Stymulatorzy

22 maja 2012

Przywódcy państw grupy G8 podczas ostatniego szczytu w Camp David poparli wychodzenie z kryzysu zadłużeniowego w strefie euro przez „stymulowanie wzrostu gospodarki”.

W oficjalnym  komunikacie stwierdzili, że „imperatywem jest promowanie wzrostu i tworzenia miejsc pracy”, by „wzmacniać wiarę w odzyskiwanie sił przez gospodarkę”.

Wiara czyni cuda. A już tylko cud może uratować zadłużoną po dziurki w nosie europejską gospodarkę w jej obecnej zbiurokratyzowanej postaci. Nie do wszystkich to jednak dociera.

Głównym orędownikiem stymulacji jest nowy przywódca Francji Francois Hollande. Ma licznych sojuszników. W Grecji jest nim na przykład Alexsis Tsipras – na razie przywódca lewicowej koalicji Syriza, ale po wyborach 16 czerwca być może nawet nowy przywódca Grecji.

Skoro bowiem Europa chce się bardziej stymulować, to dlaczego Grecji takiej samej stymulacji zabrania? Czy chodzi o to, kto się stymuluje czy jak mocno? Jak Grecja, to źle, a jak Francja to dobrze? Jak za mocno, to niedobrze, a jak w sam raz, to dobrze? Ale kiedy jest dobrze?

Do niedawna utrzymywano, że bezpieczny poziom stymulacji to mniej więcej do 60 proc. długu do PKB. Tak też było przez lata, aż do 2009 roku. Dziś w eurolandzie dług wynosi średnio ponad 80 proc. PKB. Przez trzy lata nastąpił jego wzrost o 1/3! I mają się stymulować dalej. Tym razem europejscy lekarze gospodarki, pomni przykrego doświadczenia z wyznaczaniem limitu stymulacji na poziomie 60 proc., nie podają już żadnej nowej maksymalnej dawki stymulatora.

Głównym stymulującym ma być oczywiście Europejski Bank Centralny. Do stymulowania zużyje on papier zadrukowany napisami „euro”. Przywódcy strefy euro muszą jednak uważać, gdyż ich kraje są członkami Unii Europejskiej, w której obowiązuje program Natura 2000. Może więc niedługo zabraknąć drzew do wycinki na ten papier.

Ale skoro uznaliśmy, że stymulacja Francji jest dobra, a Grecji zła, to możemy równie dobrze uznać, że wycinka drzew pod jakąś fabrykę jest zła, a na pieniądze – dobra. Dialektyka, a żyje jeszcze paru specjalistów od jej stosowania, nie takie rzeczy wytrzymywała. W końcu to nauka o ścieraniu się przeciwieństw i przechodzeniu (skokowo) zmian ilościowych w jakościowe. Widocznie rosnące ilościowo długi Grecji przechodzą (skokowo) w inną jakość w przypadku długu Francji.

Już słyszę argument, że gospodarka Francji jest o wiele silniejsza niż Grecji – więc co może Francja, tego nie może Grecja. Ale czy przypadkiem „siła” gospodarki Francji nie bierze się stąd, że jest ona mocniej wystymulowana?

Autor jest profesorem prawa, adwokatem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Licz na siebie

15 maja 2012

Gdy w Sejmie i pod Sejmem trwała żenująca awantura w związku z podwyższeniem wieku emerytalnego, na dorocznych Targach Książki odbyła się prezentacja mojej książki „Emerytalna katastrofa”.

Żartowałem podczas konferencji prasowej, że jej termin znany był od dawna, więc premier Tusk musiał się tak bardzo spieszyć z głosowaniem w Sejmie, żeby odbyło się tego samego dnia, dla odciągnięcia uwagi od racjonalnych argumentów dotyczących systemu emerytalnego. Bo przecież żadnego innego powodu do takiego pośpiechu nie było. To znaczy był – ale niezwiązany z emeryturami. Biegli w polityce twierdzą, że trzeba było załatwić to przed Euro 2012, bo jak Borussia zdobędzie medal dla Polski, większość kibiców będzie mogła pracować nawet do siedemdziesiątki.

Premier Tusk cytował Lecha i Jarosława Kaczyńskich, którzy kiedyś mówili o konieczności przedłużenia wieku emerytalnego. Przewodniczący Kaczyński cytował Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego, którzy kiedyś mówili, że takiej konieczności nie widzą. Powinno to unaocznić wszystkim, że politycy na tematy gospodarcze nie mają żadnych poglądów – wygłaszają koniunkturalne komunały w zależności od tego, co im w danym momencie bardziej pasuje.

Moje pokolenie nie jest jeszcze w najgorszej sytuacji. Dzięki generałowi Jaruzelskiemu, stanowi wojennemu, godzinie policyjnej i wyłączeniom prądu mamy dziś wyż demograficzny. Nie mogliśmy wychodzić z domu, nie mieliśmy co robić – zrobiliśmy dzieci, które mogą na nas pracować. Ale jeśli one nie zrobią tego co my, to emerytury będą mieć głodowe. I odpowiedzialni politycy powinni to im na każdym kroku uświadamiać. Odważył się jedynie premier Pawlak, który napisał kilka słów wstępu do mojej książki. Reszta kolejny raz prześciga się w obietnicach, kto zapewni nam wyższe emerytury. Wyższe od czego? Od zera pewnie będą one wyższe, ale chyba nie za bardzo. Nawet jak przewodniczący Miller z Palikotem wprowadzą podatek 50 proc. dla „bogaczy”, którzy zarabiają więcej niż 7,5 tys. miesięcznie i znajdują się w drugiej grupie podatkowej. Jest ich raptem 460 tys. Ponad 100 tys. z nich to pracownicy sfery budżetowej. Jeśli cała reszta nie będzie kombinować i potulnie zapłaci wyższy podatek, to wpływy budżetowe wzrosną może o miliard. A ZUS rocznie wydaje tych miliardów 160! Na same emerytury – 120. Więc przestańmy w końcu liczyć na rząd czy na ZUS. Czy nawet na OFE. Weźmy sobie do serca stare powiedzenie: Umiesz liczyć? Licz na siebie. Inaczej czeka nas emerytalna katastrofa.

Autor jest profesorem prawa, adwokatem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sztuka korzystania z rozumu

24 kwietnia 2012

„Lepiej żyć w czasach cenzury i myśleć na własny rachunek, niż mieć wolność słowa i nie korzystać z rozumu” – twierdzi sędziwy MĘDRZEC o lewicowej duszy, patron „oburzonych”, Jose Luis Sampedro. Głosi przy okazji koniec kapitalizmu. Co będzie w zamian? „Lepszy świat”. Jaki? A jak się nazywał ten, w którym była cenzura? Czy rzeczywiście żyło się nam w nim lepiej?

Owszem, wiele z najważniejszych swoich lektur przeczytałem właśnie wówczas. Bo zawsze lubiłem myśleć na własny rachunek. Ale dziś niektórzy chyba rzeczywiście przestali „korzystać z rozumu”, skoro uważają, że wówczas „żyło się lepiej”! Zapewniam „oburzonych”, dla których Sampedro jest podobno „patronem”, a którzy czasów tych nie znają, że pod tym akurat względem było wówczas znacznie gorzej.

Żeby skorzystać z rozumu, trzeba mieć wybór idei, w które można wierzyć, wiele informacji, które trzeba posegregować i przeanalizować. W przeciwnym wypadku nic nam po rozumie. Cenzura utrudnia „myślenie na własny rachunek”. Zwłaszcza gdy jest skuteczna. W komunistycznej Polsce skuteczna nie była – bo wszystko było byle jakie. Dlatego wiele książek i czasopism można było przemycić albo wydrukować. Ba – jak się okazuje – drukowano je nawet w ubeckich drukarniach, bo jedni ubecy chcieli w ten sposób uwiarygodnić swoich ludzi, a drudzy – dorobić. Ubecy też ludzie i też dorabiali na czarno. Ale gdyby się udało wprowadzić prawdziwą cenzurę, to „myślenie na własny rachunek” byłoby znacznie trudniejsze.

Gdy mamy wolność słowa, to nikt nam nie może zabronić „korzystać z rozumu”. Oczywiście zamiast z niego korzystać, możemy bezkrytycznie powtarzać to, co napisze, na przykład, Jose Luis Sampedro albo Robert Gwiazdowski. Gdy jest cenzura, to ktoś decyduje, że można drukować to, co napisał jeden, a zabronić drukować to, co napisał drugi. Jak dokonać wyboru?

Myśląc zapewne na własny rachunek, i to za pomocą rozumu, Sampedro dziwi się, a może nawet „oburza”, że banki kupowały obligacje hiszpańskie na 3,5 proc. za pieniądze, które pożyczył im EBC na 1 proc. I ma rację – ja też się wielokrotnie z tego powodu oburzałem. Po czym stwierdza, że to przez „kapitalizm”, który właśnie upada. Jak na przeciwnika kapitalizmu przystało, jak onegdaj Karol Marks, coś tam wie, ale nic nie rozumie. Bo przecież EBC nie pozwala działać kapitalistycznemu wolnemu rynkowi, tylko „interweniuje”, żeby go „naprawić”! EBC (podobnie jak amerykańskiego Fedu) nie powołali przedsiębiorcy. Banki emisyjne zostały utworzone przez… państwa. Te same, które podobno teraz mają zbudować „lepszy świat”. Przecież od lat nie robią nic innego

Autor jest profesorem prawa, adwokatem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pies za miliard dolarów

17 kwietnia 2012

Jak wytłumaczyć, że za aplikację do obróbki, wzbogacania i dzielenia się zdjęciami ze znajomymi, ktoś chciał zapłacić okrągły miliard dolarów? – to pytanie frapuje od tygodnia wielu dziennikarzy i analityków.

Moim zdaniem wytłumaczyć łatwo. Jak w starym dowcipie: psa za miliard wymieniono na dwa koty po pięćset milionów! Facebook nie zapłacił bowiem za Instagrama gotówką tylko własnymi akcjami. Pewną podpowiedź znajdziemy w Wikipedii. Niskie stopy procentowe z lat 1998-1999 sprawiły, że inwestorzy zaczęli poszukiwać nowych okazji dla pomnożenia swojego kapitału. Stosunkowa nowość technologii internetowych pomagała przedsiębiorcom w łatwy sposób zdobywać środki na obiecujące pomysły, nawet bez posiadania realistycznego biznesplanu – możemy przeczytać o bańce internetowej z przełomu wieków, która zaczęła się od pluskwy milenijnej. Miała ona wywołać katastrofę z nastaniem roku 2000, z uwagi na sposób zapisywania daty w programach komputerowych.

Był to fantastyczny pretekst dla producentów komputerów i oprogramowań, żeby zmusić wszystkich do ich wymiany. Ceny rosły  więc rosły też wyceny. Próbowałem się wówczas założyć o to z Waldkiem Sielskim, który był prezesem Microsoft-Polska, i przekonywałem, żeby sprzedał swoje opcje. Jak ceny wzrosną, to ja miałem mu zwrócić całą różnicę. Jak spadną, to on miał mi oddać połowę. Nie posłuchał, a szkoda.

Dziś mamy globalne ocieplenie, które ma wywołać katastrofę jeszcze większą niż pluskwa milenijna, niskie stopy procentowe i aplikację do obróbki, wzbogacania i dzielenia się zdjęciami ze znajomymi. Oczywiście globalne ocieplenie nie ma takiego samego bezpośredniego związku z wyceną Instagrama, jak Y2K miał z wyceną Microstrategy. Ale ogólna atmosfera jest podobna.

Jest tylko kwestią czasu, kiedy pęknie i ta nowa bańka  nazwijmy ją społecznościową. Owszem, Fed może dodrukować jeszcze więcej dolarów, co korzystnie wpłynie na indeksy giełdowe i planowany debiut Facebooka. Ale w dłuższej perspektywie wzrostu gospodarczego nie przyniesie ani samo drukowanie dolarów, ani samo dzielenie się zdjęciami ze znajomymi.

Autor jest profesorem prawa, adwokatem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z życia liberałów

10 kwietnia 2012

Frederik Hayek najpoczytniejsze swoje dzieło – „Konstytucję wolności” – zakończył rozdziałem zatytułowanym „Dlaczego nie jestem wielbłądem”. No, może niedokładnie. Prawdziwy tytuł brzmiał „Dlaczego nie jestem konserwatystą”.

Ale sposób, w jaki przyszły noblista musiał tłumaczyć się ze swoich bynajmniej nie konserwatywnych poglądów, przypominał do złudzenia tłumaczenie się z „niebycia” wielbłądem. A wszystko dlatego, że amerykańscy socjaliści postanowili zawłaszczyć nazwę „liberalizm”, więc liberałów nazwali „konserwatystami”. Znaleźć się więc musieli między nimi nie tylko Russell Kirk, ale i Hayek czy Milton Friedman.

Że to bez sensu? Nie ma granic dla orwellowskiej nowomowy. Dla odróżnienia Hayek z Friedmanem zostali konserwatystami „indywidualistycznym”, a Kirk „organicystycznym”.

Jakoś się jednak nie przyjęło. Więc dziś socjaliści dorabiają gębę neoliberalizmowi. Nakręcili nawet film: „Osaczeni. Demokracja w sidłach neoliberalizmu”. Jest to ponoć „wstrząsający zapis rozmów z wybitnymi intelektualistami, wśród których znaleźli się m.in. Noam Chomsky, Ignacio Ramonet czy Susan George”, o „neoliberalnym mirażu wolności”.

Co jest takiego „wstrząsającego” w neoliberalizmie? Jakieś gułagi??? Gułagi były bardzo realne! Gdzieniegdzie nadal są. Za to wolności jest „miraż”! Na przykład na Kubie – o czym „wybitny intelektualista” Ramonet, jako biograf Fidela Castro, doskonale wie.

Skoro jednak junta Pinocheta wcielała w życie gospodarcze niektóre idee neoliberałów, to można powiedzieć, że mają oni krew na rękach. A jeśli już nie, to przynajmniej mają na sumieniu cierpienia wszystkich, którzy stracili pracę na skutek kryzysu finansowego, do którego doprowadziło uporczywe wcielanie w życie takich pomysłów, jak nacjonalizacja złota, wprowadzenie monopolu emisyjnego, przyznanie bankom prawa do emitowania pieniądza kredytowego i utrzymywania jedynie rezerw cząstkowych oraz zadłużanie się rządów w tychże bankach.

Że te pomysły nie mają nic wspólnego z liberalizmem? I co z tego? Jak nie ma winnych, należy rozstrzelać kilku niewinnych. Szczególnie, gdy winni są, ale trzeba odciągnąć jakoś od nich uwagę.

To właśnie ci, którzy przeprowadzili nacjonalizację złota, wprowadzili monopol emisyjny, przyznali bankom prawo do emitowania pieniądza kredytowego i utrzymywania jedynie rezerw cząstkowych oraz zadłużali państwa w tychże bankach.

Był wśród nich jakiś „neoliberał”? Nie! Byli sami „liberałowie” – ale ci amerykańscy jak Chomsky, którzy w Europie pozostali socjalistami – jak Ramonet – bo uznali, że się nie mają czego wstydzić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czym się różni kradzież od inżynierii finansowej

3 kwietnia 2012

W szczycie koalicyjnego sporu o emerytury media obiegła triumfalna wiadomość z sektora finansowego: OFE zarobiły dla przyszłych emerytów 30 proc.! Jako że PR OFE zawsze miały świetny, doprecyzujmy: OFE zarobiły to 30 proc. w ciągu ostatnich 36 miesięcy – czyli od czasu, gdy najwięcej poprzednio straciły. W 2008 roku stopa zwrotu OFE była ujemna (prawie -14 proc.)!

OFE straciły prawie tyle, ile ZUS im wówczas przekazał! Więc teraz mają większe zyski – bo liczą je od wcześniejszej straty. Gdy OFE poprzednio chwaliły się zyskami za 2010 rok, pytałem, czy naprawdę ktoś rozsądny może mieć nadzieję, że taki krach, jaki miał miejsce w 2008 roku, nie powtórzy się już w przyszłości? Dziś już wiemy, że się powtórzył w drugiej połowie roku 2011. OFE znowu straciły wówczas prawie wszystko, co otrzymały z ZUS w ciągu całego roku. Aktywa OFE na koniec 2011 wynosiły 224,7 mld zł. O 3,5 mld zł (1,6 proc.) więcej niż rok wcześniej.

Szkopuł w tym, że ZUS w tym czasie przekazał OFE 15,1 mld zł. A więc OFE gdzieś „zapodziały” 11,6 mld zł! „Zapodziały” na giełdach pieniądze przyszłych emerytów. Za to dla siebie zarobiły 600 mln w charakterze wynagrodzenia za „zarządzanie”. Co prawda na tym zarządzaniu straciły 11 mld, ale jak w starych, dobrych komunistycznych czasach: „czy się stoi, czy się leży, 600 baniek się należy”. Oczywiście to nie wina OFE, że były spadki na giełdach. Zgoda. Byłoby nieuczciwością twierdzić, że jest inaczej. Ale czy to zasługa OFE, kiedy jest wzrost na giełdach?

W bardzo dobrym dla OFE 2006 roku, gdy zaczynał się boom gospodarczy, wartość jednostek rozrachunkowych OFE wzrosła o 17 proc. A o ile wzrósł w roku 2006 WIG? Wzrósł o 42 proc.! Jeżeli „ubezpieczony” mógł na GPW, inwestując samodzielnie w WIG, zarobić 42 proc., a zarobił za pośrednictwem OFE 17 proc., to znaczy, że on to 17 proc. zarobił, czy może 25 proc. stracił? A jakby tego było mało, to w roku 2006 Fundusz Rezerwy Demograficznej zarządzany przez ten wstrętny ZUS zarobił… 40 proc.! W zyskach OFE są też „zyski” z obligacji – czyli z podatków, które będziemy musieli zapłacić, żeby minister Rostowski miał w przyszłości za co wykupić od OFE obligacje, które im teraz sprzedaje.

To znaczy, że dziś płacimy składkę na emeryturę, a w przyszłości zapłacimy podatki, żeby było z czego wypłacić „zyski” od „zgromadzonych” składek. Prawda, że zabawne? Ale najzabawniejsze jest to, że to wszystko jest legalne. Bo jak ktoś komuś buchnie stówę, to się nazywa kradzież. Jak milion – to jest defraudacja. A jak 600 mln to „inżynieria finansowa”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O czym wie nietrzeźwy sternik

27 marca 2012

- Dziś patrzymy bardziej trzeźwo na kwestie przystąpienia Polski do strefy euro. Już dobrze wiemy, że wejście do strefy euro może prowadzić do skutków niekorzystnych – powiedział prezes NBP Marek Belka podczas spotkania z laureatami olimpiady ekonomicznej.

To dobrze, że niektórzy są dziś bardziej trzeźwi. Z nieukrywaną satysfakcją ośmielę się jednak zauważyć, że inni te „niekorzystne skutki, do jakich może prowadzić wejście Polski do strefy euro” dostrzegali od dawna – nawet jeśli nie byli trzeźwi.

Euro od początku było projektem politycznym, a nie ekonomicznym, dlatego dziś podejmowane są znowu kroki polityczne w celu jego ratowania (unia fiskalna, wspólny rząd). Od samej zmiany pieniądza nie poprawia się sytuacja w realnej gospodarce.

Co się stało we wschodnich landach niemieckich, gdy wprowadzono tam markę zachodnioniemiecką? Tempo wzrostu gospodarczego było niższe niż w Polsce, a bezrobocie wyższe. Dlaczego z euro miało być inaczej? Bogactwo narodów nie zależy od koloru farby, jakim zadrukowane są papierki będące w danym kraju „legalnym środkiem płatniczym”. Jak pisał Adam Smith: „nie pieniądz, ale tylko reprezentowane przezeń dobra stanowią dochód jednostki albo społeczeństwa”.

Główny nurt współczesnej ekonomii uparcie utrzymuje, że gospodarka rozwija się dzięki popytowi kreowanemu za sprawą odpowiedniej polityki monetarnej i inwestycji państwowych. Podstawowym instrumentem tej polityki są stopy procentowe. Za sprawą swojej wiedzy tajemnej bankierzy wiedzą, kiedy stopy obniżać, a kiedy podwyższać i o ile.

Można w ten sposób gospodarkę „ożywić” (obniżając stopy) albo „schłodzić” (podwyższając stopy). Jeśli waluta jest jedna – a nie jest nią złoto, tylko pieniądz papierowy – to jak do cholery uśrednić stopy procentowe, żeby jedna była dobra i dla Niemiec, i dla Grecji, i dla Polski?

Jak płyną dwie łódki, jedna za drugą, to gdy sternik tej drugiej będzie wykonywał takie same manewry, jak sternik pierwszej, nigdy nie dogoni pierwszej! I wie to nawet nietrzeźwy sternik. Nie wiedzieli tego sternicy naszej gospodarki.

Papier, na którym sporządzano analizy na temat dobroczynnych skutków wprowadzenia euro, był wyjątkowo cierpliwy. W Grecji miał nastąpić „proces pogłębiania finansowego”, z czego szczególne korzyści zapowiadano dla „sektora turystycznego i floty morskiej”.

Te „korzyści dla floty morskiej” wynikały z faktu, że banki niemieckie udzieliły Grekom kredytów na zakup niemieckich U-Botów, których Grecy nie mogą dziś spłacić. W raporcie NBP z 2004 r. przewidywano, że dzięki wspólnej walucie „wyeliminowane zostaną problemy budżetowe”! Oj, niezła musiała być balanga…

Autor jest profesorem prawa, adwokatem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Życie Jasia

20 marca 2012

Urodził się Jaś. W państwowym szpitalu (co prawda z formalno-prawnego punktu widzenia szpital jest powiatowy, ale o tym zadecydowało „państwo” – więc ujednolićmy terminologię).

Mama Jasia dostała od państwa znieczulenie (choć czasami może nie dostać – o tym też decyduje państwo). Poród odebrała położna – pracownica państwowa. Jasia zarejestrowali w urzędzie państwowym i nadali mu numer PESEL! Od tej pory, jak ma szczęście nie chorować i mieć bogatego tatusia (albo mamusię – to ewentualność dla feministek) może nie mieć z państwem kontaktu przez pięć lat życia. Ale niewielu jest Jasiów, którzy mają takie szczęście.

W większości przypadków i tatusiowie, i mamusie muszą iść do pracy, bo państwo zabiera jednemu z nich tyle pieniążków, że drugie też musi pracować, żeby zarobić mniej więcej tyle, ile państwo zabrało drugiemu. Więc Jasio trafia do państwowego żłobka i przedszkola – bo dziadkowie wciąż jeszcze pracują na emerytury. Dzięki takiej wczesnej „socjalizacji” Jaś często choruje, więc trafia pod opiekę państwowej służby zdrowia, gdzie leczą go lekarze wykształceni i zatrudnieni przez państwo, za pomocą lekarstw dopuszczonych do użycia przez państwo i urządzeń będących własnością państwa.

Potem Jaś pójdzie do szkoły. Musi pójść – tak nakazało państwo. W wieku takim, jak ustaliło państwo. Będą go uczyć w państwowej szkole przez państwo zatrudnieni nauczyciele. Jeśli rodzicom po zapłaceniu podatków zostanie troszkę pieniążków, to oczywiście mogą posłać Jasia do szkoły prywatnej, ale i tak będzie przerabiał w szkole program państwowy i nawet czytał lektury nakazane przez państwo. A jak już się wyedukuje, to pójdzie do pracy. Ma duże szanse zostać zatrudniony przez państwo. Może być lekarzem albo nauczycielem, albo urzędnikiem. Czasami zostanie przedsiębiorcą – jak go państwo wpisze do stosownej państwowej ewidencji.

Wtedy dostanie od państwa drugi numer – NIP. Żeby łatwiej było od niego ściągać podatki. O tym, czym się może zajmować, a czym nie może, albo na co potrzebuje zezwolenia od państwa – zadecyduje państwo. Na starość Jaś pójdzie na emeryturę, którą dostanie od państwa, a jak już w końcu umrze, to dzieci zapłacą państwu podatek. Ale dostaną też od państwa zasiłek pogrzebowy. On co prawda nie starczy na pokrycie kosztów pogrzebu, ale przecież państwo ma tyle wydatków, że nie może mu starczyć na wszystko. Więc musi jeszcze pobrać VAT od trumny Jasia i podatek dochodowy od zakładu pogrzebowego – żeby mieć na położną, która przyjmie na świat wnuczka Jasia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska w budowie, czyli wolno, wolniej…

14 marca 2012

Podróże kształcą. 925 km przez cztery kraje (kawałek Włoch, całą Austrię z kawałkiem Niemiec i całe Czechy – z czego pierwsze 75 km po krętych górskich drogach) pokonałem w 10 godz. 15 min.

Nie łamiąc przy tym specjalnie ograniczeń prędkości. Ale kolejne 395 km – od granicy w Cieszynie – pokonałem w… 6 godz. 15 min. „Polska w budowie”. Żeby budować, trzeba mieć za co.

Przez 925 km za granicą widziałem policyjne patrole cztery razy. W oznakowanych samochodach. Ani razu nie dostrzegłem policji z radarem. W Polsce na 395 km było ich sześć. I dwa w samochodach nieoznakowanych.

Od Piotrkowa do Mszczonowa popularna „gierkówka” jest rozkopana. W miejscach ograniczenia prędkości do 70 km/h niektórzy byli w stanie osiągnąć prędkość 40 – 50 km/h i tworzyły się korki. A w miejscach, gdzie przez kilkaset metrów droga nie była rozkopana i była szansa na wyprzedzenie… był znak ograniczenia prędkości do 70 km/h.

Najczęstsza przyczyna wypadków to u nas „nadmierna prędkość”. Prędkość jest „nadmierna” nawet wówczas, gdy nie nastąpiło przekroczenie prędkości. Skoro był wypadek, to prędkość musiała być „nadmierna”. A jak ktoś limit prędkości przekroczył, to zawsze podaje się jako przyczynę wypadku „nadmierną prędkość”, nawet gdyby do wypadku i tak by doszło przy znacznie mniejszej prędkości.

Pamiętam miejsce, w którym kiedyś, gdy po drogach jeździły stare samochody bez pasów bezpieczeństwa, w których przewożono dzieci bez fotelików, ustawiony był znak ograniczenia prędkości do 60 km/h. Dziś w samochodach są ABS-y, ETS-y, kontrolowane strefy zgniotu, wyprofilowane zderzaki „bezpieczne” dla pieszych, poduszki powietrzne z przodu i kurtyny powietrzne po bokach. W tym samym miejscu stoi znak ograniczenia prędkości do 50 km/h.

Z taką prędkością jeżdżą tam cztery kategorie kierowców: a) mający powyżej 0,2 promila alkoholu we krwi (ale poniżej „bariery odlotu” – to znaczy tacy, którzy jeszcze zdają sobie sprawę z tego, że są wstawieni, i przestrzegają przepisów bardziej niż ci bez promili); b) mający powyżej 20 punktów – gdy każdy dodatkowy mandacik oznacza nowy egzamin; c) jeżdżący 50 km/h nawet tam, gdzie mogą jechać 70 km/h lub więcej; d) CB-radiowcy, którzy usłyszeli, że akurat „suszą”.

Jeżdżąc tylko po Polsce, można to uznać za normalne. Porównując z zagranicą, trzeba to uznać za nienormalne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawo Murphy’ego w finansach

6 marca 2012

Po dwóch miesiącach Europejski Bank Centralny uruchomił drugą operację LTRO – Long Term Refinancing Operations.

Po 529,5 mld euro ustawiło się 800 banków.

Wygląda to tak: banki dostają na trzy lata na 1 proc. pieniądze, które następnego dnia pożyczają różnym rządom na 5 – 9 proc., po czym zastawiają obligacje tych rządów, kupione za pieniądze otrzymane z EBC w tymże EBC pod zastaw kolejnej pożyczki.

Sytuacja w PKP musiała doprowadzić kiedyś do katastrofy. Sytuacja w EBC też musi. „The Economist” w komentarzu redakcyjnym ironizuje, że obecny szef EBC – Mario Draghi – obiecywał udowodnić, że nie będzie bankierem pomagającym rządom w kłopotach, a udowadnia, że jest bankierem pomagającym bankom w kłopotach, które są w nich ze względu na rządy. Kiedy skończy się dopieszczanie instytucji finansowych i ignorowanie realnej gospodarki gnębionej przez europejską biurokrację i podatki? Jedno z praw Murphy’ego powiada, że ludzie postępują rozsądnie dopiero wówczas, gdy wszystkie inne możliwości zawiodą. Jeszcze nie wszystkie możliwości zawiodły. Mamy przed sobą perspektywę LTRO w wersji 3.0. A potem trzeba będzie zrobić coś rozsądnego. Tylko czy europejscy „przywódcy” i bankowcy są w stanie zrobić „coś rozsądnego”? Ale skoro komuniści oddali władzę, bo im zabrakło pieniędzy, to może i bankowcy będą musieli zrobić to samo.

Zresztą, już chyba coś zaczyna pękać w polityczno-finansowej koalicji. Prezes Bundesbanku w wywiadzie dla „Financial Times” powiedział, że EBC nie może drukować euro dla finansowania deficytów publicznych.

Mamy też aspekt polski operacji LTRO. Co prawda EBC nie ujawnia, które „instytucje finansowe” skorzystały z hojności europejskich podatników, ale tajemnicą poliszynela jest, że w znacznej mierze jego pieniądze podążają na południe Europy. Ciekawe, czy „szprycowane” przez EBC „instytucje finansowe” nie „inwestują” przypadkiem w Polsce? Prezes Zbigniew Jagiełło z PKO BP  operację LTRO uznał za przejaw nieuczciwej konkurencji. I słusznie. Pieniądze zamiast na obligacje hiszpańskie mogą bowiem służyć do kupowania o wiele atrakcyjniejszych aktywów – jak na przykład Kredyt Bank.

Autor jest profesorem prawa,  adwokatem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop