Posts Tagged „Jarosław Kaczyński”<

Kaczyński – wunderwaffe PiS

15 kwi 2012

Prezes Jarosław Kaczyński położył na deski premiera Donalda Tuska podczas piątkowej debaty o sejmowej uchwale w sprawie katastrofy smoleńskiej. Ale sam Kaczyński nie wystarczy.

Swoim piątkowym wystąpieniem prezes Kaczyński rozstawił polskich polityków po kątach. Zrobił to, co w chwili kryzysu każdy mąż stanu zrobić powinien. Bezkompromisowo wkroczył do akcji i kilkoma dobitnymi zdaniami rozprawił się z tyradami szefa rządu. Po takiej umiejętności rozpoznaje się męża stanu od politykiera.

Prezes Kaczyński jest główną bronią swojej partii i poza nim nie ma w PiS polityka, który mógłby rozładować sytuacje ekstremalne. To Kaczyński jest w stanie doprowadzić Tuska do narożnika, gdy ten przekracza kolejne granice absurdu, groteski i cynizmu w sprawie katastrofy.

Ale zarazem Kaczyński, choć bardzo sprawny, jest tylko jeden i się nie rozerwie. Nie ugasi wszystkich pożarów. To dziś najpoważniejszy problem PiS. Partia opozycyjna nie troszczy się o wychowanie następców na miarę prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I to jest dziś najważniejszy problem PiS. Jedna cudowna broń nie wystarczy. By zachować panowanie nad sceną polityczną, trzeba pracować już nad kolejnymi cudownymi broniami nowej generacji.

PS.

Tekst ten dedykuję Marcinowi Wojciechowskiemu, publicyście „Gazety Wyborczej”, który w weekend opublikował komentarz pt. „Tusk – wunderwaffe PO”. To co Państwo przeczytaliście w moim wpisie jest trawestacją tekstu Wojciechowskiego.

Gdy pierwszy raz przeczytałem komentarz Wojciechowskiego przecierałem oczy. Publicysta, przynajmniej w teorii niezależny od obecnej władzy, wytworzył kilkadziesiąt określeń, których nie da się inaczej nazwać jak pochlebstwami pod adresem rządzących. „Mąż stanu”, „cudowna broń”, „rzucił na deski”, „rozprawił się”. Natężenie komplementów jest takie, że można by pomyśleć, że Wojciechowski drwi z Donalda Tuska. O to go jednak nie podejrzewam, taka rzecz nie przejdzie w „Wyborczej”.

Zapamiętajmy te frazy z poetyką podobną do tej z ulotek reklamujących produkt z supermarketu. Każdy orze jak może, kariery przynajmniej dwóch pracowników działu zagranicznego „GW” pokazują, że rządowe posady są czymś o co warto się starać.

Pozwolę sobie jeszcze coś zauważyć. Najpierw pro domo sua. Wojciechowski zaszczycił mnie wzmianką w swoim komentarzu: „Swoim piątkowym wystąpieniem premier Tusk rozstawił polskich polityków po kątach. I nie zrobił tego – jak sugeruje w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” Piotr Gursztyn – jedynie by zaostrzyć wojnę PO-PiS”. Otóż ja tego nie zasugerowałem. Ja tę tezę sformułowałem na twardo.

Bo to jest clou problemu. Piątkowe starcie w Sejmie było wielkim skandalem, które obciąża obie strony. Cyniczną, choć nie pozbawioną emocji, grą. Można dyskutować, kogo bardziej to obciąża, i kto pierwszy zaczął. Jednak twierdzenie, że tylko jedna strona – niezależnie czy PO czy PiS – jest winna jest kłamstwem i oszukiwaniem czytelników. Propagandą, nie publicystyką, ani dziennikarstwem.

I wreszcie szczegół pokazujący, że autorowi się zdawało, ale niewiele wie, co się w Sejmie wydarzyło. Tusk – wbrew twierdzeniom Wojciechowskiego – nie mógł się rozprawić z tyradami Kaczyńskiego. Z powodów chronologicznych. Przemówienia premiera nastąpiło po wystąpieniu Antoniego Macierewicza. Kaczyński wskoczył na mównicę w reakcji na słowa Tuska, a nie odwrotnie. Gdy stawia się mocne tezy, nie wolno zrywać więzi z precyzją. Wystarczy, że została zerwana ze standardami wykonywanego zawodu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wniosek o TS dla Kaczyńskiego i Ziobry to objaw słabości, a nie siły

12 mar 2012

Co się takiego wydarzyło, że 12 marca 2012 r. szef klubu parlamentarnego PO zapowiada złożenie wniosków o Trybunał Stanu dla Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry?

Czy jest to wynik moralnego wzmożenia nie pozwalającego na dalsze tolerowanie obecności w polityce dwóch osób, które rzekomo łamały konstytucję? Czy jest to skutek zakończenia prac przez jakąś instytucję – np. komisję śledczą bądź prokuraturę – która badała „zbrodnie” obu potencjalnych podsądnych?

Nic nie wiemy o moralnym wzmożeniu. W ostatnich miesiącach temat pojawiał się sporadycznie na zasadzie zdania rzuconego w tej czy tamtej rozmowie. Działo się to raz na kilka miesięcy i bez związku z badaniem zaszłości z czasów rządów PiS – zakończonych, było nie było, pięć lat temu.

Nic też nie wiemy o pracach instytucji śledczych. Komisja „blidowa” zakończyła prace w zeszłej kadencji. De facto gros jej prac to rok 2008. Później było tylko kilka incydentalnych posiedzeń i przesłuchań.

Gdyby zresztą ktoś gromadził nadal potrzebne materiały – i jak nazwał to przewodniczący Rafał Grupiński – „szlifował” wnioski, to nie dowiedzielibyśmy się o tym z zaskoczenia. Posłowie lubią chwalić się tym, że ciężko pracują nad strasznie ważnymi rzeczami. A każdy wniosek przeciw Jarosławowi lub Zbigniewowi Ziobro ma ogromne znaczenie polityczne i newsowe. Nawet, gdyby pracujący nad wnioskiem posłowie mieli nakaz milczenia to i tak dla własnej mołojeckiej sławy zadbaliby o przecieki. A tu nic. Cisza. Wniosek jest taki, że nikt niczego nie „szlifował”. Może teraz będzie „szlifował” bo taki jest nakaz chwili.

Chwila bowiem pokazuje, że szef rządu i jego partia znalazła się w impasie. Wznowienie wojny z IV RP to wymyślona ad hoc próba zeń wyjścia. Próba rozegrania wojny na dobrze znanym terenie, według zasad, które Platformie przyniosło kilka zwycięstw. Jeszcze jesienią ubiegłego roku straszenie Kaczyńskim dało znaczący sukces wyborczy. Więc jeśli wtedy się to sprawdziło, to dlaczego nie teraz? Zwłaszcza, że stary, dobrze znany wróg jest lepszy od tego, co nie rozpoznane. Np. od Janusza Palikota, który od razu zadeklarował, że poprze wniosek. Czyli pojawia się szansa na odwrócenie trendu, w którym Palikot z potencjalnego koalicjanta zaczynał stawać się realną opozycją.

Pozostaje tylko pytanie – co z emeryturami, kryzysem, listą leków refundowanych, stanem transportu publicznego itd. itp.? Bo to właśnie te problemy są źródłem kłopotów Donalda Tuska, a nie brak rozliczeń z Kaczyńskim i Ziobrą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W rocznicę 13 grudnia PiS wygrał trzy bitwy

14 gru 2011

Wtorkowy marsz w stolicy Jarosław Kaczyński może uznać za duży sukces swojej partii. Tego dnia PiS był właścicielem tradycji „Solidarności”

Gdy Kaczyński ogłosił, że w 30. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego wyprowadzi partię na ulice, wielu wróżyło mu wizerunkową katastrofę. Szczególnie krytykowano połączenie bieżącej krytyki rządu z uroczystością rocznicową. Mimo to Marsz Niepodległości i Solidarności okazał się pierwszym sukcesem PiS w tej kadencji. Kaczyński wygrał bitwę. I to na trzech polach.

Pierwsze to rywalizacja wewnątrz prawicy. Ziobryści skrytykowali tę inicjatywę, ale sukces marszu sprawił, że Kaczyński wygrał jedną z bitew o rząd dusz na prawicy. Solidarna Polska musi kontratakować, ale z powodu długiej przerwy świątecznej może to zrobić dopiero w styczniu.

Po drugie, manifestacja podniosła na duchu zwolenników PiS, zintegrowała ich. Ważne, że obyło się bez incydentów, bo wielu obserwatorów wróżyło powtórkę z zamieszek z 11 listopada.

Wreszcie trzecia bitwa. O okrągłej rocznicy 13 grudnia zapomniały PO i rząd. Pamiętał prezydent Bronisław Komorowski, ale jego samotne działania nie mogły zrekompensować braku zauważalnej obecności Donalda Tuska i innych polityków PO na uroczystościach. Jedyna głośna wypowiedź premiera była jedynie polemiką z marszem PiS.

Działo się to w sytuacji, gdy prawie wszystkie media poświęciły wiele miejsca rocznicy. Ich przekaz – od tabloidów po komercyjne telewizje – był jednoznaczny: stan wojenny był złem, jego ofiary i działacze podziemia są bohaterami. Był też sugestywny – bo w emocjonalny sposób prezentował tragiczne losy ofiar i ich bliskich.

Ta narracja była zbieżna z tą częścią haseł marszu PiS, która odnosiła się do rocznicy. Na dodatek niektórzy politycy PO, nawet jeśli mieli opozycyjną przeszłość (np. Stefan Niesiołowski), nie wypowiadali ostatnio tak jednoznacznej oceny stanu wojennego. Na moment PiS stał się właścicielem tradycji pierwszej „Solidarności”.

Zlekceważenie rocznicy przez kierownictwo PO nie mogło być dobrze odebrane przez dużą grupę społeczeństwa, dla której ważna jest pamięć o wydarzeniach sprzed 30 lat. Są wśród nich także wyborcy PO. Jedno niemiłe wydarzenie nie sprawi, że zaczną popierać PiS. Ale ich zniechęcenie do partii, na którą poprzednio głosowali, jest już dobrą wiadomością dla Jarosława Kaczyńskiego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Upuszczanie krwi Prawu i Sprawiedliwości

27 lis 2011

Ziobryści pozbawiają Jarosława Kaczyńskiego szansy na powrót do władzy – twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej”

W swoim czasie w PiS co mądrzejsi politycy powoływali się na długi, ale wiele mówiący o taktyce ich ugrupowania cytat z Józefa Piłsudskiego: „Wy, Królewiacy, macie śmieszną naturę. Kiedy jadących drogą napada pies natarczywym i hałaśliwym ujadaniem, bierze was zaraz ochota, żeby wyskoczyć z pojazdu, stanąć na czworakach i zacząć mu się odszczekiwać. My, w Wileńszczyźnie, pozwalamy psu szczekać, bo taka już jego psia natura, ale nie przerywamy przez jego psie szczekanie podróży i bez wojny z psem spokojnie jedziemy do naszego celu. Wam, zdaje się, na przeszczekiwaniu psa, wygraniu wojny z byle parszywym szczeniakiem bardziej zależy niż na szybkim dojechaniu do celu podróży”.

Powoływali się na to z ubolewaniem, uważając, że lider PiS tracił zbyt wiele energii na głośne medialnie, ale bez istotnego znaczenia, utarczki. Jarosław Kaczyński – zdaniem wielu – wdawał się w te spory, bo lubił. Było to zgodne z jego upodobaniem do polemik, charakterem publicysty – jak ujmowali to niektórzy.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pyrrusowe zwycięstwo Kaczyńskiego?

28 paź 2011

Ta czaszka już się nie uśmiechnie – przepowiadał dwa lata temu przyszłość Jarosława Kaczyńskiego Ludwik Dorn. Miało to oznaczać ostateczną klęskę lidera PiS. Dorn na razie chyba się pomylił, bo czaszka wprawdzie się nie uśmiecha, ale całkiem mocno gryzie. I dziś Dorn jest w Sejmie tylko dlatego, że znów startował z list PiS.

Tego ugryzienia doświadczył Zbigniew Ziobro, który postanowił wykorzystać klęskę wyborczą swojej partii do mocnej zmiany kursu. Atak przygotował starannie – w serii wywiadów on i jego zwolennicy precyzyjnie wypunktowali przyczyny porażki. Mimo to w czasie decydującego starcia – na środowym posiedzeniu Klubu Parlamentarnego PiS – rozbili się o ścianę.

Prezes PiS mógłby powiedzieć, że sprawa Ziobry jest już załatwiona. Ale nie może, choć wygrał. Ziobro przegrał ze status quo, z klubową większością, która może narzekać na Kaczyńskiego, ale woli nie ryzykować. Która nie chce eksperymentu zaproponowanego przez popularnego eurodeputowanego, uważanego także w PiS za polityka niedojrzałego.

Na pierwszy rzut oka wyglądało to na sromotną porażkę Ziobry i jego zwolenników. Po czymś takim powinni w pokorze lizać rany. Jednak tego nie robią. Już następnego dnia zwolennicy Ziobry przeprowadzili w mediach swoisty coming out: tak, jestem ziobrystą.

Kaczyńskiemu trudno będzie ich wyrzucić, bo jest prawdopodobne, że nawet w oczach własnych wyborców wyczerpał już pulę partyjnych czystek. Ziobro to nie PJN. Jego nie można oskarżyć o konszachty z PO i establishmentem. Ale po pozostawieniu w partii można go zamrażać i rozmrażać, aż do całkowitego rozkładu jego grupy. Dla byłego ministra sprawiedliwości ten wariant jest bardziej niebezpieczny niż męczeńskie usunięcie z PiS. On to wie, stąd głośne deklaracje jego zwolenników.

Nie jest to jednak prosty spór despoty z bojownikiem o wolność. Racje są bardziej podzielone, bo grupa Ziobry nie ma aż tak czystych intencji. Ale broniąc partyjnego status quo, Jarosław Kaczyński prowadzi PiS do uwiądu. Nawet ci, którzy w środę poparli rozwiązania przedstawione przez prezesa, coraz słabiej wierzą, że Kaczyński jeszcze kiedyś wygra wybory. I to jest główny problem PiS.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lot nad kaczym gniazdem

24 cze 2011

Nie zgłupieliśmy do reszty. Zgłupieliśmy jednak tylko trochę. I chyba jest to odwracalne.

Te optymistyczne wnioski naszły mnie, gdy zacząłem śledzić reakcje na decyzję pewnego warszawskiego sędziego, aby posłać Jarosława Kaczyńskiego na badania psychiatryczne.

Spodziewałem się czego innego. Tego, że polityczni i medialni reprezentanci ludzi „młodych, lepiej wykształconych i z dużych miast” będą twierdzić, że to dobrze, i że takie są europejskie standardy. Oraz, że jest całkowicie nieuprawnione, wręcz haniebne, porównywanie tego do praktyk z moskiewskiego Instytutu im. Serbskiego. Tam gdzie tak skutecznie leczono schizofrenię bezobjawową.

Silny wprawdzie jest u nas nawyk redukowania rzeczy niewygodnych do skutków chorób psychicznych. Wspomnijmy tylko Zbigniewa Herberta, który cierpiał na cyklofrenię, gdy ganił Adama Michnika. A cieszył się doskonałym zdrowiem psychicznym, gdy był z nim w dobrych stosunkach. Ale zostawmy stare rachunki…

Teraz reakcja na wniosek w sprawie Kaczyńskiego była taka, że chce się wierzyć, iż kiedyś będzie jeszcze możliwa normalna rozmowa. Decyzją sędziego są nieprzyjemnie zdziwieni tacy „kaczyści” jak Jacek Żakowski, Monika Olejnik czy Ewa Siedlecka z „Gazety Wyborczej”. Akurat ona przytoczyła szereg rozsądnych argumentów, dzięki którym wiemy dlaczego sądy nie powinny tak postępować.

Gdy przytoczymy jeszcze opinię prof. Piotra Kruszyńskiego, że nigdy nie słyszał, aby sądy wydawały podobne decyzje w sprawach z powództwa cywilnego (a w takiej właśnie Kaczyński jest sądzony) to mogłoby ogarnąć błogie poczucie, że Polska staje się królestwem rozsądku. I krajem, gdzie jednak nie wszystkie chwyty są dozwolone.

Cóż, za wcześnie na takie upajanie się optymizmem. Są też tacy, którzy uważają, że ludzkie gesty wobec „Kaczora” to objaw kapitulanctwa, a nie rozsądku. Czołowymi reprezentantami nurtu nieprzejednanych w obozie antykaczystowskim zdają się być Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej” (pouczył już red. Siedlecką, że jest reprezentantką dekadenckiego rewizjonizmu) i Tomasz Wołek z Tele5. Oni bez zastrzeżeń pochwalili decyzję sądu.

Z radykałami jednak jest tak, że zawsze muszą licytować się między sobą. Badanie? To za mało. Obserwacja w zakładzie zamkniętym! I elektrowstrząsy, potem strumienie zimnej wody. A potem lobotomia. To zabieg już nie stosowany, ale powinien być dopuszczony wobec groźby recydywy IV RP.

Zawsze podejrzewałem, że niektórzy oglądający „Lot nad kukułczym gniazdem” kibicowali siostrze Mildred i jej metodom „terapeutycznym”, a nie np. wodzowi Bromdenowi. Nikt do tego się  nie przyznawał, bo wiadomo byłby wstyd. Ale czasem, w przypływie silnych emocji (a te Kaczyński widać wyzwala), trudno ukryć prawdziwe myśli.

Tyle, że trochę strach pomyśleć, komu kibicowali ci nieprzejednani, gdy oglądali np. „Listę Schindlera”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gesty prezydenta USA wrócą jesienią w kampanii

30 maj 2011
Analiza „Rz”

Wizyta amerykańskiego przywódcy stała się okazją do darmowej promocji największych graczy polskiej polityki

Barack Obama i jego gesty z wizyty w Polsce staną się elementami kampanii wyborczej. Już teraz, słuchając wypowiedzi lub otwierając strony internetowe partii politycznych czy Kancelarii Premiera, widać, jak bardzo polscy politycy chcą błyszczeć w świetle amerykańskiego przywódcy. Na dodatek dwaj główni gracze – PO i PiS – znajdują w gestach prezydenta USA potwierdzenie dla swoich racji.

– Polska gospodarka jest jedyną gospodarką w UE, która nie wpadła w recesję w okresie kryzysu. Ma ogromny potencjał rozwoju gospodarczego – te słowa Obamy wypowiedziane po spotkaniu z premierem Donaldem Tuskiem cytuje portal Platformy Obywatelskiej. Z pewnością ten komplement będzie powtarzany przez polityków PO. Podobnie jak stwierdzenie prezydenta USA, że Stany Zjednoczone „bardzo cenią pragmatyczne podejście Polski w stosunku do Rosji”.

PiS jednak też znalazło coś korzystnego dla siebie. Partia Jarosława Kaczyńskiego od razu zaczęła eksponować spotkanie Obamy z rodzinami ofiar katastrofy smoleńskiej. – Dobrze, że prezydent Stanów Zjednoczonych tu był, bo to oznacza, że także w skali międzynarodowej na tym najwyższym szczeblu sprawa smoleńska istnieje – mówił Kaczyński po spotkaniu w katedrze polowej WP.

Z pewnością ranking tych, których wizerunek najwięcej zyskał na wizycie Obamy, otwiera prezydent Bronisław Komorowski. Jako gospodarz zdominował przekaz. Na dodatek pokazywany był na tle, które polityk może sobie wymarzyć – podniosły ceremoniał, pałacowe wnętrza, grono dostojnych gości. Tu warto dodać, że i bez wizyty prezydenta Stanów Zjednoczonych sam szczyt przywódców środkoweuropejskich byłby wydarzeniem podnoszącym prestiż głowy państwa.

– Chciałbym pogratulować prezydentowi Komorowskiemu, to było coś niewiarygodnie trudnego. Rozwijał się w trakcie tej wizyty i zachował się z taką klasą, że właściwie ugrał więcej niż to, co było do ugrania. Zrobił dobrą robotę – mówił wczoraj w Radiu Zet Marek Siwiec z SLD. Komorowskiego chwalił też w TVN 24 Paweł Kowal z ugrupowania Polska Jest Najważniejsza.

Powody do zadowolenia ma też Donald Tusk, który usłyszał od Baracka Obamy sporo komplementów, a i mógł pokazać się jako twardy przywódca, napominając amerykańskiego prezydenta w sprawie wiz. Groźba, że Polacy przestaną robić zakupy na nowojorskiej Piątej Alei, brzmiała nieco groteskowo, ale mogła spodobać się wielu wyborcom.

Nie może też narzekać Jarosław Kaczyński. Kuriozalne okazały się rozważania części mediów o tym, czy prezes PiS przyjmie zaproszenie. Przyjął i powiedział, że w ogóle nie planował jego odrzucenia. Na dodatek w niezamierzony sposób pomógł mu były prezydent Lech Wałęsa, który w demonstracyjny sposób odrzucił zaproszenie. Lider PiS niewątpliwie zyskał na tym, że pupil „antykaczystowskiego” obozu „strzelił focha” (określenie Marka Siwca).

W ten sposób wizyta Obamy nie stała się „własnością” wyłącznie Platformy. Pewną irytację w tym obozie, a satysfakcję w przeciwnym, wzbudził fakt spotkania się Obamy z rodzinami ofiar. Niezadowolenia nie potrafił ukryć na przykład wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski. – W jakimś stopniu wpisał się tym samym w polski konflikt – narzekał wczoraj na antenie TVN 24.

Wizyta Baracka Obamy wyeksponowała największych graczy polskiej polityki. Mniej widoczny był lider SLD Grzegorz Napieralski, choć dużo pisał o spotkaniu z prezydentem USA w Internecie. Obecność pozostałych polityków, m.in. liderki PJN Joanny Kluzik-Rostkowskiej była tylko marginesem doniesień medialnych.

Podobny los spotkał prezesa PSL Waldemara Pawlaka.

Obrazy, słowa i gesty z wizyty będą powracały w przedwyborczej licytacji. Weźmy tylko jeden przykład: na jesień został zaplanowany polsko-amerykański szczyt gospodarczy.

Trudno znaleźć polityka, który oparłby się pokusie, aby nie wykorzystać tego w kampanii wyborczej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Taktyka Platformy: atakować Kaczyńskiego

20 kwi 2011

Ostra emocjonalna retoryka wymierzona w PiS – to pomysł Platformy na kampanię wyborczą. Cel: mobilizacja wyborców

Najważniejsi politycy PO zaczęli mówić jednym językiem. Prawie identyczny był przekaz trzech wywiadów udzielonych jednego dnia: 20 kwietnia.

– 10 kwietnia, patrząc na prezesa PiS, nie widziałem osoby pogrążonej w bólu po stracie brata bliźniaka, widziałem rozpalonego, napalonego na władzę faceta na zebraniu partyjnym – stwierdził Sławomir Nowak, minister w Kancelarii Prezydenta, w RMF FM.

– Krzyk słychać bardziej, ale my powinniśmy pokazywać alternatywę, gwarantować przewidywalność. Polacy doceniają, że jest bezpiecznie. Nie chcą, żeby Polska była podpalana, nie chcą być świadkami konfliktów i wojen. Rok po katastrofie smoleńskiej trzeba to głośno powiedzieć: chcemy żyć w normalnym kraju – to marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna w TOK FM.

– Naszym zadaniem jest tłumaczyć wyborcom, że głosując na którąś z tych dwóch partii (PiS i SLD – red.), Polacy mogą zgotować sobie niezły pasztet. (…) Naszą odpowiedzią na cyniczną strategię PiS będzie zachęcanie do udziału w wyborach – dodał Rafał Grupiński, wiceszef Klubu PO, dla „Gazety Wyborczej”.

Dzień wcześniej w Radiu Zet szef dyplomacji mówił o PiS: – My nie będziemy bierni, jest siła, która przeciwstawi się tej fali fanatyzmu: nazywa się Platforma Obywatelska – powiedział Radosław Sikorski, osoba odpowiedzialna w PO za pisanie programu partii.

Te wypowiedzi pokazują kierunek przedwyborczej propagandy Platformy: może nie jesteśmy najlepsi, ale jeśli nie my, to przyjdzie PiS. Kierunek wskazał sam premier. Donald Tusk podobnego argumentu użył w wywiadzie dla tygodnika „Polityka” i w czasie śniadania z celebrytami w TVN 24.

Motywacja jest prosta: PO boi się demobilizacji wyborców antypisowskich (zwłaszcza młodszych), gdyż po czterech latach jej rządów partia Kaczyńskiego nie jest już wystarczającym straszakiem. Stałe notowania PiS – na poziomie ok. 30 proc. – i spadające PO mogą doprowadzić do tego, że przy niskiej frekwencji wyborczej Jarosław Kaczyński przeskoczy Tuska.

Następny powód: histeryczne debaty nad kolejnymi wypowiedziami prezesa PiS odwracają uwagę od spraw bytowych. PiS i SLD kilkakrotnie próbowały przerzucić uwagę na wzrost cen. Na razie z ograniczoną skutecznością.

Kolejny powód podają politycy opozycji: PO nie ma czym się pochwalić po czterech latach władzy. Rzeczywiście, politycy PO w mediach bez większego przekonania prezentują te osiągnięcia. Mówią najczęściej o uratowaniu Polski przed kryzysem. To jednak argument zbyt abstrakcyjny i dla wielu – np. w związku z rosnącym bezrobociem – nie do przyjęcia.

Szykuje się więc brutalna kampania. Wiadomo, że i po drugiej stronie barykady są politycy, którym będzie to odpowiadało. Pytanie, czy metoda okaże się skuteczna.

W wyborach prezydenckich 2010 r. w Polsce południowo-wschodniej była niższa frekwencja niż w zachodniej, więc i Kaczyński ma rezerwy wśród niegłosujących. Brutalna kampania może i ich skłonić do aktywności.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawo i Sprawiedliwość. I Smoleńsk

11 kwi 2011

Rocznica smoleńska staje się coraz bardziej własnością PiS. Dziś wzmacnia to partię Jarosława Kaczyńskiego. Jutro może ją zmarginalizować.

„Jarosławie Kaczyński, ty jesteś Polską. Prowadź nas. Tusk – odejdź, zdrajco” – głosił jeden z transparentów na niedzielnym mityngu PiS. Doskonale obrazuje on szanse i zagrożenia stojące dziś przed tą partią.

Obchody smoleńskiej rocznicy pokazały, że PiS to zwarte ugrupowanie, którego zwolennicy nie kwestionują przywództwa Kaczyńskiego. Jednocześnie zaangażowanie emocjonalne wielu zwolenników prezesa zaczyna przekraczać granice zwykłego poparcia dla partii. To zaś może odstraszać od PiS wyborców niezdecydowanych, zmieniających co wybory sympatie polityczne, którzy zwykle decydują w polskich wyborach o zwycięstwie. Nie głosują oni na partie określane – słusznie lub nie – jako „skrajne”.

Kaczyński może mieć satysfakcję, że tylko obchody organizowane przez PiS (lub bliskie mu środowiska) były ciekawe i spontaniczne. Na ich tle uroczystości państwowe były drętwymi oficjałkami. Emocje, pozytywne i negatywne, czuło się tylko na pis-owskich uroczystościach. Uległy temu media, także te nieprzychylne PiS. I nie próbowały nawet eksponować innych obchodów.

A że nie doszło do awantur, którymi można obciążyć PiS, to głównym skandalem rocznicy była sprawa podmiany tablicy w Smoleńsku. To zaś uderza w rząd i prezydenta, głoszących tezę, że udało im się poprawić stosunki z Rosją. Osobistą satysfakcją Kaczyńskiego jest marginalizacja w roli rzeczników pamięci o katastrofie polityków innych partii, zwłaszcza PJN.

Ale mobilizacja zwolenników PiS oznacza też kontrakcję. Obchody rocznicy zaczynają być traktowane przez wyborców innych partii jako wydarzenia czysto pisowskie. W niedzielę niektórzy odmawiali przyjmowania nalepek z niewinnym napisem: „Smoleńsk 2010 – pamiętamy”, mówiąc, że nie są wyborcami PiS. Wzrastająca aktywność PiS będzie też mobilizować żelazny elektorat PO.

Jak może wyglądać mobilizacja drugiej strony, pokazała też reakcja mediów koncernu Agora. Wszystkie bez wyjątku komentarze „Gazety Wyborczej” są alarmem ostrzegającym przed Kaczyńskim. Politycy PiS są zachwyceni – ataki ze strony wrogiej im redakcji uważają za doskonałą reklamę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Śląska awantura może zaszkodzić PiS

7 kwi 2011

Słowa Kaczyńskiego o „śląskości jako zakamuflowanej opcji niemieckiej” mogą pozbawić partię kilku procent głosów.

Awantura o śląskość trwa niecały tydzień, ale już widać, że jest poważnym problemem dla PiS. Świadczą o tym zakłopotanie polityków tej partii wyjaśniających słowa lidera i tłumaczenia samego Kaczyńskiego.

Wskazówką jest też zachowanie polityków PO, ochoczo komentujących wpadkę Kaczyńskiego. Gdyby był to dla nich problem, woleliby uciekać od tematu. Podobnie zachowałyby się media sprzyjające rządowi. Sekundująca Platformie „Gazeta Wyborcza” każdego dnia publikuje wypowiedzi osób twierdzących, że zostały skrzywdzone słowami prezesa PiS.

Można założyć, że urwą one PiS kilka procent głosów, i to nie tylko na Śląsku. Może tu zadziałać mechanizm podobny do tego, który dziesięć lat temu uruchomił Marek Belka. Jako typowany przez SLD na ministra finansów tuż przed wyborami wypowiedział się za możliwością wprowadzenia podatku od lokat bankowych. Politycy Sojuszu uważają, że stracili wtedy wiele głosów. Być może nawet szansę na samodzielne rządzenie.

Rzecz nie tylko w głosach obrażonych na PiS Ślązaków (Kaszubom też może się nie spodobać rezerwa Kaczyńskiego wobec regionalizmów). Spór tego rodzaju – sprzedawany jako przeciwstawienie „endecki i ksenofobiczny PiS kontra uciskane mniejszości” – mobilizuje najbardziej antypisowskich wyborców. – Walcie się skini w garniturach – tak po słowach Kaczyńskiego określił PiS Marcin Meller, celebryta obrażony ostatnio na PO. Platformie groziło, że wielu jej rozczarowanych zwolenników nie pójdzie jesienią do wyborów. Wciąż się jednak okazuje, że mobilizuje ich każda kontrowersyjna wypowiedź lidera PiS.

W dodatku spory o śląskość całkowicie wyparły niewygodną dla rządu debatę o kondycji gospodarczej. Zwłaszcza o cenach i kosztach utrzymania. Nawet tabloidy, które ostatnio epatowały czytelników doniesieniami o  wzroście cen, poświęcają sporo miejsca śląskiej awanturze.

Wreszcie, kwestia wyborców na Śląsku. Fałszywy stereotyp mówi, że to region platformerski. Tymczasem kilka rdzennie górnośląskich powiatów wiernie głosowało za kandydatami PiS. W wyborach prezydenckich 2010 r. Jarosław Kaczyński wygrał w pięciu takich powiatach. W sześciu innych miał wynik powyżej swojej średniej z tego województwa. Niemało zamieszkałych przez hanysów gmin można uznać za pisowskie twierdze, np. Mszanę – Jarosław Kaczyński zdobył tam 71 proc. głosów, czy Bojszowy z 67 proc. (pięć lat wcześniej Lech Kaczyński uzyskał tam 71 proc. głosów). Dziś PiS może stracić część tych wyborców.

Zresztą przez ostatnie pięć lat miał coraz gorsze wyniki na Górnym Śląsku. W 2005 r. Lech Kaczyński przegrał tam zaledwie dwoma punktami procentowymi, pięć lat później jego brat już 14 punktami z Bronisławem Komorowskim.

Podobnie może być z Kaszubami. Lider PiS skrytykował w swoim raporcie Donalda Tuska za eksponowanie swojej kaszubskości, co jest przedstawiane jako atak na wszystkich Kaszubów. A w wyborach 2005 r. Kaszuby były regionem „kaczystowskim”. Nawet powiaty kościerski i kartuski, skąd wywodzi się rodzina Tusków, wolały poprzeć warszawiaka niż swojaka. Niektóre rdzennie kaszubskie gminy również stały się wręcz pisowskimi twierdzami, jak Sierakowice (w wyborach prezydenckich na Kaczyńskiego padło tam 64 proc. głosów, na Komorowskiego – 36) czy gmina Brusy, siedziba pierwszego kaszubskiego liceum.

Jednak ogólna tendencja jest podobna do tej ze Śląska – z roku na rok coraz mniej Kaszubów popiera PiS.

Partia Kaczyńskiego nie może liczyć na to, że do wyborów opinia zapomni o śląskiej awanturze. Jest to zbyt poręczny temat dla PO i wspierających ją mediów, by mogło się tak stać.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop