Posts Tagged „wybory”<

Mucha odchodzi z Platformy?

30 cze 2011

Joanna Mucha chce zrezygnować ze startu w wyborach parlamentarnych – dowiedziała się „Rz”. Powód? Jedynkę na lubelskiej liście PO dostała Magdalena Gąsior-Marek

Mucha, zgodnie z czwartkową decyzją Zarządu Krajowego Platformy, ma dostać drugie miejsce. Członkowie zarządu przegłosowali w tej sprawie samego Donalda Tuska, który widział Muchę na pierwszym miejscu.

Konflikt o miejsce dla Muchy trwa od wielu tygodni. Początkowo regionalne władze PO chciały dać Musze dopiero szóste miejsce. Mało znana Gąsior-Marek była przewidziana na pierwsze.

Przeczytaj cały artykuł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pawlak walczy o to, by wynik PSL przekroczył 8,5 proc

1 cze 2011

Ludowcy boją się wyborczej katastrofy. Szefostwo Stronnictwa zaczyna dramatyczną walkę o poprawę notowań

Spotkanie Waldemara Pawlaka ze Stowarzyszeniem „Ordynacka”, jego wypowiedź – wbrew oficjalnej linii rządu – o konieczności obniżki akcyzy na paliwa, słowa Eugeniusza Kłopotka o koalicji PSL z PiS – po miesiącach letargu ludowcy zaczynają pokazywać zęby.

To coś więcej, niż włączenie się do kampanii wyborczej. To też próba uniknięcia katastrofy w tegorocznych wyborach parlamentarnych.

Katastrofa w wydaniu PSL nie oznacza spadku poniżej progu wyborczego. To nie powinno się zdarzyć. Ludowcom grozi co innego. Muszą zdobyć minimum 8,5 proc. głosów, by utrzymać się w grze. – Stawiamy sprawę jasno, kontynuacja koalicji z mocną pozycją PSL – mówił wczoraj w Radiu Zet Pawlak o celu jego partii.

Politycy PSL oficjalnie deklarują, że ich partia może zdobyć nawet dwucyfrowy wynik, bo świadczy o tym ich sukces w wyborach do sejmików wojewódzkich (16 proc.). Po cichu przyznają, że będzie dużo gorzej – ok. 7 proc. Uwzględniwszy wyniki większych partii i podział miejsc w Sejmie według obowiązującej ordynacji, może to oznaczać, że zamiast obecnych 31 posłów PSL będzie miało mniej niż 20. Czyli za mało do zbudowania koalicji. Platforma ewentualny brak będzie musiała uzupełnić porozumieniem z SLD.

– Waldek jest czołgany w Stronnictwie za dotychczasową bierność – mówi prominentny polityk PSL.

Dlatego Pawlak zaczął ostrzej mówić (choć jako minister gospodarki wie, że obniżka akcyzy na paliwa i marż koncernów paliwowych jest praktycznie niemożliwa). Stąd gesty pod adresem partii opozycyjnych, i to mimo że to właśnie PiS i SLD, a nie PO, odciągają wyborców od PSL. Tu nie wiadomo, jaka będzie reakcja. Być może w PiS lub SLD wygra kalkulacja, że warto nie pomniejszać partii, która kiedyś przyda się jako koalicjant. Ale nie zniknie całkowicie chęć przejęcia części elektoratu PSL. PiS i SLD zaktywizowały swą działalność na wsi. – Musimy cisnąć „chłopów”. Wtedy wieś znów zacznie na nas głosować – zwykł mawiać w zaufanym gronie SLD-owski wicemarszałek Jerzy Wenderlich.

Na dodatek w ostatniej dekadzie PSL dostawało w wyborach parlamentarnych wynik powyżej 8 proc. tylko wtedy, gdy było w opozycji (2001 i 2007). Gdy wyborcy postrzegali ludowców jako współrządzących, wyniki spadały do 6 – 7 proc. (wybory 2005 oraz eurowybory 2004 i 2009).

Strach przed katastrofą może spowodować rewolucję na listach wyborczych PSL. Do tej pory dominowali na nich słabo znani opinii publicznej lokalni bonzowie. Każdy z nich tak układał listę w okręgu, by nie znalazł się tam ktoś popularniejszy. Efektem było umieszczanie poza pierwszym miejscem bardzo słabych kandydatów.

Pawlak wykonał już jeden ruch, by to zmienić. Minister pracy Jolanta Fedak zajęła miejsce nieco już zapomnianego weterana Józefa Zycha.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Piotr Gursztyn: Do kogo prezes Kaczyński kieruje polityczną ofertę

4 kwi 2011
Analiza „Rz”

Lider PiS poważnie kalkuluje odsunięcie Donalda Tuska od władzy po wyborach parlamentarnych

Jeżeli będzie bezwzględna konieczność powołania rządu ponadpartyjnego, który miałby ratować kraj przed bankructwem, to PiS poprze taką inicjatywę – zadeklarował Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Newsweeka”. Miałby to być gabinet złożony z osób z różnych środowisk, które są „uznanymi autorytetami”. – Rząd PO doprowadził do takiej zapaści, że nie wykluczam takiego rozwoju wypadków – uzasadnił.

Słowa prezesa PiS to jasno sformułowana oferta. Do każdego poza Donaldem Tuskiem i osobami, które widzi jako współwinne katastrofy smoleńskiej. Adresatami mogą być SLD, PSL i jakaś część PO, np. ludzie, którzy dziś znajdują się daleko od centrów decyzyjnych partii. Jednocześnie Kaczyński kolejny raz zarzeka się, że nie chce zawiązać sformalizowanej koalicji z Sojuszem. – Całkowicie ją wykluczam. To byłby dowód na to, że władza jest dla nas celem samym w sobie. Przypisywanie mi takich intencji jest jedną z metod zniechęcania do głosowania na PiS – mówi.

To istota problemu. Mówienie o tej koalicji przed wyborami grozi stratą części głosów. Tego samego boją się liderzy SLD. – Ja się cieszę, że zaczyna ten temat w ogóle zanikać. Ludzie, którzy już rozkładają karty na jakiejś szachownicy władzy, są nieodpowiedzialni, butni, aroganccy – zarzekał się w Polskim Radiu Grzegorz Napieralski. Ale w kilku samorządach funkcjonuje porozumienie lewicy z PiS. Choć obowiązuje uchwała władz partii Kaczyńskiego zakazująca samorządowych koalicji z SLD. Stąd w niektórych miejscach wymyśla się dla tych porozumień inne nazwy.

Przypomnijmy też poparcie, którego kandydat PiS Andrzej Duda udzielił w drugiej turze walki o fotel prezydenta Krakowa Jackowi Majchrowskiemu. To też było pokłosie Smoleńska – Majchrowski zdobył uznanie PiS-owców współpracą przy organizacji uroczystości pogrzebowych Lecha Kaczyńskiego. Z ludowcami PiS konkuruje o głosy na wsi. Robi to ostro, stąd przypuszczenia, że chce całkowicie sprowadzić PSL do parteru, czyli notowań niższych niż 5 proc. Dziś koalicja z ugrupowaniem Waldemara Pawlaka wydaje się być niemożliwa. A jeśli partią będzie rządził Janusz Piechociński, który wprawdzie nie mówi tak jak PiS, ale też zbytnio nie atakuje tej partii? Lub Eugeniusz Kłopotek, który atakuje koalicyjną PO nie gorzej niż opozycja?

Wreszcie zostaje część PO. Wiele osób wskazuje Jarosława Gowina jako ewentualnego partnera PiS. To błąd – Kaczyński źle się o nim wyrażał, a samemu Gowinowi bliżej do PJN niż obecnego PiS.

W „Raporcie o stanie Rzeczypospolitej” autorstwa Kaczyńskiego tylko dwóch polityków PO zostało wymienionych w pozytywnym kontekście: Jan Rokita i Marek Biernacki. Pierwszy jest poza polityką, ale drugi w zeszłej kadencji był wskazywany jako potencjalny lider wewnętrznej opozycji wobec Tuska. A odsunięcie od władzy obecnego premiera jest głównym celem Kaczyńskiego.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Platformę wciąż dzielą konflikty

14 mar 2011

Lokalne struktury PO mogą nie posłuchać wezwania Donalda Tuska do przedwyborczego zwarcia szeregów.

– Możecie pozabijać się dwa dni po wyborach, ale do wyborów ma być spokój – tak relacjonują słowa Donalda Tuska członkowie Zarządu Krajowego PO. Tusk miał tak powiedzieć 3 marca na ostatnim posiedzeniu tego ciała. Wezwał przedstawicieli skłóconych środowisk do pojednania. I zagroził konsekwencjami tym, którzy dalej będą rozbijać jedność partii.

Politycy PO mówią, że apel premiera uspokoił atmosferę. Symbolem tego było spotkanie na cygarze przywódców dwóch frakcji: Grzegorza Schetyny i Cezarego Grabarczyka. Odbyło się błyskawicznie, bo już następnego dnia po posiedzeniu zarządu.

Rzeczywiście, z PO dociera do mediów dużo mniej sygnałów o wewnętrznych swarach. Ale w kilku miejscach nie udało się opanować konfliktu. Tam regionalni działacze uznali, że nim zaczną się godzić z rywalami, muszą z nimi załatwić stare porachunki.

Muszą się spieszyć, bo goni ich wewnątrzpartyjny kalendarz. Prawdopodobnie dziś odbędzie się posiedzenie zarządu. Niewykluczone, że lider partii zapowie na nim, kto pokieruje sztabem wyborczym. Według publikowanych już przez media przecieków ma nim być Andrzej Wyrobiec. To działacz z Krakowa, dawniej związany ze Schetyną, dziś bliżej Tuska. Nie jest posłem ani nie ma w dyspozycji zbyt wielu „szabel”, więc nie ma też ryzyka, że w kampanii będzie grał na siebie.

W piątek Klub PO wyjedzie pod Warszawę, by obradować z dala od mediów. – Każdy będzie mógł spuścić z siebie emocje – mówi członek władz partii. W sobotę rano zbierze się zaś Rada Krajowa PO. Tam w obecności jej kilkuset członków i mediów partia ma zaprezentować się jak „jedna pięść”. Media mają zobaczyć, jak przyjaźnie odnoszą się do siebie skłócone do tej pory środowiska.

Być może już w sobotę zostanie też przedstawiony harmonogram układania list wyborczych. Czyli kwestia budząca największe emocje.

Do tej chwili skłócone struktury mają czas na wyrównanie porachunków.

Tusk najbardziej niepokoi się sytuacją na Podlasiu. Cały czas trwa tam konflikt między obecnym przewodniczącym Damianem Raczkowskim a poprzednim Robertem Tyszkiewiczem. Ten drugi kontroluje większość struktur. Dlatego szef regionu woli nie zwoływać zebrań władz wojewódzkich, by nie przegłosowano jego odwołania. W tej sytuacji lider partii zdecydował, że do wyborów na Podlasiu ma być utrzymane status quo. A decyzje, które podejmowały wojewódzkie władze partii, będą zapadały w Warszawie. Osobistym wysłannikiem Tuska ma być tam rzecznik rządu Paweł Graś.

Nie uspokoiło się też w Małopolsce. Trwa spór o rządy w miejskiej organizacji w Krakowie. Szef regionu Ireneusz Raś kontroluje struktury poza stolicą województwa. Jego rywale zarzucają mu, że teraz próbuje przejąć te w Krakowie. Rządzi nimi poseł Łukasz Gibała (prywatnie siostrzeniec Jarosława Gowina, również ostro rywalizujący z Rasiem). Ludzie Gibały zarzucają „agresorowi”, że przeciąga na swą stronę krakowskich działaczy PO, oferując im pracę w spółkach Skarbu Państwa lub instytucjach samorządowych. Stronnicy Rasia odrzucają oskarżenia i twierdzą, że muszą zrobić porządek w „napompowanych” krakowskich kołach partii. Skądinąd zarzut „pompowania”, czyli zapisywania do partii fikcyjnych członków, pada bardzo często w wielu platformerskich przepychankach.

Obie strony krakowskiego sporu zapowiadają odwołanie się do arbitra, czyli Pawła Grasia. W ten sposób rzecznik rządu, jeden z nielicznych ludzi w PO mających bezpośredni dostęp do premiera, wyrasta na jedną z najbardziej wpływowych osób w partii.

Niewykluczone, że Graś będzie musiał też rozstrzygać wciąż tlący się konflikt w Wielkopolsce między Rafałem Grupińskim i Waldym Dzikowskim, czyli obecnym a byłym szefem struktur wojewódzkich. Pierwszy, związany blisko ze Schetyną, ma za sobą większość struktur partyjnych. Dzikowski, też mający licznych stronników, może liczyć na wsparcie Grabarczyka.

Nieco kabaretowy charakter przybrał spór w Opolskiem. Tamtejszy szef regionu Leszek Korzeniowski postanowił rozliczyć Roberta Węgrzyna za jego wypowiedź o podglądaniu lesbijek. Motywował to troską o zachowanie „wysokich standardów”. Nie dodał jednak, że Węgrzyn wcześniej był bliski wyboru na szefa organizacji wojewódzkiej PO w Opolu. Popełnił przy tym błąd, wulgarnie komentując w telewizji wpadkę Węgrzyna, co teraz wykorzystują przeciw niemu zwolennicy drugiej frakcji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Kudrycka przetnie spór w Białymstoku, a Kopacz na Wybrzeżu

7 mar 2011

Po konflikcie Tusk – Schetyna w Platformie Obywatelskiej rozgorzała rywalizacja o atrakcyjne miejsca na listach wyborczych.

Ewa Kopacz zmienia okręg wyborczy – taka pogłoska zelektryzowała Platformę w poprzednim tygodniu. Minister zdrowia, osoba w partii niezmiernie wpływowa dzięki bliskiej przyjaźni z Donaldem Tuskiem, ma się przenieść z rodzinnego Radomia do Gdyni. Powód byłby prosty: Radom to okręg bardziej PiS-owski, Gdynia jest dużo bardziej proplatformerska. W 2007 r. Kopacz jako lider listy w Radomiu zdobyła 39 tys. głosów, a lider listy PO w Gdyni Marek Biernacki – 84 tys. Według niektórych polityków PO Kopacz, startując w lepszym okręgu, mogłaby zdobyć nawet ponad 100 tys. głosów. W okręgu radomskim nie może na to liczyć. Radom jest jedynym dużym miastem, w którym PiS bez większego problemu utrzymał stanowisko prezydenta miasta.

Dobry wynik w wyborach jest atutem w wewnątrzpartyjnej rywalizacji o stanowiska. A Kopacz, będąc wiceprzewodniczącą partii, uczestniczy w tej rozgrywce.

Przenosiny do Gdyni to na razie tylko przymiarka. Niektórzy posłowie PO dementują tę informację, twierdząc, że to plotka, która jest wynikiem rywalizacji dwóch najważniejszych postaci w gdyńskiej PO: Biernackiego i Tadeusza Aziewicza. Inni z kolei przekonują, że pogłoska może się ziścić, gdyż Kopacz z osobistych powodów ma coraz mniej własnych spraw w rodzinnym Radomiu, a coraz więcej na Wybrzeżu. Tam m.in. po ukończeniu studiów osiadła jej córka.

Nerwowo jest przy układaniu list we wszystkich okręgach. I jeśli nie jest pewne wystawienie Kopacz jako alternatywy dla rywalizujących ze sobą Biernackiego i Aziewicza, to inaczej jest z Barbarą Kudrycką. Minister nauki ma dostać jedynkę w Białymstoku. Nie tylko dlatego, że to jej rodzinne miasto. Ale też po to, aby rozwiązać problem konfliktu między obecnym szefem regionu Damianem Raczkowskim a poprzednim, lecz ciągle wpływowym, Robertem Tyszkiewiczem. W ten sposób władze partii unikają konieczności dokonania przykrego wyboru, bowiem pierwszy jest związany z tzw. spółdzielnią Cezarego Grabarczyka, drugi jest bliskim współpracownikiem Grzegorza Schetyny. Kudrycka nie jest związana z żadną z tych frakcji, blisko jej za to do szefa rządu.

Spór między obiema frakcjami może też mieć wpływ na start Jarosława Gowina. Popularny w Krakowie polityk usłyszał już wyraźne sugestie, że powinien próbować swych sił, startując do Senatu lub z innego okręgu. Wtedy krakowska jedynka przypadłaby szefowi regionu, czyli Ireneuszowi Rasiowi. Gowin nie chce się wynieść z Krakowa, więc sam zaproponował, że może wystartować z ostatniego miejsca na liście. Ta kalkulacja jest przejrzysta. W 2007 r. zdobył 160 tys. głosów, więc – niezależnie od miejsca na liście – ma zapewnioną reelekcję. A mandat zdobyty z ostatniego miejsca będzie dla niego argumentem w rywalizacji o miejsce w partyjnej hierarchii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W PSL uderzą półtuszą, w PO odebraniem strachu

3 lut 2011

SLD mierzy w taki wynik wyborczy, by jesienią żadna koalicyjna układanka nie była możliwa bez udziału lewicy. I ma plan, jak tego dokonać.

Partia Grzegorza Napieralskiego precyzyjnie określiła sobie cel: osiągnąć taki wynik w najbliższych wyborach parlamentarnych, aby nie dało się stworzyć żadnego rządu koalicyjnego z pominięciem SLD. Ciśnienie w Sojuszu jest wielkie nie tylko dlatego, że działacze są wygłodzeni pięcioletnią opozycyjną mizerią. Przede wszystkim dlatego, że jesienią 2011 r. wyłoni się układ polityczny rządzący Polską aż do 2015 roku. Dopiero wtedy odbędą się wszystkie wybory (oprócz samorządowych).

„Spłaszczenie wyników” – tak brzmi określenie kluczowe w strategii Sojuszu. Chodzi o to, aby wyniki wyborcze między partiami były mniej zróżnicowane niż teraz. 33 proc. dla PO, 25 dla PiS, 20 dla SLD, tylko 5 dla PSL i ewentualnie 5 dla PJN – tak wygląda najlepszy z osiągalnych dla Sojuszu wynik. W jego efekcie PO miałaby dużo mniejszy klub. A na dodatek nie byłaby w stanie stworzyć stabilnej koalicji tylko z PSL.

Oczywiście SLD będzie podgryzało PO. To z jednej strony rutynowe działanie partii opozycyjnej, z drugiej – chęć odzyskania części wyborców. Wystarczy bowiem spojrzeć na mapę poparcia dla partii politycznych: PO dominuje w województwach zachodnich, tam, gdzie jeszcze dziesięć lat temu wygrywał Sojusz.

Liderzy SLD mają duże nadzieje. Według ich kalkulacji przestaje być skuteczne straszenie PiS-em. Coraz mniej wyborców wierzy w to, że partia Jarosława Kaczyńskiego ma szanse na powrót do władzy. Zatem partia Donalda Tuska przestaje być postrzegana jako jedyny przed tym ratunek.

„Spłaszczaniu wyniku” towarzyszy drugi element – eliminacja PSL. Kierownictwo SLD nie zakłada, że da się całkiem wyrzucić ludowców z parlamentu. Ale wierzy, że można doprowadzić do tego, iż PSL ledwo przekroczy 5-procentowy próg wyborczy.

– Przyjdzie czas odwetu za wybory do sejmików – grożą politycy SLD. Rzeczywiście, Sojusz przeżył jesienią bolesne upokorzenie, gdy został wyprzedzony przez ludowców. Porażka została wytłumaczona tym, że SLD „odpuściło sobie” wieś. Uznano to za błąd tym większy, że w poprzednich wyborach, zwłaszcza w złotych latach Sojuszu, postkomuniści mieli spore poparcie na wsi.

Zapowiedzi SLD-owskiej rekonkwisty brzmią dość buńczucznie. Na przykład program rolny SLD ma być zaprezentowany w miejscu symbolicznym dla PSL – w Wierzchosławicach koło Tarnowa, rodzinnej miejscowości Wincentego Witosa.

To wyraźne prowokowanie ludowców. I nie koniec ataku. SLD ostrzy zęby na ministra rolnictwa. Już w przyszłym tygodniu chce zaatakować Marka Sawickiego świńskimi półtuszami. A dokładniej rozliczyć ministra za rzekome wpuszczenie na polski rynek mięsa, którego niska cena zagroziła opłacalności krajowej produkcji.

Na dodatek wojna o wieś stworzyła szansę na pojednanie między Napieralskim a Wojciechem Olejniczakiem. Obecny szef Sojuszu zaproponował swojemu rywalowi, aby ten zainteresował się programem dla wsi. Ten był nieufny, podejrzewając, że jest spychany na marginalny kierunek. Gdy jednak się okazało, że SLD może sporo tam zyskać, Olejniczak (sześć lat temu był dobrze ocenianym ministrem rolnictwa) dał Napieralskiemu pozytywną odpowiedź.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Frakcje w PO walczą ze sobą na pogłoski

27 sty 2011

Układanie list wyborczych wywołuje coraz ostrzejsze tarcia w Platformie Obywatelskiej. Głównie na linii premier
– marszałek Sejmu.

– Nie ma sporu z premierem. Różnice zostały wyolbrzymione – mówił wczoraj w TVP Info marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna pytany o relacje z Donaldem Tuskiem. Podobnie brzmią wszystkie oficjalne wypowiedzi polityków PO w tej sprawie.

Jednak za kulisami toczy się ostry spór. Jego ostatnim przejawem są suflowane dziennikarzom informacje mające rzekomo kompromitować wewnętrznych rywali. Zresztą suflowane są nie tylko dziennikarzom. Ważny polityk SLD przyznaje, że część informacji uderzających w ministra infrastruktury dostarczyli jego partii ludzie z frakcji konkurencyjnej wobec Cezarego Grabarczyka. Czyli ludzie Grzegorza Schetyny, którzy według naszego informatora mieli dodać kilka nazwisk do listy przyjaciół ministra zatrudnionych w podległych mu spółkach.

Takie metody stosują obie strony konfliktu w PO. Poseł Jarosław Gowin zbladł z przerażenia, gdy  się dowiedział, że ktoś opowiada dziennikarzom o rzekomym planie puczu przeciw Donaldowi Tuskowi. Autorem planu miał być Schetyna, a Gowin miałby objąć funkcję premiera.

Plan był absolutnie niewykonalny, o czym wiedzieli wszyscy w PO. Ale zrozumiała była intencja autorów pogłoski. Gowin dostał się do Sejmu z pierwszego miejsca w okręgu krakowskim. Ta pozycja kusi kilku konkurujących z nim polityków. Plotka o rzekomym przeroście ambicji Gowina miała pomóc w odebraniu mu „jedynki”.

– O mnie donoszono Tuskowi, że załatwiłem autobusy na kongres zwolenników Janusza Palikota. Na szczęście premier jest zbyt długo w polityce, aby nabrać się na takie chwyty – opowiada inny polityk PO, skądinąd reprezentant przeciwnej Schetynie i Gowinowi frakcji.

Jednak nawet nieprawdopodobne plotki, jeśli przebiją się do przekazu medialnego, stają się kłopotem dla tych, których dotyczą. Gowin musiał się tłumaczyć w TVN 24, że nie ma żadnego spisku przeciw Tuskowi.

Stąd rodzą się kolejne.

Najnowszy „news” podpowiadany dziennikarzom dotyczy pomysłu premiera, który chce jakoby odwołania Schetyny z funkcji marszałka Sejmu. Wniosek miałby złożyć któryś z mniejszych klubów – SLD lub PJN. To zresztą pokazuje, że autorzy pogłoski nie zadbali dostatecznie o jej wiarygodność. Schetyna ma dobre relacje z obu klubami, więc nie jest w ich interesie zamieniać marszałka na mniej przyjaznego. Mimo to krążąca pogłoska wywołała irytację wśród zwolenników Schetyny zdenerwowanych podważaniem pozycji ich lidera.

– Te plotki puszczają ludzie z drugiego lub trzeciego szeregu, którzy boją się o swoje miejsca na listach wyborczych – uspokaja poseł Platformy. Jego zdaniem napięcie nie zniknie do czasu ostatecznego zatwierdzenia kandydatur. Ile to potrwa? O to również toczy się spór.

Przeciwnicy Schetyny zarzucają mu, że chce przeciągnąć układanie list. W poprzednich wyborach to on jako sekretarz generalny partii miał ogromny wpływ na ich kształt – wtedy wolał zatwierdzać je w ostatniej chwili. Po rozpadzie tandemu z Tuskiem listy ułoży premier. Stąd Schetynie ma zależeć na czasie, aby móc ratować swoich kandydatów.

Na pociechę dla PO trzeba dodać, że łomot towarzyszący układaniu list wyborczych już niedługo zacznie dobiegać także z innych partii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jednomandatowe okręgi odmienią Senat

8 sty 2011

Po zmianach w kodeksie wyborczym od przyszłego roku Senat może się stać najbarwniejszą izbą polskiego parlamentu.

Wielu polityków z lekceważeniem i drwiną nazywa dziś Senat izbą refleksji i zadumy. To pokazuje faktyczną rangę drugiej – według konstytucji równorzędnej – części parlamentu. Senat stał się bocznym torem lub miejscem politycznej emerytury. Symptomatyczne jest to, że wielu posłów, gdy chce spokojnie porozmawiać przy kawie, chowa się w zacisznym bufecie senackim, a nie w gwarnej restauracji sejmowej.

To wszystko może się zmienić, gdy w następnych wyborach zaczniemy wybierać senatorów według nowych zasad.

Sejm – wolą przede wszystkim PO – 5 stycznia wprowadził poprawkę do kodeksu wyborczego, która podzieli kraj na 100 okręgów wyborczych. Dokładnie tyle, ilu jest wybieranych senatorów.

Przeciwnicy i zwolennicy nowej ordynacji zgodnie podkreślają, że będzie to zmiana rewolucyjna.

– To rozwiązanie promuje kandydata, a nie szyld partyjny – twierdzi poseł PO Waldy Dzikowski, promotor zmiany.

– To doprowadzi do chaosu osłabiającego i tak coraz mniej znaczący Senat – oponuje wicemarszałek Senatu z PiS Zbigniew Romaszewski, który na dodatek uważa, że zmiana jest niedemokratyczna. Dlaczego? Bo jego zdaniem zmniejszy reprezentatywność Senatu.

Najlepiej można to sobie wyobrazić właśnie na przykładzie Romaszewskiego.

W 2007 r. zdobył ostatnie miejsce w czteromandatowym okręgu warszawskim. Trzy pierwsze wzięli senatorowie PO – Barbara Borys-Damięcka, Krzysztof Piesiewicz i Marek Rocki. Po zmianie ordynacji stolica zostanie podzielona na cztery okręgi. Według dotychczasowych sondaży wszystkie przypadną PO. To znaczy, że pozostali wyborcy nie będą mieli swojego reprezentanta w drugiej izbie, choć Platforma w Warszawie w 2007 r. zdobyła w wyborach do Sejmu 54 proc.

Do tej pory w większości okręgów – gdzie wybierano dwóch lub trzech senatorów – dwie największe partie miały swoich reprezentantów.

Krytycy dodają, że system jednomandatowy byłby lepszy, gdyby obowiązywała w nim druga tura. Bez niej, przy starcie wielu kandydatów, dojdzie do rozdrobnienia głosów. Będzie się liczył najlepszy wynik, a to w praktyce może oznaczać zaledwie kilkanaście procent głosów. Druga tura obowiązywała w jednomandatowych wyborach do Senatu 4 czerwca 1989. Zrezygnowano z niej z powodu bardzo niskiej frekwencji.

– Mniejsze okręgi mają bardziej naturalny charakter. Dziś mój to osiem powiatów. Po zmianie będą cztery. Trzeba będzie być bliżej wyborców – mówi Stanisław Gorczyca, senator PO z okręgu elbląskiego.

Tyle że będzie to też szansa nie tylko dla lokalnych liderów, ale też np. bogatych przedsiębiorców. Takich jak Henryk Stokłosa, który był senatorem w latach 1989 – 2005 i teraz znów chce zdobyć mandat. Startuje w wyborach uzupełniających w Pile.

Ale i kandydaci partyjni mogą poczuć się bardziej swobodnie. Partie nie będą mogły traktować Senatu jako miejsca dla politycznych emerytów. Będą musiały wystawiać bardziej wyrazistych kandydatów.

A ci, wraz z senatorami niezależnymi, mogą sprawić, że nudny do tej pory Senat stanie się miejscem atrakcyjnym nawet dla paparazzich z prasy kolorowej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak duży jest strach przed nowymi partiami

26 lis 2010

Przyspieszone wybory to wariant, który coraz częściej rozpatruje się w otoczeniu Donalda Tuska. Forsować mają go zwłaszcza osoby odpowiedzialne za PR

Przecieki o tym, że PO może doprowadzić do przeprowadzenia wyborów parlamentarnych we wcześniejszym terminie, nasilają się od kilku tygodni. Wynika z nich, że o tym wariancie – jako ucieczce do przodu – kilkakrotnie debatowano w najbliższym otoczeniu szefa rządu. Informacje na ten temat ujawniały już „Rz” i „Gazeta Wyborcza”. W piątek pisał o tym portal Wpolityce. pl. Tego samego dnia w wywiadzie w Radiu TOK FM o wcześniejszych wyborach mówił Janusz Palikot. Poseł podał nawet konkretną datę. Miałyby się odbyć 27 marca, czyli dokładnie za cztery miesiące.

Według Palikota momentem zwrotnym będzie debata budżetowa, na której Donald Tusk może przedstawić np. rozwiązania uderzające w KRUS, czyli coś, na co nie zgodzi się PSL. – Tusk na tym zyskuje, bo chce reformować. PSL też zyskuje w swoim środowisku, bo nie daje KRUS – wyjaśniał Palikot. Dodawał, że propagandowym bezpiecznikiem będzie argument, iż wybory jesienne zaburzą trwającą wówczas polską prezydencję w UE.

A faktycznym powodem przyspieszenia wyborów miałby być strach przed ugrupowaniem Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Ruchem Poparcia Palikota. To strach, który może połączyć wszystkie partie. Kluzik-Rostkowska może bowiem „urwać” wyborców PiS, PO i PSL, Palikot – Platformy i SLD.

Według dotychczasowych przecieków pomysł z wiosennymi wyborami nie podoba się premierowi Tuskowi. Forsować zaś go mają osoby odpowiedzialne za PR – przede wszystkim szara eminencja dworu Tuska, czyli Igor Ostachowicz.

Przypomina to sytuację z początku roku 2006 r., gdy w kierownictwie PiS debatowano nad tym samym. Wówczas też osoby odpowiedzialne za PR i kampanie wyborcze – Adam Bielan i Michał Kamiński – parły do wyborów. Ich zdaniem przemawiały za tym wysokie notowania PiS. Przeciw był głównie śp. prezydent Lech Kaczyński. Przeważyło jego zdanie, że poparcie może spaść, bo społeczeństwo zareaguje negatywnie na kolejne awantury wyborcze.

W PO słychać teraz podobne argumenty. Jeden z bardziej wpływowych szefów regionów przekonuje, że struktury partyjne nie dostały na razie ani jednego sygnału do gotowości. Ale wiadomo, że struktury to dobrze naoliwione maszynki, które w każdej chwili można przestawić na tryb wyborczy.

Na razie jednak poparcie dla dużych partii utrzymuje się w normie. Nie widać, by raczkujące ugrupowanie Kluzik-Rostkowskiej mogło komukolwiek coś uszczknąć. Gdyby jednak okazało się, że wyborcy chcą czegoś nowego, to prawdopodobieństwo rozwiązania Sejmu przez stare partie wzrośnie. Do wcześniejszych wyborów są bowiem gotowe, czego nie da się powiedzieć o aspirantach do zaistnienia na scenie politycznej.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop