Wpisy w kategorii „Białoruś”

Nadzieja dla Białorusi

5 lip 2011

Wyrok na Andrzeja Poczobuta jest jak władza Łukaszenki. Oburza i gnębi, łamiąc podstawowe wartości, ale jednocześnie daje sygnał: uwaga, mogło być gorzej (i nadal może). Mogło być gorzej: stąd radość znajomych i sympatyków Poczobuta, gdy wychodził wolny z grodzieńskiego sądu.

Po ludzku można się cieszyć, że korespondent „Gazety Wyborczej” i działacz Związku Polaków na Białorusi nie trafi do kolonii karnej w towarzystwo kryminalistów, jak to się przytrafiło kontrkandydatowi Łukaszenki w grudniowych wyborach Andrejowi Sannikauowi. Zwłaszcza że chyba wszyscy byli przekonani, iż Poczobut dostanie wyrok bez zawieszenia i na wolność jeszcze długo nie wyjdzie.

Zawieszenie wyroku nie może przesłonić jego treści. Oburzającej i nie do przyjęcia. Poczobut został skazany na trzy lata więzienia za zniesławienie głowy państwa, czyli podkreślanie, że Łukaszenko włada niezgodnie z konstytucją. Wobec polityka, który jest prezydentem od 17 lat dzięki referendum i wyborom uważanym za fałszowane, nie jest to teza zaskakująca. Łukaszenko chwalił się zresztą fałszowaniem wyników wyborów (na swoją niekorzyść oczywiście, by nie wyszło, że wszyscy go kochają).

Zapewne bez nacisków zagranicznych w sprawie Andrzeja Poczobuta zawieszenia wyroku by nie było.

W obronie działacza ZPB, w obronie obywatela Białorusi, Polaka, dziennikarza wystąpiła z wielką determinacją jego macierzysta redakcja, która niemal dzień w dzień przypominała o nim na pierwszej stronie. Wsparły ją inne media, nie tylko w Polsce, oraz masa polityków, z Barackiem Obamą włącznie. Bez tego wszystkiego Poczobut siedziałby już pewnie w kolonii karnej. To ważna nauka na przyszłość: o prześladowanych nie można zapominać, nawet jeśli czytelnikom, widzom, przechodniom wydaje się to już nudne („Co? Znowu ten Poczobut?”).

Andrzej Poczobut okazał się dzielnym człowiekiem, nielękającym się konsekwencji walki w imię wolności słowa i demokracji. Nie jest jedyny na Białorusi. Ci wszyscy odważni politycy, działacze, dziennikarze, intelektualiści i robotnicy, Białorusini i przedstawiciele mniejszości narodowych są nadzieją dla tego kraju. Nawet Łukaszenko nie jest wieczny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Białorusini przegrywają z czasem

15 maj 2011

Aleksander Łukaszenko na dobre wrócił do grona dyktatorów. Udowodnił to, odsyłając na pięć lat do kolonii karnej swojego najpoważniejszego rywala w wyborach prezydenckich Andreja Sannikaua. Ściślej, decyzję podjął sąd, ale ze sprawiedliwością wyrok nie ma nic wspólnego.

Proces miał całkowicie polityczny charakter. Politykiem jest skazany. Polityczne były wybory 19 grudnia 2010 r., w których Sannikau walczył przeciwko Łukaszence. Decyzja Łukaszenki o sfałszowaniu ich wyników to również polityka. Polityczna była demonstracja, którą zwołali ograbieni z głosów przeciwnicy Łukaszenki. Z arsenału dyktatorskiej polityki było zaś zamknięcie opozycjonistów w areszcie KGB.

Wybory, zamieszki, pobicia, aresztowania – to wszystko działo się ledwie kilka miesięcy temu. Wtedy przyglądał się temu z przerażeniem i oburzeniem cały cywilizowany świat. Teraz Białoruś opinii publicznej spowszedniała. Trochę w ciszy zapadają wyroki na uczestników tamtych wydarzeń.

Po raz kolejny dyktatorzy wygrywają ze spragnioną newsów światową publicznością. Oni nie liczą się z czasem, rozkładają swoje plany na pokolenia, a nie na cztery czy pięć lat, które dzielą kolejne demokratyczne wybory. Z czasem przegrywają natomiast ich odważni przeciwnicy i zwykli obywatele.

Tym bardziej należy poprzeć pomysł, który dotyczy wielkiej imprezy sportowej mającej się odbyć dopiero za jakiś czas. Pomysł, zgłaszany między innymi przez szefa Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, by odebrać Białorusi mistrzostwa świata w hokeju w 2014 roku.

Hokej to nie piłka nożna. Najlepiej grają w niego narody szczególnie szanujące demokrację, od Kanadyjczyków przez Skandynawów po Czechów. Tak się złożyło, że jest też pasją nieliczącego się z regułami demokracji i wolności Aleksandra Łukaszenki. Te mistrzostwa byłyby prezentem dla Łukaszenki zapełniającego kolonie karne politykami, ale nie dla Białorusi. Dotychczasowe sankcje nie skutkowały. Realna groźba odebrania Łukaszence największej imprezy w jego ukochanej dyscyplinie skuteczna być może.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Białoruskie teorie spiskowe

14 sty 2011

Dyplomatyczno-szpiegowski sojusz Polski i Niemiec próbował miesiąc temu obalić Aleksandra Łukaszenkę – uważa gazeta prezydenta Białorusi. Czyli zapewne i on sam.

Pozytywne jest przede wszystkim to, że w tej spiskowej teorii Polska występuje z Niemcami, które wcześniej nie były przez nikogo podejrzewane o wspieranie w tym regionie jakichkolwiek inicjatyw politycznych, które by się nie podobały Moskwie. A obalenie Łukaszenki przez jakichś prozachodnich (bo z tamtej strony finansowanych) spiskowców Kremlowi by się bardzo nie podobało.

W sumie pozytywne jest i to, że Łukaszence potrzebne są jakieś teorie spiskowe. To potwierdzenie, że nie czuje zdecydowanego poparcia we własnym narodzie. Czyli że przeraziły go prawdziwe wyniki wyborów 19 grudnia. I dlatego zdecydował się na tak silne uderzenie w opozycję, od bicia i uprowadzania kontrkandydatów po grożenie opozycjonistom karą kilkunastu lat więzienia.

Dopiero teraz się dowiedzieliśmy, że główny rywal Łukaszenki Uładzimir Nieklajeu był na pasku Berlina i Warszawy, bo przed wyborami był przedstawiany jako człowiek Moskwy. Jeszcze jako kandydat prorosyjski był bity przez białoruskie KGB.

Można to wszystko zignorować, ale trzeba pamiętać o losie białoruskiej opozycji. Publikacja w „Sowietskiej Biełorussii” oznacza, że reżim w Mińsku może się szykować do jeszcze ostrzejszego uderzenia w opozycjonistów. A udział w zamachu stanu za pieniądze obcego państwa – to już oskarżenie szalenie poważne, zwłaszcza w kraju, w którym jest wykonywana kara śmierci.

Dlatego trzeba wyraźnie powiedzieć, że Polska ani żaden inny kraj UE nie organizuje zamachów stanu na Białorusi. Nie ma kandydata, którego chce osadzić w pałacu prezydenckim w Mińsku. Nikogo nie przywiezie na czołgu ani nie da miliardów euro na kampanię wyborczą.

Polsce i Niemcom zależy na tym, by Białoruś była krajem, w którym odbywają się wolne i demokratyczne wybory, a opozycja nie siedzi w więzieniach KGB, lecz w ławach parlamentu. I o tym zresztą przed grudniowymi wyborami rozmawiali z Łukaszenką ministrowie Sikorski i Westerwelle. Wtedy o spisku nie wspominał. Może „Sowietskaja Biełorussija” napisała jednak tekst niezgodny z poglądami prezydenta?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie odwracajmy się od Białorusinów

19 gru 2010

Aleksander Łukaszenko znów wygrał wybory prezydenckie na Białorusi. Zachód nie powinien się odwracać od Białorusi

I znowu wybory prezydenckie na Białorusi stały się problemem dla Zachodu. Bicie kontrkandydatów Łukaszenki przez milicję, pałowanie demonstrantów, zatrzymywanie opozycjonistów – to nie jest to, co pomaga podjąć decyzję o otwarciu się na łukaszenkowską Białoruś. Wygląda to jak powrót do ponurych czasów, gdy Aleksander Łukaszenko był zwany ostatnim dyktatorem Europy.

Na dodatek na ulicach Mińska podważane są rezultaty niedzielnych wyborów – opozycja podaje wynik Łukaszenki dwa razy niższy niż ten, który wypadł z zamówionych przez władze sondaży exit polls. Jak więc zareagować na oficjalne rezultaty? Czy przywrócić sankcje wobec białoruskich władz, znów zakazać dygnitarzom poruszania się po świecie zachodnim, odciąć Łukaszenkę od alpejskich stoków i wyjazdów do Berlusconiego? Łatwiej powiedzieć, jak zareagować na pobicie kandydata Uładzimira Nieklajeua – ostrą krytyką i oburzeniem.

Nie należy jednak podejmować radykalnych decyzji pod wpływem emocji. Nie namawiam do udawania, że nic się nie stało. Bo się stało i to trzeba wyraźnie powiedzieć. Trzeba żądać wyjaśnień w sprawie liczenia głosów i w sprawie ataków milicji na opozycjonistów.

Zachód nie może się jednak miotać między sankcjami a obietnicami, jednego dnia grozić kijem, drugiego dawać marchewkę. Czyż ci, co podsuwali pęczek marchewek przed wyborami, naprawdę zakładali, że mogą one spełnić demokratyczne standardy? Że choćby z dnia na dzień zmieni się mentalność członków komisji wyborczych?

Białoruś, delikatnie mówiąc, nie jest jedynym krajem na wschód od UE, w którym wyniki wyborów budzą wątpliwości. A z innymi przywódcami tamtego regionu Zachód rozmawia i prowadzi interesy. Jest na Wschodzie kraj, gdzie milicja atakuje 82-letnią opozycjonistkę, i w żadnym stopniu nie pogarsza to stosunków z Unią.

Łukaszenko ma wiele grzechów na sumieniu i pewnie kiedyś rozliczą go z tego sami Białorusini. Za jego władzy Białoruś umocniła jednak suwerenność. To nie jest łatwy partner dla nikogo. I to się nie zmieni.

Zachód powinien się poważnie zastanowić, czy odwrócić się od Łukaszenki. I na pewno nie odwracać się od Białorusinów. Białoruś nie jest bezpowrotnie stracona dla świata zachodniego.

***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Męska rozmowa o Andżelice Borys

12 lut 2010

Rozmowa Radosława Sikorskiego z szefem białoruskiej dyplomacji najwyraźniej nic nie dała

Siarhiej Martynau, przyjęty w piątek przez polskiego ministra spraw zagranicznych, uważa, że Polakom na Białorusi nic złego się nie dzieje. Nasyłanie milicji na polską organizację i przejmowanie jej majątku to, jak powinniśmy jego zdaniem uważać, normalne działanie. A przede wszystkim Polska ma się nie wtrącać w wewnętrzne sprawy Białorusi, także te dotyczące polskich organizacji w tym kraju.

Wypowiedzi Martynaua (i nie pomogła tu dobra angielszczyzna) dowodzą, że niezależnie od tego, czy z przedstawicielami Łukaszenki prowadzi się rozmowy męskie, czyli w stylu lansowanym przez Sikorskiego, czy niemęskie – efekt jest taki sam. Władze białoruskie robią, co chcą. Dławią wszystkie inicjatywy, które nie są ich dziełem. Wszystko, na co reżim nie ma wpływu. Także Związek Polaków pani Andżeliki Borys.

Prześladowanie mniejszości, wbrew temu, co twierdzi Martynau, nie jest wewnętrzną sprawą Białorusi. Nie ma też nic dziwnego w tym, że Polsce bliski jest los Polaków na Białorusi. Białoruś też interesuje się losem Białorusinów mieszkających za granicą. A jej sojusznik ze ZBiR – Rosja – w obronie Rosjan, nawet świeżej daty (z paszportem przyznanym chwilę wcześniej), potrafi prowadzić wojny, prawdziwe i cybernetyczne.

Wraca pytanie, czy warto rozmawiać z przedstawicielami białoruskiego reżimu? I czy właściwe było zawieszenie części sankcji i wpuszczenie białoruskich dygnitarzy, z Łukaszenką włącznie, na europejskie salony?

Zabrzmi to jak przyznanie się do bezradności, ale mimo wszystko nie było lepszego wyjścia. Chodziło o to, by nie zostawić Białorusi na łasce i niełasce Rosji. By wzmocnić jej suwerenność, oferując jednocześnie zbliżenie z Zachodem. To nadal jest aktualne. Ale bardzo trudne, co Martynau pokazał nam dobitnie. Przyjeżdżając do Warszawy parę dni po ostrym ataku milicji i sądów białoruskich na polską mniejszość i mówiąc, że nic się nie stało, zakpił sobie z Polski, UE i ich wartości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie potępiać Litwy

16 wrz 2009

Litewskie władze otworzyły drzwi przed Aleksandrem Łukaszenką, zwanym ostatnim dyktatorem Europy. I posypały się na Litwę gromy z różnych stron, przede wszystkim opozycji białoruskiej.


Zarzuty wobec Łukaszenki są znane. I poważne. Nikt chyba nie twierdzi, że białoruski przywódca ma czyste sumienie. Ale to jeszcze nie znaczy, że na zawsze ma być izolowany. Był w tej izolacji za grzechy kilkanaście lat. To dużo. Ilu jest przywódców, których z taką konsekwencją piętnowali nie tylko przez komentatorzy i obrońcy praw człowieka, ale i prezydenci i premierzy cywilizowanego Zachodu. Może Castro, Mugabe albo Kaddafi? 


Wiele zarzutów, które padały pod adresem Łukaszenki, można było albo można nadal postawić przywódcom Chin, Arabii Saudyjskiej, Azerbejdżanu czy Kazachstanu, krajów, z którymi świetnie się Zachodowi prowadzi interesy. Białoruś pod wodzą Łukaszenki nie atakowała innego państwa, a na przykład Rosja — tak. Nie organizowała zamachów terrorystycznych. Ale to białoruski prezydent był chłopcem do bicia. To łatwy cel — i Białoruś nieduża, bez atomu, ropy i trochę na uboczu, i Łukaszenko — człowiek znikąd, z dołów, z sowieckiego lamusa. 
Od ubiegłorocznego ataku Rosji na Gruzję myślenie o wschodnich rubieżach Europy trzeba zmienić. Gra jest bardzo poważna, Białoruś może się na zawsze dostać w ręce Moskwy. Jak słusznie mówi Aleksander Milinkiewicz, rywal Łukaszenki z wyborów prezydenckich w 2006 roku (sfałszowanych), najważniejsza jest teraz niepodległość Białorusi. 


Inny lider opozycji, zasłużony Stanisław Szuszkiewicz woła do Solany, Ferrero-Waldner, Sikorskiego, Ušackasa i Grybauskaitė o opamiętanie. By nie okazywali tyle miłosierdzia dyktatorowi. Można zrozumieć ten żal, ale jest to żal z innych czasów, sprzed wojny w Gruzji, a może i sprzed pomarańczowej rewolucji. 


Teraz z Łukaszenką trzeba rozmawiać. I wymuszać przestrzeganie praw człowieka, negocjować jak najlepsze warunki dla opozycji. A jego winy powinni przede wszystkim rozliczyć Białorusini. Na pewno będzie to łatwiejsze, gdy Litwie i innym państwom europejskim uda się zmiękczyć Łukaszenkę i zbliżyć Białoruś do Europy, niż gdy Białoruś będzie protektoratem Moskwy lub gubernią. 
Zresztą ten proces okazywania miłosierdzia, jak to nazywa Szuszkiewicz, przebiega stopniowo. I zawsze można go przerwać, do sankcji i izolacji droga jest otwarta. I o tym Łukaszenko doskonale wie. 


Najlepsze, co można by zrobić, to otworzyć europejskie granice dla wszystkich Białorusinów (nie tylko Łukaszenki i nie tylko tych z terenów pogranicznych). Dla tych zwykłych, których nie stać na schengeńską wizę za 60 euro (Rosjanie płacą 35 euro). Ale to już marzenie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Slalom po białorusku

13 mar 2009

Białoruś od dawna daje Polsce i Unii Europejskiej trudną lekcję. Sankcje zawodzą, ich zawieszenie lub znoszenie – raczej też.

Aleksander Łukaszenko raz robi gest wobec Brukseli, potem dwa wobec Moskwy. I nie wiadomo, czy zaraz nie zmieni zdania. W piątek miał się spotkać z europejską komisarz Benitą Ferrero -Waldner. Ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i poleciał do prorosyjskiej Armenii, by tam pojeździć na nartach w kurorcie Cachkadzor.

Dla Polski Białoruś jest szczególnie istotna. Po pierwsze – ze względu na niepewną przyszłość regionu za naszą wschodnią granicą. Po drugie – dlatego że jest tam liczna mniejszość polska.

Połączenie dwóch celów – troski o Polaków i zachęcania Mińska do wprowadzenia zachodnich standardów – jest niezwykle trudne. Choć logiczne wydaje się, że mniejszości polskiej będzie lepiej, jeżeli ich ojczyzna, Białoruś, będzie demokratycznym państwem prawa. Z tym że droga do takiego państwa jest długa, a zagrożenia na niej wielkie – i bez kryzysu słaba gospodarczo Białoruś może się na dobre osunąć w objęcia Moskwy.

Jak kilka miesięcy temu mówił znany opozycjonista Aleksander Milinkiewicz, teraz najważniejsza jest niepodległość, niedopuszczenie, by Białoruś stała się rosyjskim protektoratem, krainą niestabilności, a prawa człowieka i demokracja są tylko bardzo ważne. To odważne stwierdzenie jak na czołowego polityka opozycji od lat gnębionej, więzionej, szykanowanej, a jednocześnie wspieranej przez Zachód.

Trzeba się zastanowić, czy nie powinno ono przyświecać unijnej i polskiej polityce wobec Mińska. Polityce, którą trzeba prowadzić bardzo subtelnie i krok po kroku, ale z dalekosiężnym celem – niezależnego, przyjaznego Europie państwa między Polską i Rosją. To dyplomatyczny slalom na bardzo trudnym stoku.

Łukaszence nie można obiecywać zbyt wiele naraz, a Polska w szczególności nie może obiecywać niczego kosztem nieuznawanego przez władze białoruskie Związku Polaków. Los organizacji pani Andżeliki Borys jest, parafrazując Milinkiewicza, bardzo ważny. To znaczy, że nie można pozwolić na jej prześladowania. Ale najważniejsze dla liderów Związku Polaków jest to, czy Białoruś, w której będą żyć, będzie niepodległym i demokratycznym państwem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Białoruski eksperyment

28 wrz 2008

Te wybory parlamentarne to niezwykły eksperyment jak na kraj Łukaszenki. I zarazem strategiczna rozgrywka Unii Europejskiej, ze szczególną rolą Polski, a ściślej szefa polskiej dyplomacji.

Przez wiele lat białoruscy parlamentarzyści nie budzili emocji. Wszyscy popierali Aleksandra Łukaszenkę, wszyscy mieli jego poparcie, i wszyscy nie byli uznawani przez Zachód. Opozycji nie dopuszczano do tego – i tak niewiele znaczącego – organu władzy.

Nowy parlament nie będzie miał dużo większego znaczenia, o prawie wszystkim i tak będzie nadal decydował Łukaszenko. Ale zapewne znajdą się w nim opozycjoniści, a więc może być uznany przez Unię Europejską. I wszystko na to wskazuje, że Łukaszenkowska Białoruś nie będzie już obłożona sankcjami. I nie będzie też już dłużej nazywana dyktaturą, choć właściwie nadal nią będzie. Osobliwie brzmiały zapowiedzi komisji wyborczej, że prezydent kazał, by wybory były uczciwe. Nietypowe były też obietnice Unii, że wystarczy, iż w parlamencie opozycja zajmie kilkanaście procent miejsc, by podejście do tego kraju się zmieniło. To próba przeciągnięcia Łukaszenki na stronę Zachodu w narastającym konflikcie z Moskwą. W tak ważnym historycznie momencie, w którym decydują się losy kontynentu na całe pokolenie, warto podjąć taką próbę, choć jest ona obarczona sporym ryzykiem.

Jest to także rozgrywka ministra Radosława Sikorskiego, jego pierwsze odważne posunięcie w polityce wschodniej. Na początku nie doceniał wszystkich jej kierunków, z naiwnym optymizmem stawiając wyłącznie na poprawę stosunków z Rosją. W jego projekcie Partnerstwa Wschodniego Białoruś była gdzieś w tle. Teraz, po agresji Rosji na Gruzję, nagle trafiła do pierwszego szeregu.

Łukaszence warto było dać szansę, bo jeżeli chce się ją dać Białorusi, to niezależnie od naszych sympatii, teraz można ją było dać tylko jemu. Ale to nie znaczy, że można patrzeć przez palce na jego poczynania. Obserwatorzy powinni wydać rzetelną ocenę wyborów.

Aleksander Łukaszenko to wytrawny gracz, który wciąż zerka na Moskwę. Czy się zaczął zmieniać, dowiemy się za tydzień podczas wizyty premiera Władimira Putina na Białorusi. W tej strategicznej rozgrywce Unia musi być czujna. A w razie czego – oby nie było takiej potrzeby – we właściwym momencie przyznać, że przeciąganie Łukaszenki na stronę Zachodu skończyło się porażką.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Andżelika Borys na ołtarzu wielkiej polityki

19 wrz 2008

Wszystko wskazuje na to, że Andżelika Borys zostanie poświęcona na ołtarzu wielkiej polityki. Odsunięcie jej od władzy w Związku Polaków na Białorusi ma być jedną z marchewek dla Aleksandra Łukaszenki, by łatwiej mu było podjąć decyzję o wyrwaniu się z objęć Moskwy.

Niewątpliwie wielka polityka wymaga ofiar. A po interwencji rosyjskiej w Gruzji czas jest właśnie taki, by podejmować strategiczne, dalekosiężne decyzje. Także w sprawie przyszłości Białorusi, która w interesie Polski powinna być jak najsilniej związana z Zachodem i jak najmniej skazana na zależność od Moskwy.

Cel jest więc szlachetny i ważny dla przyszłości naszego kraju (a także Polaków na Wschodzie, w tym tych na Białorusi). Gorzej ze środkiem. Bo, jak się wydaje, polski MSZ chce ulec żądaniom Łukaszenki i po prostu wymusić na Andżelice Borys, by zniknęła ze Związku Polaków. Niezależnie od tego, co myślą rodacy z Białorusi i niezależnie od tego, kim była pani Borys.

A przez kilka lat była, tu w Polsce, symbolem słusznej walki o demokrację na Białorusi, polską patriotką, która stawiła czoło dyktaturze. Pojawiała się na okładkach pism kobiecych, była tą piękną, która nie bała się „bestii”. Politycy różnych opcji, od Donalda Tuska po Romana Giertycha, jeździli do niej do Grodna, całowali po rękach, pozując przy okazji do fotografii.

Za te wizyty polskich polityków, za ten wizerunek Polki walczącej z białoruską dyktaturą Andżelika Borys zapłaciła wysoką cenę. Wiele razy wzywana na milicję, wiele razy przesłuchiwana. Osamotniona, zastraszana, tropiona przez smutnych panów w żiguli. Odgrywała rolę, która podobała się nam w Polsce. Teraz najwyraźniej już się nie podoba, bo takie są uwarunkowania geopolityczne.

Czy bez odsunięcia pani Borys zachęcanie Łukaszenki do współpracy z Zachodem jest niemożliwe? Jeżeli tak, to trzeba znaleźć sposób na to, by działacze nieuznawanego przez Mińsk Związku Polaków, a zwłaszcza Andżelika Borys, nie poczuli, że ich walka i cierpienia nie miały sensu. Trzeba znaleźć dla nich godne miejsce w nowej geopolitycznej rzeczywistości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Karykatura proroka i karykatura prawa

18 sty 2008

Trzy lata w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze ma spędzić redaktor malutkiej gazety białoruskiej za wydrukowanie karykatur Mahometa. Czuję się w obowiązku zabrać w sprawie tej radykalnej kary głos, bo sam te karykatury drukowałem.

Zarzut wobec dziennikarza białoruskiej „Zgody” jest podobny do tego, który różnym gazetom na świecie stawiały organizacje muzułmańskie, rządy krajów islamskich i czasem także prokuratury w krajach, gdzie doszło do publikacji: obraza uczuć religijnych. Kodeks białoruski mówi o podsycaniu nienawiści (religijnej, rasowej czy narodowej) przez osobę wykonującą obowiązki służbowe.

W tym wypadku urażona poczuła się organizacja białoruskich muzułmanów. Ale i ona jest zaskoczona surowością wyroku. Być może sąd po prostu wykorzystał okazję, by wsadzić za kraty opozycyjnego dziennikarza, a pod ręką był akurat argument podsunięty przez miejscowych muzułmanów. Być może Aleksander Łukaszenko liczy na jakieś profity w krajach islamskich.

Tak czy owak kara jest szokująca, także dlatego że dotyczy publikacji w gazecie o bardzo małym nakładzie (drukuje około 5 tysięcy egzemplarzy, z tego do czytelników trafia zapewne znacznie mniej). Naczelny gazety zresztą wielekroć przepraszał urażonych muzułmanów, tak jak niegdyś ówczesny naczelny „Rzeczpospolitej” Grzegorz Gauden.

Przypomnę atmosferę, w jakiej karykatury opublikowała „Rz” i – mniej więcej w tym samym czasie – malutka białoruska „Zgoda”. Rozwścieczone tłumy atakowały zachodnie ambasady w krajach muzułmańskich, płonęły flagi, a rządy i obywatele wielu państw islamskich bojkotowali produkty wyprodukowane w nieszczęsnej Danii, w której prywatna gazeta – „Jyllands-Posten” pierwsza wydrukowała karykatury Mahometa.

Postępowanie duńskiego dziennika pewnie było prowokacyjne i nieprzemyślane. Ale reakcja niewspółmierna, niesłychana wręcz, pokazująca totalną inność i wrogość świata islamu – od duchownych przez rządy, monarchów po prostych ludzi z biednych ulic. Nigdy nie zdecydowalibyśmy się na druk karykatur proroka pierwsi. I nie zamierzaliśmy (aż głupio to podkreślać) ranić niczyich uczuć. Chodziło i o zachodnie wartości – wolności słowa, co w czasie płonących ambasad było szczególnie istotne – i o pokazanie, o co tak naprawdę chodzi? Jakie rysunki wywołują taką gwałtowną reakcję?

Przypuszczam, że Aleksandrem Sdzwiżkowem kierowały podobne intencje. Dlatego tym bardziej chcę wyrazić swój sprzeciw wobec tego wyroku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop