Posts Tagged „platforma obywatelska”<

Exodus najbliższych współpracowników Tuska?

21 maj 2012

Kolejny polityk z otoczenia premiera ucieka na placówkę – taka pogłoska zelektryzowała PO. Choć ta okazała się plotką, wielu polityków partii uznało ją za niepokojący sygnał

Objęcie ambasady w jednym z krajów unijnych planuje Paweł Graś  - głosi pogłoska powtarzana przez posłów i eurodeputowanych PO. Niektórzy z parlamentarzystów zasiadają w komisjach Spraw Zagranicznych i Europejskiej, co nadawało temu stopień prawdopodobieństwa. Pogłoska była tym bardziej elektryzująca, że o ucieczce na placówkę innego współpracownika premiera  - szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Tomasza Arabskiego – pisała wcześniej prasa.

Według informacji „Rz” Graś nie wybiera się na żadną placówkę. On sam nie odpowiedział na nasze pytanie, ale według źródeł w Ministerstwie Spraw Zagranicznych jego nazwisko nie pojawiło się wśród kandydatów do objęcia którejś ze zwalnianych ambasad.

- To niemożliwe, aby Donald go wypuścił. Potrzebuje go  - mówi „Rz” jeden z ministrów. Graś, formalnie tylko rzecznik rządu, pełni ważną funkcję. Jest ostatnim partyjnym politykiem w najbliższym otoczeniu szefa rządu i pełni funkcję łącznika między Donaldem Tuskiem a klubem parlamentarnym i partią.  - To jednak zły sygnał, bo wgląda, jakby całe otoczenie Donalda chciało gdzieś uciec – dodaje nasz rozmówca.

I to właśnie budzi niepokój w szeregach Klubu PO, którego przytłaczająca większość jest odcięta od informacji ze szczytów władzy. A kontaktu z premierem, który jednocześnie jest przewodniczącym partii, w zasadzie nie ma żadnego.  - Posłowie są sfrustrowani i rekompensują to powtarzaniem plotek – tłumaczy jeden ze znanych polityków PO.

Pogłoski o chęci odejścia dotyczyły każdego z najbliższych współpracowników premiera. O odejściu z polityki do biznesu głównego speca od PR Igora Ostachowicza mówiło się w PO od kilku miesięcy. Ostachowicz, który nie udzielał wcześniej wywiadów, ostatnio wypowiedział się dla TVN 24. Pytany o odejście, użył słów: „teraz o tym w ogóle nie myślę”, co nie zostało uznane za twarde zaprzeczenie.

W piątek przepadła kandydatura Jana Krzysztofa Bieleckiego, który starał się o szefostwo Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Jednak sam fakt, że mentor szefa rządu ubiega się o zagraniczną posadę, potwierdzał przekonanie o chęci ucieczki współpracowników premiera.

Politycy PO oficjalnie kwestionują doniesienia mediów o tym, że szef KPRM Tomasz Arabski chce zostać ambasadorem w Madrycie. Po cichu jednak przyznają, że Arabski ma spore szanse na tę placówkę. Według informacji „Rz” z MSZ nazwisko Arabskiego znalazło się na liście kilku rozpatrywanych kandydatów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Donald Tusk jak Ludwik XIV

20 cze 2011

Wszystko trzeba zmienić, aby wszystko pozostało po staremu – to prawda przyświecająca w szczególności tym politykom, którzy najmocniej cenią skuteczność. Donald Tusk – przynajmniej w ciągu ostatnich kilku lat – jest najskuteczniejszym graczem polskiej sceny politycznej. Szczególnie gdy chodzi o zdolność utrzymywania się u władzy. Skuteczność Tuska w rządzeniu jest bowiem przedmiotem wielu kontrowersji.

Dziś nikt w Platformie Obywatelskiej nie jest w stanie zakwestionować władzy PDT – jak w skrócie nazywany jest obecny premier i przewodniczący PO. Osobista popularność Tuska jest głównym motorem Platformy. Gdyby nie było Tuska, można przypuszczać, że dziś PO przypominałaby SLD z lat 2003 – 2005.

Nic jednak nie trwa wiecznie. Nie wiadomo, co będzie po wyborach. Zwłaszcza gdy Tuskowi zabraknie tego bata na partię, jakim dziś jest układanie list wyborczych. W listopadzie mogą podnieść głowę ci wszyscy, którzy teraz siedzą cicho. Wtedy urzędujący w swojej kancelarii Tusk może mieć problem z tłumieniem rebelii swojego sejmowego zaplecza. Tym bardziej że już w tej kadencji wykazał się dużą skłonnością do izolowania się od własnej partii. Wiadomo, że od dłuższego czasu otacza się gronem tych samych kilku osób.

Parlamentarzyści – w konstytucyjnej teorii będący przecież suwerenem wobec rządu – nie mają prawie żadnego kontaktu ze swoim premierem. Mówią zaś posłowie PO, że Tusk i jego otoczenie prezentują dziś syndrom oblężonej twierdzy. A to może tylko wzmocnić poczucie wyizolowania się premiera i jego środowiska w stosunku do parlamentarnej części Platformy.

Tusk musi mieć świadomość zagrożeń tego typu. Przynajmniej trzy razy w najnowszej historii PO groził mu bunt części partii. Stąd jego metoda ciągłej rotacji partyjnych kadr.

Tuż przed wyrzuceniem Pawła Piskorskiego zawiązywał się pucz przeciw niemu z udziałem Bronisława Komorowskiego w roli potencjalnego następcy. Pucz nie udał się m.in. dlatego, że Komorowski się cofnął, bo uznał, że nie ma co stawiać na słabnącego Piskorskiego.

W zeszłej kadencji miał miejsce bunt mniejszego formatu, który jednak mocno zirytował Tuska. Nie udało mu się, wraz z Grzegorzem Schetyną, przeforsować Zbigniewa Chlebowskiego na szefa klubu. Posłowie mieli poczucie, że są traktowani tylko jako maszynka do głosowania, więc posłuchali apeli inicjatora buntu, czyli Cezarego Grabarczyka, i wybrali na szefa Bogdana Zdrojewskiego.

Wreszcie, już w tej kadencji, Tusk uznał, że zbytnio urósł Schetyna. Trudno przypuszczać, aby obecny marszałek Sejmu miał plan obalenia Tuska, ale z pewnością chciał się wybić na większą niepodległość. Nadal zresztą ma swoje małe, lecz niezawisłe władztwo, więc nie jest zakończona historia sporu Tusk – Schetyna.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Partia Tuska skręca w lewo

18 maj 2011

PO chce w wyborach poprzeć Cimoszewicza i Borowskiego. Wypycha ze swych list polityków konserwatywnych.

Wydłuża się lista lewicowych polityków, którzy mogą liczyć na przychylność Platformy Obywatelskiej – ugrupowania formalnie konserwatywno-liberalnego. Przyjęcie w swe szeregi Bartosza Arłukowicza nie kończy tego zjawiska. Lider mazowieckiej PO Andrzej Halicki zapowiedział chęć wsparcia startu Marka Borowskiego w wyborach do Senatu. Donald Tusk mówił o poparciu dla Włodzimierza Cimoszewicza.

Według nieoficjalnych informacji władze PO rozważają też poparcie dla Izabeli Sierakowskiej. Tu pokusa walczy z ryzykiem. Sierakowska jest bardzo popularna w swoim rodzinnym Lublinie i lubiana w Sejmie. Ale angażowała się gorąco w obronę dorobku PRL i jest uważana za polityka antyklerykalnego.

Platforma może też poprzeć Józefa Piniora (poprzednio eurodeputowanego SdPl, legendarnego działacza „Solidarności”, który jednocześnie deklarował poglądy bliskie trockizmowi), Dariusza Rosatiego i kilku innych polityków SdPl.

Część polityków PO przekonuje, że to tylko przedwyborczy manewr. Podobny do tego, który podczas wyborów prezydenckich wykonał Bronisław Komorowski. Będąc wówczas p.o. prezydenta, mianował Marka Belkę prezesem NBP.

Celem manewru ma być zatrzymanie kilkusettysięcznej grupy wyborców, którzy w 2007 roku oddali głosy na PO, choć wcześniej wiernie głosowali na lewicę. Wtedy do poparcia partii Donalda Tuska skłoniła ich niechęć do rządu PiS. Dziś kierownictwo PO sądzi, że przestał działać strach przed Jarosławem Kaczyńskim, więc trzeba znaleźć inny sposób na zatrzymanie tych osób.

Stąd wzmocnienie – wzorem Lecha Wałęsy – lewej nogi. Jednak bez wzmocnienia nogi prawej. Były wprawdzie zapowiedzi niektórych polityków Platformy, że dla równowagi ich partia przyjmie kogoś z prawicy. Wskazywani byli politycy PJN. Do transferu nie doszło. Za to trwa osłabianie prawego skrzydła w samej PO.

Na listach wyborczych nie znaleźli się konserwatywni posłowie Jacek Żalek i Łukasz Gibała. Zaskoczeniem jest plan zesłania do Senatu pełnomocnik rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn Elżbiety Radziszewskiej. Jeden z najbardziej popularnych polityków PO Jarosław Gowin też miał stracić miejsce na liście do Sejmu. Skończyło się na tym, że nie będzie startował z dotychczasowego pierwszego miejsca.

Wszystkie te osoby to przedstawiciele prawej strony PO. Trudno im też zarzucić nieprzydatność dla partii. Radziszewska jest posłanką czterech kadencji, współzakładała Platformę i jest ministrem. Gowin zdobył w 2007 r. 160 tys. głosów. Gibała 11 tys. z 12. miejsca i jest szefem struktur miejskich PO w Krakowie. Żalek uzyskał 10 tys. głosów z 15. miejsca.

Wszyscy oni padli ofiarą regionalnych porachunków. Głównym rywalem Gowina i Gibały jest nie mniej konserwatywny Ireneusz Raś. Jednak łatwość, z jaką marginalizuje się w PO polityków konserwatywnych, wskazuje, że nie ma tam strachu przed narażeniem się wyborcom o takich poglądach.

Platformerscy konserwatyści są skłóceni. Jedni weszli w skład tzw. spółdzielni Cezarego Grabarczyka (Raś), inni stanęli po stronie Grzegorza Schetyny (Gowin). Nigdy nie było to zwarte środowisko, ale wcześniej dysponowało pewnymi wpływami. Jeszcze rok temu na organizowane przez Gowina spotkania konserwatystów przychodziło nawet 80 posłów. Gdy podzieliła ich wojna Tuska ze Schetyną, liczba uczestników spotkań spadła do kilkunastu. W końcu przestały się odbywać.

Jeszcze na początku tej kadencji Tusk uznał, by ideologicznie drażliwy projekt ustawy o in vitro przekazać Gowinowi. Po naciskach bardziej liberalnych posłów zezwolił na stworzenie projektu konkurencyjnego. Dziś, gdy SLD ogłosiło projekt w sprawie związków partnerskich, część PO (np. Małgorzata Kidawa-Błońska) daje do zrozumienia, że trzeba wprowadzić podobne regulacje.

Głos konserwatystów – sterroryzowanych układaniem list wyborczych – jest prawie niesłyszany. Kierownictwo PO uznało, że wyborca lewicowy jest ważniejszy od prawicowego. A wielu polityków partii z zadowoleniem przyjmuje stopniowe upodabnianie się PO do jej poprzedniczki – Unii Wolności.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Platformo ma, tyle razy we krwi skąpana

4 maj 2011

Proszę o wybaczenie za to, że trawestuję słowa smutnej pieśni z czasów stanu wojennego. Nie zamierzam z niej drwić.

Jej słowa przypomniały mi się, gdy przeczytałem tekst Haliny Flis-Kuczyńskiej „Niech słowu odpowie słowo” („Rz”, 4 maja 2011). Wtedy, gdy czytałem tam o wszystkich opresjach i krzywdach, które dziś znoszą wyborcy Platformy Obywatelskiej.

Tekst pani Flis-Kuczyńskiej to polemika z moim tekstem, gdzie wytknąłem tzw. salonowi chęć przyduszenia PiS-u i sympatyzujących z nim środowisk metodami administracyjnymi – głównie za pomocą prokuratury. Wyliczyłem tam ileś głosów – w tym artykuł Flis-Kuczyńskiej – których autorzy popierali np. składanie doniesień o popełnieniu przestępstw przez uczestników PiS-owskich manifestacji. Ze szczególnym uwzględnieniem Jarosława Kaczyńskiego.

Odpowiedź Flis-Kuczyńskiej da sprowadzić się do kilku haseł: Jarosław Kaczyński jest kryptofaszystą, jego brat był złym i głupim prezydentem, a wyborcy Platformy są ofiarami niezwykle brutalnej agresji ze strony popleczników demonicznych bliźniaków.

Ja zaś krytykując postulaty, by wziąć za twarz rozzuchwalonych kaczystów niewiele – według Flis-Kuczyńskiej – zrozumiałem. Na dodatek, jak ona twierdzi, byłem rozgniewany pisząc swój artykuł. Przy tym ostatnim chwilę bym się zatrzymał, bo nie wiem skąd autorka – z którą na oczy się nie widzieliśmy – mogła rozpoznać mój stan emocjonalny. Czepiam się tego szczegółu, bo to pokazuje na jakim poziomie odbywa się w Polsce polemika.

Nie, teraz na pewno nie jestem rozgniewany (wtedy też nie byłem). Jestem załamany. Z oskarżaniem Jarosława Kaczyńskiego o faszyzm nie chce mi się już polemizować. Bo po co? „Kaczor” ma być zniszczony i każda metoda będzie tu dobra.

Ale Flis-Kuczyńska podaje też powody dlaczego śp. prezydent nie zasłużył na pomnik. Pierwszy jest taki, że Lech Kaczyński spowodował katastrofę smoleńską. W 2008 r. zrugał pilota, który nie chciał lecieć do Tbilisi. „Co się dziwić, że przy kolejnym locie młodszy stażem pilot takiej odwagi już nie wykazał, próbował lądować we mgle, i mamy katastrofę smoleńską” – pisze Flis-Kuczyńska. To samo mówi Janusz Palikot i piszą anonimowi internauci, ci którzy wyznają teorię „ląduj dziadu!”. Pani Halino, śmielej! To był zamach. Przygotowali go obaj bracia Kaczyńscy, rozpylając mgłę i hel, aby skompromitować przywódców Platformy Obywatelskiej. Te faszyzujące osobowości są przecież do tego zdolne.

Drugi powód dotyczy kiepskiego wykształcenia śp. prof. dr. hab. Lecha Kaczyńskiego. „Czy jest powodem do chwały, że starając się o najwyższy urząd w państwie, nie nauczył się jakiegokolwiek obcego języka” – zadaje pytanie Flis-Kuczyńska. A co lingwistycznym darem i formalnym wykształceniem Lecha Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiego, Bronisława Komorowskiego? Czy Donalda Tuska, który startując w 2005 roku, czyli wraz z Kaczyńskim, nie dukał nawet w najbardziej simple english. A co z Aleksandrem Kwaśniewskim, który wprawdzie dobrze mówi po angielsku, ale jakoś nie udało mu się zdobyć tytułu magistra?

Czy autorka będzie wobec nich równie wymagająca? Wątpię i nawet nie ma co tego oczekiwać.

„Nie dajmy sobie jednak odebrać prawa głosu. Ci, którzy tak jak ja głosowali na Platformę, oczekują od niej reakcji na agresję PiS. Niech na wszystkie słowne ataki odpowie poważnym słowem” – tak kończy się tekst Haliny Flis-Kuczyńskiej.

Żyjemy w domu wariatów. Premierem jest lider PO, marszałkowie Sejmu i Senatu to też PO, prezydent wywodzi się z PO. Prezes TVP do niedawna był urzędnikiem u platformerskiego ministra kultury. W dwóch pozostałych telewizyjnych stacjach rządzą – jeśli poważnie traktować Andrzeja Wajdę – przyjaciele PO. Prawie sto procent komentarzy w mediach koncernu Agora dotyczy podłości Kaczyńskiego i jego partii. Didżeje komercyjnych stacji radiowych bez przerwy żartują przecież nie z Tuska i Komorowskiego, ale z kota Alika i jego pana. A Flis-Kuczyńska opublikowała swoją skargę na antyplatformerską opresję w rzekomo antyrządowej „Rzeczpospolitej”.

Czegóż Pani chce więcej?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Platformę wciąż dzielą konflikty

14 mar 2011

Lokalne struktury PO mogą nie posłuchać wezwania Donalda Tuska do przedwyborczego zwarcia szeregów.

– Możecie pozabijać się dwa dni po wyborach, ale do wyborów ma być spokój – tak relacjonują słowa Donalda Tuska członkowie Zarządu Krajowego PO. Tusk miał tak powiedzieć 3 marca na ostatnim posiedzeniu tego ciała. Wezwał przedstawicieli skłóconych środowisk do pojednania. I zagroził konsekwencjami tym, którzy dalej będą rozbijać jedność partii.

Politycy PO mówią, że apel premiera uspokoił atmosferę. Symbolem tego było spotkanie na cygarze przywódców dwóch frakcji: Grzegorza Schetyny i Cezarego Grabarczyka. Odbyło się błyskawicznie, bo już następnego dnia po posiedzeniu zarządu.

Rzeczywiście, z PO dociera do mediów dużo mniej sygnałów o wewnętrznych swarach. Ale w kilku miejscach nie udało się opanować konfliktu. Tam regionalni działacze uznali, że nim zaczną się godzić z rywalami, muszą z nimi załatwić stare porachunki.

Muszą się spieszyć, bo goni ich wewnątrzpartyjny kalendarz. Prawdopodobnie dziś odbędzie się posiedzenie zarządu. Niewykluczone, że lider partii zapowie na nim, kto pokieruje sztabem wyborczym. Według publikowanych już przez media przecieków ma nim być Andrzej Wyrobiec. To działacz z Krakowa, dawniej związany ze Schetyną, dziś bliżej Tuska. Nie jest posłem ani nie ma w dyspozycji zbyt wielu „szabel”, więc nie ma też ryzyka, że w kampanii będzie grał na siebie.

W piątek Klub PO wyjedzie pod Warszawę, by obradować z dala od mediów. – Każdy będzie mógł spuścić z siebie emocje – mówi członek władz partii. W sobotę rano zbierze się zaś Rada Krajowa PO. Tam w obecności jej kilkuset członków i mediów partia ma zaprezentować się jak „jedna pięść”. Media mają zobaczyć, jak przyjaźnie odnoszą się do siebie skłócone do tej pory środowiska.

Być może już w sobotę zostanie też przedstawiony harmonogram układania list wyborczych. Czyli kwestia budząca największe emocje.

Do tej chwili skłócone struktury mają czas na wyrównanie porachunków.

Tusk najbardziej niepokoi się sytuacją na Podlasiu. Cały czas trwa tam konflikt między obecnym przewodniczącym Damianem Raczkowskim a poprzednim Robertem Tyszkiewiczem. Ten drugi kontroluje większość struktur. Dlatego szef regionu woli nie zwoływać zebrań władz wojewódzkich, by nie przegłosowano jego odwołania. W tej sytuacji lider partii zdecydował, że do wyborów na Podlasiu ma być utrzymane status quo. A decyzje, które podejmowały wojewódzkie władze partii, będą zapadały w Warszawie. Osobistym wysłannikiem Tuska ma być tam rzecznik rządu Paweł Graś.

Nie uspokoiło się też w Małopolsce. Trwa spór o rządy w miejskiej organizacji w Krakowie. Szef regionu Ireneusz Raś kontroluje struktury poza stolicą województwa. Jego rywale zarzucają mu, że teraz próbuje przejąć te w Krakowie. Rządzi nimi poseł Łukasz Gibała (prywatnie siostrzeniec Jarosława Gowina, również ostro rywalizujący z Rasiem). Ludzie Gibały zarzucają „agresorowi”, że przeciąga na swą stronę krakowskich działaczy PO, oferując im pracę w spółkach Skarbu Państwa lub instytucjach samorządowych. Stronnicy Rasia odrzucają oskarżenia i twierdzą, że muszą zrobić porządek w „napompowanych” krakowskich kołach partii. Skądinąd zarzut „pompowania”, czyli zapisywania do partii fikcyjnych członków, pada bardzo często w wielu platformerskich przepychankach.

Obie strony krakowskiego sporu zapowiadają odwołanie się do arbitra, czyli Pawła Grasia. W ten sposób rzecznik rządu, jeden z nielicznych ludzi w PO mających bezpośredni dostęp do premiera, wyrasta na jedną z najbardziej wpływowych osób w partii.

Niewykluczone, że Graś będzie musiał też rozstrzygać wciąż tlący się konflikt w Wielkopolsce między Rafałem Grupińskim i Waldym Dzikowskim, czyli obecnym a byłym szefem struktur wojewódzkich. Pierwszy, związany blisko ze Schetyną, ma za sobą większość struktur partyjnych. Dzikowski, też mający licznych stronników, może liczyć na wsparcie Grabarczyka.

Nieco kabaretowy charakter przybrał spór w Opolskiem. Tamtejszy szef regionu Leszek Korzeniowski postanowił rozliczyć Roberta Węgrzyna za jego wypowiedź o podglądaniu lesbijek. Motywował to troską o zachowanie „wysokich standardów”. Nie dodał jednak, że Węgrzyn wcześniej był bliski wyboru na szefa organizacji wojewódzkiej PO w Opolu. Popełnił przy tym błąd, wulgarnie komentując w telewizji wpadkę Węgrzyna, co teraz wykorzystują przeciw niemu zwolennicy drugiej frakcji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Platformą wstrząsają wewnętrzne konflikty. Z kilku powodów

22 sty 2011

- Tak napiętej atmosfery w PO nigdy jeszcze nie było w tej kadencji Sejmu – skarży się wielu polityków tej partii

Pierwszy powód konfliktów w Platformie to rosnąca rywalizacja wybijających się na coraz większą samodzielność środowisk wewnątrz partii. To skutek rozpadu tandemu Donald Tusk – Grzegorz Schetyna.

Rywalizują ze sobą silna poparciem premiera grupa polityków, prężna frakcja marszałka Sejmu oraz coraz bardziej niezależna od premiera “spółdzielnia” ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka.

Listę graczy zamyka prezydent Bronisław Komorowski. Chce zachować wpływy w partii, z której się wywodzi. I to na niego orientuje się wielu polityków PO.

Symptomatyczna była reakcja osób bliskich Tuskowi na słowa Schetyny o spóźnionej reakcji na raport MAK. Ostro odpowiedział rzecznik rządu Paweł Graś. A jeszcze ostrzej zaprzyjaźniona prywatnie z Tuskiem Ewa Kopacz.

– W sytuacji gdy my bardzo twardo walczyliśmy, on w decydującym momencie uciekł pod skrzydełka pana prezesa Kaczyńskiego – mówiła w czwartek w TVP Info minister zdrowia. Słowa wypowiedziane przez “Milady” – bo tak niektórzy w PO złośliwie nazywają panią minister – Schetyna i jego frakcja mogą uznać za zapowiedź nieuniknionej odpłaty.

Dziś jednak bezpośrednim przeciwnikiem frakcji Schetyny jest “spółdzielnia” Grabarczyka. Najświeższym przejawem tego sporu są doniesienia medialne o tym, że atak Schetyny na Tuska ma swoje drugie dno.

Schetynie rzekomo nie chodziło wcale o szybszą reakcję na raport MAK, ale o obronę swoich wpływów w państwowych spółkach. Premier planuje bowiem zmianę zasad obsadzania tamże stanowisk kierowniczych. Ludzie Schetyny zapewniają, że te doniesienia biorą się z inspiracji “spółdzielni”. Sami jednak nie są bez winy, bo opowiadają, że minister infrastruktury “przekupywał” posłów PO obietnicami budowy dróg w ich okręgach wyborczych.

Druga przyczyna napięć wiąże się ze zbliżającymi się wyborami. Niepokój wśród posłów Platformy wzbudziła zapowiedź startu w wyborach parlamentarnych członków rządu i współpracowników premiera.

Jan Krzysztof Bielecki, Jacek Rostowski, Barbara Kudrycka dostaną bardzo dobre miejsca na listach. Na dodatek Tusk mocno podkreśla, że będzie na nich rygorystycznie przestrzegany parytet.

To dobra wiadomość dla aspirujących do parlamentu pań, ale zła dla obecnych posłów. Zwłaszcza w połączeniu z przywilejami dla ministrów. Z tego powodu wielu posłów Platformy traci szansę na reelekcję. Groźba jest tym większa, że mało co zapowiada, aby PO poprawiła swój wynik z 2007 r., czyli 41,5 proc. głosów.

Wreszcie trzecia przyczyna – czyli kryzys wiary w “nieomylność” Donalda Tuska. Parlamentarzyści PO po cichu przyznają, że premier spóźnił się z reakcją na raport MAK. Nie chcą też wspierać pojednawczego tonu wobec byłego kagiebisty rządzącego obecnie Rosją.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop