MEN ma pomysł na powodzenie reformy: tworzyć gimnazja przy liceach ogólnokształcących i odwrotnie.
Zdaniem resortu edukacji zespoły szkół złożone z gimnazjum i liceum (obecnie jest ich około 1000) sprawdzają się, bo ich uczniowie mają lepsze wyniki na maturach.
– Nauczyciele, którzy uczą w obu szkołach, znają uczniów i wiedzą, czego mogą od nich wymagać – wyjaśnia Cezary Urban, dyrektor Zespołu Szkół nr 7 w Szczecinie, którego uczniowie odnoszą sukcesy w olimpiadach. – Praca z uczniem obliczona jest na całe sześć lat.
Nie chodzi tylko o wyniki
Ale MEN zależy nie tylko na poprawie wyników. Połączenie gimnazjów z liceami zwiększa szanse powodzenia reformy programów nauczania, która w 2012 r. ma wejść do liceów.
– Zmiana programów sprzyja silniejszej współpracy gimnazjów i liceów – przyznaje Grzegorz Żurawski, rzecznik MEN.
Reforma zakłada bowiem, że uczeń nie będzie powtarzał materiału z gimnazjum i po pierwszej klasie liceum zakończy się jego wykształcenie ogólne. Od drugiej klasy ogólniaka ma zgłębiać przedmioty maturalne i przygotowujące do studiów.
Te zmiany budzą obawy dyrektorów liceów. – Kiedy teraz przyjmujemy uczniów po różnych gimnazjach, ten pierwszy rok jest wyrównywaniem poziomów – mówi Marek Łaźniak, dyrektor LO nr XIV im. Polonii Belgijskiej we Wrocławiu.
Arkadiusz Stańczyk, dyrektor Gimnazjum i Liceum Akademickiego w Toruniu, przypuszcza, że licea, przy których są gimnazja, wygrają na zmianach: – Może się też okazać, że będzie w nich mniej problemów wychowawczych z gimnazjalistami, którzy w okresie dorastania mogą brać przykład ze starszych uczniów.
Edukacja skuteczna, przyjazna i nowoczesna
W opracowaniu MEN „Edukacja skuteczna, przyjazna i nowoczesna” zapisany jest plan „intensywnej promocji” łączenia gimnazjów i liceów. – Nie planujemy reklam w mediach ani rozdawania ulotek. Nie chcemy narzucać tego systemowo, ale zachęcamy do takiego rozwiązania przy okazji spotkań z samorządowcami – mówi Żurawski.
Gimnazja powstały w 1999 r. – Ich powołanie wynikało z przeświadczenia, że w okolicach 13. roku życia dobrze byłoby postawić granicę między dzieciństwem a wprowadzeniem w dorosłość – mówi Wojciech Książek, wiceszef MEN w rządzie Jerzego Buzka. Dodaje, że już wtedy liczono, iż gimnazja będą tworzyły zespoły z liceami albo będą to samodzielne szkoły.
Ale minister edukacji w rządzie Leszka Millera Krystyna Łybacka (SLD) pozwoliła na łączenie gimnazjów z podstawówkami. Takich zespołów szkół jest ok. 3 tys. – głównie w małych miejscowościach. – To nie było modelowe rozwiązanie, ale konieczność, by pomóc samorządom w tworzeniu gimnazjów. Nie wszystkie miały pieniądze, by stawiać osobne budynki – mówi Łybacka.
Zdaniem Tadeusza Narkuna, który zajmuje się oświatą w Związku Powiatów Polskich, pomysł MEN jest trudno wykonalny. – W mniejszych gminach szkoły podstawowe i gimnazja prowadzone są przez gminy, szkoły ponadgimnazjalne przez powiaty. Nie wiem, jak minister wyobraża sobie połączenie w zespół dwóch szkół zarządzanych przez dwa różne podmioty. To może się udać tylko w dużych miastach, gdzie wszystkimi szkołami zarządza jeden samorząd – uważa.
– Na wsiach gimnazja są przy podstawówkach, by daleko nie dowozić dzieci. Przeniesienie gimnazjów do liceów oznaczałoby taką konieczność – dodaje Kazimierz Janusz z zespołu szkół składającego się z podstawówki i gimnazjum w Kupnie (Podkarpackie).
Czas na reformę szkół zawodowych
MEN zaczyna konsultacje planowanych zmian w kształceniu zawodowym. Pierwsza dyskusja m.in. z samorządowcami i nauczycielami – dziś w Gdańsku. Konsultacje zakończą się w kwietniu w Warszawie. Jak pisała „Rz”, w planach jest m.in. wprowadzenie możliwości uzyskania dokumentów potwierdzających kwalifikacje do wykonywania zawodu bez uczęszczania do szkoły zawodowej. MEN będzie też konsultował pomysły na zmianę pracy poradni psychologiczno-pedagogicznych i kształcenia uczniów o specjalnych potrzebach. Chodzi m.in. o to, by psycholodzy i pedagodzy bardziej obecni byli w szkołach.
Autorka: Renata Czeladko








Połączenie gimnazjum z liceami to przecie poniekąd powrót do stanu sprzed „reformy” oświaty w czasach rządu Buzka. Wówczas typowy uczeń chodził 8 lat do podstawówki, a potem 4 (albo 5 w przypadku technikum) do szkoły średniej. Teraz jest kolejno 6 lat podstawówki, 3 lata gimnazjum, 3 lata liceum (lub 4 technikum). Propozycja kolejnej reformy to de facto 6 lat podstawówki i 6 lat połączonego gimnazjum – liceum, a więc de facto znów – jak to było wczesniej – uczęszczanie do dwóch szkół.
Wiadomo, że uczeń związany ze szkołą dłużej będzie sie uczył lepiej, bo zna nauczycieli i nauczyciele jego , bo szkoła jest w stanie wypromować swoje tradycje, bo może stać się szkołą sławną itp. (co nie jest możliwe w szkółce 3-letniej typu obecne patologiczne gimnazum).
To wszystko jest oczywiste. Oczywiste dla nauczycieli, którzy mówili o tych sprawach głośno w czasach idiotycznej „reformy” buzkowej. Ale kuratoryjno urzędniczy beton robił swoje. Mamy dziś efekty w postaci patologii.
Teraz wielu dobrych nauczycieli w ramach „reformy” wylądowało na bruku (bo komunistycznych ciotek będących zmorą szkół jakos „solidarnościowy” rząd nie ruszał), a partacz Buzek został szefem europarlamentu.
Nie moge zrozumieć skąd w tak niedofinansowanym ministerstwie ciągłe pomysły na reformy. Od ponad 20 lat żaden z rządów nie zajął sie reformą Służby zdrowia, gdzie budżet jest o niebo większy, więc co za tym idzie i oszczędności moga być większe, ale w Edukacji co chwila jakiś Minister ma swój pomysł no to co zmienić. Za każdym razem oczywiście powodem tych zmian jest dobro uczniów i nauczycieli. Szkoda tylko że nikt nie podjął realnej próby konsultacji tych zmian ze środowiskiem pedagogicznym i rodzicami. To co Ministerstwo nazywa konsultacjami jest parodią rozmów. Albo przedstawiciel ministerstwa bezdyskusyjnie oznajmia zebranym jakie sa wytyczne, albo wysłuchuje zgłaszanych problemów, a następnie robi swoje. Pieniędzy od tego nie przybywa ale obowiązków dla nauczycieli jak najbardziej. Gdyby jeszcze przekładało sie to na realne korzyści dla uczniów słowem bym sie nie odezwał. Niestety wszystko sprowadza sie do tworzenia ton makulatury, której nikt nie przegląda, pisania wniosków całkowicie oderwanych od rzeczywistości i generalnego zniechęcenia wszytskich do wykonywanej pracy. Zawód nauczyciela coraz bradziej sprowadza sie do buchalterii, wypełniania wniosków, ankiet itp niz realnej pracy z młodzieżą i co najważniejsze przekazywania wiedzy. Nauczyciel rozliczany jest nie z tego w jaki sposób uczy ale czy dobrze wypełnia dziennik, arkusze ocen czy inne tabelki i dokumenty. Przykłady absurdów można mnożyć. Z każdym rokiem wypuszczamy ze szkół coraz większe rzesze półanalfabetów, żyjących w przekonaniu że wszytskie ich problemy zostaną rozwiązane przez innych.
Kraje cywilizowane juz dawno doszły do wniosku, że jednym z motorów napędowych gospodarki są większe nakłady na edukacje. W Polsce niestety jak na razie mamy tylko reformy…
Jak zwykle myli się przyczynę ze skutkiem. Rzeczywiście, gimnazja przy liceach osiągają średnio lepsze wyniki niż osobne gimnazja, ale głównie dlatego, że do tych gimnazjów na ogół jest dodatkowa selekcja (klasy profilowane, gimnazja dwujęzyczne itp). Również licea z gimnazjami osiągają bardzo dobre wyniki na maturze, ale tylko dlatego, że na ogół gimnazja przy liceach prowadzą bardzo dobre szkoły. Licea natomiast połączone z rejonowym gimnazjum bez żadnej selekcji wcale nie wypadają tak świetnie, wręcz przeciwnie. Istnienie choćby jednej klasy z rejonu w zespole szkół typu gimnazjum-liceum sprawia, że liceum nie jest wybierane tak chętnie przez zdolniejszych, a co za tym idzie – spada w rankingach.
Pan dyrektor ze Szczecina, wypowiadający się w tym artykule, też prowadzi gimnazjum z ostrą selekcją uczniów i mówiłby zupełnie inaczej, gdyby musiał przyjąć każdego gimnazjalistę z rejonu.
W artykule delikatnie mówiąc jest sporo nieścisłości. Cytat:”MEN ma pomysł na powodzenie reformy”, koniec cytatu. Przecież już MEN twierdziło, że reforma to samo pasmo sukcesów. Teraz porażka? Idźmy dalej – kolejny cytat:”Dodaje, że już wtedy liczono, iż gimnazja będą tworzyły zespoły z liceami „. Jest to nieprawdą, mam zapisaną wypowiedź Pana W. Książka, w której twierdzi on coś dokładnie odwrotnego. Pan W. Książek ma słabą pamięć, sam twierdził, że gimnazjum jest po to organizowane, żeby oddzielić młodzież gimnazjalną od licealnej, bo ta ostatnia ma zły wpływ na gimnazjalistów. Teraz do meritum.
Zacznę od łacińskiej maksymy „Repetitio est mater studiorum”. Teraz owo „Repetitio…” ma działanie szkodliwe. Nie rozumiem dlaczego? Zatem w nauce języka obcego chociażby szkodliwe jest powtarzanie słówek! Czy tak? A w historii nie wolno ucznia przemęczać analizą jakiegoś okresu, bo on raz już to przerobił i mu zaszkodzi? Najgorsze są jak zwykle dyscypliny przyrodnicze – jak uczeń raz zobaczył jakiś wzór w matematyce lub „nauczył się” (znaczy: usłyszał lub zobaczył) jakiejś reguły, czyż wolno mu dawać zadanie wymagające ich użycia? Nie, bo to repetitio… właśnie!
Problem tkwi w samej reformie programowej. Jej twórcy nie tylko nie potrafią niczego z zakresu materii, której ta „reforma…” dotyka, lecz nawet zrobienie banalnej rzeczy – doprowadzenie do właściwego w czasie rozłożenia materiału w pokrewnych przedmiotach przekracza ich siły.
Szkoły średnie będą jak lwy bronić prawa do wprowadzania dodatkowych wymagań, bo są one namiastką egzaminu wstępnego i dają choć cień gwarancji, że szkoła osiągnie sukces, bo nie będzie pracowała z „materiałem średnio i poniżej rejonowym”. Diagnoza moich poprzedników była taka sama, lecz żaden z nich nie podał przyczyny tego stanu rzeczy. Przyczyna tkwi w złym (to znaczy gimnazjalnym) podziale czasu nauczania i fatalnej reformie programowej. Potwierdza to pierwsza próba powrotu do starego sprawdzonego, skutecznego i taniego modelu nauczania. Jeden z moich szanownych przedmówców też o tym pisał. Wniosek jest bardzo smutny, wydano gigantyczne pieniądze, uzyskano pogorszenie istniejącego stanu, wydaje się dalsze olbrzymie pieniądze na powrót do stanu początkowego. Na dodatek robi to ta sama ekipa (której prominentnym członkiem od początku był wspomniany wyżej pan W.K), której zawdzięczamy takie pasmo „sukcesów”. życzymy powodzenia, bo nic innego już nam nie zostało, nas o zdanie nie zapytano.