Posts Tagged „SLD”<

Lewicy koalicja potrzebna jak kroplówka

20 paź 2011

SLD i Ruch Palikota mogą nie przetrwać czterech lat w opozycji. Dlatego bardzo chcą podczepić się pod porozumienie PO – PSL

Jedną z pierwszych deklaracji Leszka Millera po wygranych przez niego wyborach na szefa Klubu SLD były słowa, że partia jest gotowa zawrzeć koalicję z Platformą Obywatelską. Miller argumentował, że jego Sojusz jest ugrupowaniem nowocześniejszym niż PSL, więc Donald Tusk znajdzie w nim lepszego partnera do modernizacji Polski.

Słowa Millera – jednego z najbardziej doświadczonych polskich polityków – nie były propagandowym frazesem, ale przemyślanym komunikatem.

Na dodatek Miller nie miał uprawnień – będąc szefem klubu, lecz nie partii – aby składać deklaracje w imieniu całego ugrupowania.

Ale dla obserwatorów ze świata polityki jego słowa są całkowicie jasne.

– On dramatycznie potrzebuje sukcesu – mówi jeden z polityków lewicy. Miller potrzebuje czegoś, co spoi stojącą na granicy rozpadu partię.

Gdyby SLD miał większy klub parlamentarny, dobrą metodą byłaby zdecydowana opozycja wobec rządu i zabieganie o poparcie niezadowolonych. Na to jednak Sojusz dziś jest za słaby.  – Potrzebujemy kroplówki  – mówi nasz rozmówca.

Koalicja mogłaby być idealną kroplówką. Kilka stanowisk wiceministerialnych i szereg posad w administracji państwowej rozwiązałoby problem zatrudnienia dla kogoś z ponad 20 posłów Sojuszu zeszłej kadencji, którzy teraz nie dostali się do Sejmu.

A szeregowi działacze dostaliby sygnał, że w partyjnej spiżarni są jeszcze jakieś konfitury.

Czy oferta Millera zostanie przyjęta? Wszystko wskazuje na to, że nie. Przynajmniej nie w formie oficjalnej koalicji.

Może się jednak zdarzyć, że za poparcie SLD w kluczowych głosowaniach niektórzy byli posłowie Sojuszu znajdą zatrudnienie w instytucjach podległych administracji państwowej. – Koalicji z SLD nie będzie, ale ten drugi wariant może być realny – mówi „Rz” ważny polityk PO.

Perspektywa czterech lat w opozycji skłania do podobnych zabiegów także Janusza Palikota. Tuż po wyborach stwierdził, że jest gotów poprzeć rząd. Dodał, że może wskazać kandydatów na ministrów spośród bezpartyjnych fachowców. Oraz że żaden z jego posłów nie będzie pchał się do rządu.

Te słowa zostały odebrane jako demagogiczne podkreślanie, że Ruch Palikota nie jest zwykłą partią polityczną, lecz bardziej organizacją społeczną. Sęk jednak w tym, że Palikot zdradził swój polityczny plan.

Lider Ruchu znalazł się w położeniu Andrzeja Leppera. Spośród 41 jego posłów nie ma ani jednego, który mógłby pełnić funkcje ministerialne. Na dodatek duża część klubu to osoby przypominające posłów Samoobrony: bez doświadczenia w działalności politycznej bądź społecznej, mało wyrobione intelektualnie, czasami o podejrzanej przeszłości.

Palikot, który otwarcie przyznaje, że jego ambicje sięgają najwyższych godności, wie, że z tymi ludźmi nie ma szans na większy sukces. Chce wymienić większość z nich przed następnymi wyborami. Udział w rządzie pozwoliłby przyciągnąć do Ruchu osoby bardziej kompetentne.

Wtedy oni byliby jedynkami na listach Palikota, a nie budzący kontrowersje biznesmeni.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Hipokryzja polityków w wojnie na immunitety

29 mar 2011

Spór o immunitet Jarosława Kaczyńskiego ukazał, jak obniżają się sejmowe standardy. W głosowaniach liczy się tylko partyjna przynależność.

Prezes PiS sam zrzekł się poselskiego immunitetu w trakcie sporu z byłym wicepremierem Romanem Giertychem. Historia zaczęła się, gdy w ubiegłym roku Giertych w wywiadzie dla „Rz” zarzucił Kaczyńskiemu, że w czasach rządów PiS zbierał haki na polityków PO. Prezes PiS odpowiedział, że to kłamstwo, i wytoczył sprawę Giertychowi. Ten poczuł się urażony zarzutem kłamstwa i wytoczył Kaczyńskiemu sprawę o zniesławienie.

Sytuacja się odwróciła  – teraz to Kaczyński będzie musiał udowadniać, że nie zbierał żadnych haków.

– Chodzi o zastosowanie pewnego chwytu prawniczego, który prowadzi do zmiany sytuacji, jeśli chodzi o dowód, bowiem w tym ewentualnym procesie, o którym mówimy, osobą, która będzie musiała udowadniać, że czegoś nie robiła, będę ja – mówił Kaczyński na posiedzeniu Sejmowej Komisji Regulaminowej. W innych wypowiedziach tłumaczył, że będzie musiał udowadniać, iż „nie jest wielbłądem”.

Jarosław Kaczyński od początku wiedział, że przegra ewentualne głosowanie w sprawie immunitetu.

Za odebraniem wypowiadali się najważniejsi politycy Platformy, m.in. marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna. W PO zwyciężyła „antykaczystowska” emocja, którą widać było w czasie posiedzenia komisji. – Wysłuchując argumentacji mecenasa Giertycha, stwierdzam, iż jest ona przejrzysta – mówił tam poseł PO Jarosław Stolarczyk.

Przeciw odebraniu immunitetu deklarowało się PSL (którego posłowie zresztą nie są członkami Komisji Regulaminowej). Ludowcy – jak argumentowali – nie chcieli stwarzać precedensu.

Podobne argumenty słychać było w SLD. Reprezentant Sojuszu w komisji Wacław Martyniuk wstrzymał się od głosu. Wątpliwości miał Grzegorz Napieralski. Lider SLD też uznał tę sytuację za potencjalnie groźną. Jednak w klubie przeważył anty-PiS-owski resentyment i SLD zapowiedziało głosowanie za odebraniem.

Kolejny spór o immunitet znów ujawnił hipokryzję partii politycznych. Każda z nich w najbardziej spektakularnych głosowaniach kierowała się zasadą obrony swoich i atakowania nielubianych polityków konkurencji, ze szczególnym uwzględnieniem partyjnych liderów. Sejm bywał solidarny zazwyczaj w drobnych sprawach dotyczących mało znanych posłów.

PO od kilku lat głosi postulat znacznego ograniczenia immunitetu. Ten pomysł jest bardzo krytykowany przez inne partie jako antyparlamentarny.

W rzeczywistości PO niewiele zrobiła poza głoszeniem sprzeciwu wobec immunitetu. Na dodatek konto tej partii obciążają głosowania w obronie jej polityków – np. w sprawie Waldy Dzikowskiego (wbrew wnioskowi prokuratury), a niedawno w przypadku Lidii Staroń.

Wniosek przeciw liderowi PiS może być początkiem wojny na immunitety. Według nieoficjalnych informacji „Rz” politycy PiS przeglądają wypowiedzi premiera Donalda Tuska, aby i jemu wytoczyć analogiczny proces.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak PiS i SLD dojrzewają do koalicji

16 mar 2011

Rodzi się trudny związek. Zdecydowanie bardziej z rozsądku niż z uczucia. Obie strony przez lata się nienawidziły, ale obie też są po przejściach. Trudne przejścia zmieniają perspektywę. Coraz więcej mówi, by być razem. Silny jest jednak strach: co powiedzą rodzina i sąsiedzi. Bo przecież, jak śpiewała Grażyna Łobaszewska: „brzydka ona, brzydki on”. Rodzina to elektoraty obu partii, a sąsiedzi – opinia publiczna.

Rzeczywiście w PiS i SLD wciąż jest bardzo silny strach przed tym, czy elektoraty zaakceptują tak egzotyczny związek. Jest też strach przed krytyką mediów oraz partii pozostawionych z boku potencjalnej koalicji. Ale jeśli postawimy sobie pytanie, czy ten strach rośnie, czy maleje, to odpowiedź jest jedna. Jest coraz słabszy. To sprawia, że politycy obu partii spoglądają na sobie coraz uważniej.

Według oficjalnych deklaracji nie ma mowy o koalicji PiS i SLD. Lider Sojuszu Grzegorz Napieralski wielokrotnie zapewniał, że to niemożliwe. Podobnie Jarosław Kaczyński. – Koalicja PiS z SLD po wyborach parlamentarnych nie jest możliwa ze względu na radykalnie różniące się programy – mówił w końcu lutego prezes PiS.

Nie jest tak, że obaj liderzy okłamują wyborców. Można założyć, że obaj mówią to z przekonaniem. Kaczyński jest nachodzony przez swoich współpracowników, którzy namawiają go do aliansu z Sojuszem. Na razie im odmawia. Napieralski też ogania się od takich doradców. Oprócz strachu o wierność elektoratu ma obawy, że głoszenie w SLD postulatu koalicji z PiS to prowokacja, której autorami są lewicowi kontestatorzy jego przywództwa, np. Aleksander Kwaśniewski czy Włodzimierz Cimoszewicz.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W PSL uderzą półtuszą, w PO odebraniem strachu

3 lut 2011

SLD mierzy w taki wynik wyborczy, by jesienią żadna koalicyjna układanka nie była możliwa bez udziału lewicy. I ma plan, jak tego dokonać.

Partia Grzegorza Napieralskiego precyzyjnie określiła sobie cel: osiągnąć taki wynik w najbliższych wyborach parlamentarnych, aby nie dało się stworzyć żadnego rządu koalicyjnego z pominięciem SLD. Ciśnienie w Sojuszu jest wielkie nie tylko dlatego, że działacze są wygłodzeni pięcioletnią opozycyjną mizerią. Przede wszystkim dlatego, że jesienią 2011 r. wyłoni się układ polityczny rządzący Polską aż do 2015 roku. Dopiero wtedy odbędą się wszystkie wybory (oprócz samorządowych).

„Spłaszczenie wyników” – tak brzmi określenie kluczowe w strategii Sojuszu. Chodzi o to, aby wyniki wyborcze między partiami były mniej zróżnicowane niż teraz. 33 proc. dla PO, 25 dla PiS, 20 dla SLD, tylko 5 dla PSL i ewentualnie 5 dla PJN – tak wygląda najlepszy z osiągalnych dla Sojuszu wynik. W jego efekcie PO miałaby dużo mniejszy klub. A na dodatek nie byłaby w stanie stworzyć stabilnej koalicji tylko z PSL.

Oczywiście SLD będzie podgryzało PO. To z jednej strony rutynowe działanie partii opozycyjnej, z drugiej – chęć odzyskania części wyborców. Wystarczy bowiem spojrzeć na mapę poparcia dla partii politycznych: PO dominuje w województwach zachodnich, tam, gdzie jeszcze dziesięć lat temu wygrywał Sojusz.

Liderzy SLD mają duże nadzieje. Według ich kalkulacji przestaje być skuteczne straszenie PiS-em. Coraz mniej wyborców wierzy w to, że partia Jarosława Kaczyńskiego ma szanse na powrót do władzy. Zatem partia Donalda Tuska przestaje być postrzegana jako jedyny przed tym ratunek.

„Spłaszczaniu wyniku” towarzyszy drugi element – eliminacja PSL. Kierownictwo SLD nie zakłada, że da się całkiem wyrzucić ludowców z parlamentu. Ale wierzy, że można doprowadzić do tego, iż PSL ledwo przekroczy 5-procentowy próg wyborczy.

– Przyjdzie czas odwetu za wybory do sejmików – grożą politycy SLD. Rzeczywiście, Sojusz przeżył jesienią bolesne upokorzenie, gdy został wyprzedzony przez ludowców. Porażka została wytłumaczona tym, że SLD „odpuściło sobie” wieś. Uznano to za błąd tym większy, że w poprzednich wyborach, zwłaszcza w złotych latach Sojuszu, postkomuniści mieli spore poparcie na wsi.

Zapowiedzi SLD-owskiej rekonkwisty brzmią dość buńczucznie. Na przykład program rolny SLD ma być zaprezentowany w miejscu symbolicznym dla PSL – w Wierzchosławicach koło Tarnowa, rodzinnej miejscowości Wincentego Witosa.

To wyraźne prowokowanie ludowców. I nie koniec ataku. SLD ostrzy zęby na ministra rolnictwa. Już w przyszłym tygodniu chce zaatakować Marka Sawickiego świńskimi półtuszami. A dokładniej rozliczyć ministra za rzekome wpuszczenie na polski rynek mięsa, którego niska cena zagroziła opłacalności krajowej produkcji.

Na dodatek wojna o wieś stworzyła szansę na pojednanie między Napieralskim a Wojciechem Olejniczakiem. Obecny szef Sojuszu zaproponował swojemu rywalowi, aby ten zainteresował się programem dla wsi. Ten był nieufny, podejrzewając, że jest spychany na marginalny kierunek. Gdy jednak się okazało, że SLD może sporo tam zyskać, Olejniczak (sześć lat temu był dobrze ocenianym ministrem rolnictwa) dał Napieralskiemu pozytywną odpowiedź.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak premier (nie) zwalnia ministrów

21 gru 2010

Opozycja chce głowy Grabarczyka. Fatalnie oceniani są m.in. Klich i Kopacz. Ale dymisje u Tuska mają inną logikę.

- Podejmę walkę z zarzutami, kiedy będę przedstawiał swoje dokonania w Sejmie – mówi „Rz” minister infrastruktury Cezary Grabarczyk. Po zamieszaniu na kolei SLD złożył żądanie jego dymisji.

Wiadomo, że ważni politycy PO, szczególnie marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna, też chcieliby odwołania tego ministra. – Ale nawet nie wszyscy posłowie opozycji podzielają wniosek SLD, skoro zająłem trzecie miejsce w rankingu „Newsweeka” – broni się Grabarczyk.

Tygodnik zapytał ponad 200 posłów, kogo uważają za najlepszego i najgorszego ministra. Grabarczyk mimo kłopotów PKP został oceniony dobrze nie tylko przez partyjnych kolegów.

Za to wśród najgorszych ministrów w tym zestawieniu znaleźli się szefowie resortów zdrowia i obrony – Ewa Kopacz i Bogdan Klich.

Oni, podobnie jak Grabarczyk, od początku utworzenia gabinetu Donalda Tuska wymieniani są jako stali kandydaci do usunięcia. Jednak trwają. Dlaczego?

– Tusk odwołał Zbigniewa Ćwiąkalskiego, potem miał wpadkę z Andrzejem Czumą, a i obecny minister sprawiedliwości nie jest orłem. Po co mu więc powtórka z rozrywki? – mówi ważny polityk PSL. – Potulniejszych nie znajdzie. W czasie szukania oszczędności ścigali się, który więcej zaoszczędził. To niesłychane, bo normalnie ministrowie wykłócają się o każdy grosz.

W lutym 2008 r. członek władz PO zapowiadał w „Dzienniku”, że nastąpi wiele dymisji. Wymienił m.in. Grabarczyka i Klicha. A także ministra środowiska Macieja Nowickiego. Odszedł z rządu tylko ten ostatni. Oficjalnie na emeryturę. Nieoficjalnie z powodu konfliktu z wiceministrem Stanisławem Gawłowskim. – Był ekspertem z zewnątrz, nie miał partyjnych pleców – mówi były współpracownik Nowickiego.

Jego przykład pokazuje, że partyjne plecy to najlepsze zabezpieczenie przed dymisją. – Jeśli Grabarczyk zostanie zdymisjonowany, to wróci do Sejmu i tam zacznie wzmacniać swoje środowisko – mówi informator „Rz”. Stronnicy Grabarczyka to tzw. spółdzielnia – pierwsza od lat grupa w PO, która rzuciła wyzwanie Schetynie.

Ale plecy Grabarczyka są niczym w porównaniu z poparciem, na jakie może liczyć Ewa Kopacz. Jej głowy żądały różne grupy zawodowe służby zdrowia. Także opozycja. – Trzy lata zostały zmarnowane. Pani minister nie panuje nad systemem. Ale dziś, kilka miesięcy przed wyborami, zmiana nie ma już sensu – uważa Marek Balicki (SLD), były szef tego resortu.

Posłowie PO bronią Kopacz, przypominając, że została oceniona jako jedna z najlepszych ministrów zdrowia UE, bo nie uległa naciskowi koncernów farmaceutycznych w sprawie zakupu szczepionki na świńską grypę. Choć po cichu dodają, że nie była to jej niezależna decyzja, ale samego Tuska.

Premier ulgowo traktuje minister zdrowia. Pamięta, jak pomogła mu wiele lat temu, gdy ciężko zachorowała jego siostra. Dziś Kopacz jest jego jednym z najwierniejszych współpracowników w partyjnych rozgrywkach.

A szef MON? – Przez Klicha w armii nie będzie szeregowców. Zawalił system zakupów i modernizacji. A także szkolenia. Tylko dlatego, że czołgi i samochody nie latają, nie mamy codziennie katastrof takich jak Smoleńsk i CASA – uzasadnia potrzebę jego odwołania poseł Ludwik Dorn.

Politycy PO bezradnie rozkładają ręce w odpowiedzi na to, dlaczego premier nie odwołuje Klicha. – A kto dziś chciałby przyjść na jego stanowisko? – pytają.

***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Precz z finansowaniem partii

20 gru 2010
Gdy w 1935 roku Włochy napadły Abisynię, w odpowiedzi Liga Narodów wprowadziła embargo na dostawy broni dla obu stron. Była w tym logika: gdy militarystom włoskim i abisyńskim zabraknie oręża, to w końcu będą musieli przestać walczyć. I zwycięży pokój.

Było to też sprawiedliwe, przecież Mussolini i Hajle Selasje zostali potraktowani tak samo. Bo zresztą – ci politycy, oni wszyscy tacy sami! A co do szczegółów, to były mało ważne. Wprawdzie Włochy miały lepiej rozwiniętą produkcję samolotów i czołgów, za to Abisynia była potentatem w produkcji dzirytów i mieczy. Poza tym nie wiadomo było zbyt dokładnie, kto był tu agresorem. Włosi twierdzili, że to Abisyńczycy ostrzelali ich żołnierzy w oazie Uel Uel. Zarzut przygotowywania inwazji na Sycylię nigdy zaś nie został wiarygodnie zdementowany.

Cała ta historia jest najlepszym komentarzem do sprawy finansowania partii. Dokładniej – obcięcia subwencji budżetowych. Wiadomo jedno: PO ma z 70 mln złotych na koncie. PiS gdzieś koło zera. SLD też się wyzerowało, ale sprzedało siedzibę, więc dostało jakieś 50 mln. PSL jest pod kreską, bo prawdopodobnie będzie musiało zwrócić Skarbowi Państwa 18 milionów.

Więc o co chodzi? Przecież dotacje ucięto po równo. A równe szanse to podstawa. Czy to będzie miało wpływ na wynik wyborów? Ależ skąd, Polacy podejmują decyzje wyborcze po wnikliwym przeczytaniu programów, sprawdzeniu, kto jak wypełnił swoje obietnice, i po gruntownym rozważeniu wszystkich za i przeciw. Plakaty, billboardy, ulotki i spoty – cały ten blichtr – nie mają tu nic do rzeczy.

***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop