Tusk przestaje być lokomotywą PO

10/02/2012

Premier nie potrafi znaleźć pomysłu na wyjście rządu z impasu. To może spowodować rewoltę zaplecza.

Nastroje w Platformie się psują. Wprawdzie ostatnie sondaże mimo spadków nie są dla partii najgorsze (27 proc. poparcia we wczorajszym badaniu SMG/KRC dla Faktów TVN, PiS 22 proc. Ruch Palikota – 17 proc.), ale wielu polityków PO obawia się, że gwałtownego załamania notowań. Przyczyny są oczywiste: zamieszanie wokół leków, wysokie ceny paliw i w szczególności skuteczna ofensywa internautów rozwścieczonych przyjęciem projektu ACTA.

– Tusk się pogubił – to słowa, które można usłyszeć wypowiadane po cichu przez jego partyjnych kolegów. Autorytet lidera PO jako osoby, która potrafi wyprowadzić partię z opresji, został naruszony. Porażką Tuska była poniedziałkowa debata z internautami.

Nie zakończyła konfliktu, a na dodatek premier pokazał się jako osoba, która kolejny raz zmienia zdanie w ważnej kwestii. Był to moment, w którym wielu polityków zapomniało o efekcie płomiennego przemówienia, które Donald Tusk wygłosił na ostatnim posiedzeniu Klubu Parlamentarnego Platformy.

Kilka ostatnich wydarzeń rozpowszechniło też w PO przekonanie, że premier nie jest lojalny wobec ludzi, którzy go wspierają. Listę rozczarowanych otwierają politycy „spółdzielni” Cezarego Grabarczyka. W poprzedniej kadencji ostro zwalczali grupę Grzegorza Schetyny, głosząc hasło, że „przewodniczący jest tylko jeden”. Prezentowali się jako wykonawcy polityki Tuska przeciwstawiający się przejęciu władzy w partii przez Schetynę i jego frakcję. W nowym rozdaniu okazało się, że mają – inaczej niż Schetyna – niewiele do powiedzenia w klubie parlamentarnym. Tusk pozostał głuchy na ich skargi, więc rozczarowani uznali, że w tej sytuacji lepiej znaleźć jakieś modus vivendi z dawnym przeciwnikiem, niż liczyć na kapryśnego protektora.

Podobny efekt, i to już w całym klubie, wywołało pozostawienie ministra zdrowia samemu sobie w sprawie ustawy refundacyjnej. Każdy wiedział, że to nie Bartosz Arłukowicz odpowiada za kształt ustawy, lecz Ewa Kopacz. Arłukowicz jest lubiany w Sejmie, więc zepchnięcie go do roli kozła ofiarnego zostało szczególnie źle odebrane. Na dodatek przed odpowiedzialnością uciekała autorka ustawy. Posłowie PO nie przepadają zbytnio za własną panią marszałek, gdyż – jak twierdzą – bywa arogancka. Walkę z jej wpływami w resorcie zdrowia zaczął właśnie minister Bartosz Arłukowicz. Tak – według polityków PO – należy rozumieć jego wniosek o dymisję wiceministra Andrzeja Włodarczyka, który blisko współpracuje z Kopacz. Zamieszanie jest tak duże, że wraz z nim gotowych jest odejść dwóch innych zastępców Arłukowicza.

Zostawiona sama sobie jest też minister sportu w sprawie zatrudnienia swojego znajomego w Centralnym Ośrodku Sportu. Wprawdzie Joanna Mucha ma wielu wrogów w PO, ale krytyka jej decyzji idzie na konto całej formacji. Politycy tej partii mówią, że trudno było obronić jej decyzję, ale nie zostały podjęte żadne działania medialne w celu zminimalizowania strat.

Te wydarzenia skłaniają polityków PO do przypuszczeń, że premier przestaje być wyborczą lokomotywą. Próba dogadania się „spółdzielni” ze Schetyną oraz zapowiedź młodych posłów Platformy, że utworzą własną frakcję, są symptomami tego, iż politycy PO zaczynają układać własne scenariusze ratunkowe bez oglądania się na Tuska.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Grzegorz Schetyna rośnie w siłę

05/02/2012

Poprawia się pozycja głównego rywala Tuska. Dzięki obecności w mediach i wpływom w klubie parlamentarnym

Były marszałek Sejmu nie dał się strącić do politycznego niebytu i powoli, ale skutecznie, odbudowuje swoje wpływy. Ostatnie tygodnie były festiwalem jego obecności w mediach. Niemal codziennie odwiedzał studia telewizyjne i radiowe. Na dodatek wypowiadał zdania krytyczne na temat działań rządu – wcześniej w sprawie ustawy refundacyjnej, ostatnio w kwestii przyjęcia przez Polskę porozumienia ACTA.

W Platformie Obywatelskiej słychać dwie interpretacje medialnej aktywności eksmarszałka. Według pierwszej to przejaw tego, że czuje się coraz bardziej pewnie. Po odebraniu mu stanowiska marszałka Sejmu zniknął na kilkanaście tygodni z mediów. Powrót ma być oznaką odzyskiwania sił.

Druga interpretacja – którą słychać od zwolenników Schetyny – jest odwrotna. Obecność to próba obrony przed dalszą marginalizacją. Także chęć zdobycia sympatii opinii publicznej na tyle dużej, aby ewentualna próba wypchnięcia Schetyny z PO była niemożliwa do uzasadnienia.

To działanie przynosi już efekty. Duże poruszenie w PO wywołał styczniowy sondaż CBOS badający zaufanie do polityków. Schetyna nieoczekiwanie wskoczył na piąte miejsce z 41-proc. wynikiem. Największym zaskoczeniem było to, że zaczął deptać po piętach Tuskowi, który jest na czwartym miejscu z 49-proc. zaufaniem. Przy tym trzeba pamiętać, że Schetynie przybyło, a premierowi cały czas spada.

Towarzyszy temu aktywność Schetyny i jego środowiska w Klubie Parlamentarnym PO, gdzie szefem jest jego bliski przyjaciel Rafał Grupiński. Były marszałek formalnie nie należy do władz klubu, ale w rzeczywistości ma bardzo duży wpływ na jego działanie. Jego przeciwnicy byli niemile zaskoczeni, gdy Grupiński zapraszał Schetynę na posiedzenia prezydium klubu. Ich furię wzbudziło posiedzenie, gdzie Schetyna osobiście referował propozycję zwiększenia w budżecie pieniędzy dla Kancelarii Prezydenta. Uznali to za manifestacyjne podkreślenie bliskich więzi łączących Schetynę z Bronisławem Komorowskim.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezydent gra z premierem w ACTA

02/02/2012

Komorowski nie może ryzykować poparcia młodych wyborców. Tusk nie może więc na niego liczyć w sprawie umowy.

Spór o ACTA stał się kolejnym polem rywalizacji między głową państwa a premierem. Czwartkowe manifestacyjne wezwanie do Pałacu Prezydenckiego trzech podległych Donaldowi Tuskowi ministrów pokazuje, że Bronisław Komorowski nie chce być wiązany z decyzją o podpisaniu przez Polskę niepopularnej umowy.

Komorowski przestraszył się, że część wyborców uzna, iż jest współodpowiedzialny za przyjęcie kontrowersyjnego dokumentu. 24 stycznia młodzi demonstranci protestowali z niewybrednymi hasłami także przed Pałacem Prezydenckim, mimo że głowa państwa nie zdążyła nawet zobaczyć dokumentu.

Najpierw wpadka

Wywiad, którego prezydent – przebywający wówczas na szczycie w Davos – udzielił TVP 1, pokazuje, że Komorowski nie spodziewał się, iż ACTA może być przyczyną politycznej awantury. Przyznał nawet, że nie czytał jeszcze dokumentu. – Ja obserwuję to, co się dzieje, troszkę z boku. My wszyscy byśmy chcieli jak najwięcej za darmo. Każdy człowiek jest tak skonstruowany. Ale jeśli została włożona w coś czyjaś praca, to chcielibyśmy, aby wszyscy, którzy z tego korzystają, to dostrzegli i za to płacili – mówił w wywiadzie.

Zupełnie inaczej brzmiał ton listu, który prezydent wysłał do rzecznik praw obywatelskich: „Szczególnie istotne wydają się podnoszone zarzuty dotyczące niepełnych konsultacji społecznych oraz zagrożeń dla wolności słowa. Internetowe i uliczne protesty świadczą, że istotna część społeczeństwa, zwłaszcza młodego, uznała za zagrożone swoje podstawowe prawa obywatelskie”.

Adresat, czyli prof. Irena Lipowicz, nie został wybrany przypadkowo. RPO od początków zgłaszała zastrzeżenia do umowy. – Wykazała się niezależnością. A Kancelaria Prezydenta chętnie zawrze sojusz z niezależnymi instytucjami – mówi „Rz” współpracownik głowy państwa.

Zaangażowanie RPO jest wygodne dla prezydenta. Gdyby on sam zgłosił swoje zastrzeżenia, zostałoby to odebrane jako kolejny przejaw „szorstkiej przyjaźni” z premierem. Wątpliwości RPO mogą dać prezydentowi łatwy do uzasadnienia argument do powiedzenia „nie”. Charakterystyczne było to, że w czasie czwartkowego spotkania Komorowski z zadowoleniem przyjął informację, że ratyfikacja nie zostanie uruchomiona zbyt szybko.

Wykorzystać zderzaki

Nasi rozmówcy z kręgu prezydenta opisują go też jako kogoś, kto ma lepszy kontakt z tzw. zwykłymi ludźmi. I lepiej niż premier wie, czego chcą Polacy.  – A Donald ma tylko Kasię – mówi nasz informator. Komorowski zaś oprócz kontaktu ze swoimi dziećmi otoczony  jest dużym gronem współpracowników wywodzących  się z organizacji pozarządowych.

Ważne w czwartkowym spotkaniu było też to, z kim prezydent tam rozmawiał. Stronę rządową reprezentowała trójka ministrów  – Michał Boni, Bogdan Zdrojewski i Jarosław Gowin (przyjechał do Pałacu mimo choroby). Tusk może liczyć tylko na bezwzględną lojalność Boniego. Zdrojewski i Gowin wiedzą, że są „zderzakami” i w każdej chwili mogą popaść w niełaskę Tuska.  Nie będą nielojalni wobec niego, ale z własnej woli nie pójdą na wojnę z prezydentem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Świat bez Boga

30/01/2012

Taki tytuł nosi tekst Jana Hartmana w ostatnim „Newsweeku”. Tekst o tym, że ateistom jest źle, ale będzie lepiej.

Ilustracją dosłowną tego – od redakcji, nie autora tekstu, jak można sądzić – jest zdjęcie kościoła zamienionego w pub. Widać na nim wnętrze knajpy, gdzie stoliki sąsiadują z zabytkowymi epitafiami, czy wręcz nagrobkami.

Rzecz nie w tym dziwnym sąsiedztwie. Rzecz w podpisie pod zdjęciem: „Nawet w bardzo katolickiej Irlandii kościoły zamieniają się w restauracje. Na zdjęciu dawny kościół św. Marii w Dublinie”.

Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy podpis jest przejawem manipulacji, czy ignorancji. Ktoś, kto bywał w kościołach katolickich mógł od razu wyczuć, że wnętrze owego  St. Mary’s Church jest mało papistowskie. Te empory po bokach, to typowe dla kościołów protestanckich.

Krótkie internetowe poszukiwania potwierdzają podejrzenia. Dubliński kościół należał do Church of Ireland, czyli lokalnej gałęzi Kościoła Anglikańskiego. Zabytek został sprzedany kilkanaście lat temu. W ten sposób mógł stać się ilustracją tego, że „nawet w bardzo katolickiej Irlandii kościoły zamieniają się w restauracje”.

Może to tylko szczegół. Może rzeczywiście w katolickiej Irlandii katolickie kościoły zamieniane są na potęgę na knajpy. Lub wszystko wskazuje, że tak będzie się działo. Może.

Ale z pewnością dla ilustrowania mocnej tezy nie należy pokazywać fałszywych obrazów. Bo świadczy to albo o ignorancji, albo manipulacji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tusk przypomniał sobie o własnej partii

29/01/2012

Słowa posłów to reakcja na zmianę stosunku premiera Donalda Tuska do własnego zaplecza parlamentarnego.

Nadzwyczajność piątkowego posiedzenia Klubu PO wynika z dwóch powodów. Tusk z Klubem PO ostatni raz spotkał się jeszcze w poprzedniej kadencji (nie licząc krótkich podziękowań po wygranych wyborach). Drugi powód to zupełnie inny ton przemówienia wygłoszonego przez premiera do posłów z własnego klubu. W czasie poprzednich Tusk musztrował posłów. Wyliczał, czego od nich oczekuje i przestrzegał przed ich potencjalnymi grzechami. Ostrzegał, że PO może przegrać sama z sobą, na skutek chciwości czy zepsucia jej członków. Polityków PO to irytowało, bo czuli, że przewodniczący traktuje ich jak potencjalnych łapowników. Frustrowało też odsunięcie od procesów decyzyjnych i przekształcenie klubu w maszynkę do głosowania nad rządowymi projektami ustaw.

W piątek Tusk nie obiecał radykalnej zmiany. Choć posłowie narzekali, że nie mają dostępu do ministrów, nie padła deklaracja, że będą mieli wpływ na ich pracę. Nie padła obietnica, że będą mieli wpływ na to, co przysyła do Sejmu Rządowe Centrum Legislacji – dla posłów jest ono uosobieniem dyktatu rządu nad parlamentem.

Mimo to członkowie PO poczuli, że Tusk chce z nimi rozmawiać. – Nigdy przedtem nie mówił nam, że ma jakiś dylemat – opowiada zaskoczony uczestnik posiedzenia. Dylemat, o którym Tusk długo opowiadał, to kwestia paktu fiskalnego i stosunku rządu do tego dokumentu. Tusk mówił, że każda decyzja, którą podejmie, może oznaczać porażkę rządu.

W podobnym tonie wypowiadał się o najbardziej niepopularnych planach reform. Posłów zaskoczyło, że nie przedstawił – w odróżnieniu od wcześniejszych przemów – planu awaryjnego.

Poczuli się jednak traktowani bardziej podmiotowo. – Wcześniej Donald czarował nas i wszyscy wiedzieliśmy, że jesteśmy czarowani. Tu gorące oklaski po jego wystąpieniu były premią za szczerość – mówi nasz rozmówca. Na szeregowych posłach zrobiło wrażenie, że zjadł z nimi wspólną kolację i poświęcił im kilka godzin. Nie wszyscy wierzą w szczerość słów Tuska, ale przyznają, że zapanował nad coraz bardziej sfrustrowanym klubem: – Podbił posłów, nie mówiąc już o posłankach. Teraz klub pójdzie za nim w ogień – ocenia jeden z partyjnych sceptyków.

Ważnym sygnałem dla PO było też to, że kilkanaście dni temu zebrał się zarząd krajowy partii. Stało się to po raz pierwszy od wyborów, choć statut PO nakazuje, aby zebrania odbywały się nie rzadziej niż co miesiąc. – Jak trwoga, to do partii – komentowali niektórzy politycy PO, zarząd bowiem zebrał się po serii fatalnych dla rządu wydarzeń – od protestu lekarzy począwszy, na niezgodzie koalicjanta na reformę systemu emerytalnego kończąc.

Parlamentarzyści PO przypuszczali już wcześniej, że kryzys zmusi zamkniętego w swojej kancelarii Tuska do kontaktu z własnym zapleczem. Nie przypuszczali jednak – jak dziś mówią – że nastąpi to tak prędko. ?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

I kto tu bardziej dał ciała?

27/01/2012

- Politycy przespali sprawę ACTA – ten zarzut w ciągu kilku ostatnich dni stale przewijał się w telewizyjnych wywiadach. Padał z ust dziennikarzy pod adresem ich gości. Także – a może nawet częściej – polityków z opozycji. Bo akurat w stosunku do nich, jak się zdaje, odwaga jest nieco tańsza.

Oskarżeni, ci co przespali, wili się i tłumaczyli. Nie miałem szczęścia zobaczenia tego odważnego, który by się odwinął telewizyjnemu Katonowi. Bo metoda – tu przechodzę na drugą stronę barykady – jest prosta. Wystarczy bowiem odwrócić pytanie: – A Pan/Pani, czcigodny Redaktorze, kiedy po raz pierwszy usłyszał określenie ACTA?

Gotów jestem się założyć, że polska klasa polityczna – tak politycy, jak i dziennikarze (bo oni też są jej częścią) – usłyszeli je najprawdopodobniej w poprzednim tygodniu. Gdy Wikipedia zablokowała na jeden dzień swoją stronę. Polskie media wprawdzie informowały o tym, ale szumu wielkiego przecież nie było. Nie były to też inormacje, które w dziennikarskim żargonie zwane są breaking news.

Proszę nie odczytywac powyższych słów jako twierdzenia, że politycy są git, a dziennikarze głupi. Nie! My wszyscy – politycy, ludzie mediów, oraz opinia publiczna jesteśmy do siebie bardzo podobni. Bo przecież – sądząc po blogach tzw. zwykłych ludzi – publika też nie awanturowała się wcześniej w sprawie ACTA.

Rzecz w czym innym: w intelektualnej uczciwości, która nie pozwala bezrefleksyjnie zarzucać innym tych grzechów, od których i my nie jesteśmy wolni. Rzecz też w pewnej pokorze: masowe demonstracje przeciw ACTA były zaskoczeniem dla wszystkich. I przez to najlepszym dowodem na to, że nie nadążamy za rozwojem takich zjawisk jak np. Internet.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gowin ma zostać rewolucjonistą

22/01/2012

Minister sprawiedliwości ma nad podziw dobry start. Ale przed nim pole minowe

Bartosz Arłukowicz, Sławomir Nowak czy Jarosław Gowin to politycy, którzy w tej kadencji objęli resorty w rządzie Tuska. „Rz” oceniła, jak się sprawdzają w nowej roli. Zaczynamy od ministra sprawiedliwości. Jutro opiszemy dokonania ministra transportu, a następnie – szefa resortu zdrowia.

Gdy Gowin obejmował resort, towarzyszyła mu fala krytyki, bo był pierwszym od niepamiętnych czasów ministrem sprawiedliwości bez prawniczego wykształcenia. Na dodatek zajmował miejsce zbierającego najlepsze oceny Krzysztofa Kwiatkowskiego. Na samym początku – o czym nie dowiedziała się opinia publiczna – groził mu bunt wysokich urzędników ministerialnych. Został zażegnany dzięki dobrym stosunkom z odchodzącym ministrem.

Gdy dziś ktoś zadaje pytanie, jak Gowin funkcjonuje w resorcie, słyszy odpowiedź: dobrze wszystko sobie poukładał. Mówią to zasiadający w Sejmowej Komisji Sprawiedliwości posłowie, także z klubów opozycyjnych. Być może na ich pochwały wpływa to, że Gowin, de facto jako jedyny minister, utrzymuje stałe kontakty z parlamentem. Przychodzi na posiedzenia komisji. Spotyka się też z posłami konserwatywnymi PO, co może świadczyć, że jego ambicje nie ograniczają się do teki ministra.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z uporem maniaka

19/01/2012

Od kilku dni „prawdziwi”, bezprzymiotnikowi dziennikarze męczą różnych polityków — głównie z PO — pytaniami o faszyzm na Węgrzech. Z uporem maniaka zadają pytania, co Polska, polski rząd i my wszyscy możemy zrobić, aby uwolnić uciemiężony węgierski lud. Pytania „prawdziwych” dziennikarzy zawierają w sobie wysoki poziom emocji — sądząc po słownictwie użytym w ich formułowaniu.

Politycy partii rządzącej, np. Donald Tusk, odpowiadają w dość szczególny sposób. Brzmi to mniej więcej tak: „nie przesadzajmy z tym faszyzmem na Węgrzech, choć rzeczywiście pewne rzeczy są tam niepokojące”. Krócej mówiąc — wiją się.

Jedno o politykach PO pytanych o zbrodniczego Orbana można powiedzieć z pewnością: nie są idiotami. Dlatego się wiją. Za to przepytujący ich „prawdziwi” dziennikarze są albo ignorantami albo manipulantami. W żadnym bowiem wywiadzie — na kilka słyszanych w ostatnich dniach — nie padło pytanie o trzy literki.

Te trzy litery to EPP – European People’s Party, czyli zrzeszenie chadeckich partii krajów Unii Europejskiej. Z polskich należą do niej PO i PSL. Z węgierskich Fidesz, czyli zbrodnicza klika kata Gulaszlandu, i jego pomagierzy z koalicyjnej Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej.

Ponieważ „prawdziwi” dziennikarze nie pytają o to, bo albo nie wiedzą, albo nie chcą gorszyć publiki tymi koneksjami, z uporem maniaka niżej podpisany będzie przypominał na kogo spada moralna odpowiedzialność za zbrodnie orbanizmu.

Partyjni koledzy Victora Orbana z EPP rządzą w piętnastu krajach UE (na 27). W tym w Polsce. EPP w osobie Jerzego Buzka do niedawna kierowała Parlamentem Europejskim, gdzie zresztą ma większość. Nadal kieruje – w osobie Jose Manuela Barroso – Komisją Europejską. A kolejny towarzysz partyjny Orbana – Herman Van Rompuy – jest Przewodniczącym Rady Europejskiej.

To sumienia tych ludzi obciążą płacz wdów i sierot zawodzących nad brzegami Balatonu i Dunaju. Niech w gardle stanie im węgierskie wino, które miało uświetniać unijne spotkania w czasie pewnej niedawno zakończonej prezydencji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wiarygodni inaczej

17/01/2012

Konferencja prokuratury nie wnosi nic nowego – zawyrokowały „autorytety” i zdziwiły się, że niektóre media sądzą inaczej. A skoro wyrok „nic nie zmienia” nie zabrzmiał unisono trzeba tym głośniej go powtarzać.

Zbiór jednogłośnie brzmiących megafonów jest dość duży, począwszy od pewnej zgorzkniałej staruszki o niezbyt dźwięcznym głosie. Ale na szczególne wyróżnienie zasługuje parka autorów komentarza „Nic nowego o Smoleńsku” w gazecie, której nie jest wszystko jedno. Wydrukowanego na drugiej stronie, tak żeby wszyscy wiedzieli, że to wersja kanoniczna.

Dwójka pracowników owego periodyku zakomunikowała światu: „Ogólnonarodowa dyskusja, czy gen. Błasik był w kabinie pilotów, czy nie, przysłoniła najważniejsze fakty. Komisja ministra Jerzego Millera ponad pół roku temu ustaliła, co było przyczyną katastrofy prezydenckiego TU-154″.

Ta prawda objawiona została podparta twierdzeniami i pytaniami, z których kilka warto tu przypomnieć. Dwie pierwsze przyczyny katastrofy to: „piloci nie użyli wysokościomierza barycznego pokazującego rzeczywistą wysokość lotu; nie reagowali na komendy „Pull up!” systemu TAWS”.

Ważne mają być też pytania. Szczególnie dwa są ciekawe: „dlaczego prezydent spóźnił się na lot w Warszawie, (…) o czym gen. Błasik rozmawiał przed odlotem z kapitanem samolotu Arkadiuszem Protasiukiem (po tej rozmowie to generał, a nie kapitan meldował samolot prezydentowi)”.

To ostatnie pytanie wynikało z doniesień własnych gazety, której nie jest wszystko jedno. Czas temu na pierwszej stronie trąbiła, że generał nakrzyczał na kapitana tuż przed lotem. Dowodem miało być nagranie z kamery przemysłowej. Odpowiedź dała nam komisja Jerzego Millera, która szukała nagrania, czy jakiegokolwiek innego dowodu w tej sprawie. I im bardziej szukała, tym bardziej go nie mogła znaleźć.

Pytanie o spóźnienie prezydenta też jest ciekawe, bo zdaje się, że Lech Kaczyński nie spóźnił w ogóle na lotnisko. Przyjechał – jak zeznał gen. Janicki – punktualnie. Samolot wystartował z opóźnieniem nie z powodu prezydenta. „27 minut opóźnienia nie jest niczym szczególnym. Dla przykładu: tupolew, który 7 kwietnia wiózł do Smoleńska Donalda Tuska, miał 50 minut poślizgu” – napisali autorzy książki o katastrofie smoleńskiej Michał Krzymowski i Mariusz Dzierżanowski.

Te pytania to jednak nic z twierdzeniami o przyczynę katastrofy. Opublikowane w poniedziałek stenogramy pokazują, że piloci jednak użyli wysokościomierza barycznego i prawidłowo odczytali wysokość. Oraz, że zareagowali na komendę „Pull up!”. Media trąbią o tym już od kilku dni i tylko ktoś, kto nie ogląda i nie czyta niczego innego niż tylko gazetę, której nie jest wszystko jedno, może myśleć inaczej.

Według zapisu z czarnej skrzynki komenda „Pull up!” włączyła się o godzinie 8.40:45. O godzinie 8.40:51 kapitan Protasiuk wydał komendę: Odchodzimy na drugie. Tylko tyle i aż tyle. Sześć sekund różnicy.

Osobom zorientowanym w twórczości pracowników gazety, której nie jest wszystko jedno nie ma sensu przypominanie „dorobku” dwójki autorów cytowanego tu elaboratu. Nazwisk też nie ma sensu przypominać, aby nie sprawiać przykrości ludziom, którzy przez nieszczęśliwy traf również je noszą. A nie są odpowiedzialne za pojawienie się powyższego tekstu w obiegu publicznym.

Warto jednak, aby zapoznały się z nim osoby, które planują zajmować się zawodowo manipulacją, propagandą i czarnym PR. Mamy tu bowiem do czynienia z przykładem wyjątkowo nieudolnym. Jeśli więc uczyć się na błędach, to nie na swoich, lecz cudzych. Najlepiej popełnianych przez ludzi, których nie lubimy i nie cenimy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Los Parulskiego zależy od rozgrywek w PO

13/01/2012

Bronisław Komorowski nie rezygnuje z wpływów w armii. Buduje przyczółki, które mogą przydać się w przyszłej batalii. Sprawa gen. Parulskiego to element gry

Zwierzchnik Sił Zbrojnych RP to jedno z niewielu mocnych uprawnień, które konstytucja daje Bronisławowi Komorowskiemu. Prezydent z niego korzysta także wtedy, gdy oznacza to konflikt z macierzystym środowiskiem politycznym.

Na to liczy szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej gen. Krzysztof Parulski w konflikcie ze swym przełożonym, prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem. Gdy we wtorek wychodził ze spotkania u prezydenta, zakomunikował, że uzyskał wsparcie głowy państwa. Sytuacja wydawała się jasna: Komorowski, kiedyś szef MON, broni swojego. Tego, którego półtora roku temu awansował na stopień generalski. – To nadinterpretacja ze strony Parulskiego – mówi „Rz” jeden ze współpracowników prezydenta. Według niego Komorowski, choć wezwał Parulskiego na dywanik, rozmawiał z nim w bardzo kurtuazyjny sposób. Parulski uznał to za wyraz poparcia. – Tyle że z Seremetem też rozmawiał w taki sposób – dodaje nasz rozmówca.

Komorowski nie chce odwołania Parulskiego, ale uznał, że naczelny prokurator wojskowy popełnił poważny błąd, atakując publicznie Seremeta. Stąd w czwartek Parulski wydał oświadczenie, w którym się kajał, przerzucał winę na media. Czy go to uratuje? Wszystko zależy od szerszej kalkulacji. Komorowski nie będzie umierał za odrębność prokuratury wojskowej – czyli tego, o co walczy Parulski. Uznaje jej odrębność za anachronizm. Sprawa Parulskiego to tylko element większej gry.

Komorowski próbuje mieć przynajmniej częściową kontrolę nad dwoma obszarami – obronnością i polityką zagraniczną. W najbliższym czasie obie sprawy się splotą i będą polem przepychanek i ustępstw. Pamiętać przy tym trzeba, że w tym roku kończą się kadencje około 30 ambasadorów – w tym w bardzo ważnych stolicach: m.in. w Waszyngtonie, Berlinie, Londynie, Paryżu. W kilku przypadkach będzie to obszar sporu między głową państwa a rządem. A z szefem MSZ Radosławem Sikorskim prezydent nie ma zbyt ciepłych relacji.

Z ministrem obrony Tomaszem Siemoniakiem prezydent ma stosunki nieporównanie lepsze. Na razie nie zdarzyła się sytuacja konfliktowa. W sprawie Parulskiego jest podobnie, bo Siemoniak nie chciał go odwoływać.

Prezydent woli mieć dobre stosunki z Siemoniakiem, który pochodzi ze stajni Grzegorza Schetyny, czyli naturalnego sojusznika głowy państwa. Obaj starają się unikać starć, jakie zdarzały się za kadencji Bogdana Klicha. Komorowski zezwalał szefowi BBN Stanisławowi Koziejowi ostro krytykować koncepcje Klicha w kwestii polskiej misji w Afganistanie. Zawetował też ustawę powołującą Akademię Lotniczą w Dęblinie.

Jego wpływ na politykę obronną wzrósł, gdy szefem Sejmowej Komisji Obrony został Stefan Niesiołowski, osoba zielona w tej dziedzinie. Faktycznie komisją rządzi Jadwiga Zakrzewska z PO, była wiceszef MON, gdy resortem kierował obecny prezydent. Komorowski nie wykorzystuje na razie dawnej znajomości, nie chcąc drażnić Donalda Tuska sygnałami sugerującymi, że buduje własne imperium wewnątrz PO. Jednak i ten przyczółek może się przydać, gdy dojdzie do konfliktu o rządy nad armią.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop