Wpisy w kategorii „Bliski Wschód”

Jemen i Kapuściński


6 gru 2011


Najlepiej pochwalić się samemu. Dostałem Nagrodę Polskiej Agencji Prasowej imienia Ryszarda Kapuścińskiego za tekst „Jemeńska szkoła dżihadu”.


Po niemal dwóch latach od jego napisania parę rzeczy się w Jemenie zmieniło. Przede wszystkim zaś główny bohater, Nigeryjczyk Umar Faruk Abdulmuttalab, terrorysta z bombą w majtkach, lada moment usłyszy wyrok za próbę wysadzenia się w samolocie nad Detroit. Za próbę dokonania największego od 2001 zamachu na znienawidzoną przed fundamentalistów islamskich Amerykę. Za, jak powiedział, próbę „zemsty za zabijanie muzułmańskich braci i sióstr”. Wszystko wskazuje na to, że wyrok, który ma usłyszeć w styczniu, będzie wysoki. Resztę życia młody chłopak, syn multimilionera, spędzi w amerykańskim więzieniu. 


Nie żyje już Anwar al Awlaki, urodzony w Ameryce jej wielki wróg i duchowy przywódca terrorystów islamskich, w tym i Umara. Zginął 30 września od rakiety wystrzelonej z amerykańskiego samolotu bezzałogowego. A rozkaz jego zabicia, jak pisała amerykańska prasa, wydał ponad rok wcześniej sam Barack Obama.


Wszystko wskazuje też na to, że tym razem naprawdę skończą się w Jemenie, po ponad trzech dekadach, rządy prezydenta Alego Abdullaha Saleha. Długo tańczył na głowach węży (tak nazywa władanie swoim krajem), ale już nie wytrzymuje tej gimnastyki. Nie te lata. Ale spryt pozostał. W przeciwieństwie do innych obalanych dyktatorów arabskich wywalczył sobie nietykalność. I dla rodziny też. 


Nadal działa szkoła języka arabskiego w Sanie, w której uczył się (i potajemnie przygotowywał do zamachu) Umar. 


Spełniło się też marzenie sympatycznej bohaterki reportażu Lubny Al Kibsi. Jest w Japonii i poznaje tajniki biochemii i genetyki. Jeżeli wróci do kraju, będzie pierwszym (niezależnie od płci) specjalistą od genetyki. A jej życie osobiste? Czy znalazła wreszcie odpowiedniego kandydata na męża? Tego nie wiem, wciąż czekam na mejl z odpowiedzią z Japonii. 



  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rewolucja, część druga i może nieostatnia

22 lis 2011

Od wydarzeń na kairskim placu Tahrir zależy nie tylko przyszłość Egiptu. Także dalszy los przemian w całym świecie islamskim

Egipt jest najważniejszym krajem arabskim, nie tylko ze względu na największą populację. Przede wszystkim jest arabskim trendsetterem, tu się rodzą mody polityczne, ideologiczne, religijne, kulturowe.

Dlatego obalenie w lutym długoletniego dyktatora Mubaraka było ważniejsze niż obalenie kilka tygodni wcześniej Ben Alego w Tunezji i kilka miesięcy później Kaddafiego w Libii. Przynajmniej tak powinno być, gdyby było jasne, że wraz z upadkiem Mubaraka skończył się system, który on stworzył i reprezentował.

Sam Mubarak zapewne ze zdziwieniem (jeżeli stan zdrowia mu na to pozwala) ogląda w celi na ekranie telewizora swojego dawnego bliskiego współpracownika marszałka Tantawiego. Był rozgrywającym przed rewolucją, jako mubarakowski minister obrony, był nim w czasie rewolucji, gdy dystansując się od Mubaraka negocjował z witającym go entuzjastycznie tłumem na placu Tahrir. I jest nim teraz jako szef rady generałów.

Doszło już nawet do tego, że niektórzy eksperci twierdzą, że w styczniu i lutym żadnej rewolucji nie było, a Mubarak padł ofiarą zamachu pałacowego. Skutek faktycznie jest taki, jakby doszło do zamachu pałacowego. Ale rewolucja się odbyła, i to nie Tantawi ją wywołał, lecz zapatrzona w Zachód i sfrustrowana młodzież i klasa średnia, choć on się do niej szybko dołączył. Odbyła się jej pierwsza widowiskowa część, zakończona ucieczką Mubaraka z pałacu w Heliopolis do aresztu domowego w Szarm el Szejk. Jej efekt to szczątkowe rozliczenia z przeszłością (Mubarak, kilku ministrów i reżimowych przedsiębiorców za kratami, rozbita partia dyktatora) i szczątkowe otwarcie na przyszłość (legalizacja wielu organizacji i chwilowa, jak się okazało, wolność słowa, chwilowa, bo wielu krytyków marszałka i generałów wylądowało w więzieniu jak za Mubaraka).

Teraz mamy drugą odsłonę rewolucji. To próba niedopuszczenia do tego, by marszałek (lub jakiś generał) stał się nowym dyktatorem. Na Zachodzie wielu by takiego militarnego dyktatora przyjęło z ulgą. Narastają bowiem lęki przed przejęciem władzy przez fundamentalistów islamskich w wyniku wyborów, których pierwsza tura ma się odbyć za kilka dni (choć w czasie, gdy giną demonstranci na ulicach głosowanie nie ma sensu). Nie wszyscy, którzy wydają się fundamentalistami, rzeczywiście nimi są. I nie wszyscy fundamentaliści biorą udział w nowej odsłonie rewolucji. Być może czekają nas jeszcze następne, bo wizje przyszłego Egiptu się mnożą wraz z rosnącym niezadowoleniem z efektów obalenia Mubaraka.

To, w jaki sposób zakończy się walka generałów o utrzymanie realnej władzy w Egipcie, będzie miało wpływ na zapał rewolucyjny w innych krajach arabskich, od Syrii po Jemen.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Palestyna i błogosławiona niejednoznaczność

19 wrz 2011

W sprawie wniosku Palestyńczyków o uznanie przez ONZ niepodległości ich kraju polscy politycy kluczą i zasłaniają się brakiem wiedzy o szczegółach. Słychać to było choćby podczas przedwyborczej debaty nad polityką zagraniczną w TVN 24. I bardzo słusznie. To racjonalne podejście do najbardziej wybuchowego problemu dyplomatycznego naszych czasów.

W interesie Polski nie jest zajmowanie żadnego zdecydowanego stanowiska, ani propalestyńskiego, ani proizraelskiego. Wyjaśnienia wymaga zwłaszcza to drugie, bo Polska przez wiele lat wypracowała sobie opinię (zwłaszcza w świecie islamu) państwa bardzo proizraelskiego. Nie ma jednak powodu, by w tej kluczowej kwestii Polska opowiadała się jednoznacznie przeciw wnioskowi Palestyńczyków, jak mają zamiar  uczynić najbardziej oddani sojusznicy Izraela, czyli USA  i Niemcy.

Niemcy wspierają i wspierały państwo żydowskie bez żadnego „ale”. Polska czyniła ostatnio podobnie, ale postrzeganie naszego kraju i Polaków jest teraz w Izraelu gorsze niż postrzeganie Niemiec i Niemców, co wydaje się niesprawiedliwe.

Tym bardziej Polska nie musi być pierwsza w szeregu popierających każdy rząd Izraela, zwłaszcza gdy jest to gabinet nacjonalistów Beniamina Netanjahu i Awigdora Liebermana, którzy nie wykazywali żadnej skłonności do rozwiązania konfliktu, skupiali się zaś na budowaniu kolejnych domów dla osadników na terenach okupowanych.

Polska musi natomiast nadal bojkotować imprezy międzynarodowe w stylu konferencji zwanych Durbanami, na których przywódcy wielu państw walą w Izrael jak w bęben, nazywają najbardziej rasistowskim państwem świata i porównują traktowanie Palestyńczyków do Holokaustu. Izrael jest najbardziej demokratycznym państwem regionu i może być wzorem także dla przyszłego państwa palestyńskiego.

Całe szczęście głos Polski nie jest w sprawie palestyńskiego statusu w ONZ tak ważny, jak choćby reprezentującej teraz nasz region w Radzie Bezpieczeństwa Bośni i Hercegowiny. To daje nam szansę na dalsze dyplomatyczne kluczenie. Na błogosławioną w tej kwestii niejednoznaczność.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Koniec tańca na głowach węży

5 cze 2011

Upadł kolejny przywódca arabski. Kolejny sojusznik Ameryki, rządzący biednym krajem. Arabska wiosna ludów zmiata ze sceny politycznej tylko takich. Na razie.

Ali Abdullah Saleh władał w Jemenie dłużej niż Ben Ali w Tunezji i Mubarak w Egipcie. Miał wielkie doświadczenie w ogrywaniu przeciwników politycznych, w zwalczaniu buntów. Rządzenie Jemenem porównywał do tańczenia na głowach węży. I tańczył tak przez 33 lata. Teraz upadł, leczy rany w Arabii Saudyjskiej, i zapewne się już z tego upadku nie podniesie.

Węże jednak pozostały i nikt im w najbliższej przyszłości głów nie utnie. Pozostała wielka bieda znacznej części społeczeństwa, żyjącej jak przed wiekami, tyle że  z komórką w ręku i kałasznikowem. Pozostał separatyzm w dawnym komunistycznym Jemenie Południowym,  pozostały napięcia na szyickim północnym zachodzie, pozostały konflikty  plemienne. I pozostała  al Kaida.

Saleh, podobnie jak wielu innych dyktatorów w świecie islamu, twierdził, że bez niego fundamentaliści czy wręcz terroryści przejmą rządy w kraju. Były to twierdzenia nie do sprawdzenia. Al Kaida w Jemenie nie była jednak wymysłem Saleha. Ona tam naprawdę jest, i to silna. To tam ukrywa się największy wróg USA, przewodnik duchowy wielu islamskich terrorystów Anwar al Awlaki, tam półtora roku temu przygotowywał (nieudany) zamach na amerykański samolot terrorysta z bombą w majtkach Umar Faruk Abdulmuttalab. Stamtąd pochodziła znaczna część więźniów Guantanamo.

To wszystko nie znaczy, że wbrew woli Jemeńczyków należało wspierać Saleha. On i tak nie zapewniał bezpieczeństwa własnemu krajowi, nie mówiąc o świecie. Jemen, podobnie jak Tunezja i Egipt, pomoże nam teraz dać odpowiedź na pytanie: jakie są kraje islamskie uwolnione od dyktatorów? Ta odpowiedź zadecyduje o losie setek milionów ludzi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Arabski dyktator odlatuje w piątek

12 lut 2011

W ciągu niecałego miesiąca obejrzałem dwie rewolucje w państwach arabskich, w Tunezji i Egipcie. I już wiem – dyktatorzy arabscy, może szerzej islamscy, to się jeszcze zobaczy – odchodzą w piątek późnym popołudniem. Po popołudniowych modłach w dzień święty wsiadają do helikoptera i odlatują.

Jakie problemy zostają w kairskich zaułkach po upadku Mubaraka, piszę w tekście „Przyczajone Bractwo, niespokojni Koptowie”.

Ja odleciałem do Polski. Ale jeszcze mi ciarki chodzą po plecach, jeszcze słyszę skandowanie wielosettysięcznego tlumu na placu Tahrir, raz krzyku radości, raz wściekłości. Mubarak nie odleciał za granicę. Postrewolucja może się różnie potoczyć. Tahrir może jeszcze o sobie przypomnieć.

Podzielam radość Egipcjan, którzy tak wiele zaryzykowali w walce przeciwko człowiekowi, ktory wydawał sie nienaruszalny.

Mogą być dumni. I nasłuchiwać, dokąd przeniesie się  rewolucja. Coś mi się wydaje, że teraz przyjdzie czas na antyzachodnie kraje arabskie, a w każdym razie nie tak prozachodnie jak Egipt i Tunezja. Stawiam na Syrię, Algierię lub Libię. A potem powrót do obozu prozachodniego.

Tyle notatek rewolucyjnych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie tylko Blair straszył Saddamem

5 wrz 2010

Obecni szefowie Komisji Europejskiej i NATO, tak jak obrzucany jajkami Blair, mówili o broni masowego rażenia w Iraku

Wycofaniu Amerykanów z Iraku towarzyszą rozliczenia odpowiedzialnych za wywołanie wojny w 2003 roku. Na razie najbardziej ucierpiał ówczesny brytyjski premier Tony Blair, na którego podczas sobotniej promocji jego biografii w Dublinie posypały się jajka, buty i oskarżenia „zbrodniarz“ i „rzeźnik“.

Amerykanie i Brytyjczycy wraz z Polakami, Hiszpanami, Włochami i grupą innych nacji zaatakowali Irak, bo miała tam być broń masowego rażenia zagrażająca bezpieczeństwu świata. Drugim argumentem były rzekome powiązania Saddama Husajna z al Kaidą. Oba okazały się fałszywe. Al Kaida może i działała w Iraku, ale na terytorium poza kontrolą Saddama. Na serio zaczęła tam działać po obaleniu dyktatora. I był to skutek ataku zachodniej koalicji.

Główny argument za interwencją, czyli broń masowego rażenia w rękach irackiego dyktatora, wyprodukowała administracja George’a Busha. Ale powtarzali go przywódcy innych państw. Pojawił się w tzw. liście ośmiu ze stycznia 2003 roku, który był ostatnim ostrzeżeniem dla Saddama. I początkiem konfliktu wśród państw zachodnich o sposób rozwiązania problemu irackiego. Konfliktu między USA i Wielką Brytanią, wspieranymi przez kraje naszego regionu z jednej strony, a Niemcami i Francją z drugiej. Warto przypomnieć, kto prócz Blaira podpisał się pod listem. Bo to osoby wciąż odgrywające ważną rolę w polityce. Jose Manuel Barroso, wtedy premier Portugalii, dziś szef Komisji Europejskiej, Anders Fogh Rasmussen, wtedy szef rządu Danii, dziś sekretarz generalny NATO, Silvio Berlusconi, wtedy i dziś premier Włoch, i Vaclav Havel, wtedy prezydent Czech, teraz nadal sumienie Europy Środkowej. Nie mówiąc o nie- odgrywającym ważnej roli Leszku Millerze, wtedy premierze Polski. Ich jajkami i obelgami chyba nikt nie obrzuca.

Czy rozliczenia pójdą dalej? Czy ktoś z możnych będzie się tłumaczył przed sądem za oszukanie świata, że Saddam Husajn jest zagrożeniem, bo ma broń masowego rażenia? To wątpliwe, także dlatego, że przed międzynarodowymi trybunałami nie stają zwycięzcy. A nawet gdyby stanęli, nie wiadomo, co by z tego wynikło. Bo co prawda powód ataku był fałszywy, ale ocena irackiej wojny nie jest jednoznacznie negatywna. A za dziesięć czy 20 lat może być jeszcze mniej negatywna, mimo wielkiej liczby ofiar.

Nie ma dyktatora, który wywoływał wojny i wymordował tysiące własnych obywateli. Jest nowy Irak, z obiecującymi elementami demokracji, która być może okaże się za jakiś czas zaraźliwa dla innych państw regionu. Przy ocenie wydarzeń sprzed ponad siedmiu lat nie można też zapomnieć o atmosferze zagrożenia, która panowała na Zachodzie po ataku islamskich terrorystów 11 września 2001 roku. Skłoniła niektórych przywódców do działań nadmiernych, ale czy na pewno lepszym rozwiązaniem byłoby wstrzymanie się od jakichkolwiek działań?

Najgorzej byłoby, gdyby po doświadczeniach z Iraku i Afganistanu na Zachodzie zapanowała atmosfera naiwnie pacyfistyczna. Gdyby zatriumfowało myślenie: nie róbmy nic poza naszymi granicami, nie mieszajmy się, po prostu kochajmy i akceptujmy różnorodność świata, to nic nam nie zagrozi. Bo zagrozi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co zobaczyły ślepe barany w Strefie Gazy

7 cze 2010

To prawda – całemu światu zbyt łatwo przychodzi potępianie Izraela. Ale nie znaczy to, że nie wolno wytykać błędów państwa żydowskiego, gdy takie popełnia

Agnieszka Kołakowska ostro potraktowała dziennikarzy, którzy opisywali i komentowali atak izraelskich komandosów na konwój statków zmierzających do Strefy Gazy. Jej zdaniem, „bezmyślnie powtarzając propagandę Hamasu, dają się wodzić za nos jak stado ślepych baranów”.

Jedynym dziennikarzem wymienionym z nazwiska jestem ja, autor komentarza redakcyjnego („Izrael strzela wbrew własnym interesom” – „Rzeczpospolita” 1 czerwca). Dlatego poczułem się wywołany do tablicy. Daję się Kołakowskiej wodzić za nos i melduję do odpowiedzi. Co prawda nie bardzo rozumiem, dlaczego to właśnie Kołakowska zajęła się tym wywoływaniem? Z podpisu pod jej tekstem wynika, że to „tłumaczka i publicystka, mieszka w Paryżu”. Nie wynika natomiast, dlaczego autorka czuje się na siłach do obalania tez na temat Strefy Gazy, które jak pisze „czytamy wszędzie”. Agnieszka Kołakowska postanowiła nawet przedstawić, jak to nazywa „fakty” na temat Gazy. A jej informatorami są niewymienieni z nazwiska dziennikarze („którzy widzieli sytuację na własne oczy”) oraz rzecznik armii izraelskiej (czyli strona w konflikcie).

I jakież to są „fakty”? Otóż w Strefie Gazy jest „wszystkiego pod dostatkiem”, bo to widzieli ci wspomniani tajemniczy dziennikarze. Ja byłem w Strefie Gazy trzy razy. I z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że jest to zdanie prawdziwe jedynie wtedy, gdy o Polsce w czasie stanu wojennego też się powie, że było w niej wszystkiego pod dostatkiem, bo były peweksy i bazary, takie jak warszawski na Polnej. I mówię jedynie o materialnej stronie dostatku.

Agnieszka Kołakowska przekracza zresztą granicę przyzwoitości, używając w odniesieniu do Palestyńczyków czasownika „zdychać” („Gaza nie zdycha z głodu”).

Autorka zarzuca mediom, że nie pisały o tym, jak przygotowywali się do abordażu komandosów uczestnicy Flotylli Wolności, że czekali z prętami w rękach, że zależało im na sprowokowaniu Izraelczyków. Jednak prawie wszystko, o czym wspomina, można było przeczytać w polskiej prasie, w tym w „Rzeczpospolitej”. A o prowokacji pisałem w swoim krótkim komentarzu i ja.

Nie ukrywam, że występowanie w głównej roli w tekście o ślepych baranach wodzonych za nos przez Hamas jest dla mnie przykre. Tym bardziej że z częścią argumentów Kołakowskiej, tych niewymagających wiedzy o Strefie Gazy, się zgadzam. Pisałem zresztą komentarze redakcyjne, w których krytykowałem łatwość, z jaką prawie całemu światu przychodzi potępianie Izraela. Pisałem, że Izrael to taki chłopiec do bicia. Nie znaczy to jednak, że nie należy mu wytykać błędów.

Mój komentarz, który zaatakowała Kołakowska, wyrażał troskę o zniszczony wizerunek Izraela. I był łagodniejszy niż wiele komentarzy na Zachodzie, w Polsce („Gazeta Wyborcza” uznała np., że rząd izraelski przestał myśleć), a także w Izraelu (wysokonakładowy „Maariw” pisał o piractwie międzynarodowym, którego dopuściło się państwo izraelskie, a prestiżowy liberalny „Haarec” pokpiwał z tez a la Kołakowska, tyle że wygłaszanych przez rząd izraelski).

Swoim zacietrzewieniem i przedstawianiem „faktów” Agnieszka Kołakowska bardziej szkodzi Izraelowi, niż pomaga. Nieprzekonanych nie przekona, a wątpiących zniechęci. A jej założenie było chyba odwrotne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Izrael strzela wbrew własnym interesom

31 maj 2010

Izrael umie sobie robić wrogów. A sojuszników i przyjaciół stawiać w co najmniej niezręcznej sytuacji. Tak jak teraz, po nocnym ataku komandosów na zmierzającą do Strefy Gazy flotyllę statków z pacyfistami i działaczami lewicowymi z wielu krajów.

Tak, to prawda, pacyfiści sprowokowali Izraelczyków, którzy blokadę Strefy Gazy uważają za podstawowy element swojego bezpieczeństwa. Prawdą też jest to, że na pokładzie statku komandosi zostali zaatakowani prętami, nożami, a może nawet niektórzy demonstranci mieli broń palną. Ale Izraelczycy nie powinni się dać sprowokować. I nie wolno im było strzelać z ostrej amunicji do działaczy organizacji pacyfistycznych, niezależnie od poglądów tych działaczy i stopnia ich agresji. Nie da się formułami o obronie koniecznej komandosów usprawiedliwić śmierci kilkunastu ludzi.

Najbardziej prominentny z lewicowych polityków izraelskich wicepremier Ehud Barak uważa, że winni są organizatorzy eskapady. Wątpliwe, by takie wyjaśnienie trafiło do opinii publicznej w Europie Zachodniej, do której jest ono zapewne skierowane. Gdy w Europie na ulicy od kuli policjanta ginie demonstrant, nawet agresywny, to problem ma zazwyczaj policja. A to nie była izraelska ulica. To był pokład statku znajdującego się najprawdopodobniej na wodach międzynarodowych. Statku płynącego do terytorium, które nie należy do Izraela.

Blokada tego terytorium, zamknięcie półtora miliona Palestyńczyków na skrawku ziemi zwanym Strefą Gazy, jest i tak powodem krytyki znacznej części świata pod adresem Izraela. Teraz krytyka ta będzie jeszcze ostrzejsza. I na tym straty polityczne dla Izraela zapewne się nie skończą. Grozi mu zerwanie stosunków z najbardziej związaną z flotyllą Turcją, jednym z niewielu państw islamskich, które go tolerowały. Grozi mu wzrost nastrojów antyizraelskich na Zachodzie, bo o krajach muzułmańskich nie ma nawet co mówić.

Trudno zrozumieć, dlaczego dowódcy i przywódcy izraelscy nie przewidzieli skutków nocnego ataku komandosów na konwój. I dlaczego nie dbają o to, aby Izraelowi nie przybywało wrogów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jemeńskie narodziny terrorysty

23 sty 2010

Na razie ludzie Obamy mówią, że Ameryka Jemenu nie zaatakuje. Choć są tu warunki na drugi Irak czy Afganistan.

Może nawet lepsze dla terrorystów niż w tamtych krajach. Bo tu oprócz al Kaidy są i ostro walczący rebelianci szyiccy (atakują ich z jednej strony wojska jemeńskie, z drugiej saudyjskie) oraz separatyści z południa (na razie stosujący metody pokojowe). Konfliktów mnóstwo, kraj biedny. W znacznej części Jemenu władza centralna (sojusznik w walce z terroryzmem) nie ma nic do powiedzenia.

Nikt by sobie głowy tym nie zaprzątał, gdyby nie młody Nigeryjczyk, który tu właśnie szykował się do zamachu na amerykański (z bombą w majtkach). Jego, nieudany, atak samobójczy podziałał otrzeźwiająco na polityków i ekspertów zachodnich. Nagle przypomniano sobie, że to z Jemenu pochodzi ponad dwie piąte więźniów Guantanamo (tych, którzy tam jeszcze są), i że al Kaida działa sobie w tym kraju w najlepsze, a przewodzą jej byli więźniowie z tego samego obozu na Kubie, jeden zdążył się jeszcze załapać na kurs resocjalizacji dla terrorystów. Niestety była to porażka systemu penitencjarnego. Zwiał.

Tu także ukrywa się urodzony w Ameryce szejk Awlaki, zwany internetowym bin Ladenem (bo za pomocą najnowszych technologii zachęca młodzież muzułmańską do walki z niewiernymi).


W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” piszę o tym, jak jeden z wielbicieli Awlakiego, syn bajecznie bogatego Afrykańczyka przyjechał do prozaicznie biednego i baśniowo pięknego Jemenu i przerodził się w terrorystę. Chciał się w Boże Narodzenie wysadzić w samolocie nad terytorium wielkiego wroga — Ameryki (nie dał rady się wysadzić, bo był, całe szczęście, nieudolny). Wiadomo, co było po tym nieudanych zamachu samobójczym: wzmożone kontrole na lotniskach, przypomnienie atmosfery, która panowała po 11 września 2001 roku.


Chodziłem śladami nigeryjskiego terrorysty po jemeńskiej Sanie. 
Oto fragment tekstu:
„— Teraz go nienawidzę. Niestety, był moim uczniem. I to najlepszym, zna tak dobrze arabski, że inni studenci pytali: po co ty się jeszcze uczysz? Jestem na niego wściekły, tym bardziej że jest ostatnią osobą, po której mógłbym się spodziewać, że zostanie terrorystą. Jak tu u nas był, to zachowywał się jak wzorcowy muzułmanin. Bardzo dobry człowiek. Miły, uczynny, grzeczny — wspomina Muhammed al Anisi, dyrektor i właściciel Sana’a Institute for the Arabic Language. Nigeryjczyk uczył się tu dwukrotnie. Przez dziesięć miesięcy w roku szkolnym 2004/2005. I od 4 sierpnia do 21 września 2009. Dyrektor Al Anisi, drobny czterdziestoczterolatek z kilkudniowym zarostem, pamięta te daty lepiej niż daty urodzin swoich siedmiorga dzieci. W tych czasie jego instytut nieświadomie zapracował sobie na wizerunek szkoły terroru, jemeńskiej szkoły dżihadu.”


Cały tekst do przeczytania tutaj.


A tu mój poprzedni tekst z Jemenu.


Jerzy Haszczyński

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Papież i osierocone dzieci z Gazy

13 maj 2009

Odwiedziny papieża w Betlejem to wydarzenie religijne — tak powinno być i miejmy nadzieję, że kiedyś tak będzie. Ale w dzisiejszym Betlejem, jednym z miast Autonomii Palestyńskiej, nie sposób ich oddzielić od polityki. Od wielkiej polityki światowej — związanej z najtrudniejszym i budzącym największe emocje konfliktem na świecie.

Podczas mszy w miejscu narodzin Chrystusa i rozmów z Palestyńczykami wypowiedział wiele zdań o charakterze biblijnym i teologicznym. Największym echem zapewne odbiją się jednak te dotyczące konfliktu izraelsko-palestyńskiego. W kazaniu na samym początku i „w sposób szczególny” papież zwrócił się do chrześcijan ze strefy Gazy. Oni, ich rodziny i znajomi, doznali, jak podkreślił, „strat, udręk, cierpień”. Wcześniej, przed mszą, modlił się za zabite i osierocone dzieci z Gazy.


To wyróżnienie kwestii Gazy, zaatakowanej pod koniec zeszłego roku przez armię izraelską, brzmi jak spełnienie obaw wielu Izraelczyków wobec pielgrzymki Benedykta XVI do Ziemi Świętej. Że wyraźnie stanie po stronie Palestyńczyków. Papież stanął jednak przede wszystkim po stronie słabszych, biedniejszych, odciętych od świata. Jak zwykle. 
Z tego też powodu Watykan nie zbojkotował ONZ-owskiej konferencji Durban II poświęconej rasizmowi, gdzie główny mówca prezydent Iranu piętnował Izrael. Występ Mahmuda Ahmadineżada bojkotowały państwa zachodnie, ale nie biedne i zagubione państwa afrykańskie czy latynoskie, których los jest dla Kościoła ważny. 
Benedykt XVI potwierdził, że Watykan sprzeciwia się wszystkim wojnom, także tym, które są prowadzone i popierane przez kraje katolickie czy szerzej chrześcijańskie. Strefa Gazy jest zresztą miejscem, gdzie wsparcie dla katolików (bardzo nielicznych, może dwie setki wiernych) jest szczególnie ważne. Nie tylko cierpią w wyniku wojny z Izraelem, ale i z powodu panujących tam radykałów islamskich. 


Nie ma też nic w zaskakującego w poparciu Benedykta XVI dla powstania państwa palestyńskiego. Za tym są wszyscy lub prawie wszyscy na świecie, także znaczna część Izraelczyków. Polska na pewno — mamy przecież nawet w Warszawie ambasadę Palestyny, o takim samym statusie, jak ambasady Izraela czy Iranu. 

Tylko nikt nie wie, jak doprowadzić do porozumienia Palestyńczyków i Izraela. Benedykt XVI na pewno w tym nie przeszkodził. A nawołując do pokoju i odrzucenia przez Palestyńczyków terroryzmu może trochę pomógł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop