Posts Tagged „Donald Tusk”<

Szef „S” sojusznikiem Tuska

10 maj 2012

Premier dogadał się z Piotrem Dudą – słychać w Sejmie. Czy to prawda? Na pewno żyją w politycznej symbiozie

– To nie PSL złagodził zapisy reformy emerytalnej, ale „Solidarność” – powiedział w jednym z programów telewizyjnych Sławomir Neumann z PO, dziś szef sejmowej komisji nadzwyczajnej rozpatrującej ustawy emerytalne.

Gość specjalny

Jego wypowiedź – która od razu rozwścieczyła ludowców – nie była incydentem. We wtorek Donald Tusk przerwał posiedzenie Rady Ministrów, aby przyjąć Piotra Dudę i odebrać od niego projekty ustaw dotyczących rynku pracy. Ministrowie byli zaskoczeni, bo nie pamiętali, aby z takiego powodu premier kiedykolwiek przerywał obrady. Duda mógł się spotkać z Tuskiem w każdym innym terminie.

Zaskoczenie jest tym większe, że jeszcze niedawno Tusk pośrednio nazwał w Sejmie Dudę pętakiem. Przed jego Kancelarią i przed Sejmem cały czas pikietują związkowcy przeciwni rządowemu projektowi podniesienia wieku emerytalnego do 67. roku życia. „S” piętnuje posłów PO, którzy głosowali przeciw jej propozycji referendum emerytalnego, sam przewodniczący opowiada zaś, że projekty Tuska powinny trafić do kosza.

Czy w przypadku tak gorącego sporu jest miejsce na jakiekolwiek układy? Nasi rozmówcy – przede wszystkim z PSL i PiS (w tym parlamentarzyści będący nadal działaczami „S”) – twierdzą, że tak. Nie chodzi o samą reformę emerytalną, bo tu nie ma miejsca na ustępstwa, ale „ugranie” innych korzyści.

Faktycznie Donald Tusk, przyjmując którąś z drobniejszych propozycji „S”, np. dotyczącą umów śmieciowych, dałby odpór zarzutom, że nie godzi się na kompromisy. Zysk jest tym większy, że propozycja wychodzi od organizacji, która nie uczestniczy w wyborach, więc nie ma ryzyka jej wzmocnienia. Dlatego właśnie pomniejszany jest udział PSL. Duda może też być przedstawiany jako lider prawicy w jakiejś nieokreślonej przyszłości. Dla Tuska to żaden koszt, natomiast już dziś byłby to uszczerbek dla autorytetu Jarosława Kaczyńskiego.

Daleko od PiS

Przewodniczący „S” też ma zyski. Wbrew powszechnemu mniemaniu daleko mu do PiS. Szefem związku został,  walcząc z Januszem Śniadkiem, dziś posłem PiS.  Blisko współpracuje z eurodeputowanym PO Jerzym Buzkiem.

Partia Kaczyńskiego fetowała go w czasie jego sejmowej mowy, ale nikt go tam nie lubi. Politycy PiS uważają Dudę za potencjalnego konkurenta. Pamiętają mu też, że wspiera od czasu do czasu akcje Solidarnej Polski.

Jednak na otwartą współpracę z PO Duda nie może sobie pozwolić. Doły związkowe mają sympatie propisowskie. Stąd Duda zmuszony jest do radykalnej retoryki i spektakularnych działań. Wielu działaczy i tak podejrzewa go o „spiskowanie” z PO. Niejednoznacznie został odebrany fakt jego wtorkowego spotkania z premierem. Część działaczy – np. szef łódzkiego regionu „S” Waldemar Krenc – przedstawiła to jako przejaw skuteczności związku i jego przewodniczącego. Inni uważają, że spotkanie nie powinno się odbyć, gdy jednocześnie związek pikietuje Kancelarię Premiera. Krytycy Dudy powtarzają, że miejscem na spotkania powinna być Komisja Trójstronna, a fraternizacja z Tuskiem daje argumenty propagandzie rządowej, nie zaś związkowi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kaczyński – wunderwaffe PiS

15 kwi 2012

Prezes Jarosław Kaczyński położył na deski premiera Donalda Tuska podczas piątkowej debaty o sejmowej uchwale w sprawie katastrofy smoleńskiej. Ale sam Kaczyński nie wystarczy.

Swoim piątkowym wystąpieniem prezes Kaczyński rozstawił polskich polityków po kątach. Zrobił to, co w chwili kryzysu każdy mąż stanu zrobić powinien. Bezkompromisowo wkroczył do akcji i kilkoma dobitnymi zdaniami rozprawił się z tyradami szefa rządu. Po takiej umiejętności rozpoznaje się męża stanu od politykiera.

Prezes Kaczyński jest główną bronią swojej partii i poza nim nie ma w PiS polityka, który mógłby rozładować sytuacje ekstremalne. To Kaczyński jest w stanie doprowadzić Tuska do narożnika, gdy ten przekracza kolejne granice absurdu, groteski i cynizmu w sprawie katastrofy.

Ale zarazem Kaczyński, choć bardzo sprawny, jest tylko jeden i się nie rozerwie. Nie ugasi wszystkich pożarów. To dziś najpoważniejszy problem PiS. Partia opozycyjna nie troszczy się o wychowanie następców na miarę prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I to jest dziś najważniejszy problem PiS. Jedna cudowna broń nie wystarczy. By zachować panowanie nad sceną polityczną, trzeba pracować już nad kolejnymi cudownymi broniami nowej generacji.

PS.

Tekst ten dedykuję Marcinowi Wojciechowskiemu, publicyście „Gazety Wyborczej”, który w weekend opublikował komentarz pt. „Tusk – wunderwaffe PO”. To co Państwo przeczytaliście w moim wpisie jest trawestacją tekstu Wojciechowskiego.

Gdy pierwszy raz przeczytałem komentarz Wojciechowskiego przecierałem oczy. Publicysta, przynajmniej w teorii niezależny od obecnej władzy, wytworzył kilkadziesiąt określeń, których nie da się inaczej nazwać jak pochlebstwami pod adresem rządzących. „Mąż stanu”, „cudowna broń”, „rzucił na deski”, „rozprawił się”. Natężenie komplementów jest takie, że można by pomyśleć, że Wojciechowski drwi z Donalda Tuska. O to go jednak nie podejrzewam, taka rzecz nie przejdzie w „Wyborczej”.

Zapamiętajmy te frazy z poetyką podobną do tej z ulotek reklamujących produkt z supermarketu. Każdy orze jak może, kariery przynajmniej dwóch pracowników działu zagranicznego „GW” pokazują, że rządowe posady są czymś o co warto się starać.

Pozwolę sobie jeszcze coś zauważyć. Najpierw pro domo sua. Wojciechowski zaszczycił mnie wzmianką w swoim komentarzu: „Swoim piątkowym wystąpieniem premier Tusk rozstawił polskich polityków po kątach. I nie zrobił tego – jak sugeruje w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” Piotr Gursztyn – jedynie by zaostrzyć wojnę PO-PiS”. Otóż ja tego nie zasugerowałem. Ja tę tezę sformułowałem na twardo.

Bo to jest clou problemu. Piątkowe starcie w Sejmie było wielkim skandalem, które obciąża obie strony. Cyniczną, choć nie pozbawioną emocji, grą. Można dyskutować, kogo bardziej to obciąża, i kto pierwszy zaczął. Jednak twierdzenie, że tylko jedna strona – niezależnie czy PO czy PiS – jest winna jest kłamstwem i oszukiwaniem czytelników. Propagandą, nie publicystyką, ani dziennikarstwem.

I wreszcie szczegół pokazujący, że autorowi się zdawało, ale niewiele wie, co się w Sejmie wydarzyło. Tusk – wbrew twierdzeniom Wojciechowskiego – nie mógł się rozprawić z tyradami Kaczyńskiego. Z powodów chronologicznych. Przemówienia premiera nastąpiło po wystąpieniu Antoniego Macierewicza. Kaczyński wskoczył na mównicę w reakcji na słowa Tuska, a nie odwrotnie. Gdy stawia się mocne tezy, nie wolno zrywać więzi z precyzją. Wystarczy, że została zerwana ze standardami wykonywanego zawodu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kolejne puste obietnice

28 gru 2011

Po niecałych dwóch miesiącach wiadomo, że nie będą realizowane najważniejsze punkty z exposé Donalda Tuska – zauważa publicysta „Rzeczpospolitej”.

Złośliwi przypominają, że gdyby dosłownie brać dotychczasowe deklaracje Donalda Tuska, to od roku mielibyśmy w naszych portfelach euro zamiast złotówek. Taką bowiem zapowiedź wygłosił premier we wrześniu 2008 roku. A gdyby spełnił swoje obietnice z pierwszego exposé, to dzisiaj rozliczalibyśmy podatki przez Internet, albo w czasie Euro 2012 jeździli z jednego meczu na drugi „siecią szybkich dróg”.

Obrońcy prawdomówności szefa rządu mówią, że te wszystkie zapowiedzi zostały unieważnione przez niespodziewany kryzys. Ten argument nie może jednak działać w przypadku drugiego exposé. Niecałe dwa miesiące po jego wygłoszeniu wiadomo, że było ono w dużej mierze zbiorem haseł, a nie planem działania. Widać, że jakaś część zapowiedzi została wygłoszona bez wcześniejszej analizy. Także na najbardziej podstawowym poziomie, czyli analizy prawnej, której przeprowadzenie od razu dałoby odpowiedź, czy dane rozwiązanie jest w ogóle do wprowadzenia.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ogon macha psem

19 gru 2011

Bolesne rozczarowanie przeżyło niedawno kilku regionalnych liderów Platformy. Po wygranych wyborach zgodnie z dotychczasowym zwyczajem przedstawili szefowi rządu i własnej partii propozycje kandydatów na wojewodów w swoich województwach. W pakiecie po kilka nazwisk. Propozycje jednak nie zostały uwzględnione. Warszawa, czyli Donald Tusk, mianowała osoby, których nazwiska były kompletnym zaskoczeniem. Rzecz nawet nie w tym, że nie przeforsowali swoich kandydatów. Rzecz w upokorzeniu, które przeżyli, zażądano bowiem od nich list nazwisk po to tylko, aby je z hukiem odrzucić.

Najlepszym przykładem szoku, który przeżyła PO, jest sytuacja z Lublina. Tam wojewodą – ku zachwytowi lokalnego PiS – została prof. Jolanta Szołno-Koguc, bliska współpracownica Zyty Gilowskiej. Co mógł zrobić w tej sytuacji szef lubelskiej PO? Poburczał trochę do lokalnych mediów, że „decyzja premiera jest niezrozumiała”.

I tyle. W żadnym innym momencie historii PO jej działacze nie mieli poczucia, że ich wola nic nie znaczy wobec decyzji przewodniczącego partii.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Między Cyrankiewiczem a Rooseveltem

21 lis 2011

O piątkowym exposé premiera usłyszeliśmy wiele opinii, że było mocne i odważne. Nawet lider opozycji stwierdził, że było zręczne. Przykładamy jednak zbyt wielką wagę do mowy szefa rządu. Doświadczenie mówi nam, że po pierwsze Donald Tusk nie przywiązuje się fanatycznie do swoich zapowiedzi. Po drugie zaś nie da się jej traktować jako manifestu, z którego treści możemy dowiedzieć się czegoś istotnego o filozofii rządzenia drugiego gabinetu Donalda Tuska.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Grillowanie Grzegorza Schetyny

1 lis 2011

Maleją szanse ustępującego marszałka Sejmu na przetrwanie konfrontacji z Donaldem Tuskiem

Jeszcze niedawno politycy związani z ustępującym marszałkiem Sejmu zadawali sobie pytanie: czy Donald Tusk chce tylko osłabić pozycję Grzegorza Schetyny, czy też całkowicie wyeliminować go z polityki (tak jak kiedyś Pawła Piskorskiego czy Jana Rokitę).

Dziś coraz więcej osób się skłania do drugiej odpowiedzi. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że premier dąży do jakiegokolwiek pojednania z byłych przyjacielem. Przeciwnie, wszystkie najnowsze sygnały to złe wiadomości dla Schetyny i jego środowiska.

Aktualna wprawdzie pozostaje propozycja udziału Schetyny w rządzie. W oficjalnym przekazie PO ma być to dowód, że wszystko pozostaje w najlepszym porządku, skoro premier ma dla Schetyny tak „odpowiedzialną” propozycję. Jednak ciągle nie wiemy, który resort ma objąć polityk piastujący jeszcze w tym momencie drugie stanowisko w państwie.

Nie wiadomo też, czy odzyska tekę wicepremiera. Nieoficjalnie zaś wiadomo, że zwolennikiem ściągnięcia Schetyny do rządu jest Jan Krzysztof Bielecki, główny mentor Tuska. Dla Schetyny to zła wiadomość, bowiem to Bielecki namawiał do wyrzucenia go z rządu po aferze hazardowej. Skoro dziś chce ściągnąć Schetynę z powrotem, to nie dlatego, aby sprawić mu prezent, lecz by mieć go pod kontrolą.

Jednocześnie CBA zatrzymało kilku urzędników z MSWiA pod korupcyjnymi zarzutami. Sprawa dotyczy programu informatyzacji wdrażanego w czasach, gdy szefem resortu był Schetyna. Wszystko zostało nagłośnione medialnie, co w częstej interpretacji odbierane jest jako element „grillowania” polityka, którego Donald Tusk publicznie nazwał „konkurentem i liderem opozycji wewnątrzpartyjnej”.

Dodatkowo w ostatnim czasie ukazało się kilka wywiadów, których bohaterowie przepowiadają całkowity upadek Schetyny. Paweł Śpiewak w „Polsce The Times” mówił, że jest to związane z prezydenckimi aspiracjami Tuska, który może nie pozwolić Bronisławowi Komorowskiemu ubiegać się o reelekcję. Wtedy Schetyna w rządzie – według Śpiewaka – byłby kimś, kto ograniczałby uprawnienia Tuska jako głowy państwa. To samo w tej samej gazecie przepowiadał Paweł Piskorski.

Znaczący jest też wywiad Romana Giertycha dla tygodnika „Uważam Rze”. Giertych opisuje tam niezrealizowany scenariusz odsunięcia Tuska od władzy. „Spiskowcami” mieli być Schetyna, prezydent i lider SLD Grzegorz Napieralski. – Całe miasto o tym mówi – przekonuje Giertych, twierdząc, że gdyby PO miała nieco słabszy wynik, to premierem zostałby Schetyna.

Politycy nie lekceważą wiedzy tych trzech osób. Piskorski ma ciągle przyjaciół wśród ważnych polityków PO, Śpiewak zaczął z powrotem bywać jako doradca w Kancelarii Premiera. A Giertycha można potraktować jako usta Radka Sikorskiego. Obaj panowie przyjaźnią się i wspólnie snują projekty polityczne. Szef MSZ zaczyna powoli kreować się na następcę Tuska w partii, stąd gorąco kibicuje wyeliminowaniu Schetyny jako niebezpiecznego rywala.

Słowa Giertycha są częściowo zbieżne z informacjami „Rz”. Jak twierdzi jeden z prezydenckich ministrów, Komorowski był przekonany, że Platforma osiągnie słabszy wynik, co pozwoliłoby odegrać głowie państwa kluczową rolę. – Prezydent myślał, że to on będzie tym sklejającym – mówi nasz informator.

Twierdzi, że teraz głowa państwa nie będzie wchodziła w żadne zwarcie z szefem rządu. I to też jest zła wiadomość dla Grzegorza Schetyny. Bo mimo całej sympatii do niego i niechęci do Ewy Kopacz jako nowej marszałek Sejmu prezydent – jak twierdzi nasz rozmówca – nie zaryzykuje wojny w obronie swojego dotychczasowego sojusznika.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kopacz na czele spółdzielni?

12 paź 2011

Wybory nie zakończyły tarć wewnątrz PO. Konflikt Donald Tusk – Grzegorz Schetyna paraliżuje powołanie rządu

To nie prezydencja, ale spór o  przyszłość Grzegorza Schetyny opóźnia sformowanie nowego rządu – politycy PO otwarcie potwierdzają w kuluarowych rozmowach. Sytuacji nie poprawiło wtorkowe spotkanie premiera z marszałkiem Sejmu. „Impas” – określił je w esemesie do „Rz” jeden ze współpracowników szefa rządu.

Napięcie zwiększyło się po  wyraźnym zaangażowaniu się prezydenta po stronie Schetyny. To rozwścieczyło premiera do tego stopnia, że postanowił odsunąć powołanie nowych ministrów o kilka miesięcy. Decyzja – negatywnie komentowana przez media i źle przyjęta w PO – została podjęta w pośpiechu i ogłoszona w  udzielonym specjalnie w tym celu wywiadzie dla tygodnika „Polityka”. Nigdy przedtem ten wariant nie był rozważany, co przyznają wszyscy politycy Platformy. Zamieszanie w szeregach PO powiększa to, że wiele osób – mimo zaskoczenia decyzją Donalda Tuska – jest jednocześnie zła na prezydenta za zbyt bezpośrednią interwencję w sprawy partii.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Donald Tusk jak Ludwik XIV

20 cze 2011

Wszystko trzeba zmienić, aby wszystko pozostało po staremu – to prawda przyświecająca w szczególności tym politykom, którzy najmocniej cenią skuteczność. Donald Tusk – przynajmniej w ciągu ostatnich kilku lat – jest najskuteczniejszym graczem polskiej sceny politycznej. Szczególnie gdy chodzi o zdolność utrzymywania się u władzy. Skuteczność Tuska w rządzeniu jest bowiem przedmiotem wielu kontrowersji.

Dziś nikt w Platformie Obywatelskiej nie jest w stanie zakwestionować władzy PDT – jak w skrócie nazywany jest obecny premier i przewodniczący PO. Osobista popularność Tuska jest głównym motorem Platformy. Gdyby nie było Tuska, można przypuszczać, że dziś PO przypominałaby SLD z lat 2003 – 2005.

Nic jednak nie trwa wiecznie. Nie wiadomo, co będzie po wyborach. Zwłaszcza gdy Tuskowi zabraknie tego bata na partię, jakim dziś jest układanie list wyborczych. W listopadzie mogą podnieść głowę ci wszyscy, którzy teraz siedzą cicho. Wtedy urzędujący w swojej kancelarii Tusk może mieć problem z tłumieniem rebelii swojego sejmowego zaplecza. Tym bardziej że już w tej kadencji wykazał się dużą skłonnością do izolowania się od własnej partii. Wiadomo, że od dłuższego czasu otacza się gronem tych samych kilku osób.

Parlamentarzyści – w konstytucyjnej teorii będący przecież suwerenem wobec rządu – nie mają prawie żadnego kontaktu ze swoim premierem. Mówią zaś posłowie PO, że Tusk i jego otoczenie prezentują dziś syndrom oblężonej twierdzy. A to może tylko wzmocnić poczucie wyizolowania się premiera i jego środowiska w stosunku do parlamentarnej części Platformy.

Tusk musi mieć świadomość zagrożeń tego typu. Przynajmniej trzy razy w najnowszej historii PO groził mu bunt części partii. Stąd jego metoda ciągłej rotacji partyjnych kadr.

Tuż przed wyrzuceniem Pawła Piskorskiego zawiązywał się pucz przeciw niemu z udziałem Bronisława Komorowskiego w roli potencjalnego następcy. Pucz nie udał się m.in. dlatego, że Komorowski się cofnął, bo uznał, że nie ma co stawiać na słabnącego Piskorskiego.

W zeszłej kadencji miał miejsce bunt mniejszego formatu, który jednak mocno zirytował Tuska. Nie udało mu się, wraz z Grzegorzem Schetyną, przeforsować Zbigniewa Chlebowskiego na szefa klubu. Posłowie mieli poczucie, że są traktowani tylko jako maszynka do głosowania, więc posłuchali apeli inicjatora buntu, czyli Cezarego Grabarczyka, i wybrali na szefa Bogdana Zdrojewskiego.

Wreszcie, już w tej kadencji, Tusk uznał, że zbytnio urósł Schetyna. Trudno przypuszczać, aby obecny marszałek Sejmu miał plan obalenia Tuska, ale z pewnością chciał się wybić na większą niepodległość. Nadal zresztą ma swoje małe, lecz niezawisłe władztwo, więc nie jest zakończona historia sporu Tusk – Schetyna.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gesty prezydenta USA wrócą jesienią w kampanii

30 maj 2011
Analiza „Rz”

Wizyta amerykańskiego przywódcy stała się okazją do darmowej promocji największych graczy polskiej polityki

Barack Obama i jego gesty z wizyty w Polsce staną się elementami kampanii wyborczej. Już teraz, słuchając wypowiedzi lub otwierając strony internetowe partii politycznych czy Kancelarii Premiera, widać, jak bardzo polscy politycy chcą błyszczeć w świetle amerykańskiego przywódcy. Na dodatek dwaj główni gracze – PO i PiS – znajdują w gestach prezydenta USA potwierdzenie dla swoich racji.

– Polska gospodarka jest jedyną gospodarką w UE, która nie wpadła w recesję w okresie kryzysu. Ma ogromny potencjał rozwoju gospodarczego – te słowa Obamy wypowiedziane po spotkaniu z premierem Donaldem Tuskiem cytuje portal Platformy Obywatelskiej. Z pewnością ten komplement będzie powtarzany przez polityków PO. Podobnie jak stwierdzenie prezydenta USA, że Stany Zjednoczone „bardzo cenią pragmatyczne podejście Polski w stosunku do Rosji”.

PiS jednak też znalazło coś korzystnego dla siebie. Partia Jarosława Kaczyńskiego od razu zaczęła eksponować spotkanie Obamy z rodzinami ofiar katastrofy smoleńskiej. – Dobrze, że prezydent Stanów Zjednoczonych tu był, bo to oznacza, że także w skali międzynarodowej na tym najwyższym szczeblu sprawa smoleńska istnieje – mówił Kaczyński po spotkaniu w katedrze polowej WP.

Z pewnością ranking tych, których wizerunek najwięcej zyskał na wizycie Obamy, otwiera prezydent Bronisław Komorowski. Jako gospodarz zdominował przekaz. Na dodatek pokazywany był na tle, które polityk może sobie wymarzyć – podniosły ceremoniał, pałacowe wnętrza, grono dostojnych gości. Tu warto dodać, że i bez wizyty prezydenta Stanów Zjednoczonych sam szczyt przywódców środkoweuropejskich byłby wydarzeniem podnoszącym prestiż głowy państwa.

– Chciałbym pogratulować prezydentowi Komorowskiemu, to było coś niewiarygodnie trudnego. Rozwijał się w trakcie tej wizyty i zachował się z taką klasą, że właściwie ugrał więcej niż to, co było do ugrania. Zrobił dobrą robotę – mówił wczoraj w Radiu Zet Marek Siwiec z SLD. Komorowskiego chwalił też w TVN 24 Paweł Kowal z ugrupowania Polska Jest Najważniejsza.

Powody do zadowolenia ma też Donald Tusk, który usłyszał od Baracka Obamy sporo komplementów, a i mógł pokazać się jako twardy przywódca, napominając amerykańskiego prezydenta w sprawie wiz. Groźba, że Polacy przestaną robić zakupy na nowojorskiej Piątej Alei, brzmiała nieco groteskowo, ale mogła spodobać się wielu wyborcom.

Nie może też narzekać Jarosław Kaczyński. Kuriozalne okazały się rozważania części mediów o tym, czy prezes PiS przyjmie zaproszenie. Przyjął i powiedział, że w ogóle nie planował jego odrzucenia. Na dodatek w niezamierzony sposób pomógł mu były prezydent Lech Wałęsa, który w demonstracyjny sposób odrzucił zaproszenie. Lider PiS niewątpliwie zyskał na tym, że pupil „antykaczystowskiego” obozu „strzelił focha” (określenie Marka Siwca).

W ten sposób wizyta Obamy nie stała się „własnością” wyłącznie Platformy. Pewną irytację w tym obozie, a satysfakcję w przeciwnym, wzbudził fakt spotkania się Obamy z rodzinami ofiar. Niezadowolenia nie potrafił ukryć na przykład wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski. – W jakimś stopniu wpisał się tym samym w polski konflikt – narzekał wczoraj na antenie TVN 24.

Wizyta Baracka Obamy wyeksponowała największych graczy polskiej polityki. Mniej widoczny był lider SLD Grzegorz Napieralski, choć dużo pisał o spotkaniu z prezydentem USA w Internecie. Obecność pozostałych polityków, m.in. liderki PJN Joanny Kluzik-Rostkowskiej była tylko marginesem doniesień medialnych.

Podobny los spotkał prezesa PSL Waldemara Pawlaka.

Obrazy, słowa i gesty z wizyty będą powracały w przedwyborczej licytacji. Weźmy tylko jeden przykład: na jesień został zaplanowany polsko-amerykański szczyt gospodarczy.

Trudno znaleźć polityka, który oparłby się pokusie, aby nie wykorzystać tego w kampanii wyborczej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Taktyka Platformy: atakować Kaczyńskiego

20 kwi 2011

Ostra emocjonalna retoryka wymierzona w PiS – to pomysł Platformy na kampanię wyborczą. Cel: mobilizacja wyborców

Najważniejsi politycy PO zaczęli mówić jednym językiem. Prawie identyczny był przekaz trzech wywiadów udzielonych jednego dnia: 20 kwietnia.

– 10 kwietnia, patrząc na prezesa PiS, nie widziałem osoby pogrążonej w bólu po stracie brata bliźniaka, widziałem rozpalonego, napalonego na władzę faceta na zebraniu partyjnym – stwierdził Sławomir Nowak, minister w Kancelarii Prezydenta, w RMF FM.

– Krzyk słychać bardziej, ale my powinniśmy pokazywać alternatywę, gwarantować przewidywalność. Polacy doceniają, że jest bezpiecznie. Nie chcą, żeby Polska była podpalana, nie chcą być świadkami konfliktów i wojen. Rok po katastrofie smoleńskiej trzeba to głośno powiedzieć: chcemy żyć w normalnym kraju – to marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna w TOK FM.

– Naszym zadaniem jest tłumaczyć wyborcom, że głosując na którąś z tych dwóch partii (PiS i SLD – red.), Polacy mogą zgotować sobie niezły pasztet. (…) Naszą odpowiedzią na cyniczną strategię PiS będzie zachęcanie do udziału w wyborach – dodał Rafał Grupiński, wiceszef Klubu PO, dla „Gazety Wyborczej”.

Dzień wcześniej w Radiu Zet szef dyplomacji mówił o PiS: – My nie będziemy bierni, jest siła, która przeciwstawi się tej fali fanatyzmu: nazywa się Platforma Obywatelska – powiedział Radosław Sikorski, osoba odpowiedzialna w PO za pisanie programu partii.

Te wypowiedzi pokazują kierunek przedwyborczej propagandy Platformy: może nie jesteśmy najlepsi, ale jeśli nie my, to przyjdzie PiS. Kierunek wskazał sam premier. Donald Tusk podobnego argumentu użył w wywiadzie dla tygodnika „Polityka” i w czasie śniadania z celebrytami w TVN 24.

Motywacja jest prosta: PO boi się demobilizacji wyborców antypisowskich (zwłaszcza młodszych), gdyż po czterech latach jej rządów partia Kaczyńskiego nie jest już wystarczającym straszakiem. Stałe notowania PiS – na poziomie ok. 30 proc. – i spadające PO mogą doprowadzić do tego, że przy niskiej frekwencji wyborczej Jarosław Kaczyński przeskoczy Tuska.

Następny powód: histeryczne debaty nad kolejnymi wypowiedziami prezesa PiS odwracają uwagę od spraw bytowych. PiS i SLD kilkakrotnie próbowały przerzucić uwagę na wzrost cen. Na razie z ograniczoną skutecznością.

Kolejny powód podają politycy opozycji: PO nie ma czym się pochwalić po czterech latach władzy. Rzeczywiście, politycy PO w mediach bez większego przekonania prezentują te osiągnięcia. Mówią najczęściej o uratowaniu Polski przed kryzysem. To jednak argument zbyt abstrakcyjny i dla wielu – np. w związku z rosnącym bezrobociem – nie do przyjęcia.

Szykuje się więc brutalna kampania. Wiadomo, że i po drugiej stronie barykady są politycy, którym będzie to odpowiadało. Pytanie, czy metoda okaże się skuteczna.

W wyborach prezydenckich 2010 r. w Polsce południowo-wschodniej była niższa frekwencja niż w zachodniej, więc i Kaczyński ma rezerwy wśród niegłosujących. Brutalna kampania może i ich skłonić do aktywności.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop