Zlikwidujmy całą Polskę

26/04/2012

Policja chce zamknąć kilkaset komisariatów w małych miejscowościach. Powód oczywisty: oszczędności. Według oficjalnych zapewnień – takich samych jak zwykle – ludziom od tego będzie tylko lepiej. Ponoć w epoce telefonów komórkowych zawsze i wszędzie da się wezwać policję.

A ta wezwana szybko i sprawnie przyjedzie. Tak jak we Włodowie – co wszyscy pamiętamy. Kolejna instytucja wycofuje się z interioru do dużych miast. Redukowane są sądy, likwidowane oddziały pocztowe, kasowane połączenia kolejowe. Dorzućmy jeszcze plany zmniejszenia liczby urzędów skarbowych, placówek ZUS i prokuratur w mniejszych miastach.

Polska zamienia się w kraj składający z zatłoczonej Warszawy, która tu i tam świeci blichtrem na kredyt, kilku jako tako funkcjonujący większych miast typu Wrocław czy Kraków, oraz z wymierającej prowincji. Odliczmy od tego miliony młodych ludzi, którzy wyjechali zagranicę i już tu nie wrócą. Nawet po to, by dać się pochować tam, gdzie się urodzili. Zresztą nie mieliby do czego wrócić. Ich rodzinne strony zamieniają się w przygnębiającą pustynię.

Jeśli ktoś z rządzących mówi, że jest plan rozwoju to tylko mówi. Praktyka polega na likwidowaniu i zamykaniu. Najlepiej tam, skąd protestów nikt nie usłyszy. Bo protestujący są zbyt słabi. Bo kogo w Warszawie będzie obchodził protest jakiegoś tam powiatu czy gminy? Przecież chodzi i tak o ludzi skazanych na wymarcie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kłamczuchowi do sztambucha

20/04/2012

Stefan Niesiołowski grozi procesem sądowym każdemu, kto powie, że dzisiejszy polityk PO kiedyś chciał zostać członkiem PiS. Jeden taki proces już wtoczył, ale od razu po pierwszym posiedzeniu sądu się wycofał. Choć nie uzyskał żadnej satysfakcji.

Gdy zaś twierdzi, że został przeproszony to kłamie – co jest łatwe do sprawdzenia. Mimo to Niesiołowski uparcie twierdzi, że nigdy nie chciał być członkiem partii braci Kaczyńskich. A wszystkich, którzy mu to przypominają wyzywa od kłamców i oszczerców.

Właśnie pojawiła się kolejna osoba, która publicznie rozpowiada o PiS-owskich aspiracjach Niesiołowskiego. To Michał Kamiński w swoim wywiadzie-rzece „Koniec PiS-u”, dawny kolega Niesiołowskiego jeszcze z ZChN. Na stronie 224 czytamy:

„… dostaję telefon od Kazimierza Marcinkiewicza, żebym natychmiast przyjechał, bo jest kryzys. Wchodzę, wszyscy mają kamienne miny. Kazek mówi grobowym głosem, że jest problem, bo Kaczyński nie godzi się na dwie osoby z naszego środowiska. Nie chciał mnie i Stefana Niesiołowskiego. Stefana nie było na tym spotkaniu, ale zareagował wściekłym atakiem na Kaczyńskiego. Ostatecznie kandydował z AWS i do Sejmu się nie dostał”.

A Kamiński się dostał i to z list PiS. Gdyby jednak Niesiołowski chciał wyrazić swoje pretensje do niego drogą inną niż sądowa, to może pójść na skargę do Radka Sikorskiego. Z nim bowiem Michał „Misio” Kamiński żyje w najlepszej komitywie.

PS. Nieprzekonanym i zapominalskim warto przypomnieć, że o PiS-owskich aspiracjach Niesiołowskiego opowiada też Janusz Palikot w książce „Kulisy Platformy” (strona 92).

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kaczyński radykalizuje PiS celowo, by zmarginalizować partię Ziobry

16/04/2012

Prezes zdecydował o ostrym skręcie w prawo. Chodzi o odzyskanie monopolu na polskiej prawicy i radykalizację nastrojów społecznych

Ostatnie działania Prawa i Sprawiedliwości układają się w logiczny ciąg: ostre wystąpienia w rocznicę katastrofy smoleńskiej, zwarcie w sprawie uchwały o zwrocie wraku prezydenckiego tupolewa, wreszcie zapowiedź awansu dla Antoniego Macierewicza, który ma zostać kolejnym wiceprezesem partii.

Sensacją dla szeregowych posłów PiS było niedzielne wystąpienie w specjalnym programie telewizji Trwam Adama Hofmana. Rzecznik PiS od dawna zabiegał o zaproszenie do telewizji o. Tadeusza Rydzyka. Jako przedstawiciel liberalnego skrzydła partii nie był tam mile widziany. To, że wreszcie wystąpił w tv Trwam, wielu posłów PiS uznało, za rezygnację Hofmana z szukania popularności w centrum i wraz z całą partią skręca w prawo.

Wniosek? Na jakiś czas PiS przestaje zwracać się do wyborcy centrowego. Adresatem jest wyborca o twardych prawicowych poglądach, ten sam, który może zagłosować na partię Zbigniewa Ziobry. Osoby z kierownictwa PiS przyznają, że dziś celem strategicznym jest „zabicie” Solidarnej Polski. Nawet kosztem straty poparcia wśród wyborców centrowych.  Kierownictwo PiS jest świadome tego zagrożenia, bo cały czas zamawia badania socjologiczne, które pokazują, że rośnie grupa wyborców zniechęconych do PO z powodów ekonomicznych, a zwłaszcza ze zmian w systemie emerytalnym. Według badań ta część elektoratu boi się radykalizmu i nie chce słuchać o katastrofie smoleńskiej.

Rozmówcy z władz PiS dodają, że radykalizacja ich języka to nie tylko wynik zimnej kalkulacji. To też efekt emocji i traktowania katastrofy smoleńskiej – wraz z ujawnianiem kolejnych związanych z nią skandali i zaniedbań – jako kwestii dotyczącej pryncypiów. Przyznają jednak, że rozhuśtanie emocji wśród wyborców może być korzystne dla ich partii. Nawet wtedy, gdy to samo zjawisko – z powodu powracającego strachu przed PiS – poprawi notowania PO. Bo zyskiem obu partii będzie marginalizacja pozostałych ugrupowań.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Historia przeciw kłamcom

Przez długi czas słyszeliśmy kłamstwa, że protest przeciw zmianom w programie nauczania historii to sprawka garstki prawicowych oszołomów. Oraz, że nikt wcześniej nie protestował, mimo, iż MEN zajmuje się tym od trzech lat. We wtłaczaniu tych pseudoprawd specjalizowała się pewna gazeta – Państwo wiecie która. Zresztą nawet dziś na jej stronach internetowych można przeczytać komentarz drwiący z „gorących patriotów”, którym brak edukacji historycznej spędza sen z powiek.

Otóż teraz okazało się, że nie tylko głodującym „wariatom” to spędza sen z powiek. Także prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu i jego ministrowi Tomaszowi Nałęczowi. Pod patronatem i z udziałem prezydenta została zorganizowana przez prof. Nałęcza arcyciekawa konferencja w Pałacu Prezydenckim. „Historia w szkole i w życiu” – jej tytuł mówi sam za siebie. Bez znaków zapytania, lecz na twardo „w szkole i w życiu”.

Zanim zresztą przejdziemy do jej omówienia trzeba sprostować dwa wspomniane wyżej kłamstwa: protesty przeciw reformie zaczęły się już u jej zarania, tyle, że nie były tak głośne jak głodówka. Protestowała profesura najznakomitszych polskich instytutów historycznych, oraz część środowiska nauczycielskiego. Skandal polega na tym, że medium, które te protesty wówczas przemilczało, dziś dzięki temu zaczyna twierdzić, że ich nie było.
Zostawmy jednak psy, które szczekają na naszą karawanę. Wielkie uznanie należy się głowie państwa, ministrowi Nałęczowi i wszystkim organizatorom za tę inicjatywę. Imponujący był dobór gości – tak pod względem merytorycznym, jak również ideowym. Pałac wykazał się wielką otwartością i zaprosił ludzi, którzy nie zawsze byli pieszczotliwi względem prezydenta. Także obecność Bronisława Komorowskiego sprawiła, że nie da się spotkania zredukować do tego, co w żargonie dziennikarskim nazywa się „doniesieniami z życia chrząszczy”.

Dyskusja nie była pyskówką, ani rozmową głuchego ze ślepym. Historia uczy nie tylko życia, ale i obyczajów. Strony się słuchały, co rzadkie w obecnej Polsce. I wygląda na to, że jest szansa na dobry kompromis.
Na koniec – zapewne w powszechnym stereotypie wywodzący się z PO prezydent jest kimś, kto odruchowo popiera projekt minister z tej samej partii. To spotkanie pokazało, że Bronisławowi Komorowskiemu dużo bliższa jest wizja nauczania historii, której domagają się głodujący społecznicy niż społeczna inżynieria prowadzona za pomocą pseudohistorycznych preparatów, której tak mocno kibicuje wspomniana już tu gazeta.

To nie był dobry dzień dla tej gazety. Był za to dobry dla polskiej historii, też prezydenta, który pokazał się od jak najlepszej strony, a nawet dla pani minister Szumilas. Bo dzięki debacie w Pałacu Prezydenckim mogła zobaczyć, że nie ma sensu reforma robiona na siłę, oraz to, że po drugiej stronie nie czyhają jej śmiertelni wrogowie, lecz ludzie kompetentni i pełni dobrej woli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kaczyński – wunderwaffe PiS

15/04/2012

Prezes Jarosław Kaczyński położył na deski premiera Donalda Tuska podczas piątkowej debaty o sejmowej uchwale w sprawie katastrofy smoleńskiej. Ale sam Kaczyński nie wystarczy.

Swoim piątkowym wystąpieniem prezes Kaczyński rozstawił polskich polityków po kątach. Zrobił to, co w chwili kryzysu każdy mąż stanu zrobić powinien. Bezkompromisowo wkroczył do akcji i kilkoma dobitnymi zdaniami rozprawił się z tyradami szefa rządu. Po takiej umiejętności rozpoznaje się męża stanu od politykiera.

Prezes Kaczyński jest główną bronią swojej partii i poza nim nie ma w PiS polityka, który mógłby rozładować sytuacje ekstremalne. To Kaczyński jest w stanie doprowadzić Tuska do narożnika, gdy ten przekracza kolejne granice absurdu, groteski i cynizmu w sprawie katastrofy.

Ale zarazem Kaczyński, choć bardzo sprawny, jest tylko jeden i się nie rozerwie. Nie ugasi wszystkich pożarów. To dziś najpoważniejszy problem PiS. Partia opozycyjna nie troszczy się o wychowanie następców na miarę prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I to jest dziś najważniejszy problem PiS. Jedna cudowna broń nie wystarczy. By zachować panowanie nad sceną polityczną, trzeba pracować już nad kolejnymi cudownymi broniami nowej generacji.

PS.

Tekst ten dedykuję Marcinowi Wojciechowskiemu, publicyście „Gazety Wyborczej”, który w weekend opublikował komentarz pt. „Tusk – wunderwaffe PO”. To co Państwo przeczytaliście w moim wpisie jest trawestacją tekstu Wojciechowskiego.

Gdy pierwszy raz przeczytałem komentarz Wojciechowskiego przecierałem oczy. Publicysta, przynajmniej w teorii niezależny od obecnej władzy, wytworzył kilkadziesiąt określeń, których nie da się inaczej nazwać jak pochlebstwami pod adresem rządzących. „Mąż stanu”, „cudowna broń”, „rzucił na deski”, „rozprawił się”. Natężenie komplementów jest takie, że można by pomyśleć, że Wojciechowski drwi z Donalda Tuska. O to go jednak nie podejrzewam, taka rzecz nie przejdzie w „Wyborczej”.

Zapamiętajmy te frazy z poetyką podobną do tej z ulotek reklamujących produkt z supermarketu. Każdy orze jak może, kariery przynajmniej dwóch pracowników działu zagranicznego „GW” pokazują, że rządowe posady są czymś o co warto się starać.

Pozwolę sobie jeszcze coś zauważyć. Najpierw pro domo sua. Wojciechowski zaszczycił mnie wzmianką w swoim komentarzu: „Swoim piątkowym wystąpieniem premier Tusk rozstawił polskich polityków po kątach. I nie zrobił tego – jak sugeruje w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” Piotr Gursztyn – jedynie by zaostrzyć wojnę PO-PiS”. Otóż ja tego nie zasugerowałem. Ja tę tezę sformułowałem na twardo.

Bo to jest clou problemu. Piątkowe starcie w Sejmie było wielkim skandalem, które obciąża obie strony. Cyniczną, choć nie pozbawioną emocji, grą. Można dyskutować, kogo bardziej to obciąża, i kto pierwszy zaczął. Jednak twierdzenie, że tylko jedna strona – niezależnie czy PO czy PiS – jest winna jest kłamstwem i oszukiwaniem czytelników. Propagandą, nie publicystyką, ani dziennikarstwem.

I wreszcie szczegół pokazujący, że autorowi się zdawało, ale niewiele wie, co się w Sejmie wydarzyło. Tusk – wbrew twierdzeniom Wojciechowskiego – nie mógł się rozprawić z tyradami Kaczyńskiego. Z powodów chronologicznych. Przemówienia premiera nastąpiło po wystąpieniu Antoniego Macierewicza. Kaczyński wskoczył na mównicę w reakcji na słowa Tuska, a nie odwrotnie. Gdy stawia się mocne tezy, nie wolno zrywać więzi z precyzją. Wystarczy, że została zerwana ze standardami wykonywanego zawodu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Test na głupotę

12/04/2012

Test na obłudę polityków – tym zdaniem Janusza Palikota będzie reakcja na propozycję jego partii, aby każdy z nas – obywateli RP – mógł odpisać jeden procent podatku na swoje ukochane ugrupowanie polityczne. To znaczy – kto przeciw propozycji ten obłudnik. Kto za – ten szczery patriota.

To jednak jest test na głupotę. I to zdecydowanie. Test dla tych wszystkich którzy kolejny raz debatują nad tym idiotycznym, bo szkodliwym i niemożliwym do zrealizowania projektem.

Konkretny projekt ustawy, który trafił teraz do Sejmu został zjechany przez wszystkich. Lista zarzutów jest znana i nie była trudna do sformułowania. Ruch Palikota zmajstrował bubel. Np. to – każda nawet najmniejsza partyjka łapie się na ten procent. To co? Zakładamy swoją partię? Zawsze kilka złotych wpadnie.

Inny zarzut – brak kontroli nad pieniędzmi z jednego procenta. Dziś podatnik za pośrednictwem państwa daje i wymaga. Pod tym względem system działa. Jest wręcz bardzo restrykcyjny, o czym może zaświadczyć PSL. Wygląda na to, że skutecznie udało się wyeliminować finansowanie partii politycznych pieniędzmi z podejrzanych źródeł.

Załóżmy jednak, że uda się wyeliminować wady projekty Palikota. Ale wtedy też nie będzie lepiej.

Powód pierwszy – wyborcom biedniejszym i bogatszym nie zawsze jest po drodze. Partie ludzi bogatych będą prowadziły kampanie wyborcze na bogato, biednych biednie. Ktoś powie, „no i dobrze”. Tyle, że będzie to koniec demokracji. Nie darmo bowiem Perykles kazał wypłacać wszystkim obywatelom Aten dietę za pobyt na Zgromadzeniu. Tak, aby ci biedni mogli oderwać się od warsztatu i uczestniczyć na równych prawach w decydowaniu o losach swojego polis.

Z tego powodu może być tak, że ta nierówność szans będzie powodem do uznania tego rodzaju projektów za niekonstytucyjne. A na pewno projekt będzie niezgodny z konstytucją z innego powodu. Nie wszyscy obywatele Polski płacą podatek dochodowy i wypełniają PIT. Oni nie mogą przekazać swojego jednego procenta.

Jest też kolejna rzecz, czyli zagwarantowana konstytucją tajność wyborów. Cała Izba Skarbowa będzie wiedziała na kogo Kowalski i Nowak oddali pieniądze. A za Izbą pół miasta się o tym dowie. A co zrobić z sytuacją, gdy pracodawca wysyła PIT pracownika? Albo z taką, gdy ktoś korzysta z usług jakiejś pani lub pana księgowego?

Jeśli ktoś z Państwa uważa, że nie jest to problem to prosiłbym o wpisanie w komentarzu nazwy partii, którą chcecie zasilić swoimi pieniędzmi, swojego imienia i nazwiska, z PESEL-em, adresem i innymi danymi chronionymi. Powodzenia!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gorole raus!

04/04/2012

O Górnym Śląsku nie da się już normalnie rozmawiać. Jeszcze kilka lat temu nadanie gwarze śląskiej statusu języka regionalnego nie budziłoby emocji. Tak jak nie było problemu z uhonorowaniem języka kaszubskiego. Dziś się nie da. I nie jest to wina słów o ukrytej opcji niemieckiej, ale ambicji kilku politycznych nieudaczników z Górnego Śląska i ich medialnych patronów.

Warto prześledzić życiorysy liderów Ruchu Autonomii Śląska. Przeszli wszystkie możliwe polskie partie od PZPR-u do mocno narodowej prawicy – wszechpolskiej, nie separatystycznej śląskiej. RAŚ też mógł być kolejnym nieudanym etapem w ich politycznym życiu. Na ich szczęście ważne siły z Warszawy – i te polityczne i medialne – potrzebowały lewara do przeprowadzenia swoich ogólnopolskich celów. Zatem RAŚ i idea górnośląskiej odrębności, choć ciągle traktowana jako instrument, zaczęły żyć własnym życiem. Kto nie wierzy, niech zajrzy choćby do recenzji teatralnej z GW z 4 kwietnia i potraktuje ją jako studium przypadku. To recenzja wyjątkowo obszerna jak na sztukę wystawianą w teatrze w Bielsku-Białej. Jakoś inne prowincjonalne teatry nie mają szczęścia do takiej reklamy.

Ludzie, którzy dzień w dzień potępiają etniczne pojmowanie wspólnoty, przestrzegają przed szowinizmem i ksenofobią, jednocześnie pompują kilku cwaniaczków próbujących zrobić karierę na lokalnych resentymentach i animozjach. Tak, cwaniaczków, bo jeśli kiedyś Związek Ludności Narodowości Śląskiej i RAŚ osiągną swe cele to trzeba będzie przyznać im pewien ważny przywilej, z którego korzystają w Polsce mniejszości narodowe. Mianowicie zwolnienie z obowiązku przekraczania pięcioprocentowego progu wyborczego. To o te diety chodzi.

Jednocześnie ludzie, którzy piętnują najmniejsze nawet przejawy nacjonalizmu, antysemityzmu, jakiekolwiek ślady powiązań z faszyzmem i nazizmem, przymykają oko na tolerancję śląskich separatystów wobec hitlerowskiej przeszłości Górnego Śląska. Nasi współcześni ślązakowcy potępiają komunistyczne łagry jako rzekomy przejaw polskiego ludobójstwa, ale jakoś przez gardło nie przeszło im rozliczenie z tymi antenatami swojej linii politycznej, którzy związali swoje losy z NSDAP. Kożdoń, Sczodrok, et consortes. W optyce RAŚ tylko Polska przyniosła zło. A hitlerowskie Niemcy? To był welt, genau im alten sztile. Niemieckim motorradem w jeden dzień żech był pod Stalingradem.

Promujcie dalej ksenofobów noszących koszulki z napisem „Gorole raus” albo „Silesian rebel”. Już teraz górnośląscy i zagłębiowscy kibice zaczynają się drzeć na siebie, jakby jedni byli Hutu a drudzy Tutsi. Nienawiść widać też na forach. Tylko zostaje pytanie, jak podzielić Śląsk? „Medolikorzy” z Częstochowy i Goroli z Zagłębia da się oddzielić. Wiadomo, jak szła granica w 1914. Ale co zrobić z Gorolami, którzy mieszkają na Górnym Śląsku? Co zrobić z żoną naczelnego lidera RAŚ, bo jest gdzieś z Łódzkiego? Co zrobić z nim samym, bo to Mischling pierwszego stopnia? Chyba trzeba będzie ich wysiedlić. Austreiben! Jak to będzie po ślunsku? No i co zrobić z tymi Górnoślązakami, czystymi Hanysami, którzy czują się jednocześnie Polakami? Którą grupę Volkslisty im dać?

Z powodu osobistych niespełnionych ambicji lokalnych działaczy i multikulti pedagogiki pań i panów z Warszawy wiele złego zrobiono na Górnym Śląsku. Nigdy nie jest zbyt późno na powstrzymanie szaleństwa. Gdyby nie tych kilku cwaniaków i nawiedzonych ideologów dziś nie byłoby sporu o śląską godkę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Królowa na musiku

03/04/2012

Królowa polskiego wywiadu zrobiła wywiad. To zaszczyt dla jej rozmówcy. Jego niedocenianie samo z siebie jest nie tylko skandalem, ale czymś niewyobrażalnym. Bo Królowa wywiadu jest królową, słynną autorką, zasłużoną dziennikarką, niedościgłym wzorem, autorytetem nie tylko moralnym.

W życiu królowych zdarzają się jednak historie tragiczne. Kiedyś gilotyna, dziś wypowiedzenie. Jest bowiem rzecz zagadkowa w historii wywiadu, który nie został przeprowadzony, ale się ukazał. Wszak Królowa pracowała czas jakiś w gazecie, której nie jest wszystko jedno. A teraz nie pracuje, bo przecież nie tam wywiad ma się ukazać. Cicho jakoś było o tym królewskim transferze. Wszak powinno być głośno, gdy Królowa opuszcza Redaktora i przechodzi do człowieka zafrasowanego odwiecznym pytaniem co z tą Polską.

Źli ludzie – których ciągle jest tak wielu wśród nas – opowiadają swoje wersje tej zmiany. Jedni rozpowiadają, że gazeta, której nie jest wszystko jedno podziękowała Królowej, gdyż uznała, że jest ona zbyt mało produktywna. Taka zawodowa eutanazja ludzi pięćdziesiąt plus zdarza się w niektórych polskich redakcjach, ale nie chce się wierzyć, aby była możliwa w medium, które w świecie całym słynie ze swej wrażliwości społecznej. Czegóż ci oszczercy nie wymyślą.

Ale to nie koniec szeptanej propagandy. Królowa, co wiemy, pisała książkę o katastrofie. Wiadomo jakiej. I mimo starań – jak później się okazało – rodziny ofiar nie wyszły na wariatów. Ponoć, w co trudno uwierzyć, budziły nawet współczucie i empatię. Królowa nie zrozumiała mądrości etapu: może i ktoś z tych ofiar budzi sympatię, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że ogólny wydźwięk, obiektywnie biorąc, wszak powinien być zupełnie inny. Skoro nie zrozumiała to odeszła.

Wprawdzie żadna królowa nie powinna udowadniać, że jest królową, ale u nas jest kryzys. Musiała pokazać coś niezwykłego, aby znaleźć dla siebie miejsce w jakimś innym królestwie. Np. jakiś nadzwyczajny wywiad. Co prawda wywiadowany prosił i groził, ale wiadomo, że Paryż wart jest mszy. Nawet jeśli tym Paryżem jest stała lub mniej stała umowa o pracę. Musi nie tylko na Rusi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

To nie jest dobry dzień dla Donalda Tuska

30/03/2012

Jeśli obstawiać, kto najwięcej zyskał w ten piątek, gdy Sejm debatował nad referendum emerytalnym to wszyscy chyba wskazują na Piotra Dudę. Ci, którzy słuchali jego przemówienia – a mowa tu np. o wielu obecnych wtedy w Sejmie dziennikarzach – byli pod wielkim wrażeniem jego potencjału. Przewodniczący NSZZ „S” przemawiał bardzo sprawnie, był znakomicie przygotowany, robił wrażenie osoby zdeterminowanej, a przy tym kompetentnej i chyba sympatycznej. Na dodatek wszyscy współczujemy ofiarom niesprawiedliwych ataków, więc zapunktował, gdy został zaatakowany przez Donalda Tuska. Wcześniejsze zachowania i słowa Dudy nie dały bowiem żadnego powodu, aby sugerować, że jest pętakiem.

Co znaczy ten jednorazowy sukces Dudy? To, że kiedyś zostanie liderem politycznym? Może, ale na razie to gdybanie. Odpowiedź jest inna: zysk Dudy jest stratą Tuska. A dokładniej piątek pokazał jak bardzo premier i jego ekipa ryzykują przeprowadzając tzw. reformę emerytalną. I rzecz nie w tym, że ją przeprowadzają, ale w tym, że robią to bez przygotowania, improwizując i lekceważąc obawy Polaków.

Błąd Donalda Tuska polega na stosowaniu dokładnie tych samych metod, których używał przez lata swojej obecności w polityce. To metoda polemik z mównicy, błyskotliwych bon-motów, retorycznych chwytów. Tusk jest w tym bardzo dobry. Ale też dlatego, że stosuje je wobec ludzi, których zna od lat. Wobec Jarosława Kaczyńskiego czy Leszka Millera (choć oni obaj też potrafią się odgryźć). Metoda przestaje być skuteczna w konfrontacji z ludźmi spoza tego świata. W konfrontacji nie tyle z Dudą, co dwoma milionami ludzi, którzy podpisali się pod wnioskiem referendalnym.

Mowa o ludziach, którzy boją się zmian. Mają podstawy do strachu, bo nie raz słyszeli od rządzących, że władza im coś gwarantuje. I nie zagwarantowała. Teraz słyszą, że za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat coś im będzie się należało. Przeciętny Polak boi się, że zostanie znów okantowany. To jest podstawowy problem tej debaty. Nie sejmowe pojedynki mistrzów retoryki, tylko totalny brak zaufania do rządzących.

Metoda przedstawiania tabelek przez poszczególnych ministrów, głoszenia kolejnych obietnic i mówienia ludziom, że muszą, że nic nie rozumieją, i że rząd robi to dla ich dobra prowadzi do dalszego zaostrzenia konfliktu. Nie przybliża, lecz oddala rozwiązanie demograficznych problemów Polski.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Historia jest niepotrzebna. Niektórym

29/03/2012

Znajomość historii szkodzi. Pozwala pamiętać, co kto kiedy pisał i powiedział. Pamięć w dłuższej perspektywie oznacza zdziwienia.

Jak to np. jest, że Henryka Krzywonos ze dwa lata temu została „legendarną tramwajarką” ogłoszona przez gazetę, która przez pierwsze kilka lat swojego istnienia ani razu nie wymieniła jej nazwiska? Albo co zrobić z pamięcią, która przypomina, że dwadzieścia dwa lata temu ta sama gazeta pokazywała Lecha Wałęsę jako przywódcę demokratycznych przemian, rok później prezentowała go nam jako niebezpiecznego buca z siekierą w ręku, by wreszcie prezentować go jako „legendarnego przywódcę” i skarb narodowy? Niech ktoś podpowie jak dać sobie radę z tym dysonansem poznawczym.

Tym bardziej niech podpowie, bo nie brak ludzi, którzy dają sobie z tym radę. Którym można serwować teksty, że czas już przeprosić Litwinów za „awanturniczą akcję Żeligowskiego”. Chodzi o tzw. bunt gen. Lucjana Żeligowskiego dzięki któremu Polska odzyskała Wilno z rąk litewskich.

Ów autor gazety, której nie jest wszystko jedno pisze – jak wspomniałem – że akcja była awanturnicza. Oraz, że „oderwała” Wilno od Litwy. I prawdę powiedziawszy nie wiadomo, co bardziej oburza: idiotyzm tej propozycji płynący z totalnej ignorancji, czy też bezczelność wynikająca z przekonania, że ignorantami są adresaci apelu? Krócej mówiąc: czy mamy do czynienia z głupkiem, czy z oszustem?

Z oszustami się nie dyskutuje, głupkom zaś wyjaśnia się ich błędy. Otóż jeśli akcja Żeligowskiego była awanturnicza to awanturami były też trzy powstania śląskie, powstanie wielkopolskie, walki o Lwów i praktycznie wszystkie działania zbrojne u zarania II RP. Wszystkie bowiem granice Drugiej Rzeczpospolitej przebiegały na terenach mieszanych etnicznie – ich bezkonfliktowe wytyczenie było wówczas niemożliwe. Nie dotyczy to zresztą wyłącznie ówczesnej Polski.

Lucjan Żeligowski – dzięki swej akcji niezmiernie później popularny na Wileńszczyźnie – nie odrywał Wilna od Litwy, lecz je odzyskiwał. Wiosną 1919 r. miasto nad Wilią zostało zdobyte na bolszewikach. Ci latem 1920 r. zdobyli je w czasie ofensywy Tuchaczewskiego i oddali Litwinom.

Wspomnijmy też o takiej błahostce jak stosunki etniczne. W Wilnie ludność litewska stanowiła jakieś dwa procent populacji. Polaków było minimum pięćdziesiąt procent. Wioski dokoła Wilna do dziś są zamieszkane niemal wyłącznie przez naszych rodaków. Tak więc jeśli walka o Wilno była awanturą to powinniśmy wtedy byli oddać Łódź Niemcom, bo znani z „Ziemi Obiecanej” Lodzermensche zamieszkiwali to miasto stutysięczną rzeszą. Zapomnijmy też o Poznaniu, czy Górnym Śląsku, bo tam procent Niemców był o niebo wyższy niż Litwinów w ówczesnym Wilnie. Stąd wojska Żeligowskiego – rodaka z Oszmiany – były entuzjastycznie witane w Wilnie i na Wileńszczyźnie.
Temu właśnie służy znajomość historii i jej nauka w szkołach. Potrzebujemy jej, aby rozmaici kretyni lub hochsztaplerzy nie wciskali nam głupot. Bo historia to bardzo praktyczna nauka. I jak ponoć mawiał Charles de Gaulle: od historii nie ma urlopu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop