Polska proizraelska, ale trochę mniej

13 sty 2012

Zrozumienie dla lęków Izraela o bezpieczeństwo jest w Polsce niewzruszone. Ale już nie w każdej sprawie polski rząd zachowuje się tak, jak by sobie tego życzył gabinet Benjamina Netanjahu.

W niedzielę do Polski ma przyjechać najbardziej kontrowersyjny polityk tego gabinetu Awigdor Lieberman, szef MSZ, Znany jest z drastycznych pomysłów na rozwiązanie problemów Izraela, takich jak przyłączenie do tego kraju tej części okupowanego Zachodniego Brzegu Jordanu, gdzie są liczne osiedla żydowskie, a odłączenie tej, w której mieszka 450 tysięcy muzułmanów Arabów. A także pozbawiania praw izraelskich Arabów, którzy nie przysięgną na wierność Izraelowi i nie odbędą służby wojskowej lub zastępczej.

W czasie szczególnie trudnym dla Izraela, gdy nasilają się groźby coraz bliższego wyprodukowania bomby atomowej Iranu i niepewny jest finał rewolucji w krajach arabskich, takie poglądy szczególnie utrudniają dyplomację. I utrudniają wspieranie Izraela, nawet przez państwa uchodzące za proizraelskie.

O tym, że Polska jest takim krajem, i na dodatek jednym z nielicznych sojuszników, wciąż można usłyszeć od polityków i ekspertów izraelskich. Podobnie twierdzą politycy palestyńscy i mówią o tym z wyrzutem.

Polska nadal jest proizraelska jak na Unię Europejską. Podobnie lub silniej wspierają Izrael Czechy, Holandia, Niemcy oraz Włochy, przynajmniej tak było za czasów Silvia Berlusconiego. Polska nadal bojkotuje międzynarodowe spotkania zwane Durbanami, na których kraje takie jak Iran urządzają sobie antyizraelskie sabaty, wskazując na państwo żydowskie jako źródło wszelkiego zła na świecie. Kilka tygodni temu Polska zablokowała też unijny raport zainicjowany przez Brytyjczyków, który mówił o prześladowaniu izraelskich Arabów i namawiał państwa członkowskie Unii do przejmowania patronatu nad arabskimi wioskami.

Jednak w innych kwestiach Polska stała się ostrożniejsza, niż była jeszcze kilka lat temu. Nie chciała obiecać Izraelowi, że w razie pojawienia się w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ wniosku o uznanie niepodległości Palestyny zagłosuje „przeciw”. Jednocześnie obiecała, co wyraźnie powiedział Donald Tusk, że nie poprze rezolucji zagrażającej bezpieczeństwu Izraela. Zrozumienie dla tego, że kraj ten musi mieć prawo do obrony przed otaczającymi go wrogami, jest cały czas silne.

W innej ważnej kwestii, przyjęcia Palestyny do UNESCO, pierwszej poważnej organizacji międzynarodowej, w której ostatecznie uzyskała pod koniec października członkostwo, nasz kraj wstrzymał się od głosu („przeciw” z państw unijnych zagłosowały Niemcy, Holandia i Szwecja, „za” były m.in. Francja i Belgia). To głosowanie przesunęło Polskę do grupy umiarkowanych sojuszników. I coraz bardziej nierozumiejących polityki rządu Netanjahu, który w czasach tak trudnych dla kraju potrafi zirytować nawet prezydenta USA.

Nie tylko politycy i politologowie dostrzegli, że w ostatnich dwudziestu latach Polska wspierała Izrael. Dotarło to do wielu zwykłych Izraelczyków. Jak mówił mi wczoraj sędziwy publicysta izraelski, dużo mniej jest też wypowiedzi, że wszyscy Polacy to antysemici, a wiele więcej sympatii do starej ojczyzny znacznej części obywateli. Na to wpływ miały też imprezy kulturalne, odrodzenie festiwali żydowskich w Polsce.

Polska nie doczekała się jednak tak dobrego wizerunku, jak mają w Izraelu choćby Niemcy, co biorąc pod uwagę znaczenie tragicznego dziedzictwa drugiej wojny dla historii państwa żydowskiego wydaje się niesprawiedliwe.

A ważni politycy izraelscy mogą w sprawie wizerunku wiele. Gdy Izraelowi zależało na poparciu Bułgarii, to premier Netanjahu w Sofii wygłosił pochwałę postawy Bułgarów w czasie drugiej wojny. Choć byli sojusznikami Hitlera to zachowali się najlepiej w czasie Holokaustu, powiedział.

Tocząca się właśnie w Izraelu debata o uznaniu dokonanego przez Turcję ludobójstwa Ormian pokazuje, że nawet w tak drażliwej kwestii dla państwa traktującego Holokaust jako jedyne w swoim rodzaju wydarzenie w historii możliwe jest dostrzeżenie krzywd innego narodu. Stało się tak dlatego, że w Ormianach i silnym na Zachodzie lobby ormiańskim Izraelczycy zauważyli sojuszników w starciu ze swym byłym sojusznikiem, Turcją.

Z Polską jest inaczej, kilka tygodni po spotkaniu z premierem Donaldem Tuskiem Benjamin Netanjahu wystąpił w reklamie, której celem było wywarcie nacisku w sprawie zwrotu majątku Żydów i odszkodowań za nie. To, niezależnie od tego, jak się ocenia nierozwiązany w naszym kraju problem reprywatyzacji (niedotyczący przecież tylko Żydów), nie był przyjazny gest wobec Polski. Było to też spore zaskoczenie dla sojusznika, od którego często oczekuje się dyplomatycznego wsparcia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Młodszy brat, starszy brat i wielki brat

09 sty 2012

Polski i Litwy nie łączy już polityka wschodnia oparta na strachu przed Rosją. Czy zastąpią ją litewskie zabiegi o rosyjskie względy?

Szef litewskiej dyplomacji Audronius Ažubalis, konserwatysta, a raczej nacjonalista, w opublikowanym w zeszłym tygodniu wywiadzie dla litewskiego magazynu, wyraził kilka ciekawych opinii. Nie tylko przyznał, że Litwa jest w konflikcie z Polską, ale jeszcze całą winę za ten stan zrzucił na nasz kraj. Podkreślił, że Litwini nie potrzebują starszego brata, czyli Polski pouczającej i domagającej się praw dla litewskich Polaków. Litewskie portale cytując ministra dodawały do tego wyrażoną parę tygodni wcześniej opinię ojca duchowego Ažubalisa, niegdyś głowy państwa, a obecnie eurodeputowanego Vytautasa Landsbergisa, że Polska zmieniła podejście do młodszego brata, bo uczy się wielkomocarstwowej polityki od Rosji.

Warto krótko najpierw odeprzeć zarzut o polskiej winie, by zabrać się potem za trop rosyjski. Winą Polski, polityków i publicystów, tak naprawdę jest przede wszystkim łatwowierność wobec obietnic składanych przez długie lata przez Litwinów i spoglądanie na Wschód w kategoriach długofalowych, strategicznych. Polska godziła się na litewskie zwodzenie i przekładanie spełnienia obietnic w sprawie praw mniejszości polskiej, bo chciała, by Litwa poczuła się bezpiecznie, by zadomowiła się w NATO i Unii Europejskiej.

Nawet nie bardzo można zarzucić polskim politykom brak wrażliwości, prawie każdy z nich zdaje sobie sprawę z bagażu wspólnej historii i umie sobie wyobrazić, co by było, gdyby w Warszawie i okolicy znaczną część ludności stanowiliby Niemcy lub Rosjanie (bo w Wilnie co piąty mieszkaniec to Polak, w okolicznych rejonach więcej niż co drugi). W sprawie winy odpowiedzią jest też to, kto (Litwa) wprowadza niekorzystne dla mniejszości ustawy.

W ten niekończący się spór młodszego brata ze starszym bratem wkrada się, jak przed laty, wielki brat. W czasach prezydentów Valdasa Adamkusa i Lecha Kaczyńskiego oba kraje uchodziły za najostrzejszych w Unii Europejskiej wojowników w stosunkach z Rosją. Teraz, za wykształconej w Leningradzie prezydent Dalii Grybauskaitė, między Litwą i Rosją nie panuje już werbalna zimna wojna, lecz chłodny pokój. Wiele wskazuje na to, że Wilno chciałoby go przekształcić w pokój całkiem ciepły.

Litwini już zapomnieli o swojej niechęci do Moskwy z czasów radzieckich. Kultura i język rosyjski, także dzięki wszechobecnym rosyjskojęzycznym telewizjom i częstym koncertom gwiazd, nawet w bastionie litewskości, Kownie, są mile widziane. Wciąż jest tak, że najłatwiej zostać milionerem, gdy się prowadzi interesy z Rosją, a taka wizja, zwłaszcza w czasach kryzysu, kusi. 

Litwa nadal jest, i do czasu ukończenia mostu energetycznego do Polski (co nastąpi najszybciej w 2015 roku) i zwłaszcza wybudowania nowej elektrowni jądrowej (co może nie nastąpić wcale, a jeżeli już, to nie wcześniej niż w 2020 roku) będzie prawie całkowicie zależna energetycznie od Rosji. I to też skłania do pogodzenia się z wielkim bratem. Na razie jest tak, jak mówi znany litewski publicysta, że Moskwa nie widzi Wilna, bo to dla niej za mały gracz.

Ale, dodam, to może się zmienić. W odtwarzaniu rosyjskiej strefy wpływów taki mały gracz, nasz młodszy brat, okaże się ważny, gdy UE będzie słabsza i coraz mniej atrakcyjna dla zwykłych obywateli. Dla nich peryferie upadającej Unii mogą być mniej pociągające niż współpraca z silną Rosją, a skoro dla nich, to i dla polityków. Odcinanie się od starszego brata zwiększa prawdopodobieństwo realizacji tego scenariusza.

Nie jest jeszcze za późno na to, by to sobie uświadomić. I w Wilnie, i w Warszawie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tunezyjskie laboratorium

03 sty 2012

Rewolucje arabskie zaczęły się w małym kraju, na prowincji, od nikomu nieznanego człowieka. Porewolucyjna przyszłość świata arabskiego nadal kształtuje się w Tunezji, tam jest laboratorium arabskiej demokracji

Rok temu, 4 stycznia 2011 r. od ran odniesionych w płomieniach zmarł Mohamed Buazizi, obwoźny sprzedawca warzyw z oddalonego od turystycznych szlaków tunezyjskiego Sidi Buzid. Dziesięć dni później w Tunezji nie było już wiecznego jak się wydawało dyktatora Zinedina al Abidina Ben Alego. Zmiotła go ze sceny politycznej rewolucja, którą wywołał Buazizi, dziś jej symbol. Buazizi jest męczennikiem, bohaterem narodowym, jego podobizna jest na tunezyjskim znaczku pocztowym, w wielu miejscach na świecie są jego pomniki, ulice i place jego imienia. Pośmiertnie dostał nagrody, w tym Sacharowa od Parlamentu Europejskiego, i tytuł człowieka roku od czołowego brytyjskiego dziennika.

Symbolem stał się szybko, jak przystało na świat Internetu i filmów z komórek. Szybko też zaczęły się pojawiać wątpliwości co do jego wizerunku, którym towarzyszą wątpliwości co do samej rewolucji. Na pewno nie był studentem, a tym bardziej bezrobotnym absolwentem uczelni, jak na początku głoszono. Z tym wizerunkiem utożsamiły się tysiące studentów i pozbawionych szans na przynoszące satysfakcję zatrudnienie wykształconych Tunezyjczyków, którzy byli główną siłą rewolucji. Nie jest też pewne, czy bez powodu został spoliczkowany przez policjantkę. Pojawiły się nawet plotki, że nie dokonał samospalenia, lecz markował je, polewając się łatwopalną substancją, a do podpalenia doszło przypadkowo, od papierosa.

Faktem jest obalenie dyktatora, ale i ono mogło być wynikiem zamachu pałacowego, a nie wyłącznie buntu Tunezyjczyków. Przecież dzień przed upadkiem Ben Ali zapowiedział wprowadzenie demokracji i zniesienie cenzury. Rządzący obecnie Tunezją umiarkowani islamiści z partii Nahda wraz z centrolewicowymi koalicjantami za ważniejszą datę uważają 17 grudnia, gdy zapłonął Buazizi, niż 14 stycznia, gdy Ben Ali uciekł do Arabii Saudyjskiej. Ważniejsza jest dla nich iskra do rewolucji niż upadek dyktatora.

Przez rok Tunezja przeszła szybko przez przedszkole demokracji, jest już po wyborach do tymczasowego parlamentu i ma wyłonionego przez ten parlament prezydenta z ugrupowania laickiego, byłego obrońcę praw człowieka. Nahda nie pokazała groźnego fundamentalistycznego oblicza, w tej roli występuje niezalegalizowana na razie partia radykalnych, antyliberalnych i antyzachodnich salafitów. Nahda zezwoliła nawet w stolicy na szaleństwa sylwestrowe, włącznie ze wznoszeniem toastów alkoholem, choć i ta uroczystość, i trunki są obce kulturze islamskiej. Uchodzi za ugrupowanie pragmatyczne. Nie może sobie na razie pozwolić na uderzenie w świeckie elity dużych miast, bo za rok (czy później, bo terminy nie są znane) czekają ją następne wybory, już do nietymczasowego parlamentu. Musi sobie poradzić z rozbudzonymi apetytami Tunezyjczyków na lepsze życie. A to nie będzie łatwe.

Walka o poprawę sytuacji gospodarczej zbliża porewolucyjną Tunezję do problemów Zachodu. Rządzący muszą się tam wykazać tak samo jak w Europie i Ameryce, bo czekają ich wybory. Tunezyjskie laboratorium arabskiej demokracji pracuje, a jego symbolem nadal jest Buazizi. Na razie nic nie wskazuje na to, by Tunezyjczycy zrezygnowali z kontroli władzy, by mieli się zgodzić na nową dyktaturę, tym razem islamistyczną. A na małą Tunezję patrzy cały zrewoltowany świat arabski.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rosyjskie prawo do demokracji

11 gru 2011

Dziesiątki tysięcy protestujących w dziesiątkach miast w wielu strefach czasowych. Trudno to nazwać inaczej niż rosyjskim przebudzeniem.

Zniknął strach przed represjami, zniknęła moda na Putina, zniknęło przekonanie, że jak będziemy siedzieć cicho, to on nam pozwoli się bogacić. I pojawił się strach na Kremlu. Bo przeciw fałszowaniu wyników wyborczych i przeciw bezwstydnej bezkarności partii władzy wypowiadają się już nie tylko odwieczni opozycjoniści, których można zamknąć w jednym areszcie, ale i celebryci, syci przedstawiciele klasy średniej.

To wszystko przypomina przebudzenie Arabów, choć zapewne nie skończy się tak jak w Libii (likwidacją  znienawidzonego przywódcy) czy nawet Tunezji (ucieczką dyktatora za granicę).  Rosja to nie Afryka Północna. Ale w obronie reżimów  pojawiają się na Zachodzie podobne argumenty.  Z tym najważniejszym: po obecnej władzy może przyjść gorsza. Tak było z podtrzymywaniem w Egipcie Mubaraka, który miał nas chronić  przed terrorystami islamskimi.

Tak jest i z Putinem, który jest ponoć lepszy od tych, którzy przyszliby na jego miejsce. Bo nogami już przebierają rosyjscy komuniści i nacjonaliści. To oni ramię w ramię  protestują w Moskwie z prozachodnimi liberałami, z arcymistrzem Kasparowem, pisarzem Akuninem i młodzieżą tworzącą podziemną społeczność internetową. To oni  nagłaśniają przykłady fałszerstw.

Skąd to pyszałkowate przekonanie, że Rosjanie nie są sami w stanie dobrać sobie odpowiedzialnych rządzących? Że nie dorośli do demokracji? To prawda, że część komunistów kultywuje Stalina, co nie tylko w Polsce nie może się podobać. Prawdą jest jednak również i to, że przez kilkanaście lat władzy Putina nie poznaliśmy wszystkich dokumentów o zbrodniach stalinowskich. Nie usłyszeliśmy, że są ludobójstwem.

Ważne nie jest to, czy politycy rządzący w Rosji będą się wywodzili z partii, która ma w nazwie „komunistyczna”, ale to, czy wolne wybory, w których wyniku dojdą do władzy, nie będą ostatnimi demokratycznymi wyborami w Rosji. Nie ma powodu, by tylko ze względu na pamięć o zbrodniach Stalina zakładać, że to niemożliwe. W Indiach czy na Cyprze komuniści uczestniczą w demokratycznej grze wyborczej.

Nikt zresztą nie wie, jaka byłaby ta Rosja bez z góry przewidzianych wyników, bez uznawania za prezydenta kogoś, kto ma wystartować w wyborach dopiero za pół roku. Jej twarz poznamy, gdy Rosjanie wreszcie będą mieli pełne prawo do demokracji. Patrząc na ostatnie wydarzenia w Moskwie, można mieć nadzieję, że je sobie wywalczą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jemen i Kapuściński


06 gru 2011


Najlepiej pochwalić się samemu. Dostałem Nagrodę Polskiej Agencji Prasowej imienia Ryszarda Kapuścińskiego za tekst „Jemeńska szkoła dżihadu”.


Po niemal dwóch latach od jego napisania parę rzeczy się w Jemenie zmieniło. Przede wszystkim zaś główny bohater, Nigeryjczyk Umar Faruk Abdulmuttalab, terrorysta z bombą w majtkach, lada moment usłyszy wyrok za próbę wysadzenia się w samolocie nad Detroit. Za próbę dokonania największego od 2001 zamachu na znienawidzoną przed fundamentalistów islamskich Amerykę. Za, jak powiedział, próbę „zemsty za zabijanie muzułmańskich braci i sióstr”. Wszystko wskazuje na to, że wyrok, który ma usłyszeć w styczniu, będzie wysoki. Resztę życia młody chłopak, syn multimilionera, spędzi w amerykańskim więzieniu. 


Nie żyje już Anwar al Awlaki, urodzony w Ameryce jej wielki wróg i duchowy przywódca terrorystów islamskich, w tym i Umara. Zginął 30 września od rakiety wystrzelonej z amerykańskiego samolotu bezzałogowego. A rozkaz jego zabicia, jak pisała amerykańska prasa, wydał ponad rok wcześniej sam Barack Obama.


Wszystko wskazuje też na to, że tym razem naprawdę skończą się w Jemenie, po ponad trzech dekadach, rządy prezydenta Alego Abdullaha Saleha. Długo tańczył na głowach węży (tak nazywa władanie swoim krajem), ale już nie wytrzymuje tej gimnastyki. Nie te lata. Ale spryt pozostał. W przeciwieństwie do innych obalanych dyktatorów arabskich wywalczył sobie nietykalność. I dla rodziny też. 


Nadal działa szkoła języka arabskiego w Sanie, w której uczył się (i potajemnie przygotowywał do zamachu) Umar. 


Spełniło się też marzenie sympatycznej bohaterki reportażu Lubny Al Kibsi. Jest w Japonii i poznaje tajniki biochemii i genetyki. Jeżeli wróci do kraju, będzie pierwszym (niezależnie od płci) specjalistą od genetyki. A jej życie osobiste? Czy znalazła wreszcie odpowiedniego kandydata na męża? Tego nie wiem, wciąż czekam na mejl z odpowiedzią z Japonii. 



  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zmiany – tak. Jeśli zgodzi się na nie król

25 lis 2011

W Maroku trwa trudny test. Jak pogodzić monarchię z hasłami wznoszonymi podczas tegorocznych rewolucji w krajach arabskich?

Odpowiedzi mają częściowo udzielić piątkowe wybory. Już w lecie odbyło się referendum konstytucyjne. Większość Marokańczyków poparła wtedy zmiany, które zaproponował król, w tym kosmetyczne ograniczenie jego władzy.

Maroko już przed wybuchem rewolucji arabskich było jak na świat islamu całkiem liberalne. Nie blokowano tam Internetu, działała umiarkowana opozycja. Granicą swobody wypowiedzi i działania było – i nadal jest – to, co zdaniem rządzących, zagraża pokojowi oraz harmonii państwa i obywateli. Oznacza to całkowity zakaz krytyki króla i jego rodziny oraz w mniejszym stopniu, choć na prowincji wciąż dotkliwym, władz lokalnych. W aresztach jest trochę opozycjonistów, ale represje w niczym nie przypominają czasów poprzedniego monarchy, kiedy przeciwnicy polityczni znikali w tajnych więzieniach, gdzie latami nie widzieli słońca.

48-letni Mohammed VI, dziedzic najdłużej panującej dynastii arabskiej, cieszy się szczerym szacunkiem znacznej części społeczeństwa. Obserwowałem to niedawno w Tetuanie, 300-tysięcznym mieście na północy, gdzie monarcha ma jeden z pałaców. Wykształceni i znający Zachód ludzie opowiadali z przekonaniem, że król, gdyby tylko mógł, zreformowałby kraj, wyplenił korupcję i niesprawiedliwość. Przeszkadzają mu urzędnicy. Słyszałem opowieści o Mohammedzie VI wymykającym się w nocy z tetuańskiego pałacu, by na wąskich uliczkach wsłuchiwać się w troski bezdomnych i żebraków.

Przeciw monarchii jest zdelegalizowana radykalna partia islamska i część zapatrzonych w Zachód aktywistów Ruchu 20 lutego, organizacji przypominającej te, które zapoczątkowały rewolucje w Tunezji i Egipcie. Na wiecach, które zaczęły się w lutym i, z mniejszą częstotliwością i coraz mniej liczne, odbywają do dziś, zwykle nie słychać antykrólewskich haseł. Inne są takie same, jak te wznoszone na początku roku w Tunisie, Kairze czy Bengazi. Demonstranci wzywają do walki z bezrobociem, upokorzeniem, represjami, domagają się godności, pracy i sprawiedliwości. Podobni do tunezyjskich czy egipskich są też uczestnicy. Głównie młodzi mężczyźni, ubrani z europejska, trochę kobiet, połowa z nich w chustach, i trochę brodatych islamistów, zazwyczaj tych radykalnych, popierających partię, która nie mogła wziąć udziału w piątkowych wyborach. Ruch 20 lutego namawiał, by je zbojkotować.

Faworytem była ta łagodniejsza, przynajmniej oficjalnie, nosząca nazwę Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, dokładnie jak rządzące trzecią kadencję w Turcji ugrupowanie Erdogana. Wiele wskazuje, że to z jej szeregów będzie się wywodził przyszły premier Maroka, bo wprowadzone w lecie zmiany w konstytucji przewidują, że król mianuje szefa rządu ze zwycięskiej partii. Do tej pory mógł wyznaczyć dowolnego polityka. Ostatnio był nim Abbas el Fassi, przez chwilę bardzo popularny i w Polsce. Nie bacząc na zapylone od wybuchu wulkanu niebo, przyleciał małym samolotem na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego. Na mapie zapewne pojawi się kolejny kraj współrządzony przez islamistów. Tym się różniący od Turcji czy Tunezji, że znaczna część władzy będzie w rękach króla. Przede wszystkim obronność, bezpieczeństwo i religia. Mohammed VI to też Amir al Muminin, przywódca wiernych. I nic nie wskazuje, by wierni wyobrażali sobie Maroko bez Amira al Muminina.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszyscy przeciw Litwie

24 lis 2011

W stosunkach z Litwą doszliśmy do ściany. Ustąpić jednak nie można – twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej”

Na Litwie od kilku lat panowało przekonanie, że w Polsce jest tylko jeden wpływowy litwinożerca, zwany też polskim nacjonalistą, Radosław Sikorski. To on w pierwszym exposé umieścił Litwę w jednym szeregu z łukaszenkowską Białorusią wśród krajów prześladujących polską mniejszość. To on się trzy lata później odgrażał, że jego noga nie postanie w Wilnie, póki tamtejsze władze nie zrealizują obietnic składanych Polakom.

Obietnice bez pokrycia

Wydawało się, że jest zły policjant Sikorski i dobry Tusk, z którym można coś załatwić, na przykład wyraźne wsparcie dla budowy nowej elektrowni jądrowej na Litwie i wyraźne odcięcie się od konkurencyjnego dla niej projektu rosyjskiej elektrowni atomowej w obwodzie kaliningradzkim. W ostatnich dniach Litwa dostała dowód, że Donald Tusk nie jest już dobrym policjantem. Odpisał na list swojego „drogiego przyjaciela” premiera Andriusa Kubiliusa, zarzucając stronie litewskiej, że nie wykazuje dobrej woli wobec Polaków na Litwie, nie prowadzi z nią dialogu, a w dwustronnej komisji do spraw edukacji działa tak, by nie było „satysfakcjonujących” rezultatów.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rewolucja, część druga i może nieostatnia

22 lis 2011

Od wydarzeń na kairskim placu Tahrir zależy nie tylko przyszłość Egiptu. Także dalszy los przemian w całym świecie islamskim

Egipt jest najważniejszym krajem arabskim, nie tylko ze względu na największą populację. Przede wszystkim jest arabskim trendsetterem, tu się rodzą mody polityczne, ideologiczne, religijne, kulturowe.

Dlatego obalenie w lutym długoletniego dyktatora Mubaraka było ważniejsze niż obalenie kilka tygodni wcześniej Ben Alego w Tunezji i kilka miesięcy później Kaddafiego w Libii. Przynajmniej tak powinno być, gdyby było jasne, że wraz z upadkiem Mubaraka skończył się system, który on stworzył i reprezentował.

Sam Mubarak zapewne ze zdziwieniem (jeżeli stan zdrowia mu na to pozwala) ogląda w celi na ekranie telewizora swojego dawnego bliskiego współpracownika marszałka Tantawiego. Był rozgrywającym przed rewolucją, jako mubarakowski minister obrony, był nim w czasie rewolucji, gdy dystansując się od Mubaraka negocjował z witającym go entuzjastycznie tłumem na placu Tahrir. I jest nim teraz jako szef rady generałów.

Doszło już nawet do tego, że niektórzy eksperci twierdzą, że w styczniu i lutym żadnej rewolucji nie było, a Mubarak padł ofiarą zamachu pałacowego. Skutek faktycznie jest taki, jakby doszło do zamachu pałacowego. Ale rewolucja się odbyła, i to nie Tantawi ją wywołał, lecz zapatrzona w Zachód i sfrustrowana młodzież i klasa średnia, choć on się do niej szybko dołączył. Odbyła się jej pierwsza widowiskowa część, zakończona ucieczką Mubaraka z pałacu w Heliopolis do aresztu domowego w Szarm el Szejk. Jej efekt to szczątkowe rozliczenia z przeszłością (Mubarak, kilku ministrów i reżimowych przedsiębiorców za kratami, rozbita partia dyktatora) i szczątkowe otwarcie na przyszłość (legalizacja wielu organizacji i chwilowa, jak się okazało, wolność słowa, chwilowa, bo wielu krytyków marszałka i generałów wylądowało w więzieniu jak za Mubaraka).

Teraz mamy drugą odsłonę rewolucji. To próba niedopuszczenia do tego, by marszałek (lub jakiś generał) stał się nowym dyktatorem. Na Zachodzie wielu by takiego militarnego dyktatora przyjęło z ulgą. Narastają bowiem lęki przed przejęciem władzy przez fundamentalistów islamskich w wyniku wyborów, których pierwsza tura ma się odbyć za kilka dni (choć w czasie, gdy giną demonstranci na ulicach głosowanie nie ma sensu). Nie wszyscy, którzy wydają się fundamentalistami, rzeczywiście nimi są. I nie wszyscy fundamentaliści biorą udział w nowej odsłonie rewolucji. Być może czekają nas jeszcze następne, bo wizje przyszłego Egiptu się mnożą wraz z rosnącym niezadowoleniem z efektów obalenia Mubaraka.

To, w jaki sposób zakończy się walka generałów o utrzymanie realnej władzy w Egipcie, będzie miało wpływ na zapał rewolucyjny w innych krajach arabskich, od Syrii po Jemen.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Szybka reakcja Sikorskiego

27 paź 2011

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski szybko zareagował na problemy jedynej polskiej gazety codziennej wychodzącej na Wschodzie, o których piszemy w dzisiejszej „Rz”.

Zapowiedział dziś, że natychmiast wesprze finansowo „Kurier Wileński”, tak by gazeta nie musiała zmiejszać częstotliwości ukazywania się. A wydawanie go jedynie we wtorki, środy i piątki miało się rozpocząć już w pierwszych dniach listopada. Tak się nie stanie. Szefowie i dziennikarze gazety przyjęli wieści z Warszawy z poczuciem ulgi i wdzięczności. Zapewne to samo można powiedzieć o czytelnikach.

„Zainteresowanie polskich polityków mniejszością polską na Wschodzie nie jest tak silne, jak by się mogło wydawać” — komentowałem w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, licząc po cichu na taką właśnie reakcję ministra Sikorskiego. Bardzo mnie ona cieszy.

Pomoc jest natychmiastowa i dotyczy najbliższych tygodni, ma zapewnić „Kurierowi” przeżycie w dzisiejszej postaci do końca roku. Dyskusja o długofalowym wspieraniu polskiej kultury na Wschodzie przed nami. Ale teraz można o tym myśleć z większym optymizmem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na ratunek polskiej kulturze na Wschodzie

26 paź 2011

Zainteresowanie polityków mniejszością polską na Wschodzie nie jest tak silne, jak by się mogło wydawać.

W obronie ich praw ograniczanych przez władze litewskie czy białoruskie są co prawda w stanie pogorszyć stosunki z Wilnem czy Mińskiem. Gorzej ze wsparciem polskiej kultury w krajach, gdzie żyje oddzielona granicą od Polski mniejszość polska.

Dotyczy to mediów mniejszości, które nie mają zbyt wielkich szans na samodzielne utrzymanie się. Doszło do tego, że z powodu zbyt małego wsparcia finansowego z Warszawy „Kurier Wileński”, jedyna polska gazeta codzienna wychodząca na Wschodzie, ma tak poważne kłopoty, że może zniknąć z rynku.

Znikanie gazet towarzyszy znikaniu uczniów z polskich szkół, w których jest coraz mniej nauki po polsku. To elementy tej samej tendencji – wynaradawiania się Polaków na Wschodzie. Nie na tym – jak wynika z deklaracji i rządu, i opozycji w Warszawie – polega interes Polski.

Polska kultura na Wschodzie to nie tylko media mniejszości polskiej. Niemniej ważna jest obecność w krajach, gdzie ona mieszka, kultury z Polski. Od 20 lat polskie telewizje, poza TVP Polonia, są właściwie nieobecne na Litwie, Białorusi, Ukrainie, Łotwie. Jeżeli ktoś w tych krajach chce obejrzeć nowy film amerykański, solidny, czyli drogi program rozrywkowy albo ważny mecz, to często musi korzystać z telewizji rosyjskiej, bo miejscowych stacji nie stać na licencje i wielkie produkcje. Rosjanie nie mają problemu z dzieleniem się swoją kulturą, w szczególności w wersji pop. Radzą sobie znakomicie, mimo że dwie dekady temu, po rozpadzie ZSRR, stosunek do Moskwy i języka rosyjskiego był na Litwie i Łotwie negatywny.

Polska wycofała się kulturowo z tego obszaru, nie jest atrakcyjna ani dla tamtejszych Polaków, ani dla Litwinów, Łotyszy, Ukraińców i Białorusinów. Najwyższy czas to zmienić. Bo to korzyść nie tylko kulturowa. Wraz ze znajomością języka i kultury polskiej, poznanych choćby po to, by obejrzeć amerykański serial, wzrośnie sympatia do Polski. Dająca też skutki ekonomiczne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop