Archiwum z mar 2010

Spory o granice przeniosą się do sądów

31 mar 2010

Rada Ministrów będzie zmieniała granice administracyjne gmin decyzją, a nie rozporządzeniem. Samorządy będą mogły zaskarżać ją do sądu.

Brakuje skutecznych mechanizmów prawnych zabezpieczających gminy przed pochopnymi zmianami ich granic przez Radę Ministrów – twierdzi Senat. Izba przygotowała więc projekt, który ma to zmienić.

Postanowienie Trybunału

Chodzi o propozycję nowelizacji ustawy o samorządzie gminnym, ustawy o samorządzie powiatowym oraz ustawy o wprowadzeniu zasadniczego trójstopniowego podziału terytorialnego państwa. Projekt jest realizacją postanowienia Trybunału Konstytucyjnego z 12 maja 2009 r.

Rząd decyduje o ustaleniu granic gmin w formie rozporządzenia. Nierzadko czyni to wbrew woli gmin. Tymczasem te niezadowolone nie mogą skutecznie skarżyć decyzji rządu do sądu administracyjnego, bo jest ona wyrażona w formie rozporządzenia. Z tego powodu wiele gmin występowało do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskami o kontrolę konstytucyjności tych rozporządzeń. TK umarzał te postępowania.

Argumentował, że rozporządzenia nie zawierają treści normatywnej, wydawane są na ogół raz w roku i dotyczą zmiany granic kilku lub kilkunastu konkretnych gmin. Nie zawierają więc abstrakcyjnych i generalnych norm prawnych (przepisów), lecz tylko jednorazowe postanowienia. Są zatem aktami stosowania prawa, a nie aktami stanowienia prawa. TK nie zdoła więc ocenić ani zasadności zmiany granic poszczególnych gmin, ani tego, czy dochowano wszystkich wymogów formalnych podczas wydawania tych rozporządzeń. Niemniej jednak TK dostrzega problem, dlatego przygotował postanowienie, w którym zwraca nań uwagę parlamentowi.

Co się zmieni

Senatorowie proponują więc, aby Rada Ministrów ustalała przebieg granic w formie decyzji publikowanej w Monitorze Polskim. Gmina niezadowolona z niej (lub decyzji nieuwzględniającej jej wniosku) będzie miała następnie prawo w ciągu dwóch miesięcy od jej doręczenia wnosić o ponowne rozpatrzenie sprawy. Od tej decyzji gminie będzie przysługiwała ponadto skarga do sądu administracyjnego.

Zanim jednak rząd wyda decyzję w sprawie zmiany granic lub tego odmówi, minister spraw wewnętrznych i administracji będzie musiał zasięgnąć opinii zainteresowanych rad gmin. Te zaś przeprowadzą wcześniej konsultacje z mieszkańcami, a w razie zmiany granic gmin naruszających granice powiatów i województw dodatkowo zasięgną opinii odpowiednich rad powiatów lub sejmików województw.

Za i przeciw

Propozycje senackie podobają się Wiesławowi Bielawskiemu, wiceprezydentowi Gdańska. Raz na zawsze skończyłby się spór, czy możemy skarżyć zmianę granic do sądu administracyjnego. – Jesteśmy – dodaje – chyba pierwszą gminą, która spór o zmianę granic rozstrzygnęła polubownie. Chodzi o halę sportową stojącą między Gdańskiem i Sopotem.

Większość gmin walczy jednak ze sobą. Tak jest np. w wypadku Zabrza i Bytomia. – Granice miast są nieostre i okazało się niedawno, że między nimi znajduje się składowisko odpadów niebezpiecznych – opowiada Krzysztof Lewandowski, wiceprezydent Zabrza. – Czekamy obecnie na rozporządzenie Rady Ministrów.

Jemu jednak zmiana się nie podoba. Sprawy sądowe przedłużą ustalenie granic o wiele lat. Potrzebna jest decyzja arbitralna, bo inaczej spory można ciągnąć w nieskończoność.

Opinia

Andrzej Porawski, dyrektor biura Związku Miast Polskich

Sporów dotyczących zmian granic jest bardzo dużo. Wszyscy pamiętamy walkę o poszerzenie granic Ełku, ale wiele tych sporów toczy się poza mediami, dlatego wiedzą o nich tylko społeczności lokalne. Często gminy nie zgadzają się z decyzją rządu i z treścią rozporządzenia. Uważają, że rząd postępuje zbyt arbitralnie i kieruje się bardziej przesłankami politycznymi aniżeli merytorycznymi. Bywa bowiem, że w dwóch identycznych sytuacjach rozstrzyga różnie. Gdyby propozycja senacka stała się prawem obowiązującym, skończyłaby się raz na zawsze ta uznaniowość. Gminy miałyby bowiem szansę na równą walkę w sądzie, gdzie mogłyby przedstawić swoje racje.

Renata Krupa-Dąbrowska

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Będzie surowsza kara za śmierć policjanta

31 mar 2010

Dożywocie albo 25 lat pozbawienia wolności ma grozić zabójcy interweniującego funkcjonariusza publicznego – uznał rząd w przygotowywanym projekcie.

Policjanci będący obiektem bezprawnych zamachów z powodu wykonywanego zawodu lub zajmowanego stanowiska muszą być szczególnie chronieni uznał rząd i chce zaostrzyć kary za ataki na nich. Czas nie jest przypadkowy. Niedawna czarna seria tragicznych zdarzeń z udziałem funkcjonariuszy publicznych (policjanci, komornicy) sprawiła, że kary za zamach na ich życie będą wyższe. Rada Ministrów przyjęła dzisiaj poprawki nie tylko do kodeksu karnego, ale i ustawy policyjnej.

W pierwszym z projektów przesądza, że za zabójstwo funkcjonariusza publicznego mają grozić tylko dwie kary: dożywocie lub 25 lat więzienia. Czynna napaść na funkcjonariusza uznana będzie za zbrodnię, a to oznacza karę nie krótszą niż trzy lata pozbawienia wolności.

Górna granica to lat 15. Sama czynna napaść bez poważniejszych dla zdrowia skutków pozostanie zagrożona karą do dziesięciu lat więzienia.

Zgodnie z projektem osobom podejmującym tzw. obronę konieczną interwencyjną zostanie przyznana taka sama ochrona, jaka jest przewidziana w kodeksie karnym dla funkcjonariuszy publicznych. Rząd wyszedł z założenia, że skoro osoby takie działają na rzecz bezpieczeństwa i porządku publicznego, to atak na nie powinien być traktowany jak atak na policjanta, prokuratora czy sędziego.

Za naruszenie nietykalności osoby podejmującej obronę konieczną interwencyjną ma grozić grzywna, kara ograniczenia wolności lub więzienia do lat trzech. Do tej pory za takie zachowanie sprawcy groziło maksymalnie do roku pozbawienia wolności.

W drugiej z nowel (powiązanej z kodeksem karnym) rząd proponuje dopisać, iż policjant podczas lub w związku z pełnieniem obowiązków służbowych korzysta z ochrony przewidzianej w k.k. dla funkcjonariuszy publicznych. Z identycznej ochrony korzysta również policjant, który wprawdzie na służbie nie jest, ale interweniuje w sprawie zagrożenia życia, przywrócenia bezpieczeństwa porządku publicznego oraz ujęcia sprawcy na gorącym uczynku.

Agata Łukaszewicz

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Areszt poza więzieniem nie zawsze lepszy

31 mar 2010

Ministerstwo chce rozszerzyć stosowanie tzw. obroży. Mogłyby zastępować tymczasowe aresztowanie. To zbyt kosztowne – twierdzi Rada Legislacyjna

lektroniczne obroże, które pozwalają wykonywać karę więzienia w domu, mają być szerzej wykorzystywane. Nie będą jednak zastępować kary, ale stanowić środek zapobiegawczy. Mają być stosowane zamiast tymczasowego aresztowania, a także wzmocnić różne formy policyjnego dozoru.

Nie za kratkami

Areszt domowy ma być czymś pośrednim między aresztowaniem a policyjnym dozorem. Przebywając w domu (na wyznaczonym przez sąd obszarze), oskarżony nie będzie zatrzymany w areszcie, co m.in. odciąży zakłady karne, zmniejszy przeludnienie w nich.

Obroże stałyby się też elementem policyjnego dozoru oraz tzw. dozoru warunkowego (gdy oskarżony musi opuścić mieszkanie zajmowane wraz z pokrzywdzonym). Miałyby urealniać zakaz opuszczania kraju, a także posłużyć do monitorowania skazanych za ciężkie przestępstwa seksualne.

Rada krytykuje

– Poczekajmy, niech się sprawdzi wprowadzony niedawno system dozoru elektronicznego dla skazanych. Wtedy można zacząć rozszerzanie tych technik na nowe pola – powiedział „Rz” prof. Bogusław Banaszak, przewodniczący Rady Legislacyjnej.

Ten działał słabo. Do 17 marca br. w obrożach odbywało karę tylko 54 skazanych, a 22 ją zakończyło.

Zdaniem RL już nazwa „areszt domowy” błędnie sugeruje, że chodzi o kary, tak więc poprawniejsze byłoby określenie „tymczasowe aresztowanie domowe” czy „domowe aresztowanie”.

Krytyka idzie dalej. Areszt domowy nie zawsze chroni przed ucieczką podejrzanego, nie mówiąc o możliwości mataczenia. Monitoring satelitarny nie zapobiegnie wyjazdom, równie skuteczne byłoby zamontowanie na przejściach granicznych bramek wykrywających obroże. Śledzenie przestępców seksualnych może być przydatne do eliminacji potencjalnych sprawców, ale nie wyklucza popełnienia przestępstwa przez monitorowanego. Wielka Brytania po półrocznym pilotażu w Manchesterze w 2006 r. wycofała się z takiego rozwiązania.

Rada wytyka, że projektu nie poprzedzono analizą statystyczną tymczasowo aresztowanych ani badaniem, czy sędziowie będą w ogóle skłonni stosować nowy środek o niesprawdzonej skuteczności. Dlatego pieniądze powinny być spożytkowane na obecną kontrolę elektroniczną. Nie można jej poszerzać, skoro państwo już teraz z nią sobie nie radzi. „Należy się skoncentrować na aresztowaniu domowym jako alternatywie tymczasowego aresztowania, a pozostałe środki odłożyć na później” – to konkluzja RL.

– Poszukiwanie skutecznego zamiennika dla więzień należy pochwalić, tak samo jak wzmocnienie dozoru – mówi prof. Brunon Hołyst, kryminolog. – Sugerowałbym jednak przetestowanie nowych rozwiązań, np. na obszarze któregoś sądu.

– Od początku chodzi wyłącznie o kwestię przeludnienia więzień – uważa prof. Marian Filar, karnista. – Jeśli więc założenia reformy są nieprawdziwe, to nie ma ona szans powodzenia.

– Przygotowujemy odpowiedź na opinię rady – powiedziała „Rz” Joanna Dębek z MS. – Projekt jest na etapie konsultacji międzyresortowych i społecznych. Za wcześnie na ostateczną konkluzję.

Jakie warunki muszą być spełnione

– oskarżony musi mieć określone miejsce stałego zamieszkania

– warunki mieszkaniowe mają umożliwiać funkcjonowanie aparatury monitorującej

– jeżeli mieszka z inną osobą pełnoletnią, wymagana jest jej zgoda na monitoring

– oskarżony nie może opuszczać wyznaczonego przez sąd obszaru przebywania

– projekt tego wyraźnie nie mówi, ale raczej może pracować (np. samozatrudnienie)

– łączny okres aresztu domowego nie może przekroczyć dwóch lat

– okres aresztu domowego zalicza się na poczet orzeczonej kary

– oskarżony musi oczywiście nosić elektroniczną obrożę

Marek Domagalski

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nietykalni sędziowie PRL

31 mar 2010

Wnioski prokuratorów IPN o uchylenie sędziowskich immunitetów są seryjnie odrzucane.

Sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego, który w stanie wojennym uczestniczył w wydaniu wyroku za rozrzucanie ulotek (cztery lata więzienia), nie odpowie przed sądem. Sąd dyscyplinarny nie zezwolił wczoraj na pociągnięcie go do odpowiedzialności.

– Prokurator Instytutu Pamięci Narodowej, który wystąpił o uznanie wyroku z 1982 r. za zbrodnię komunistyczną, nie zdołał wykazać, że mogło dojść do przestępstwa. Sędzia nie musiał mieć świadomości, że wyrok jest komunistyczną represją – stwierdził sąd.

Z czterech orzeczonych lat za kontynuowanie działalności związkowej Stefan B. odsiedział osiem miesięcy. Po rewizji nadzwyczajnej został uniewinniony przez Sąd Najwyższy.

To jednak nie przekonało sądu dyscyplinarnego. Prokuratorzy IPN nie kryją rozgoryczenia. Kolejny raz natrafiają na sędziowski mur.

– Nie jestem tym zaskoczony i nie spodziewam się, by to się miało zmienić – ocenia politolog i historyk Antoni Dudek, doradca prezesa IPN.

– Na kilkadziesiąt wniosków o zezwolenie na postawienie przed sądem sędziów i prokuratorów orzekających w stanie wojennym tylko raz udało się uzyskać pozbawienie immunitetu – mówi prokurator Tomasz Kamiński z Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. – Chodziło m.in. o siedmiu prokuratorów i siedmiu sędziów z województwa katowickiego oraz 12 sędziów i prokuratorów z okręgu Bielsko-Biała.

Zgodnie z konstytucją sędzia nie może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej bez uprzedniej zgody sądu dyscyplinarnego.

– Immunitet jest niezbędny, bo w polskich realiach sędzia musi mieć ustawową gwarancję, że będzie wolny od nacisków – tłumaczy sędzia Maciej Strączyński, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia.

Immunitet bywa jednak nadużywany i jest sformułowany zbyt szeroko. O jego ograniczenie występowali m.in. były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i rzecznik praw obywatelskich dr Janusz Kochanowski.

– O pozbawieniu czy utrzymaniu immunitetu nie powinien też decydować sąd, w którym orzeka dany sędzia – uważa prof. Piotr Kruszyński. – Dzisiejsze rozwiązania mogą budzić wiele zastrzeżeń.

Danuta Frey

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sędzia z loginem, hasłem i po autoryzacji

30 mar 2010

Polskie sądy muszą pilnować bezpieczeństwa przy dostępie do baz danych o przestępczości międzynarodowej.

Chodzi o System Informacyjny Schengen (SIS) i System Informacji Wizowej (VIS), a właściwie możliwość korzystania z ich baz danych. O tym, jak z nich korzystać, zdecydował minister sprawiedliwości, nowelizując regulamin funkcjonowania sądów powszechnych. Nowe przepisy jutro wchodzą w życie (DzU nr 40, poz. 232).

A wszystko to za sprawą przystąpienia przez Polskę do strefy Schengen (wrzesień 2007 r.).

Informacje z obu baz mają służyć zwalczaniu przestępczości międzynarodowej. Teraz uzupełniono tryb procedowania, gdy miejsce pobytu osoby objętej europejskim nakazem aresztowania nie jest znane, a istnieje podejrzenie, że przebywa na terenie państwa uczestniczącego w SIS. Jak pokazała praktyka, szybkie dokonanie wpisu zwiększa szansę na zatrzymanie osoby ściganej i realizację ENA.

Często bowiem adres, który miał sąd, okazywał się nieaktualny albo sprawca uciekał. Teraz się to zmieni. Państwo poszukujące wyśle w formie zapisu elektronicznego odpis nakazu bezpośrednio na adres poczty elektronicznej Biura SIRENE (obsługuje SIS), skąd szybko trafi do SIS. W takim wypadku niepotrzebne już będzie uruchamianie poszukiwań międzynarodowych. Ruszą one dopiero wówczas, gdy adres poszukiwanego nie będzie sądowi czy prokuraturze znany.

O bezpieczny dostęp do bazy danych SIS muszą zadbać prezesi sądów. Ci z okręgu powinni wyznaczyć przynajmniej jednego (najlepiej jednak kilku) odpowiedzialnego za całodobowe kontakty z Biurem SIRENE, który na dyżurach musi mieć włączony telefon komórkowy oraz pocztę elektroniczną. Wszystko po to, by możliwa była jak najszybsza wymiana informacji pomiędzy sądami. Wymiana informacji i ich uzupełnianie muszą się odbywać bardzo ostrożnie.

Dostęp do danych SIS będą miały wyłącznie uprawnione osoby.

To znaczy takie, które otrzymały na wniosek prezesa sądu od ministra sprawiedliwości indywidualny login i hasło niezbędne do ich uwierzytelnienia w systemie.

Aby cała procedura miała sens, informacje zawarte w bazach muszą być stale aktualizowane. Kto za to odpowie? Sędzia referent sprawy. To jego obowiązkiem będzie wyrzucanie danych nieaktualnych i dopisywanie najnowszych. Raz na trzy miesiące będzie musiał skontrolować akta spraw, w których zostały dokonane wpisy.

Agata Łukaszewicz

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Najwyższa pora na podatek dochodowy w rolnictwie

30 mar 2010

Dyskusję nad wprowadzeniem podatku w rolnictwie nie tylko warto, ale wręcz należy rozpocząć. Mamy co najmniej dziesięć lat opóźnienia – dowodzą specjaliści z Instytutu Studiów Podatkowych

Na przekór niemocy może jednak warto – pro memoria et futuro – zacząć myśleć konstruktywnie o operacji wprowadzenia podatku dochodowego w rolnictwie. Naszym zdaniem powinniśmy to zrobić, gdyż naprawa tonącego już systemu podatkowego bez tego elementu jest już niemożliwa.

Powodzenie operacji wprowadzenia podatku dochodowego od producentów rolnych w dużym stopniu zależeć będzie od poprawności przyjętych założeń. Sądzimy, że są co najmniej trzy:

- nie można wprowadzić jednej koncepcji opodatkowania adresowanej jednolicie do wszystkich producentów rolnych,

- bezpośredni skutek fiskalny w postaci istotnego wzrostu wpływów budżetowych może być osiągnięty dopiero w drugim lub nawet trzecim roku wdrażania tej operacji,

- podatek dochodowy od tych podmiotów powinien stanowić dochód gmin.

Niejednorodna grupa

Pierwsze założenie jest oczywiste: potencjalni podatnicy podatku dochodowego od działalności rolniczej nie są jednorodną grupą. Są wśród nich zarówno pełną gębą przedsiębiorcy, jak i osoby, które prowadzą gospodarstwa rolne głównie na własne potrzeby konsumpcyjne. Tych ostatnich trzeba na razie zostawić z boku tej operacji; jedynym możliwym sposobem opodatkowania tej grupy jest obecny podatek rolny – i niech tak zostanie. Ci natomiast, którzy sprzedają istotną część swoich produktów (lub usług) rolnych osobom trzecim, powinni być opodatkowani według trzech odrębnych modeli.

Kluczem do tego podziału jest funkcjonujący od dziesięciu lat sposób opodatkowania rolników podatkiem od towarów i usług. Tam też są trzy grupy rolników: „rachunkowych”, „ryczałtowych” i „zrezygnowanych”.

Pierwsza i trzecia rozlicza VAT jak każdy inny przedsiębiorca, przy czym rolnik „rachunkowy” musi to robić dlatego, że prowadzi księgi rachunkowe, a „zrezygnowany” – dobrowolnie, bo zrezygnował (stąd nazwa) ze zwolnienia jako rolnik ryczałtowy. Podmioty te biorą i wystawiają faktury VAT oraz płacą i uzyskują zwroty tego podatku.

Rolnicy „rachunkowi” będą rozliczać podatek dochodowy na podstawie ksiąg rachunkowych, natomiast „zrezygnowani” – za pomocą zmodyfikowanej księgi przychodów i rozchodów. Tu oczywiście ustalenie dochodu do celów podatkowych nie jest trudne, choć ustawodawca musi zrozumieć, że podstawa opodatkowania w tym podatku od działalności rolnej różni się, i to znacznie, od dochodu osiąganego w handlu, a nawet w przemyśle; istnieje jednak, o tym jeszcze niezapomniana wiedza – warto do niej sięgnąć. Oczywiście podmioty te będą, mogły wykazywać stratę, bo przychody mogą być i często będą niższe od kosztu, ale taka jest przecież uroda tego podatku.

Gorzej z rolnikami ryczałtowymi, którzy nie mają jakiejkolwiek ewidencji dla potrzeb VAT; od nabywców otrzymują tylko tzw. faktury VAT-RR, czyli nie prowadzą dla tych potrzeb nawet rejestru sprzedaży – choć można go stworzyć na podstawie tych faktur. Tu musi się pojawić uproszczona forma opodatkowania w postaci procentowego ryczałtu od sprzedaży dokumentowanej fakturami VAT-RR oraz ryczałtu kwotowego na podstawie deklarowanej lub oszacowanej sprzedaży na rzecz konsumentów i innych rolników.

Sedno problemu

I tu dochodzimy do drugiego z najważniejszych założeń tej operacji: stawki tego ryczałtu oraz stawki podatku od dochodów grup „rachunkowych” i „zrezygnowanych”. Muszą być one skalkulowane na relatywnie niskim poziomie, przy czym mogą być nawet zróżnicowane w zależności od rodzaju działalności; np. inna stawka może obowiązywać od usług rolniczych świadczonych na rzecz rolników. Wysokość tych stawek będzie wypadkową naszej umiejętności oszacowania zdolności podatkowej tej grupy podmiotów oraz… wiarygodności intencji klasy politycznej, szerzej – naszego kraju wobec obywateli.

Lecz nie to jest najważniejsze: warunkiem powodzenia tej operacji jest wprowadzenie prawa do odliczenia od należnego podatku dochodowego w każdej z tych trzech grup dwóch wydatków podatnika: z tytułu podatku rolnego i składek na ich ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Inaczej mówiąc: jeśli należny podatek dochodowy byłby równy lub niższy od sumy tych wydatków, występowałoby bezpośrednie obciążenie z tego tytułu.

Zada ktoś pytanie: czy warto przeprowadzać tę operację, żeby nie otrzymać prawdopodobnie nic (albo prawie nic) z wpływów podatkowych? I tu dotykamy sedna problemu: bezpośrednio operacja ta przyniesie w sumie niewiele pieniędzy. Pośrednio – dużo, ponieważ podatek dochodowy, zwłaszcza od grup pierwszej i drugiej, zrodzi „popyt” na udokumentowanie fakturami zakupu towarów i usług.

Dziś większość obrotów z tego tytułu jest poza jakąkolwiek ewidencją, czyli również poza opodatkowaniem zarówno VAT, jak i podatkiem dochodowym. To od dostawców i usługobiorców na rzecz rolników, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, tracimy dziś i będziemy tracić bezpośrednie istotne wpływy budżetowe. To jest właśnie najważniejszą misją tej operacji. Różnie szacuje się skalę nieopodatkowanej (VAT oraz podatkiem dochodowym) sprzedaży na rzecz producentów rolnych. Najostrożniejsze szacunki utraconych wpływów zamykają się kwotą co najmniej 7 mld zł rocznie, a sądzimy, że jest to znacznie więcej. Nie jest to nawet sensu stricte szara strefa, lecz skutek luki w systemie podatkowym.

Jako dochód gmin

I trzecie założenie: dochody budżetowe z opodatkowania dochodów z produkcji rolnej powinny być dochodem gmin. Ten wydawałoby się zaskakujący postulat jest również kluczem do powodzenia tej operacji. Fakt ponoszenia tego podatku na rzecz odległej warszawki będzie zawsze rodzić oczywisty sprzeciw, uzasadniany głównie negatywnym wizerunkiem polityki i polityków w naszym kraju. Natomiast wpłata do budżetu swojej gminy nadaje sens tej operacji. Można nawet w związku z tym zmniejszyć obecne udziały w tym podatku samorządu terytorialnego, tak aby dla budżetu państwa wyszło to na zero. W rzeczywistości będzie on jednak na plusie. I to znacznym, choć na efekty fiskalne trzeba umieć poczekać.

Jerzy Bielawny
Witold Modzelewski

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ile zapłaci Prokuratoria

30 mar 2010

Radca w Prokuratorii zarobi nie więcej niż 11 tys. złotych

Resort pracy przygotował projekt rozporządzenia w sprawie wynagrodzenia zasadniczego, stawek dodatku funkcyjnego oraz dodatku za wieloletnią pracę radców i starszych radców Prokuratorii Generalnej.

Zachowano kwotę najniższego wynagrodzenia ustalonego dla radców i starszych radców PG. Wynosić będzie nadal odpowiednio 4660 i 5500 zł. Wzrosną maksymalne stawki ich uposażenia. Radca będzie mógł zarobić do 11 020 zł, a starszy radca do 12 940 zł. Określone w projekcie kwoty maksymalnego wynagrodzenia ustalono zgodnie z zasadą ujętą w art. 43 ustawy o Prokuratorii. Mówi on, że wynagrodzenie zasadnicze radców i starszych radców nie może przekraczać 130 proc. wynagrodzenia zasadniczego w najwyższej stawce odpowiednio: sędziego sądu okręgowego i sędziego sądu apelacyjnego.

Rozporządzenie ustala też górną wysokość dodatku funkcyjnego. Nie będzie mógł on przekraczać kwoty dodatku przewidzianego dla prezesa odpowiedniego sądu.

Tomasz Zalewski

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mamy prawo znać sędziów nie tylko z nazwiska

29 mar 2010

Władza sędziów jest ogromna. Co obywatele mogą o nich wiedzieć? Czy sądy powinny publikować dane biograficzne i kontaktowe?

Nie ma jednak chyba odwrotu od publikowania list sędziów orzekających w poszczególnych sądach, chociaż czynią to wciąż tylko niektóre. Z drugiej strony nie ma generalnie zgody na podawanie ich numerów telefonów.

Pośrodku są dane biograficzne, które bez ryzyka można by publikować. Jak ktoś bardzo chce, to takie dane może całkiem legalnie zgromadzić, ot choćby przed drzwiami sali rozpraw. Adwokaci zresztą z tej metody chętnie korzystają.

Sędziowie w Internecie

Mimo to tylko niektóre polskie sądy publikują listy swoich sędziów. Większość ogranicza się do podania nazwisk prezesów, przewodniczących wydziałów i telefonów. To wnioski z raportu „E-sądy po polsku”, przygotowanego przez Fundację FOR, Fundację Helsińską, firmę K2 Internet oraz redakcję „Rzeczpospolitej” (szerzej w artykule „Są e-wokandy, ale nie wiadomo, kto sądzi”).

Informacje biograficzne o sędziach należą do zupełnej rzadkości, podają je wyjątkowo niektórzy prezesi, a o szeregowych sędziach bodaj tylko Trybunał Konstytucyjny.

Pełne listy publikują np. rzeszowski Sąd Okręgowy i podległe mu sądy rejonowe: z podziałem na poszczególne wydziały, ale też z informacjami o delegowaniu sędziego do innego sądu czy do Ministerstwa Sprawiedliwości. Czy jakiegoś sędziego spotkała z tego powodu jakaś przykrość?

– Nie mam żadnych takich sygnałów – odpowiada sędzia Marzena Ossolińska-Plęs, rzecznik rzeszowskiego SO.

Jednocześnie SO Warszawa-Praga publikuje tylko nazwiska sędziów funkcyjnych, kierowników sekretariatów (plus telefony).

Komu, ile informacji

Zdaniem Jarosława Bełdowskiego, prezesa Fundacji FOR, tendencją światową jest podawanie informacji o sędziach, a minimum, którego obywatel polski ma prawo oczekiwać, to pełna ich lista wraz z zajmowanymi stanowiskami i przynajmniej krótkie noty biograficzne.

Podobnie uważa mecenas Łukasz Rędziniak, do niedawna wiceminister sprawiedliwości.

– Strona internetowa sądu powinna być przede wszystkim użyteczna, a więc zawierać e-wokanady, nazwiska oraz kontakt z sędziami funkcyjnymi. Nazwiska pozostałych sędziów to rzecz drugorzędna, choć nie mam nic przeciwko podawaniu nawet elementów życiorysu.

– Sędziowie polscy tradycyjnie nie eksponują przy wydawaniu orzeczeń swojej osoby, ale sąd jako instytucję – mówi mec. Jerzy Naumann, prezes Wyższego Sądu Adwokatury. – Musiałoby dojść do zmiany modelu orzekania, by stało się wzorem krajów anglosaskich orzekaniem konkretnych sędziów. Mogłoby się to przyczynić do większego ich zaangażowania i podniesienia poziomu wyroków.

– Notki biograficzne? Czemu właściwie miałyby służyć? – pyta Roland Myca, adwokat z Dortmundu. – Niemieckie sądy nie wywieszają nawet list wszystkich funkcyjnych. Jeśli można przypuszczać, że jakiś sędzia nie będzie bezstronny, to adwokat występuje o jego wyłączenie.

– Dla mnie sędzia nie ma imienia i nazwiska, ale jest sądem. Mnie takie informacje nie są potrzebne – mówi adwokat Marek Gromelski. – Zdaję sobie jednak sprawę, że są adwokaci, którzy zbierają takie informacje, aby wiedzieć, na co mogą sobie pozwolić przed określonym sędzią.

Komentuje Teresa Romer, sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku:

Wydaje się, że prawem obywateli jest dostęp do informacji, jakich mają sędziów, a więc kto pełni tę funkcję, oraz do podstawowych informacji biograficznych, o przebiegu ich kariery zawodowej. Nie dopuszczam natomiast bezpośredniego kontaktu sędziego ze stronami prowadzonej przez niego sprawy. Sędzia ma bowiem orzekać na podstawie tego, czego się dowiaduje z akt i na rozprawie. Tymczasem w nieoficjalnej rozmowie mogą być przemycone treści, nawet bez świadomości sędziego, które mogą mieć wpływ na orzeczenie. Dlatego jeśli już jakaś wymiana informacji jest niezbędna, powinna się odbywać za pośrednictwem sekretariatu.

Marek Domagalski

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Spór na szczytach władzy sądowniczej

26 mar 2010

Trybunał Konstytucyjny przypisuje sobie prawo do ustalania powszechnej wykładni ustaw, którego został pozbawiony z dniem wejścia w życie konstytucji – twierdzi sędzia Izby Cywilnej Sądu Najwyższego

Zgodnie z art. 10 ust. 1 konstytucji ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na zasadzie podziału i równoważenia władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, przy czym – stosownie do ust. 2 tego przepisu – każda z władz ma strukturę dualistyczną, zbudowaną z dwóch segmentów, a więc odpowiednio: Sejm – Senat; prezydent – rząd, sądy – trybunały. Ta dwoistość sprzyja powstawaniu tarć i sporów kompetencyjnych wewnątrz każdej z władz. Najbardziej spektakularne konflikty pojawiają się w ramach władzy wykonawczej na linii rząd – prezydent, rzadziej mówi się o nieporozumieniach między Sejmem a Senatem, najrzadziej zaś o sporach kompetencyjnych w łonie władzy sądowniczej, powstających zwłaszcza między Trybunałem Konstytucyjnym (TK) a Sądem Najwyższym (SN). Spośród tych ostatnich najpoważniejszy dotyczy dopuszczalności wydawania przez TK tzw. orzeczeń interpretacyjnych oraz ich prawnych konsekwencji dla orzecznictwa sądowego.

Orzeczenia interpretacyjne

Przez orzeczenie interpretacyjne rozumie się na ogół takie, w którego sentencji TK rozstrzyga nie tylko o konstytucyjności badanego przepisu, ale zamieszcza także określoną jego wykładnię. Najczęściej czyni to przez użycie sformułowań typu: „przepis x rozumiany w ten sposób”, bądź „rozumiany jako” – jest zgodny z konstytucją (orzeczenie interpretacyjne pozytywne, określane też mianem afirmatywnego), lub – jest niezgodny z konstytucją (orzeczenie interpretacyjne negatywne).

Spór w doktrynie i orzecznictwie dotyczy w szczególności tego, czy sądy są związane wykładnią prawa zawartą w sentencji takiego wyroku TK – to po pierwsze, i po drugie, czy negatywne orzeczenie interpretacyjne stanowi podstawę żądania wznowienia postępowania sądowego stosownie do art. 401[1] kodeksu postępowania cywilnego.

Nie ulega wątpliwości, że art. 188 konstytucji, który określa kompetencje TK, nie przewiduje wprost uprawnienia do wydawania tego typu orzeczeń, gdyż w przepisie tym ograniczono się do wskazania, że TK może orzekać o zgodności lub niezgodności kontrolowanego przepisu odpowiednio z: konstytucją, ratyfikowaną umową międzynarodową albo ustawą. Zwolennicy orzeczeń interpretacyjnych wyprowadzają dopuszczalność ich wydawania z podstawowej funkcji TK, jaką jest kontrola konstytucyjności przepisów prawa. Ich zdaniem przedmiotem badania konstytucyjności nie musi być zawsze akt normatywny rozumiany dosłownie – w sensie jego jednostki redakcyjnej lub jej części – lecz może nim być także określona treść normatywna zakodowana w przepisie, w postaci normy prawnej wyprowadzonej z niego w drodze przyjętych reguł wykładni. Aby jednak dokonać oceny konstytucyjności takiej normy, TK musi ustalić najpierw jej treść w sentencji wyroku i dopiero przesądzić o tym, czy jest ona zgodna z konstytucją, czy też nie. Wyinterpretowana w ten sposób norma prawna zgodna z konstytucją pozostaje w mocy, norma niezgodna zaś podlega uchyleniu i nie może być stosowana, mimo że formalnie TK nie deroguje żadnej jednostki redakcyjnej badanego przepisu. Tą drogą osiąga się zatem stan konstytucyjności, przy jednoczesnym uratowaniu przepisu bez jego uchylania łączącego się zazwyczaj z koniecznością wszczynania żmudnego procesu legislacyjnego, co jest dodatkowym, pragmatycznym argumentem podnoszonym za dopuszczalnością ferowania negatywnych orzeczeń interpretacyjnych.

Konsekwentnie uznaje się przy tym, że ustalona w sentencji orzeczenia TK wykładnia jest wiążąca, wywodząc ten pogląd z treści art. 190 ust. 1 konstytucji, zgodnie z którym orzeczenia TK mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne. Skoro bowiem przepis ten nie różnicuje wyroków pod względem ich treści, należy uznać, że ma także zastosowanie do orzeczeń interpretacyjnych. Tym samym przyjęta w obu postaciach orzeczeń interpretacyjnych TK wykładnia jest wiążąca, orzeczenie negatywne zaś stanowi przesłankę wznowienia postępowania w sprawach, w których zastosowano odmienną od ustalonej w sentencji wyroku TK interpretację przepisu, który stanowił podstawę rozstrzygnięcia sądowego.

Uchwała mająca moc zasady prawnej

W większości swych rozstrzygnięć SN nie podzielał tego stanowiska prawnego (np. postanowienia: z 6 maja 2003 r., I CO 7/03, z 21 sierpnia 2003, III CO 9/03 czy z 5 marca 2009 r., III UO 9/08), jednakże – zwłaszcza w ostatnim okresie – pojawiły się w jego orzecznictwie także judykaty aprobujące pogląd o formalnym związaniu sądów wyrokami interpretacyjnymi, a co za tym idzie potwierdzające, że negatywne orzeczenie interpretacyjne TK stanowi podstawę wznowienia postępowania sądowego (przykładowo uchwała z 9 czerwca 2009 r., II PZP 6/09). Wobec tej rozbieżności rzecznik praw obywatelskich złożył wniosek o podjęcie uchwały w składzie powiększonym, która powinna się przyczynić do ujednolicenia orzecznictwa w tej istotnej ustrojowo kwestii.

„Pozostaje mieć nadzieję, że Trybunał zaprzestanie wydawania negatywnych orzeczeń interpretacyjnych”

SN 17 grudnia 2009 r. podjął uchwałę w składzie siedmiu sędziów (III PZP 2/09) o następującej treści:

„Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego stwierdzające w sentencji niezgodność z konstytucją określonej wykładni aktu normatywnego, które nie powoduje utraty mocy obowiązującej przepisu, nie stanowi podstawy do wznowienia postępowania przewidzianej w art. 401[1] k.p.c.”.

Uchwale tej SN nadał moc zasady prawnej.

Zasadnicze argumenty

Z obszernego uzasadnienia uchwały można tu przytoczyć tylko kilka argumentów o charakterze zasadniczym. Punktem wyjścia rozumowania SN jest stwierdzenie o zamkniętym katalogu uprawnień orzeczniczych TK przewidzianych w art. 188 konstytucji. Skoro w przepisie tym jest mowa jedynie o uprawnieniu do orzekania o zgodności badanego przepisu z konstytucją, umową międzynarodową bądź z ustawą, to nie można w drodze wykładni funkcjonalnej rozciągać kompetencji TK na możliwość wydawania orzeczeń interpretacyjnych. Tym sposobem bowiem TK niejako bocznym wejściem przypisuje sobie prawo do ustalania powszechnej wykładni ustaw, którego został pozbawiony z dniem wejścia w życie konstytucji.

Praktyka wydawania takich orzeczeń narusza przy tym konstytucyjne uprawnienia drugiego segmentu władzy sądowniczej sprawującego wymiar sprawiedliwości, tj. sądów powszechnych, administracyjnych, wojskowych oraz SN. Skoro bowiem zgodnie z art. 178 ust. 1 konstytucji sędziowie w sprawowaniu urzędu są niezawiśli i podlegają tylko konstytucji i ustawom, to niedopuszczalne jest ograniczanie ich niezawisłości przez związanie wykładnią prawa zawartą w orzeczeniach innych organów, poza orzeczeniami sądów wyższej instancji bądź – w przypadku sędziów SN – w orzeczeniach kolejnych składów powiększonych SN. Ustalanie właściwej wykładni prawa sądowego należy do sądów, a czuwanie nad zapewnieniem jej jednolitości jest wyłącznym uprawnieniem SN. Nie ma uzasadnionych podstaw prawnych do tego, aby TK przejmował rodzaj kontroli nad poprawnością tej wykładni w drodze ferowania wyroków interpretacyjnych. Negatywne orzeczenia interpretacyjne mają zresztą często cechy orzeczeń prawotwórczych, wyręczających ustawodawcę, co jest niedopuszczalne z racji ustrojowych. Nie może przemawiać za ich wydawaniem argument, że stosuje się je w praktyce orzeczniczej trybunałów innych państw, gdyż rozstrzygający w tej mierze jest stan prawny obowiązujący u nas. Zdaniem SN orzeczenia interpretacyjne stanowią w istocie przeniesienie fragmentu uzasadnienia do sentencji rozstrzygnięcia, w naszym systemie prawnym zaś wiążące jest tylko rozstrzygnięcie, a nie jego motywy. Ze względu na autorytet TK sędziowie powinni, rzecz jasna, uwzględniać argumentację zawarta w sentencji takich orzeczeń, co nie oznacza jednak, że są nią bezwzględnie związani.

Wobec takiej istoty orzeczeń interpretacyjnych orzeczenia negatywne nie mogą stanowić podstawy wznowienia postępowania sądowego stosownie do art. 401[1] k.p.c., tym bardziej że zgodnie z art. 190 ust. 4 konstytucji podstawą takiego wznowienia może być tylko orzeczenie TK stwierdzające niezgodność badanego aktu prawnego z aktem wyższego rzędu, a więc derogujące ten akt. Przepis ten jako wyjątkowy trzeba rozumieć ściśle, niedopuszczalne jest więc rozciąganie jego wykładni na negatywne orzeczenia interpretacyjne, które nie uchylają badanego aktu prawnego.

Co dalej

Uchwała SN rodzi pytanie, co dalej z wyrokami interpretacyjnymi TK. Rzecz jasna Trybunałowi jako autonomicznemu organowi władzy sądowniczej nikt nie może zakazać ferowania takich orzeczeń. Pozostaje mieć nadzieję, że w drodze samoograniczenia zaprzestanie ich wydawania, zwłaszcza najbardziej kontrowersyjnej ich postaci, tj. negatywnych orzeczeń interpretacyjnych.

Prowadzenie dalej sporu w tej materii przez najwyższe organy władzy sądowniczej godziłoby w ich autorytet, a pośrednio naruszałoby także autorytet samego prawa, którego są głównymi strażnikami.

Antoni Górski

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zamiast wyciszać drogi, lepiej zmienić przepisy

25 mar 2010

Marszałkowie województw uważają, że budowa ekranów akustycznych wzdłuż dróg często jest niewykonalna, dlatego proponują… złagodzenie przepisów o dopuszczalnym poziomie hałasu.

Przepisy ustalające wysokość dopuszczalnego poziomu hałasu są w Polsce bardzo restrykcyjne, ale niemożliwe do osiągnięcia – uważają marszałkowie województw. Związane jest to między innymi ze stanem samochodów, dróg oraz bardzo bliską zabudową, często przylegającą do chodnika, a nawet bezpośrednio do drogi.

Tymczasem budowa ekranów akustycznych jest bardzo kosztowna, a często i tak nie zapewnia właściwego ograniczenia poziomu hałasu. Na przykład z planów przyjętych przez Małopolskę wynika, że w ciągu najbliższych 5 lat tylko dla dróg krajowych należy w województwie wybudować ponad 80 km ekranów akustycznych, których koszt wyniesie około 500 mln zł.

Konwent Marszałków Województw RP proponuje zatem nowelizację prawa, szczególnie regulacji prawnych dotyczących ochrony środowiska przed hałasem (rozporządzenie Ministra Środowiska z dnia 14 czerwca 2007 r. w sprawie dopuszczalnych poziomów hałasu w środowisku). Dopuszczalne poziomy hałasu powinny zostać określone na wyższym poziomie, tak jak to jest w innych krajach Europy, na przykład w Niemczech.

Dodatkowo marszałkowie proponują, by odejść od równorzędnego traktowania istniejącej sieci drogowej i nowo budowanych dróg. W przypadku budowy nowej drogi zarządca może zaplanować i pozyskać grunty niezbędne do przyszłej budowy ekranów akustycznych. Natomiast istniejące drogi przebiegają często przez centra miast, co prawie uniemożliwia budowę wyciszaczy.

Zobacz Stanowisko Konwentu Marszałków Województw RP

Sławomir Stalmach

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop