Wielkie rosyjskie tematy w Strasburgu

4 marca 2010 autor rp

Trybunał w Strasburgu rozpoczął przesłuchania w najważniejszej sprawie dotyczącej Rosji. I przeciw niej. To proces, w którym główne role grają: wielkie pieniądze, władza i prawa człowieka. Trzy ważne rosyjskie tematy

Wielkich pieniędzy (niemal 100 miliardów dolarów) domagają się przedstawiciele koncernu naftowego Jukos, którego były szef Michaił Chodorkowski od siedmiu lat nie ma szans wyjechać z Rosji, bo albo jest w areszcie, albo w kolonii karnej. Miałoby to być odszkodowanie od państwa za nagonkę na firmę, nękanie oskarżeniami o oszustwa podatkowe i doprowadzenie jej do upadku.

Sędziowie będą się zajmowali głównie prawem podatkowym, gospodarką i finansami. I trudno przewidzieć, do jakich wniosków na temat robienia wielkich interesów w Rosji dojdą. Ale nie to jest najważniejsze. Przy okazji po raz pierwszy sąd poza Rosją, czyli już bez podejrzeń o stronniczość, przyjrzy się sprawie Chodorkowskiego. Do tej pory zajmowały się nią głównie zachodnie media. I nadal nie uzyskały odpowiedzi na pytanie, dlaczego spośród całkiem licznego grona młodych rosyjskich oligarchów za kraty trafił właśnie ten, który zabrał się do finansowania opozycji wobec Kremla.

Gdy upadał Związek Radziecki, późniejsi rosyjscy miliarderzy (w dolarach) mieli puste kieszenie i świeżo zdobyty dyplom fizyka, chemika czy inżyniera w ręku. Teraz jeden z nich szyje rękawice w kolonii karnej na Syberii albo wysłuchuje kolejnych oskarżeń w moskiewskim sądzie, inni zaś kupują nowych piłkarzy do swoich klubów albo nowe wille na Lazurowym Wybrzeżu. Bo wyciągnęli wnioski z losu szefa Jukosu i najwyraźniej poszli na układ z najwyższą władzą w Rosji: wy dalej robicie interesy, a my dalej rządzimy, bez żadnej opozycji i niewygodnych mediów.

Dlatego proces w Strasburgu może nam wiele powiedzieć o władzy, pieniądzach i prawach człowieka w Rosji.

Prawdziwy niedźwiedź i polski miś pluszowy

2 marca 2010 autor Jerzy Haszczyński

Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego Litwini z taką determinacją walczą od dwóch dekad z polskimi napisami, polskimi nazwiskami, Kartą Polaka. Krótko mówiąc z wyolbrzymionym czy zupełnie wydumanym zagrożeniem ze strony Polaków. A jednocześnie bez wielkiego krzyku oddają się z powrotem pod wpływ Moskwy, jakby zapomnieli o swoim losie w granicach imperium.

Bezrefleksyjnie, jak zaczarowani, oddają się w łapy prawdziwego niedźwiedzia, a drżą przed polskim pluszowym misiem.

O polskim pluszowym misiu straszącym na Litwie pisałem tu wielokrotnie. O działaniach nienasyconego niedźwiedzia niech przemówią słowa wieloletniego szefa litewskich służb specjalnych Mečysa Laurinkusa oraz czołowego politologa z Wilna Vytautasa Radžvilasa (cały tekst w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”).


Laurinkus: na Litwie cele te realizuje około trzech tysięcy rosyjskich agentów [na niewiele ponad trzy miliony mieszkańców]. Większość działa w branży energetycznej i transportowej. W ostatnim czasie intensywnie przejmowane są również strefa drobnego i średniego biznesu oraz środki masowego przekazu


Radžvilas: Rosja ma tak duże wpływy, że litewscy politycy nie są w stanie zrealizować żadnego programu, który pomógłby naszemu krajowi uwolnić się od tej zależności. Dotyczy to zarówno kultury masowej, jak i wysokiej. Wystarczy spojrzeć na oferty wszystkich bez wyjątku litewskich sieci kablowych. Każda emituje dziesiątki rosyjskich programów


Radžvilas o niedalekiej przyszłości Litwy: Formalnie będziemy członkami UE i NATO, jednak w rzeczywistości znajdziemy się pod całkowitą kontrolą Rosji. To, co dzieje się z Litwą, przypomina mi schyłek Rzeczypospolitej Obojga Narodów pod koniec XVIII wieku, gdy elity nie miały dość sił na przeprowadzenie reform.



Te słowa są być może przesadne, ale wypowiedziane z troską o Litwę. Powinny skłonić litewskich polityków do przemyśleń na temat zagrożeń. Prawdziwych i pluszowych.

Bitwa o euro i prawda historyczna

26 lutego 2010 autor rp

Czy Niemcom można jeszcze wypominać zbrodnie z czasów II wojny i domagać się reparacji oraz odszkodowań? Tak jak czynią teraz Grecy, w tym czołowi politycy – wicepremier i burmistrz Aten – zdenerwowani krytyką w Niemczech dotyczącą przyczyn greckiej katastrofy finansowej. Owszem, można – choć sprawa jest delikatna. Nie powinna przypominać bijatyki, pełnej emocji wymiany ciosów w stylu: skoro niemiecka prasa zarzuca nam, że jesteśmy nieudolni, leniwi i zagrażamy wspólnej walucie, to my wytaczamy jeszcze mocniejsze argumenty: nie bylibyśmy tacy biedni, gdyby nie II wojna.

Gdy opadnie kurz bitewny w wojnie o przetrwanie euro, powinna pozostać prawda historyczna. Pamięć o ofiarach niemieckich zbrodni, a nie tylko nowy temat, czyli niemieckie ofiary drugiej wojny – wysiedleni i zbombardowani przez aliantów. A jeżeli jakieś ofiary Trzeciej Rzeszy (czy ich potomkowie) nie miały szans dostać odszkodowań, to powinny się o nie starać. Wyraźnie należy jednak podkreślić, że chodzi o ofiary, które takich szans nie miały. Bo byli robotnicy przymusowi je na przykład mieli – po trudnych negocjacjach Niemcy zgodziły się dekadę temu zapłacić tym, którzy jeszcze wówczas żyli.

Cała sprawa ma też jedną zaletę. Wiadomo przynajmniej, kto wywołał II wojnę światową. Grecy, przypominając pacyfikacje swoich wiosek, zniszczenie miast czy grabieże majątku, mówią o Niemcach. To ważne dla pamięci historycznej.

W związku z obchodami rocznicy obozu w Auschwitz zachodnia opinia publiczna raczej się o tym nie dowiadywała. Czołowe gazety zachodnie i izraelskie pisały o wyzwoleniu nazistowskiego obozu na terenie Polski (czasem z dodatkiem, że okupowanej) przez wojska radzieckie. Może w Izraelu niewielu jest takich, którzy nie wiedzą, kim byli ci naziści. Ale w innych krajach jest z tym gorzej. Dobrze, że nie tylko w Polsce się przypomina, co się kryje za coraz bardziej abstrakcyjnym terminem “nazi”.

Męska rozmowa o Andżelice Borys

12 lutego 2010 autor rp

Rozmowa Radosława Sikorskiego z szefem białoruskiej dyplomacji najwyraźniej nic nie dała

Siarhiej Martynau, przyjęty w piątek przez polskiego ministra spraw zagranicznych, uważa, że Polakom na Białorusi nic złego się nie dzieje. Nasyłanie milicji na polską organizację i przejmowanie jej majątku to, jak powinniśmy jego zdaniem uważać, normalne działanie. A przede wszystkim Polska ma się nie wtrącać w wewnętrzne sprawy Białorusi, także te dotyczące polskich organizacji w tym kraju.

Wypowiedzi Martynaua (i nie pomogła tu dobra angielszczyzna) dowodzą, że niezależnie od tego, czy z przedstawicielami Łukaszenki prowadzi się rozmowy męskie, czyli w stylu lansowanym przez Sikorskiego, czy niemęskie – efekt jest taki sam. Władze białoruskie robią, co chcą. Dławią wszystkie inicjatywy, które nie są ich dziełem. Wszystko, na co reżim nie ma wpływu. Także Związek Polaków pani Andżeliki Borys.

Prześladowanie mniejszości, wbrew temu, co twierdzi Martynau, nie jest wewnętrzną sprawą Białorusi. Nie ma też nic dziwnego w tym, że Polsce bliski jest los Polaków na Białorusi. Białoruś też interesuje się losem Białorusinów mieszkających za granicą. A jej sojusznik ze ZBiR – Rosja – w obronie Rosjan, nawet świeżej daty (z paszportem przyznanym chwilę wcześniej), potrafi prowadzić wojny, prawdziwe i cybernetyczne.

Wraca pytanie, czy warto rozmawiać z przedstawicielami białoruskiego reżimu? I czy właściwe było zawieszenie części sankcji i wpuszczenie białoruskich dygnitarzy, z Łukaszenką włącznie, na europejskie salony?

Zabrzmi to jak przyznanie się do bezradności, ale mimo wszystko nie było lepszego wyjścia. Chodziło o to, by nie zostawić Białorusi na łasce i niełasce Rosji. By wzmocnić jej suwerenność, oferując jednocześnie zbliżenie z Zachodem. To nadal jest aktualne. Ale bardzo trudne, co Martynau pokazał nam dobitnie. Przyjeżdżając do Warszawy parę dni po ostrym ataku milicji i sądów białoruskich na polską mniejszość i mówiąc, że nic się nie stało, zakpił sobie z Polski, UE i ich wartości.

Iran to nie tylko atom

11 lutego 2010 autor rp

Iran znowu pokazał groźną twarz, tym razem w rocznicę rewolucji islamskiej. I za jednym zamachem przypomnieliśmy sobie o dwóch najważniejszych problemach związanych z tym krajem – o bombie atomowej, którą lada moment może posiadać, i drastycznym łamaniu praw człowieka.

Dla Zachodu ta pierwsza sprawa jest ważniejsza i na pewno taką pozostanie po czwartkowej buńczucznej wypowiedzi Mahmuda Ahmadineżada, że Iran jest państwem atomowym, choć do wyprodukowania bomby nie dąży. Tym bardziej że nawet bez bomby atomowej Iran może zaatakować Izrael, jeżeli ten rozpocznie nową wojnę, w Gazie czy w Libanie.

Mimo tych gróźb i zagrożeń trzeba powiedzieć, że Zachód za bardzo się skupia na atomie, a za mało na rozprawie z opozycją, którą Ahmadineżad przeprowadza od sfałszowanych czerwcowych wyborów prezydenckich. Jakkolwiek kontrowersyjnie by to zabrzmiało, gorsze niż wzbogacanie uranu jest teraz to, że w Iranie za udział w demonstracjach można zostać skazanym na śmierć i straconym. Że niektórzy ajatollahowie wręcz domagają się krwawej rozprawy z Irańczykami, którzy nie godzą się na to, by ich prezydentem był Ahmadineżad.

Niestety, w obu kwestiach jesteśmy zdani głównie na apele. Świat niewiele może zrobić. Sankcje (kolejne, bo wiele już obowiązuje) zapewne nie powstrzymają Ahmadineżada od zabaw z atomem ani od prześladowań opozycji. Choć powinny być wprowadzone. Iran przywykł do ograniczeń, zakazów i ich omijania.

Trzeba się pogodzić z tym, że Iran będzie miał bombę atomową, nawet jeżeli będzie to inny Iran, już bez Ahmadineżada. I trzeba się szykować do odstraszania i ewentualnej obrony, budować tarcze i wyrzutnie, wzmacniać sojusze wojskowe i polityczne.

I nie ograniczać się do rozważań o irańskim atomie, ale robić to, co można dla prześladowanych Irańczyków – pamiętać o nich, wspierać, jak się da, to i finansowo, pisać, mówić.

Jemeńskie narodziny terrorysty

23 stycznia 2010 autor Jerzy Haszczyński

Na razie ludzie Obamy mówią, że Ameryka Jemenu nie zaatakuje. Choć są tu warunki na drugi Irak czy Afganistan.

Może nawet lepsze dla terrorystów niż w tamtych krajach. Bo tu oprócz al Kaidy są i ostro walczący rebelianci szyiccy (atakują ich z jednej strony wojska jemeńskie, z drugiej saudyjskie) oraz separatyści z południa (na razie stosujący metody pokojowe). Konfliktów mnóstwo, kraj biedny. W znacznej części Jemenu władza centralna (sojusznik w walce z terroryzmem) nie ma nic do powiedzenia.

Nikt by sobie głowy tym nie zaprzątał, gdyby nie młody Nigeryjczyk, który tu właśnie szykował się do zamachu na amerykański (z bombą w majtkach). Jego, nieudany, atak samobójczy podziałał otrzeźwiająco na polityków i ekspertów zachodnich. Nagle przypomniano sobie, że to z Jemenu pochodzi ponad dwie piąte więźniów Guantanamo (tych, którzy tam jeszcze są), i że al Kaida działa sobie w tym kraju w najlepsze, a przewodzą jej byli więźniowie z tego samego obozu na Kubie, jeden zdążył się jeszcze załapać na kurs resocjalizacji dla terrorystów. Niestety była to porażka systemu penitencjarnego. Zwiał.

Tu także ukrywa się urodzony w Ameryce szejk Awlaki, zwany internetowym bin Ladenem (bo za pomocą najnowszych technologii zachęca młodzież muzułmańską do walki z niewiernymi).


W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” piszę o tym, jak jeden z wielbicieli Awlakiego, syn bajecznie bogatego Afrykańczyka przyjechał do prozaicznie biednego i baśniowo pięknego Jemenu i przerodził się w terrorystę. Chciał się w Boże Narodzenie wysadzić w samolocie nad terytorium wielkiego wroga — Ameryki (nie dał rady się wysadzić, bo był, całe szczęście, nieudolny). Wiadomo, co było po tym nieudanych zamachu samobójczym: wzmożone kontrole na lotniskach, przypomnienie atmosfery, która panowała po 11 września 2001 roku.


Chodziłem śladami nigeryjskiego terrorysty po jemeńskiej Sanie. 
Oto fragment tekstu:
„— Teraz go nienawidzę. Niestety, był moim uczniem. I to najlepszym, zna tak dobrze arabski, że inni studenci pytali: po co ty się jeszcze uczysz? Jestem na niego wściekły, tym bardziej że jest ostatnią osobą, po której mógłbym się spodziewać, że zostanie terrorystą. Jak tu u nas był, to zachowywał się jak wzorcowy muzułmanin. Bardzo dobry człowiek. Miły, uczynny, grzeczny — wspomina Muhammed al Anisi, dyrektor i właściciel Sana’a Institute for the Arabic Language. Nigeryjczyk uczył się tu dwukrotnie. Przez dziesięć miesięcy w roku szkolnym 2004/2005. I od 4 sierpnia do 21 września 2009. Dyrektor Al Anisi, drobny czterdziestoczterolatek z kilkudniowym zarostem, pamięta te daty lepiej niż daty urodzin swoich siedmiorga dzieci. W tych czasie jego instytut nieświadomie zapracował sobie na wizerunek szkoły terroru, jemeńskiej szkoły dżihadu.”


Cały tekst do przeczytania tutaj.


A tu mój poprzedni tekst z Jemenu.


Jerzy Haszczyński

Ahmadineżad walczy o przetrwanie

30 grudnia 2009 autor Jerzy Haszczyński

Rządzący Iranem pokazują wyraźnie, że w obronie władzy są w stanie zrobić wiele. To znaczy, że zdają sobie sprawę, że mogą ją stracić


Iran, pół roku po zakończonych masowymi protestami sfałszowanych wyborach prezydenckich, znowu o sobie przypomniał. Demonstracjami, walkami ulicznymi. Bezwzględnością sił bezpieczeństwa i kolejnymi ofiarami. Tym razem zaczęło się od informacji o tym, że zmarł wielki ajatollah Montazeri, który był duchowym przywódcą przeciwników Ahmadineżada, także dla tych, którzy z religią nie mają wiele wspólnego — komunistów czy feministek. „Zawsze, nawet w pierwszych latach po rewolucji islamskiej, stał na straży praw człowieka. Z wielką odwagą krytykował reżim” — napisała mi po śmierci sędziwego ajatollaha działaczka feministyczna, która z zaciekłością walczy przeciwko „religijnemu uciskowi”.

Mahmud Ahmadineżad zdał sobie sprawę, że uroczystości pogrzebowe Montazeriego mogą wywołać wydarzenia, które doprowadzą do jego obalenia. I zaczął walczyć o przetrwanie. Naruszył zasadę, która obowiązywała nawet za krwawego szacha Mohameda Rezy Pahlawiego, i wysłał siły bezpieczeństwa do dławienia demonstracji w czasie najważniejszego święta szyitów Aszury. Zaatakował też rodziny najbardziej znanych opozycjonistów. W tajemniczych okolicznościach zginął siostrzeniec jego rywala z czerwcowych wyborów Mira Hosejna Musawiego. A siostra najbardziej znanej Iranki, pokojowej noblistki Szirin Ebadi, trafiła do aresztu. W środę pojawiły się pogłoski, że aresztowany został sam Mir Hosejn Musawi.

To jest gra o wszystko. Trwa zastraszanie opozycji, ale i tworzenie tak potrzebnych jej symboli. Zabity Ali Musawi staje się męczennikiem, a jego wuj, kandydat opozycji na prezydenta, umacnia swoją pozycję.

Czy to ostatnie miesiące Ahmadineżada? Za wcześnie ogłaszać jego koniec. I za wcześnie na ogłaszanie nowej rewolucji. Do jej przeprowadzenia nie jest oczywiście potrzebne poparcie mas, ale trzeba pamiętać, że jego przeciwnicy to głównie wielkomiejska inteligencja, ludzie z dostępem do nowych technologii, którzy stworzyli podziemne państwo maili, twitterów i portali społecznościowych. O tym, co myśli prowincja, wiemy niewiele. To do niej oficjalna propaganda kieruje swoją wizję protestów: że buntują się niewierni, grupki chuliganów, margines w porównaniu z normalnymi szyitami, dla których Aszura to wielkie wydarzenie. I że za wszystkim stoją syjoniści i CIA, znana z mieszania się w sprawy irańskie od czasu obalenia premiera Mohameda Mosadeka w 1953 roku. Co więcej nawet na wielu filmikach wrzucanych na strony internetowe przeciwników Ahmadineżada widać, że protesty nie są masowe.

Ale Ahmadineżada nie musi obalić rewolucja. Mogą go odsunąć od władzy przywódcy religijni, z najważniejszą osobą w państwie ajatollahem Chameneim. Chamenei krytykował Ahmadineżada, za skupianie się na kreowaniu swojego wojowniczego wizerunku na Zachodzie i zaniedbywanie gospodarki kraju, ale czynił to przed czerwcowymi wyborami. Teraz wyraźnie stoi po jego stronie, bo zapewne się boi, że na Ahmadineżadzie zmiany w republice islamskiej by się nie skończyły. Stoi tak wyraźnie, że jego doradca zagroził przywódcom protestów, „wrogom Boga”, karą śmierci. Hasło „śmierć dla (opozycyjnych) demonstrantów” podchwycili uczestnicy środowych (prorządowych) demonstracji.

Wiele wskazuje na to, że los Iranu bardziej zależy teraz od tego, czy opozycji, której liderzy byli przecież premierami (Musawi) czy prezydentami (Rafsandżani, Chatami) republiki islamskiej, uda się przekonać religinych przywódców, że trzeba się z nią dogadać, niż od wyroków, które zapadłyby na ulicach Teheranu.

A co to może oznaczać dla świata? Raczej nie to, że Iran zrezygnuje z ambicji nuklearnych i ze statusu regionalnego mocarstwa.


Nici z resetu

29 grudnia 2009 autor Jerzy Haszczyński

„Reset” pozostanie chyba terminem komputerowym. W polityce nie chce się przyjąć. Przynajmniej Rosja niczego nie chce resetować, restartować, zaczynać od zera w stosunkach z Ameryką czy szerzej Zachodem.




Władimir Putin przekazał to nam z dalekiego Władywostoku, w czasie, gdy Moskwa jeszcze spała (nie mówiąc o Warszawie). Barack Obama się stara, sugeruje rosyjski premier. Owszem, wystawia sojuszników na ciężką próbę, ale to wszystko za mało. Odwołanie budowy elementu tarczy w Polsce, nawet w 70. rocznicę agresji sowieckiej, nie wystarczyło. Putin domaga się więcej. Jego dewiza jest prosta: Każdy system obrony państw zachodnich to zło, bo ci z Zachodu poczują się bezpieczni, a jak już poczują się bezpieczni, to zrobią się (znowu) bezczelni. Zrobią, co zechcą. A jak robią, co chcą, to są agresywni, czyli groźni dla Rosji. I tak dalej. Po to tylko, by stwierdzić na końcu, że w związku z tym Rosja będzie się zbroić, a nie rozbrajać.




Niestety. Tego można się było spodziewać. Gesty Obamy wobec Kremla (a tak naprawdę więcej niż gesty, bo chodzi o grę bezpieczeństwem sojuszników) nic nie dały. W sprawach Iranu Rosja Ameryce nie pomaga. Nie chce, a pewnie i niewiele może, Iran tak czy owak będzie pracował nad programem atomowym. Niewielkie są też zyski na froncie afgańskim, choć akurat tam to interesy Moskwy są podobne do zachodnich. Ona też nie chce mieć na karku fundamentalistów islamskich.




Przede wszystkim nie zmienił się ton Putina. A jeżeli się zmienił, to na ostrzejszy. Co z tego może wyniknąć? Pewnie to, co z podejściem Obamy do wojny w Afganistanie. Też zmiana. Na realizm, pragmatyzm i kontynuację polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Trzeba było roku (i pokojowej nagrody Nobla), by się o tym przekonać. Chyba że Obama to i tak wiedział, ale przez jakiś czas chciał przede wszystkim pokazać, że jest inny od Busha. Tak jakby ktoś mógł w to wątpić.


Mówienie o więzieniach CIA jest srebrem

23 grudnia 2009 autor Jerzy Haszczyński

Na Litwie, jak się we wtorek dowiedzieliśmy (i co ważniejsze, nie tylko my) były tajne więzienia amerykańskich służb wywiadowczych. Były, ale nie wiadomo, czy skromne cele były kiedyś wykorzystane, bo Amerykanie robili w Wilnie i pod Wilnem, co chcieli. To znaczy – nie chwalili się Litwinom, co tam robią.

Oczywiście dociekanie prawdy w praworządnym kraju to norma, a łamanie prawa to łamanie prawa. I wielu innych lepiej ode mnie powie, jakie prawa mogłyby być złamane przez CIA na litewskiej ziemi, i nie tylko litewskiej, bo tajne więzienia były i gdzie indziej. Gdzieś, poza USA, ten sympatyczny dżentelmen z al Kaidy Chalid Szejk Mohammed i jego koledzy musieli być przecież przetrzymywani.

Mówienie o tym, co się z nimi działo, jest srebrem. A milczenie złotem. I dobrze, że polskie rządy, różnych orientacji, milczą w tej sprawie. Ja zakładam, że nic nie wiedzą.

Mnie bardziej interesuje, dlaczego z CIA wypłynęły informacje o tajnych więzieniach, które mogły istnieć w państwach sojuszniczych? Dlaczego ktoś zdradził? I co się stanie, jeżeli znowu dojdzie do jakiegoś wielkiego zamachu terrorystycznego, a w ręce służb wpadnie superterrorysta z wiedzą o następnym ataku, szykowanym na następny dzień czy tydzień? Co wtedy? Kto wówczas podejmie decyzję o, nazwijmy to delikatnie, niestandardowej pomocy CIA? Obawiam się, że teraz nikt już się taki w państwie natowskim i/lub unijnym nie znajdzie.

Tramwaj zwany Unią Europejską

22 grudnia 2009 autor rp

Serbia oficjalnie zapukała do Unii Europejskiej. Szybko członkiem nie zostanie, ale – jakkolwiek by to egzotycznie i naiwnie teraz brzmiało – bez tego kraju Unia nie będzie dokończoną.

Serbia to raczej cywilizacyjny Wschód (prawosławna i tradycyjnie związana z Rosją), a nie Zachód. Ale UE już dawno nie jest klubem zachodnim i ten charakter będzie coraz bardziej traciła. Serbia to też kraj obarczany winą za rozpętanie i prowadzenie największej wojny w Europie od zakończenia drugiej światowej. Ale tym bardziej trzeba dać Serbom szansę na oczyszczenie i odnalezienie się w zjednoczonej Europie.

Listę państw, które powinny się znaleźć w UE – jeżeli zechcą i spełnią warunki – można wydłużyć aż po Turcję, Białoruś, Ukrainę i państwa Kaukazu. Ten, kto naszą Unię Europejską widzi tak ogromną, nie jest realistą. Przynajmniej dzisiaj, a to “dzisiaj” może potrwać dziesięć czy 20 lat.

Najważniejsze kraje obecnej, i tak sporej, Unii – Francja i Niemcy – nawet nie zamierzają dyskutować o nowych członkach. Oprócz Chorwacji, której to już obiecano. I Islandii, która jest mała, bogata i zachodnia.

Unia cierpi na syndrom zatłoczonego tramwaju. Ale najbardziej wejścia bronią wcale nie ci, którzy dopiero się doń dostali, ale ci, którzy już dawno siedzą na wygodnych miejscach przy oknie z widokiem na dobrobyt. Do nich trzeba kierować nie tylko argumenty ekonomiczne i polityczne w sprawie rozszerzenia, ale i moralne. I Boże Narodzenie jest po temu dobrą okazją.