów na zmierzającą do Strefy Gazy flotyllę statków z pacyfistami i działaczami lewicowymi z wielu krajów.

Tak, to prawda, pacyfiści sprowokowali Izraelczyków, którzy blokadę Strefy Gazy uważają za podstawowy element swojego bezpieczeństwa. Prawdą też jest to, że na pokładzie statku komandosi zostali zaatakowani prętami, nożami, a może nawet niektórzy demonstranci mieli broń palną. Ale Izraelczycy nie powinni się dać sprowokować. I nie wolno im było strzelać z ostrej amunicji do działaczy organizacji pacyfistycznych, niezależnie od poglądów tych działaczy i stopnia ich agresji. Nie da się formułami o obronie koniecznej komandosów usprawiedliwić śmierci kilkunastu ludzi.

Najbardziej prominentny z lewicowych polityków izraelskich wicepremier Ehud Barak uważa, że winni są organizatorzy eskapady. Wątpliwe, by takie wyjaśnienie trafiło do opinii publicznej w Europie Zachodniej, do której jest ono zapewne skierowane. Gdy w Europie na ulicy od kuli policjanta ginie demonstrant, nawet agresywny, to problem ma zazwyczaj policja. A to nie była izraelska ulica. To był pokład statku znajdującego się najprawdopodobniej na wodach międzynarodowych. Statku płynącego do terytorium, które nie należy do Izraela.

Blokada tego terytorium, zamknięcie półtora miliona Palestyńczyków na skrawku ziemi zwanym Strefą Gazy, jest i tak powodem krytyki znacznej części świata pod adresem Izraela. Teraz krytyka ta będzie jeszcze ostrzejsza. I na tym straty polityczne dla Izraela zapewne się nie skończą. Grozi mu zerwanie stosunków z najbardziej związaną z flotyllą Turcją, jednym z niewielu państw islamskich, które go tolerowały. Grozi mu wzrost nastrojów antyizraelskich na Zachodzie, bo o krajach muzułmańskich nie ma nawet co mówić.

Trudno zrozumieć, dlaczego dowódcy i przywódcy izraelscy nie przewidzieli skutków nocnego ataku komandosów na konwój. I dlaczego nie dbają o to, aby Izraelowi nie przybywało wrogów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jemeńskie narodziny terrorysty

23 sty 2010

Na razie ludzie Obamy mówią, że Ameryka Jemenu nie zaatakuje. Choć są tu warunki na drugi Irak czy Afganistan.

Może nawet lepsze dla terrorystów niż w tamtych krajach. Bo tu oprócz al Kaidy są i ostro walczący rebelianci szyiccy (atakują ich z jednej strony wojska jemeńskie, z drugiej saudyjskie) oraz separatyści z południa (na razie stosujący metody pokojowe). Konfliktów mnóstwo, kraj biedny. W znacznej części Jemenu władza centralna (sojusznik w walce z terroryzmem) nie ma nic do powiedzenia.

Nikt by sobie głowy tym nie zaprzątał, gdyby nie młody Nigeryjczyk, który tu właśnie szykował się do zamachu na amerykański (z bombą w majtkach). Jego, nieudany, atak samobójczy podziałał otrzeźwiająco na polityków i ekspertów zachodnich. Nagle przypomniano sobie, że to z Jemenu pochodzi ponad dwie piąte więźniów Guantanamo (tych, którzy tam jeszcze są), i że al Kaida działa sobie w tym kraju w najlepsze, a przewodzą jej byli więźniowie z tego samego obozu na Kubie, jeden zdążył się jeszcze załapać na kurs resocjalizacji dla terrorystów. Niestety była to porażka systemu penitencjarnego. Zwiał.

Tu także ukrywa się urodzony w Ameryce szejk Awlaki, zwany internetowym bin Ladenem (bo za pomocą najnowszych technologii zachęca młodzież muzułmańską do walki z niewiernymi).


W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” piszę o tym, jak jeden z wielbicieli Awlakiego, syn bajecznie bogatego Afrykańczyka przyjechał do prozaicznie biednego i baśniowo pięknego Jemenu i przerodził się w terrorystę. Chciał się w Boże Narodzenie wysadzić w samolocie nad terytorium wielkiego wroga — Ameryki (nie dał rady się wysadzić, bo był, całe szczęście, nieudolny). Wiadomo, co było po tym nieudanych zamachu samobójczym: wzmożone kontrole na lotniskach, przypomnienie atmosfery, która panowała po 11 września 2001 roku.


Chodziłem śladami nigeryjskiego terrorysty po jemeńskiej Sanie. 
Oto fragment tekstu:
„— Teraz go nienawidzę. Niestety, był moim uczniem. I to najlepszym, zna tak dobrze arabski, że inni studenci pytali: po co ty się jeszcze uczysz? Jestem na niego wściekły, tym bardziej że jest ostatnią osobą, po której mógłbym się spodziewać, że zostanie terrorystą. Jak tu u nas był, to zachowywał się jak wzorcowy muzułmanin. Bardzo dobry człowiek. Miły, uczynny, grzeczny — wspomina Muhammed al Anisi, dyrektor i właściciel Sana’a Institute for the Arabic Language. Nigeryjczyk uczył się tu dwukrotnie. Przez dziesięć miesięcy w roku szkolnym 2004/2005. I od 4 sierpnia do 21 września 2009. Dyrektor Al Anisi, drobny czterdziestoczterolatek z kilkudniowym zarostem, pamięta te daty lepiej niż daty urodzin swoich siedmiorga dzieci. W tych czasie jego instytut nieświadomie zapracował sobie na wizerunek szkoły terroru, jemeńskiej szkoły dżihadu.”


Cały tekst do przeczytania tutaj.


A tu mój poprzedni tekst z Jemenu.


Jerzy Haszczyński

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Papież i osierocone dzieci z Gazy

13 maj 2009

Odwiedziny papieża w Betlejem to wydarzenie religijne — tak powinno być i miejmy nadzieję, że kiedyś tak będzie. Ale w dzisiejszym Betlejem, jednym z miast Autonomii Palestyńskiej, nie sposób ich oddzielić od polityki. Od wielkiej polityki światowej — związanej z najtrudniejszym i budzącym największe emocje konfliktem na świecie.

Podczas mszy w miejscu narodzin Chrystusa i rozmów z Palestyńczykami wypowiedział wiele zdań o charakterze biblijnym i teologicznym. Największym echem zapewne odbiją się jednak te dotyczące konfliktu izraelsko-palestyńskiego. W kazaniu na samym początku i „w sposób szczególny” papież zwrócił się do chrześcijan ze strefy Gazy. Oni, ich rodziny i znajomi, doznali, jak podkreślił, „strat, udręk, cierpień”. Wcześniej, przed mszą, modlił się za zabite i osierocone dzieci z Gazy.


To wyróżnienie kwestii Gazy, zaatakowanej pod koniec zeszłego roku przez armię izraelską, brzmi jak spełnienie obaw wielu Izraelczyków wobec pielgrzymki Benedykta XVI do Ziemi Świętej. Że wyraźnie stanie po stronie Palestyńczyków. Papież stanął jednak przede wszystkim po stronie słabszych, biedniejszych, odciętych od świata. Jak zwykle. 
Z tego też powodu Watykan nie zbojkotował ONZ-owskiej konferencji Durban II poświęconej rasizmowi, gdzie główny mówca prezydent Iranu piętnował Izrael. Występ Mahmuda Ahmadineżada bojkotowały państwa zachodnie, ale nie biedne i zagubione państwa afrykańskie czy latynoskie, których los jest dla Kościoła ważny. 
Benedykt XVI potwierdził, że Watykan sprzeciwia się wszystkim wojnom, także tym, które są prowadzone i popierane przez kraje katolickie czy szerzej chrześcijańskie. Strefa Gazy jest zresztą miejscem, gdzie wsparcie dla katolików (bardzo nielicznych, może dwie setki wiernych) jest szczególnie ważne. Nie tylko cierpią w wyniku wojny z Izraelem, ale i z powodu panujących tam radykałów islamskich. 


Nie ma też nic w zaskakującego w poparciu Benedykta XVI dla powstania państwa palestyńskiego. Za tym są wszyscy lub prawie wszyscy na świecie, także znaczna część Izraelczyków. Polska na pewno — mamy przecież nawet w Warszawie ambasadę Palestyny, o takim samym statusie, jak ambasady Izraela czy Iranu. 

Tylko nikt nie wie, jak doprowadzić do porozumienia Palestyńczyków i Izraela. Benedykt XVI na pewno w tym nie przeszkodził. A nawołując do pokoju i odrzucenia przez Palestyńczyków terroryzmu może trochę pomógł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska razem z Izraelem

20 kwi 2009

Rasizm, ksenofobia, dyskryminacja rasowa, nietolerancja. O nich niewątpliwie trzeba mówić, o nich trzeba słuchać. Przede wszystkim zaś trzeba próbować z nimi wygrać. Dlaczego więc Izrael, USA, Polska i sporo innych państw zachodnich bojkotują konferencję zorganizowaną przez ONZ, która poświęcona jest tym zjawiskom?

Przede wszystkim dlatego, że ważne kto mówi i co konkretnie mówi o rasizmie, ksenofobii i dyskryminacji. A na konferencji, która wczoraj zaczęła się w Genewie (zwanej zaś na pamiątkę poprzedniej z 2001 roku, również wzbudzającej kontrowersji, Durbanem II), głównym mówcą jest Mahmud Ahmadineżad, prezydent Iranu, czyli kraju, w którym dyskryminacja i nietolerancja są na porządku dziennym. Nietolerancja i dyskryminacja o bardzo szerokim zakresie — kobiet, dziewczynek, homoseksualistów, mniejszości religijnych, np. bahaitów.

Mowy w Genewie wygłoszą także ministrowie i wiceministrowie z takich krajów słynących z respektowania praw człowieka, znanych symboli demokracji, pluralizmu i szacunku dla wolności słowa jak Syria, Laos, Libia, Kuba i Zimbabwe.

Tak, jak można się było spodziewać, irański prezydent za najlepszy przykład rasizmu na świecie uznał Izrael. Przy okazji po raz kolejny obraził ofiary Holokaustu, sugerując, że ich rzekome cierpienia są pretekstem do okupacji ziem palestyńskich.

Państwa muzułmańskie i wiele innych krajów, które nazwałbym niechętnymi Ameryce i jej najbliższym sojusznikom, traktują konferencję Durban II (tak jak jej poprzedniczkę Durban) jako okazję do ataków na Izrael. Dyskryminacji i nietolerancji nie dostrzegają na swoim podwórku, skupiają się na najłatwiejszym celu — na małym państwie, które tolerowane i niedyskryminowane dyplomatycznie jest tylko przez kilka z pół setki państw islamskich.

Konferencja w Genewie odbywa się pod hasłem „Zjednoczeni przeciw rasizmowi”. Ale hasło to powinno brzmieć „Zjednoczeni przeciw Izraelowi” albo „Zjednoczeni przeciw Zachodowi”. Dobrze, że polski rząd zdecydował się na bojkot takiej imprezy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dyplomatyczne samobójstwo Izraela

16 mar 2009

Uznawany za rasistę polityk Awigdor Lieberman najprawdopodobniej zostanie szefem izraelskiego MSZ. W łagodnej wersji trzeba to nazwać stawianiem świata w niezręcznej sytuacji. W skrajnej – wyrazić obawę, że Izrael popełnia właśnie dyplomatyczne samobójstwo. Na dodatek dzieje się to w czasie, gdy Izrael wzywa do bojkotu kwietniowej konferencji ONZ w sprawie rasizmu i ksenofobii, zwanej Durbanem II, bo wie, że stanie się tam głównym obiektem krytyki.

Co takiego głosi Lieberman, lider partii Nasz Dom Izrael, popularnej wśród rosyjskojęzycznych Izraelczyków? Jego pomysł na rozwiązanie problemu więźniów palestyńskich (utopienie w Morzu Martwym) można uznać za rzucony w wirze debaty, przerysowany i już nieaktualny. Ale nie da się już tak określić jego programu z lutowych wyborów do Knesetu. Lieberman wzywa w nim do tworzenia państwa jednorodnego etnicznie, chce zmienić granicę tak, by się pozbyć 450 tysięcy Arabów z Izraela, a reszcie odebrać znaczną część praw obywatelskich,jeżeli nie złożą deklaracji lojalności.

Nominacja takiego polityka na szefa dyplomacji na pewno nie pomoże w bojkocie Durbanu II. Spowoduje też, że każdy polityk zachodni zastanowi się trzy razy, zanim podejmie decyzję o spotkaniu z szefem MSZ Izraela. Nie mówiąc już o politykach tych (nielicznych) krajów muzułmańskich, które utrzymują kontakty z Izraelem. A bez nich o pokoju na Bliskim Wschodzie nie ma co marzyć (choć i z nimi to raczej marzenia).

Można się pocieszać, że każdy polityk, startując w wyborach, mówi co innego, niż wtedy, kiedy jest u władzy. Zwłaszcza gdy – jak w Izraelu – rząd musi tworzyć wiele partii i nikt nie ma szans zrealizować w pełni swojego programu. Lieberman już raz był w rządzie. Zajmował stanowisko wicepremiera i ministra do spraw strategicznych. Zaletą takiego rozwiązania było to, że z ministrem spraw strategicznych Izraela nie muszą się spotykać ministrowie spraw zagranicznych USA, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Polski, Turcji czy Egiptu. Lieberman nie musi być szefem dyplomacji. I niedobrze, że ma być.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Izrael dużo ryzykuje

4 sty 2009

Rozpoczynając operację lądową w Strefie Gazy, Izrael zdecydował się na ryzykowną grę. Zarówno pod względem militarnym, jak i politycznym. Militarnym, bo w przeciwieństwie do dotychczasowych ataków z powietrza jego straty w walkach z Palestyńczykami mogą być duże, a wynik wojny wcale nie taki pewny, zwłaszcza w dalszej perspektywie. Nawet jeżeli uda się zniszczyć wszystkie hamasowskie wyrzutnie produkowanych w warsztatach i domach rakiet, to później powstaną następne.

Polityczne ryzyko polega na tym, że tak prowadzona wojna może jeszcze bardziej popsuć wizerunek Izraela za granicą. Walki o każdy dom, każdą szkołę i każdy meczet, jakie teraz muszą prowadzić Izraelczycy, to jeszcze więcej palestyńskich ofiar, jeszcze więcej zabitych cywilów, o których z oburzeniem będą informowały telewizje całego świata.

Izrael trzy i pół roku temu wykonał gest pod adresem Palestyńczyków. Opuścił Strefę Gazy, wycofał wojska i, nie bacząc na wewnętrzne protesty, zlikwidował osiedla żydowskich osadników. Liczył, że za oddaną ziemię dostanie pokój. Przeliczył się. Tym bardziej ma więc prawo do obrony przed terrorystami, którzy ze Strefy Gazy wystrzeliwują rakiety w kierunku izraelskich miast ukryci wśród dzieci czy pacjentów szpitali. Nie da się przy tym uniknąć ofiar cywilnych.

Jednak ważna jest skala – z każdym zabitym cywilem będzie wzrastać niechęć do Izraela w świecie. A cierpliwość tracą już nawet ci nieliczni, którzy dotąd ze zrozumieniem odnosili się do tego, że Izrael zaatakował Strefę Gazy z powietrza.

Trzeba mieć nadzieję, że dowództwo izraelskie, nauczone problemami w wojnie z Hezbollahem w Libanie w 2006 roku, ma plan szybkiej wojny, chirurgicznych cięć, by wyeliminować tych, którzy odpalają rakiety, a oszczędzić innych.

I że nie dopuści do tego, żeby w Gazie ludzie umierali także z głodu, braku wody i lekarstw.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pożegnanie z Irakiem

29 paź 2008

Pożegnaliśmy się z Irakiem. Polską strefą, polską misją, polskimi interesami, polską wojną. Przy okazji, wraz z ostatnimi polskimi żołnierzami znikającymi z Iraku, zniknął spory problem dla polityków, dla których ważne są sondaże (czyli prawie wszystkich). 


Żadna ważna decyzja podjęta przez polskich polityków w ostatniej dekadzie nie miała takich słabych notowań (od początku więcej przeciwników niż zwolenników, z czasem tych pierwszych coraz więcej). W tej kwestii wyjątkowo co innego myślał naród, a co innego jego wybrańcy.
Wyjątkowo była to decyzja (prezydenta Kwaśniewskiego i rządu Millera), którą poparły i opozycyjne partie, dziś dwie największe w Sejmie. I, również wyjątkowo poparli, ją prawie wszyscy publicyści z różnorodnych mediów. Przeciw, jeżeli mnie pamięć nie myli, od początku były „Trybuna” i „Nasz Dziennik”.

Ja też popierałem polską misję, polską strefę, udział Polski w wojnie po prostu (choć na określenie, że był to udział w okupacji Iraku, już się nie zgodzę). Wypada się z tego rozliczyć. Najkrócej mówiąc — nie żałuję, nie będę się kajał. Nie przyznam, że Niemcy, Francuzi i Rosjanie mieli rację, a my Polacy nie dość, że uwierzyliśmy Amerykanom, to jeszcze dołożyliśmy się do rozbicia Europy. To tak najkrócej i ogólnie, bo dziś mam sporo wątpliwości. Faktycznie uwierzyliśmy Amerykanom w broń masowego rażenia, która miała w Iraku być i czekać na odpalenie. Przekonywał o tym 5 lutego 2003 w pamiętnym przemówieniu w ONZ Bushowski sekretarz stanu Colin Powell. Teraz tak mu wstyd, że porzucił Busha, McCaina i wspiera obóz przeciwników wojny. Drugi argument — że Saddamowski Irak współpracuje z al Kaidą, brzmiał mniej wiarygodnie, przedstawiane dowody marne. Dziś można chyba powiedzieć, że wówczas związki z al Kaidą (i to raczej luźne) miała tylko jedna niewielka organizacja na terenie Iraku (Ansar al Islam), z tym że działała ona na terenach, których Saddam akurat nie kontrolował. 


Czyli dwa główne argumenty za wojną w Iraku były fałszywe. Ale Saddama nie ma. Zniknął jeden z paskudniejszych reżimów, po raz pierwszy wiele państw Zachodu zdecydowało się na obalenie krwawego dyktatora. Cena (czyli to, co po obaleniu) była jednak wysoka. I jest to nauczka na przyszłość, ale nie dowód na to, że zaangażowanie się Polski w wojnę na Bliskim Wschodzie było błędne i złe. 


O zyskach wojskowych (że teraz mamy prawdziwą armię itp.) dużo powiedzieli generałowie i politycy, i zazwyczaj mają rację. O braku zysków ekonomicznych — też. Dodam tylko, że prawdziwa armia powinna sobie zdawać sprawę, że na wojnie można zginąć (zwłaszcza dotyczy to żołnierzy).

Irak był ważny także dla polskich dziennikarzy. Po raz pierwszy w takiej masie ruszyli tak daleko. Po raz pierwszy było tylu korespondentów wojennych. Ale wciąż, mimo tej masy, nie ma dzieła dziennikarskiego na miarę tego wydarzenia. 


  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bush, Palestyna, getto

11 sty 2008

George W. Bush w Kafarnaum nad Jeziorem Genezaret, fot. AFP

George Bush przebudził się ze swoim planem pokojowym dla Ziemi Świętej bardzo późno. Miejmy nadzieję, że tym razem naprawdę lepiej późno niż wcale.

Miejmy też nadzieję, że na słowach o konieczności zakończenia izraelskiej okupacji i obietnicy zawarcia do końca roku porozumienia, które doprowadzi do niepodległej Palestyny, się nie skończy. Silną stroną wizyty Busha w Jerozolimie, Ramalli i Betlejem jest wskazanie sposobu na rozwiązanie problemu uchodźców palestyńskich z terenów Izraela (rekompensat dla nich zamiast nierealnego prawa do powrotu). Pozytywne są też sygnały, że część polityków izraelskich pogodziła się już z koniecznością podziału Jerozolimy, łącznie ze Starym Miastem.

Słabą stroną przyszłych porozumień izraelsko-palestyńskich jest to, że obejmą one tylko Palestyńczyków uznających zwierzchność prezydenta Abbasa, a nie zwolenników radykalnego Hamasu, panującego nad Strefą Gazy.

Diabeł tkwi też w szczegółach przebiegu przyszłej granicy. Ale to wszystko nie znaczy, że szans na pokój nie ma. Nie znaczy, że najlepiej nie robić nic i czekać na kolejne palestyńskie zamachy i budowę kolejnych osiedli żydowskich.

Komentowałem bliskowschodnią podróż Busha dla jednej z telewizji. Oprócz mnie wypowiadał się też wykładowca warszawskiej uczelni, polski muzułmanin. Ze swadą porównał los Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu do losu Żydów z warszawskiego getta.

Takie porównania czynią czasem lewicowi publicyści czy pacyfiści z krajów, w których o drugiej wojnie światowej wie się niewiele lub nic. Pozwolili sobie na nie rok temu także biskupi niemieccy, którzy odwiedzili Ramallę. Było to szczególnie szokujące — w ustach wykształconych duchownych i na dodatek Niemców. Ale przyznam się, że nigdy się nie spodziewałem, że coś takiego usłyszę w Warszawie, może ze dwa kilometry od terenów dawnego getta.

Owszem, tysiące Palestyńczyków przeżyły tragedię, kilka tysięcy zginęło w ciągu kilku lat, wielu cierpi upokorzenia. Ale porównywanie Ramalli, która jest jednym z bogatszych i barwniejszych miast regionu, do Warszawy w czasie drugiej wojny, a w szczególności do getta, jest wielkim nadużyciem. Wydawało mi się, że każdy wykształcony człowiek w Polsce wie, jakie szanse na przeżycie mieli Żydzi zamknięci w getcie i w jaki sposób umierali. Jednak się pomyliłem.

Porównanie Zachodniego Brzegu do getta warszawskiego wyjątkowo absurdalnie brzmi w dniu, w którym tamtejszych Palestyńczyków odwiedza prezydent USA i dwa dni po spotkaniu prezydenta Izraela z palestyńskim prezydentem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przeciw chłostaniu i więzieniu kobiet

10 lis 2007

Dziś ma się zgłosić do teherańskiego więzienia młoda, sympatyczna Iranka, od trzech miesięcy mężatka. Delaram Ali ośmieliła się wziąć udział w proteście przeciwko prześladowaniu kobiet w Iranie. Ośmieliła się powiedzieć, że nie godzi się na to, by kobieta była z założenia gorsza od mężczyzny.

Delaram Ali jest odważną kobietą, od dawna spotyka się z docinkami, groźbami. Jej i innym feministkom z Iranu, kraju trudnego do życia dla kobiet z ambicjami i marzeniami — poświęcam tekst w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”. W więzieniu ma być jej wymierzona dodatkowa kara, upokarzające dziesięć batów.

„Więzienie będzie bardzo trudną próbą dla mojego małżeństwa — mówi Delaram Ali — Już na samym początku jest zagrożone. Mam nadzieję, że to przetrwamy. Mój mąż, socjolog, już zanim się poznaliśmy, współpracował z organizacjami kobiecymi. Brał udział w demonstracji na placu Haft-e Tir, ale nie został aresztowany. Bo jest mężczyzną. Nawet w takiej sytuacji Irańczyk ma lepiej od Iranki.”

Pisząc to wypalam cieniutkiego papierosa irańskiego bahmana, takie same odpalała jeden od drugiego Delaram, gdy się spotkaliśmy w Teheranie i miała jeszcze nadzieję, że nie pójdzie do więzienia.

Już raz wspomniałem w blogu, że nie spodziewałem się, iż będę pisał apele w sprawie feministek. W Iranie feministki walczą jednak o prawa zupełnie podstawowe.

Może jest jeszcze szansa, by sympatyczna Iranka uniknęła chłosty i uwięzienia. W jej obronie wystąpiło kilka organizacji, w tym Amnesty International (czym powinna się zajmować, a nie promowaniem aborcji, co jest w przeciwieństwie do wrzucania do lochów za poglądy — sprawą co najmniej kontrowersyjną).

Tekst na ten temat m.in.:
news.bbc.co.uk/2/hi/middle_east/7088310.stm

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wspieram irańskie feministki

31 paź 2007

Nie znam w Polsce walczących feministek, ale będą musiał poznać. Poprosiły mnie o to w Teheranie feministki irańskie. A trudno im odmówić, ich walka jest godna podziwu, im grozi więzienie, kary cielesne, nie mówiąc już od wrogich spojrzeniach i niemiłych słowach na ulicy.

Dwie z moich rozmówczyń spędziły cztery doby w areszcie, co było wstępem do rozprawy sądowej. Powód – udział w manifestacji w imię zmian prawa, które kobietę traktuje jak pół albo i ćwierć mężczyzny (np. w kwestii odszkodowań i spadków), a w razie rozwodu nakazuje pozostawienie dziecka powyżej siódmego roku życia przy ojcu a nie matce.
Sprawa nie jest zakończona, 24-letnia Delaram Ali podczas rozmowy ze mną nerwowo odbiera telefony od prawników — w najbliższych dniach sąd rozpatrzy jej odwołanie od drakońskiego wyroku za tamtą manifestację sprzed półtora roku na teherańskim placu Haft-e Tir.
Od sądu wyższej instancji zależy, czy zostanie wykonany wyrok – dziesięć batów i 32 miesiące więzienia. Dotknęłoby to dziewczynę, która od dziesięciu tygodni jest mężatką.
Rozgłos międzynarodowy może jej pomóc uniknąć kary.

W Iranie, gdzie jestem od kilku dni, wszystkie kobiety w miejscach publicznych mogą pokazać tylko owal twarzy i dłonie. Nie dotyczy to tylko mniejszości religijnych, głównie Ormian czy ściślej Ormianek, które Ormianom nie z własnej rodziny mogą pokazać włosy — w ormiańskiej restauracji, szkole czy klubie sportowym.
Feministki i nie tylko one, także wiele nienależących do organizacji kobiecych dziewczyn z bogatego i dobrze wykształconego północnego Teheranu, zarzucają chusty na głowę z pewną nonszalancją, spod, często kolorowych, tkanin wystają pukle włosów. To ryzykowne. To też grozi karą, mandatem od policji obyczajowej.

Dziewczyny z kobiecej gazety Zanan proszą, bym pośredniczył w kontaktach z organizacjami feministycznymi w Polsce i dziennikarkami pism kobiecych.
Co też czynię.
Jak wrócę do Polski z Iranu (za kilka dni), to się odezwę, przekażę namiary na irańskie feministki, które bardzo potrzebują wsparcia. Nie przypuszczałem, że kiedyś napiszę takie zdanie.
Mam w planach publikację reportażu o Irankach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop