Kibic na komisariat albo za kratki

19 marca 2010 autor kjedrzejewska

Nawet trzy lata pozbawienia wolności ma grozić pseudokibicom, którzy nie respektują zakazu stadionowego

Sejmowa Komisja Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki ma gotowe propozycje, jak zmienić ustawę o bezpieczeństwie imprez masowych i kodeks karny. Chodzi o to, by zakaz wstępu na imprezę masową stał się nie tylko dotkliwą, ale i realną karą dla pseudokibiców. Projekt trafił już do Sejmu. Ma być surowiej dla chuliganów.

Najłagodniejszy zakaz trwa dwa, najsurowszy sześć lat. Policja ma obowiązek prowadzić rejestr objętych tym zakazem i przekazywać go organizatorom meczów. Dziś średnio co drugi wyrok za stadionową zadymę obok kary zawiera też zakaz wstępu na mecze. Łączy się on z obowiązkowym stawiennictwem ukaranego w miejscowym komisariacie w godzinach meczu. Taka dolegliwość ma dać gwarancję, że pseudokibice się na nim nie pojawią.

Problem jednak w tym, że chuligani często bagatelizują stawiennictwo na policji. Stąd też pomysł, by w kodeksie karnym pojawił się art. 244, który przewidywać ma do trzech lat więzienia za złamanie zakazu wstępu na imprezę masową (np. mecz, koncert) i niestawiennictwo w komendzie.

– Dzięki temu łatwiej będzie egzekwować wyroki sądowe – twierdzą autorzy i mają nadzieję, że środek ten okaże się bardziej skuteczny.

To niejedyny problem, jaki wiąże się z funkcjonowaniem zakazu. Komendy w kraju nie są jednomyślne w ocenie, jak należy rozumieć stawiennictwo na komisariacie. Czy chodzi o wizytę i wpis na listę czy też przebywanie w komisariacie przez kilka godzin – tyle, ile trwa mecz. Tych wątpliwości nie rozwiewa poselski projekt.

Jeszcze kilka lat temu taki zakaz pojawiał się w co dziesiątym wyroku, dwa lata temu w co piątym, rok temu w co drugim. Sądy są coraz sroższe, ale każdego miesiąca w całym kraju chuligańskich wybryków przybywa.

A przecież coraz lepszej jakości są nagrania z monitoringu i łatwiej identyfikować sprawców.

To niejedyna propozycja zmian, z jaką wystąpili posłowie. Chcą też skrócić okres przetrzymywania nagrań przebiegu imprez masowych. Dziś muszą je trzymać przez rok bez względu na wartość dowodową nagranych taśm. Po zmianach przechowywane przez 12 miesięcy będą tylko te, które pozwalają na wszczęcie postępowania karnego lub wykroczeniowego. Pozostałe, jeśli zgodzi się na to właściwy prokurator rejonowy, będą niszczone wcześniej.

Posłowie chcą, by Sejm jak najszybciej zajął się projektem. Czas goni, bo zbliża się wiosna, więcej będzie koncertów, festynów, meczów i innych rozgrywek sportowych, a wraz z nimi zajść, które mogą się skończyć w sądzie.

Agata Łukaszewicz

Cenzura sądowa w Nysie?

19 marca 2010 autor kjedrzejewska

Sytuacja zaistniała w ostatnich tygodniach w Nysie każe zapytać o zgodność z międzynarodowymi standardami ochrony wolności słowa, w szczególności art. 10 europejskiej konwencji praw człowieka.

W efekcie orzeczeń sądów obywatele Nysy w najistotniejszym z punktu widzenia demokracji okresie, przed wyborami, pozbawiani są możliwości krytyki oraz źródła informacji.

W Nysie zawiązał się Komitet Referendalny w sprawie odwołania pani burmistrz. Referendum zaplanowane jest na 11 kwietnia 2010 r. Nieco wcześniej w mieście odbędzie się referendum ws. zabudowy rynku. Komitet Referendalny w związku z wyborami prowadzi stronę internetową, wydał też dwie ulotki krytykujące urzędującą burmistrz, pierwszą jeszcze przed oficjalnym początkiem kampanii referendalnej. Nosiła tytuł „Referendum w obronie Nysy”.

Burmistrz złożyła wniosek do Sądu Okręgowego w Opolu na podstawie art. 35 ustawy o referendum lokalnym (DzU 2000, nr 88, poz. 985 z późn. zm.). Przepis ten daje każdemu zainteresowanemu prawo żądania konfiskaty lub zakazu publikacji materiałów oraz domagania się sprostowania i przeprosin. Sprawa została rozpatrzona w trybie referendalnym (24-godzinnym). Sąd uwzględnił wniosek i zakazał wydawania ulotki, nakazując publiczne przeproszenie wnioskodawczyni. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu oddalił zażalenie Komitetu Referendalnego i utrzymał orzeczenie w mocy. W uzasadnieniu stwierdził m.in., że pozwani nie zdołali wykazać, iż treści zamieszczone w ulotce są zgodne z prawdą i że informacje z ulotki wykraczają poza dozwolone ramy krytyki, polemiki i debaty politycznej w okresie kampanii.

Drugą ulotkę Komitetu Referendalnego spotkał podobny los. Obecnie szykowana jest trzecia ulotka, która prawdopodobnie również zostanie zakazana.

Orzeczenia sądów zakazujące rozpowszechniania ulotek budzą wątpliwości w świetle orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z kilku powodów. Zdaniem Trybunału dopuszczalna krytyka, jakiej mogą podlegać politycy, również lokalni, jest znacznie szersza niż ta, której mogą się obawiać osoby prywatne (Lingens przeciwko Austrii, skarga nr 9815/82, wyrok z 8 lipca 1989 r.). Politycy „w sposób świadomy i nieuchronny wystawiają się na dokładną obserwację dziennikarzy i ogółu społeczeństwa, i w konsekwencji powinni wykazywać większy stopień tolerancji [na krytykę]” (Scharsach i News Verlagsgesellschaft p. Austrii, skarga nr 39394/98, wyrok z 13 listopada 2003 r.).

Trybunał podkreślał też, że kapitalne znaczenie w podobnych sprawach ma odróżnianie stwierdzania faktów od wyrażania opinii. Fakty można udowodnić, podczas gdy sądy wartościujące nie mogą być ani prawdziwe, ani fałszywe. Wymóg udowodnienia sądów wartościujących „jest niemożliwy do spełnienia i narusza wolność opinii, która jest podstawową częścią prawa chronionego art. 10 konwencji”. W polskiej praktyce sądowniczej częstym zjawiskiem jest brak rozróżnienia faktów i opinii. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu, wydając postanowienia w sprawach ulotek, nie zacytował konkretnych wypowiedzi, lecz ograniczył się do ogólnych stwierdzeń o treściach pochodzących z materiałów wyborczych. Tymczasem nie ulega wątpliwości, że znaczna część wypowiedzi zawartych w obu ulotkach miała charakter sądów wartościujących, a te nie powinny w ogóle podlegać udowodnieniu. Nawet gdy podstawa faktyczna wyrażanej opinii jest przytoczona w sposób tendencyjny, nie zmienia to charakteru sądu wartościującego jako takiego. Ochronie na podstawie art. 10 konwencji podlegają również informacje i wypowiedzi prowokacyjne i szokujące (sprawa Handyside p. Wielkiej Brytanii, skarga nr 5493/72, wyrok z 7 grudnia 1976 r.).

Trybunał podkreślał w dodatku kilkakrotnie, że samorządność wymaga wolności wypowiedzi i komunikowania się. Jest to podstawowy kanon demokracji dający obywatelowi pełną możliwość otrzymywania wszystkich informacji, które są niezbędne do podejmowania zbiorowych decyzji – szczególnie w procesach wyborczych (sprawa Długołęcki p. Polsce, nr 23806/03, wyrok z 24 lutego 2009 r.). W świetle orzecznictwa Trybunału zakazy zastosowane przez sądy w Opolu i Wrocławiu zdają się nieproporcjonalną ingerencją w wolność rozpowszechniania i otrzymywania informacji przez obywateli.

Dominika Bychawska-Siniarska jest koordynatorką Obserwatorium Wolności Mediów Helińskiej Fundacji Praw Człowieka

Michał Węglarz jest prawnikiem, współpracownikiem Fundacji

Miasta budują na kredyt

19 marca 2010 autor kjedrzejewska

Dług samorządów zbliża się do granic dopuszczalnych przez prawo. Miasta i gminy pożyczają pieniądze, by wykorzystać dotacje z Unii. Szukają sposobów na obniżkę wskaźników zadłużenia.

Ponad 50-proc. zadłużenie mają zarówno duże metropolie, jak i wiejskie gminy. Uzasadniają to koniecznymi inwestycjami i okazją do zdobycia wsparcia z funduszy Unii Europejskiej.

Dług polskich samorządów na koniec 2009 r. mógł sięgnąć nawet 40 mld zł – wynika z szacunków „Rz”. Coraz więcej z nich zaczyna balansować na granicy dopuszczalnego zadłużenia.

Poznań, Warszawa, Toruń, Bydgoszcz, Słubice to tylko niektóre z miast, w których wskaźnik zadłużenia liczony jako stosunek długu do dochodów na koniec 2009 r. wynosił ponad 50 proc. Zgodnie z prawem nie może on przekroczyć 60 proc. Gdyby do tego doszło, samorządy nie mogłyby zaciągać nowych pożyczek. – U nas wskaźnik wzrośnie w tym roku do 57,8 proc. – przyznaje Ambroży Pawlewski, skarbnik Bydgoszczy. Podkreśla, że przy wynikającym z gospodarczego kryzysu spadku dochodów, by zrealizować inwestycje, trzeba się zapożyczać.

O cięciu wydatków samorządowcy nawet nie chcą słyszeć. – Można siedzieć spokojnie i nie narażać się na balansowanie na granicy dopuszczalnego zadłużenia. Ale środki unijne, które są do naszej dyspozycji, wykorzystaliby wtedy inni – mówi „Rz” Piotr Kiedrowicz, przewodniczący Rady Miejskiej w Słubicach. Dodaje, że warto zaryzykować. – Zbudowaliśmy lub budujemy m.in. pięć boisk, dwie hale sportowe, budynki komunalne – opowiada. Dodaje, że z ok. 50 mln zł w budżecie Słubic 20 mln zł trafi na inwestycje. – Gdyby ktoś na domowe wydatki dostawał pieniądze w zamian za 20 – 25 proc. własnego wkładu, długo by się nie zastanawiał– podkreśla.

Na granicy dopuszczalnego zadłużenia balansuje też Poznań. – W tym roku na inwestycje wydamy ponad 1,1 mld zł – zapowiada Barbara Sajnaj, skarbnik stolicy Wielkopolski. – Mamy zobowiązania wynikające z organizacji w naszym mieście turnieju Euro 2012 – dodaje. Przekroczenia 60-proc. progu zadłużenia się nie obawia. – Analizujemy na bieżąco wskaźniki. Ale nie ma innego wyjścia, musimy inwestować – podkreśla Sajnaj.

Na rosnące długi miast i gmin z niepokojem patrzą regionalne izby obrachunkowe. – Zadłużenie samorządów w województwie śląskim wzrosło w ubiegłym roku o 36,9 proc. – mówi Mariusz Siwoń, prezes RIO w Katowicach.

Zobowiązania poszczególnych regionów wzrosły w ciągu roku o 30 – 40 proc., mimo że samorządy i instytucje finansowe wdrażają kolejne pomysły, które pozwalają obniżyć wskaźniki długu. Jednym z nich jest tworzenie spółek samorządowych. Coraz częściej korzystają one z leasingu pojazdów i urządzeń dla służb miejskich, a nawet sprzedają własny tabor i wynajmują od firm. Część samorządów od razu w przetargach, np. na budowę stadionu czy drogi, dokonuje cesji wierzytelności. Wtedy wykonawcy płaci bank, a gmina przez lata spłaca mu raty (dzięki temu dług na papierze nie rośnie).

Samorządowcy mają też inne pomysły na poprawę kondycji finansowej. Prezydent Poznania Ryszard Grobelny wspomina m.in. o zwrocie samorządom VAT, który muszą zapłacić przy inwestycjach.

Rosnące zadłużenie powoduje m.in., że samorządy mają gorszą pozycję w negocjowaniu kosztu kredytów czy komunalnych obligacji. Agencja Fitch Ratings niedawno zwróciła uwagę , że zadłużenie Kielc w 2009 r. się podwoiło. – Samorządy coraz szerzej korzystają z finansowania przez emisję obligacji, kredytów w bankach krajowych oraz międzynarodowych, np. w Europejskim Banku Inwestycyjnym – zaznacza Elżbieta Kamińska z Fitch Ratings.

Aleksandra Kurowska

Rzeczpospolita

Samorząd musi znaleźć patronów dla aplikantów

18 marca 2010 autor kjedrzejewska

Rady izb notarialnych muszą zorganizować i prowadzić aplikację dla wszystkich, którzy zdali egzamin i spełniają warunki wpisu na listę aplikantów

Tak wynika z wczorajszego (17 marca) orzeczenia Sądu Najwyższego, który uchylił uchwały rad z Katowic i Poznania przyjęte po ubiegłorocznych egzaminach na aplikacje. Zdała je rekordowa liczba – ponad tysiąc osób. Pojawiły się kłopoty z patronami dla nich. Obie rady wymyśliły, że problem rozwiążą, uchwalając, że wpis na listę aplikantów nie jest równoznaczny z rozpoczęciem aplikacji i oznacza jedynie rejestrację kandydata, który szkolenie zacznie, jeśli znajdzie sobie patrona. W obu izbach bez patrona zostało ok. 40 osób.

Minister sprawiedliwości w ramach nadzoru nad samorządem zaskarżył uchwały do Sądu Najwyższego. Twierdził, że są sprzeczne z przepisami ustawy – Prawo o notariacie, a także z konstytucyjną zasadą wolności wykonywania zawodu. Podczas rozprawy prawniczka MS argumentowała, że prowadzenie aplikacji jest ustawowym obowiązkiem samorządu, od którego nie może się uchylić ani go zawiesić. Każdemu, kto zdał egzamin i został wpisany na listę aplikantów, rada musi zorganizować szkolenie. Ustawa nie nakłada na aplikantów obowiązku znalezienia sobie patrona ani zawarcia z nim umowy o pracę.

Pełnomocnicy izb notarialnych (z kancelarii Domański Zakrzewski Palinka) dowodzili, iż ustawa nie nakazuje notariuszom przyjmować aplikantów. Notariusze prowadzą działalność gospodarczą i nie wolno przymuszać ich do zatrudniania kogokolwiek – argumentowali. Mówili, że to obiektywne trudności wynikające z wielkiej liczby osób, które zdały na aplikację, spowodowały przyjęcie zaskarżonych rozwiązań.

Sąd Najwyższy stwierdził jednak, że wymóg znalezienia sobie patrona, jaki nałożyły uchwały samorządu, jest niezgodny z prawem. SN nie zgodził się z koncepcją oddzielenia wpisu na listę aplikantów od rozpoczęcia szkolenia. Publicznoprawnym obowiązkiem samorządu jest prowadzić aplikację mimo praktycznych kłopotów, jakie się z tym wiążą – mówił sędzia Bogusław Cudowski. Podkreślił, że notariusz nie jest przedsiębiorcą prowadzącym działalność gospodarczą, inaczej niepotrzebny byłby mu samorząd. Zwrócił też uwagę na wynikające z kodeksu etyki zawodowej notariuszy powinności związane ze szkoleniem.

– Rada nie może nakazać notariuszom sprawowania patronatu, ale są członkami samorządu i z tego tytułu spoczywają na nich pewne obowiązki – podsumował sędzia.

Ireneusz Walencik

Miasta walczą o prawa do rozwoju

17 marca 2010 autor kjedrzejewska

Wobec zaniechania przez MSWiA prac nad tzw. ustawą metropolitalną zniecierpliwieni samorządowcy sami proponują rozwiązania ustawodawcze.

Najbardziej zaawansowane są prace nad projektem ustawy o konurbacji śląskiej, bazującej na zarejestrowanym dwa lata temu związku międzygminnym Silesia. Aktywni Ślązacy zaproponowali też założenia do innego aktu: ustawy o rozwoju miast i rewitalizacji. Przygotowują je eksperci Związku Miast Polskich i Śląskiego Związku Gmin i Powiatów. Jest także pomysł, by stworzyć możliwości powoływania związków nie tylko w poziomie, lecz także w pionie, np. związku gminno-powiatowego.

Pomysł opracowania ustawy wyłącznie dla Śląska zyskał poparcie MSWiA.

– Projekt ustawy metropolitalnej spotkał się ze zbyt wieloma uwagami organizacji samorządowych. W debacie starły się też różne koncepcje i zabrakło porozumienia – powiedziała Małgorzata Woźniak, rzecznik prasowy MSWiA. – Dlatego wydaje się, iż dobrym sprawdzianem przyszłej uniwersalnej ustawy może być akt dotyczący jednego regionu.

W projekcie ustawy, którą zajęli się obecnie parlamentarzyści PO, powraca się do koncepcji prof. Huberta Izdebskiego utworzenia nowej jednostki samorządowej – powiatu metropolitalnego.

Koncepcja ta zyskała wcześniej poparcie Unii Metropolii Polskich. W trakcie prac nad ostatnią wersją ustawy metropolitalnej przegrała jednak z rozwiązaniem kompromisowym proponowanym przez prof. Michała Kuleszę.

Samorządowcy wracają do pomysłu powołania powiatu metropolitalnego
– W związku Silesia, skupiającym 14 miast na prawach powiatu, nie zdołamy rozwiązać wszystkich naszych problemów. Bez ustawy dla śląskiej metropolii nie możemy sprawnie wykonywać dużych projektów unijnych. Możliwość powoływania związku gminno-powiatowego to krok w dobrym kierunku, ale my potrzebujemy rozwiązania kompleksowego – powiedział “Rz” Piotr Uszok, prezydent Katowic i przewodniczący związku Silesia.

Model gminno-powiatowy

O ile śląska ustawa dotyczy tylko jednego regionu, o tyle propozycja powoływania związków w pionie stanowi uniwersalne i proste rozwiązanie polegające na nowelizacji trzech ustaw: o samorządzie gminnym, powiatowym i wojewódzkim.

– Jeśli brakuje ustawy dla polskich aglomeracji, trzeba pomyśleć o sformalizowanej współpracy gminy z powiatem. Służyłyby temu związki między jednostkami dla rozwiązania problemów, np. ochrony środowiska, oświaty, opieki zdrowotnej czy społecznej – stwierdził inicjator pomysłu Ryszard Grobelny, prezydent Poznania.

Ten postulat popiera Marek Wójcik, dyrektor biura Związku Powiatów Polskich, dodając, że do ustawy metropolitalnej trzeba wrócić, zwłaszcza że w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego powstaje projekt krajowej strategii rozwoju regionalnego 2010 – 2020.

Rewitalizacja celem publicznym

Możliwość powoływania związków samorządowych w pionie pozostaje na razie w sferze idei, podczas gdy ekipa ZMP i ŚZGiP sfinalizowała już prace nad założeniami do ustawy o rozwoju miast i rewitalizacji.

– Ustawa śląska kładzie nacisk na zarządzanie obszarem metropolitalnym, a nasza propozycja odnosi się do zjawisk kryzysowych w miastach i podejmowania działań rewitalizacyjnych. Chcemy zapisu, który jasno powie, iż rewitalizacja stanowi cel publiczny i jako taka należy do zadań własnych gminy – poinformowała „Rz” Dagmara Milczyńska-Hajda, ekspert ŚZGiP. – Wspieranie tych zadań powinno natomiast należeć do zadań własnych powiatu i województwa. Dlatego jednym z instrumentów wsparcia byłby kontrakt wojewódzki z zapisanym w nim subkontraktem między miastem a regionem.

Powyższe projekty odwołują się do różnych problemów miast, proponując wycinkowe rozwiązania. Żaden nie stanowi kompleksowego opracowania. Poza tym projekt ustawy śląskiej tworzy pokusę dla innych metropolii, aby też sięgnąć po własne rozwiązanie prawne uwzględniające specyfikę danej aglomeracji. Być może różne cele wymagają różnych rozwiązań, ale rozwój miasta musi mieć spójny charakter.

Maria Weber

Rzeczpospolita

Ryzyko wybryków na WWW

17 marca 2010 autor kjedrzejewska

Administratorzy portali cieszą się z wyroku krakowskiego sądu, który zapadł 11 marca, ponieważ nie odpowiadają za posty, których nie są autorami.

– Cieszy mnie ten wyrok, bo pokazuje, że każdy odpowiada tylko za swoje czyny: administrator za swoje, internauta za swoje – mówi Rafał Puchalski, administrator forum sędziów RP (www. sędziowie. net).

– Wyrok jest ważny nie tylko dla nas, ale dla wszystkich portali, na których pojawiają się komentarze – nie kryje zadowolenia Tomasz Baluś, administrator Naszejkalwarii.pl., od którego burmistrz Kalwarii Zebrzydowskiej zażądał usunięcia kilkunastu niewybrednych komentarzy internautów pod jego adresem (szerzej: „Administrator nie odpowiada za wpisy internautów”, „Rz” z 12 marca).

Nie wszyscy są takimi entuzjastami powołanego wyroku (zaznaczmy: nieprawomocnego).

– Moim zdaniem jest granica, za którą administrator odpowiada za wpisy: jeśli nie reaguje na uwagę, że post narusza czyjeś dobra, że kogoś obraża. Strona internetowa to coś więcej niż ogłoszenia w prasie – wskazuje adwokat Andrzej Tomaszek, specjalista w kwestiach Internetu.

– Absolutnie nie zgadzam się z tym wyrokiem. Granice odpowiedzialności administratora wyznacza art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Jeśli administrator wie o zastrzeżeniach do postu, a go nie usuwa, to ponosi za to pełną odpowiedzialność – mówi z kolei adwokat Maciej Ślusarek, pełnomocnik Kataryny, znanej blogerki, która pozwała wydawnictwo Axel Springer za złamanie jej anonimowości.

Wspomniany art. 14 stanowi, że nie ponosi odpowiedzialności za przechowywane dane (utrzymywanie ich na stronie) udostępniający portal (administrator), który nie wie o ich bezprawnym charakterze, a w razie urzędowego zawiadomienia (np. policji) lub „uzyskania wiarygodnej wiadomości” o bezprawności wpisu (zwykle od obrażonego wpisem) niezwłocznie uniemożliwi dostęp do danych, usunie post.

– Nie zdarzyło mi się ujawnić IP, ale gdyby poszkodowany wpisem złożył pozew i wystąpił o adres albo zażądała go prokuratura, tobyśmy go udostępnili – mówi Jacek Skała, administrator prokuratorskiego forum (www. prokuratorzy. net). – Na co dzień porządek na naszym forum zapewnia 20 moderatorów.

– Granica dozwolonego w Internecie leży gdzie indziej, gdy strona zbliżona jest do gazety, a gdzie indziej, gdy stanowi swego rodzaju słup ogłoszeniowy – ocenia Wojciech Knawa, jeden z adwokatów, którzy występowali w sprawie przeciwko burmistrzowi. – Można ją wyznaczyć następująco. Każda działalność wiąże się z jakimś ryzykiem – prowadzenie strony internetowej z ryzykiem bezprawnego wpisu, wybryku. Nie można nim automatycznie obciążać administratora, ale gdyby dopuścił się wyraźnych zaniedbań, to można go za to obciążyć.

Marek Domagalski

Od drobnych spraw nie przybywa sprawiedliwości

17 marca 2010 autor kjedrzejewska

Jeśli z 12 milionów zakończonych postępowań odejmiemy najprostsze, to okaże się, że w zeszłym roku uzyskanie pomocy w sądzie nie było łatwiejsze

Ogólne dane są obiecujące: wprawdzie w 2009 r. znacznie zwiększyła się liczba spraw, które wpłynęły do polskich sądów – z 11 210 tys. do 11 897 tys., tj. o 6,1 proc. – ale jeszcze większy był wzrost spraw załatwionych – 12 080 tys., o 8,2 proc.

Sięgnijmy do statystyki spraw najważniejszych.

Wielkie liczby

Choć dla zainteresowanego jego sprawa może być najważniejsza, to przecież proces procesowi nierówny: sprawa o zabójstwo lub defraudację majątku znacznej wartości czy choćby o rozwód to przecież nie to samo co np. sprawa o wykroczenie za parkowanie auta na chodniku, których jest zresztą coraz więcej. A każda z nich w ministerialnej statystyce to jeden punkt.

Przyjrzyjmy się więc sprawom ważniejszym, a więc tzw. procesowym, w których strony zwykle mają adwokata i chodzi o znaczne pieniądze albo poważny zarzut, a więc te, które w I instancji trafiają przed sąd okręgowy.

Karnych do SO wpłynęło w 2009 r. 10,2 tys., w tym czasie sądy załatwiły 9,6 tys., a więc opanowały tzw. wpływ w 94 proc. Spornych spraw cywilnych wpłynęło 134,6 tys., a rozpoznano 133,5 tys., a więc 99,2 proc.; gospodarczych wpłynęło 9,3 tys., załatwiono zaś 8,6 tys., czyli zaledwie 92,7 proc.

Przejdźmy do drobniejszych spraw, ale tych dość skomplikowanych, czyli spornych, tyle że trafiających do sądów rejonowych. Do wydziałów karnych wpłynęło ich 320,6 tys., a załatwiono 91,7 proc. (294,1 tys.), do wydziałów cywilnych 166,0 tys., a załatwiono 154 tys. (93,3 proc.), do rodzinnych 188,2 tys., załatwiono 184,7 (98,2 proc.), pracy 74,7 tys. a załatwiono 70,3 tys. (94,1 proc.). Spraw gospodarczych przy wpływie 35,1 tys. załatwiono 89,8 proc.

Niejasny trend

Jak wynika z tych liczb, w kilkunastu najpoważniejszych kategoriach sądy nie nadążały z rozpatrywaniem całej fali nowych spraw. Wniosek? Uzyskanie wyroku nie jest szybsze.

– Używając języka giełdowego: za wcześnie mówić o trendzie, to najwyżej pozytywna korekta. Na razie język liczb nie przemawia do obywateli. W wielkich miastach czekają często latami, aż sprawa wejdzie na wokandę, a potem miesiące dzielą terminy kolejnych rozpraw – wskazuje mec. Jerzy Naumann, prezes Wyższego Sądu Adwokatury. – Nic tak nie wpłynie na likwidację zatorów w sądach jak dalsze dofinansowanie sądownictwa. To dobrze, że minister rozmawia z sędziami, ale ta rozmowa zamieni się w twórczy dialog dopiero wtedy, kiedy sędziom zacznie się godziwie płacić – uważa mec. Naumann.

Tymczasem minister Krzysztof Kwiatkowski zapowiada kolejne sukcesy.

– Ruszył e-sąd, który okazał się ogromnym sukcesem. W ciągu pierwszych tygodni trafiło do niego już ponad 80 tys. wniosków. Jeżeli ta tendencja się utrzyma, to z 1 mln 200 tys. drobnych spraw, które wpływają dzisiaj do tradycyjnych sądów, połowę przejmie e-sąd.

Kolejny pomysł MS to dostęp przez Internet do ksiąg wieczystych.

– Na początek uzyskają go notariusze i komornicy, a w przyszłości wszyscy obywatele. Dzięki temu nie będzie już trzeba iść do sądu i czekać na wypis, będzie można go zdobyć elektronicznie – mówi minister.

Marek Domagalski
współpr. graż.

Skarbówka tropi skuteczniej

16 marca 2010 autor kjedrzejewska

Choć w 2009 roku inspektorzy przeprowadzili najmniej kontroli od kilku lat, to efekty ich pracy przeszły najśmielsze oczekiwania. Ujawnione nieprawidłowości sięgnęły 2,43 mld zł.

Znamy wyniki kontroli skarbowej za ubiegły rok. Ministerstwo Finansów podsumowało właśnie działalność 16 urzędów kontroli skarbowej (UKS) w kraju. Statystyka ta jest obiecująca… dla budżetu państwa.

Korzystny spadek

W 2009 r. inspektorzy kontroli skarbowej przeprowadzili ogółem 10 168 kontroli (czyli o 406 mniej niż w 2008 r.), a podczas nich – 14 546 czynności sprawdzających dokumenty u kontrahentów podatnika.

Inspektorzy mają też za sobą 3265 przesłuchań i 3088 wystąpień do instytucji finansowych o udzielenie informacji objętych tajemnicą bankową w celu weryfikacji dowodów zgromadzonych w trakcie kontroli.

W sumie na poczet zaległości podatkowych zabezpieczono 502 mln zł z majątku podejrzewanych o nieuczciwość podatników.

Mimo spadku liczby przeprowadzonych kontroli skarbówka zaliczy rok 2009 do udanych. A to za sprawą rekordowych wręcz (w porównaniu z latami poprzednimi) ustaleń. Inspektorzy ujawnili bowiem nieprawidłowości na kwotę 2,43 mld zł (1,7 mld zł w 2008 r.), z czego dla 2,16 mld zł ustaleń wydane zostały decyzje. Pozostałe 269 mln zł to efekt korekt deklaracji, jakie złożyli kontrolowani podatnicy.

Z danych resortu finansów wynika, że tylko w zakresie VAT i akcyzy ujawnione nieprawidłowości stanowiły 60 proc. ogólnej kwoty ustaleń.

Oszuści na celowniku

Pod lupą pozostawał obrót paliwami. Najwięcej przestępstw skarbowych związanych było z mieszaniem komponentów i wprowadzaniem do obrotu jako paliwa silnikowego (44 proc. łącznej kwoty dokonanych ustaleń). Także przedstawianiem wadliwych lub fikcyjnych oświadczeń o przeznaczeniu paliwa do celów grzewczych (16 proc.) i wprowadzaniem do obrotu odbarwionego oleju opałowego jako napędowego (8 proc.).

Inspektorzy tropili też fikcyjne faktury, które wystawiono wyłącznie w celu wyłudzenia VAT lub zaliczenia wykazanych w nich wydatków w koszty uzyskania przychodów, by w ten sposób zmniejszyć płacony podatek dochodowy. Tylko w 2009 r. kontrole doprowadziły do ujawnienia ponad 81 tys. fikcyjnych faktur na 4,5 mld zł.

Uwagi inspektorów nie umknął także handel złomem. Kontrola w jednej tylko firmie, przeprowadzona wspólnie z prokuraturą, doprowadziła do ujawnienia oszustwa podatkowego na dużą skalę. W latach 2003 – 2005, posługując się fikcyjnymi fakturami wystawionymi przez 16 różnych firm na ponad 120,5 mln zł netto, wyłudziła ponad 58,3 mln zł.

Skarbówka ścigała też nieujawnione źródła przychodów i e-handel. Skontrolowała także pięciu przedsiębiorców handlujących używanymi autami, stwierdzając zaniżenie podatków na łączną kwotę 3,8 mln zł.

Inspektorzy udaremnili nawet próbę wyłudzenia 12 mln zł podatku od fikcyjnych transakcji sprzedaży prawa wieczystego użytkowania gruntów. W wyniku ich działań w jednym z województw zmniejszyła się nawet szara strefa usług medycznych. Kontrola w dwóch tylko prywatnych klinikach wykazała nieewidencjonowane opłaty za świadczenia. Po kontroli skorygowały one deklaracje i wpłaciły prawie 300 tys. zł zaniżonego podatku.


Komentuje Michał Grzywacz z Kancelarii Radców Prawnych Grzywacz-Zawada s.c.:

Smucić może przede wszystkim to, że przy spadającej liczbie kontroli rośnie łączna kwota nadużyć. To pokazuje, że Polacy ciągle, i to w coraz większym stopniu, próbują się bogacić kosztem nas wszystkich, posługując się mniej lub bardziej wyrafinowanymi oszustwami. Z drugiej strony obraz działań organów kontroli skarbowej będzie z pewnością pełniejszy za kilka lat, gdy skuteczność tych kontroli zostanie zweryfikowana przez sądy administracyjne.

Cieszy natomiast spadająca liczba długotrwałych kontroli (w 2009 r. – o 12 proc. w stosunku do 2008 r.). Bo to oznacza mniejszą ich uciążliwość, zwłaszcza dla tych kontrolowanych, u których nie wykryto większych nieprawidłowości.

Grażyna J. Leśniak

Rzeczpospolita

Prawnik do zwolnień potrzebny od zaraz

15 marca 2010 autor kjedrzejewska

Polskie Radio wynajęło kancelarię prawną, by zwolnić część pracowników

Publiczne radio wynajęło w trybie przyspieszonym kancelarię prawną Aleksandra Zamlewskiego z Poznania. Przyspieszonym, bo wybrano ją z wolnej ręki. Kancelaria dostanie od radia prawie 900 tys. zł. Za co?

– Radio przegrywa procesy w sądzie pracy ze zwolnionymi za poprzednich rządów, to się teraz lepiej szykuje – twierdzi jeden z pracowników radia. Szykuje do czego? Do ogromnej fali zwolnień.

Jak mówi „Rz” rzecznik Polskiego Radia Radosław Kazimierski, redukcje zaczną się w kwietniu i mają potrwać do końca czerwca.

W całej spółce (m. in. Jedynka, Dwójka, Trójka, Informacyjna Agencja Radiowa) pracuje ok. 1300 pracowników, a ma odejść nawet do pół tysiąca osób.

Największe cięcia, do 40 proc., obejmą administrację i służby techniczne, ok. 20 proc. – dziennikarzy.

Władze radia szacują, że te zwolnienia kosztować będą ponad 5 mln zł. Wiążą się one z drastycznym spadkiem wpływów z abonamentu, które są głównym źródłem przychodów Polskiego Radia.

Kancelaria Zamlewskiego będzie reprezentować interesy spółki przed sądami i doradzać „w zakresie postępowań sądowych, prawa pracy, prawa gospodarczego i prawa korporacyjnego”. Ale jej zaangażowanie budzi kontrowersje.

– Miał być nieograniczony przetarg, ale z niego zrezygnowano – mówi nam jeden z pracowników radia.

Prawo o zamówieniach publicznych pozwala wybierać usługi prawne z wolnej ręki, gdy wymaga tego pilna i uzasadniona potrzeba. Czy w radiu była taka sytuacja? Jak tłumaczą władze, wygasły dotychczasowe umowy na obsługę prawną, a stację czekają zmiany strukturalne i organizacyjne, które „wymuszają natychmiastową zmianę regulacji wewnętrznych w spółce”.

Jeden z pracowników spółki mówi „Rz”, że kancelaria z Poznania pracuje dla radia od stycznia. Tymczasem z Biuletynu Informacji Publicznej (BIP, publikacji, w której podmioty publiczne muszą ujawniać m.in. wyniki przetargów) wynika, że wybrano ją 2 marca. Radosław Kazimierski potwierdza: – Umowę podpisano w marcu, lecz dotyczy zamówienia realizowanego od stycznia.

Z BIP wynika też, że kancelaria Zamlewskiego była jedyną, z którą radio negocjowało. – Umowę podpisaliśmy na dwa lata lub do wykorzystania kwoty zamówienia – mówi rzecznik.

Kancelaria Zamlewskiego istnieje od 2007 r. i nie jest szerzej znana w Poznaniu. Kto ją wybrał?

– Nie wiem – odpowiada Kazimierski i zapewnia, że prezes radia Jarosław Hasiński, sam poznaniak, jej nie zna.

Mecenas Aleksander Zamlewski to były sędzia, doktorant w Zakładzie Prawa Prasowego na UAM. Pod jego redakcją powstał poradnik „Odpowiedzialność szefa firmy”, który wyjaśnia m. in., jak pracodawca ma zatrudniać i zwalniać pracowników, by nie naruszać kodeksu pracy.

Ani pracownicy, ani związki zawodowe Polskiego Radia nie otrzymały dotąd oficjalnej informacji zarządu spółki o nadchodzących zwolnieniach.

Katastrofalne radiowe finanse

Polskie Radio ma dostać w tym roku 100 – 130 mln zł z abonamentu (rok temu ponad 172 mln zł). To nie pokryje pełnych kosztów spółki. Spadają też przychody z reklam. W 2009 r. było to 35 mln zł, o 17 mln zł mniej niż w 2008 r. Pod znakiem zapytania stoi finansowanie Polskiej Orkiestry Radiowej, Chóru Polskiego Radia, Orkiestry Kameralnej PR „Amadeus” i Narodowej Orkiestry Symfonicznej PR.

Izabela Kacprzak

Jak powinna wyglądać gmina za 20 lat

15 marca 2010 autor kjedrzejewska

Likwidacja Karty nauczyciela, przekazanie gminom majątku Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa, likwidacja powiatów – to postulaty zgłaszane przez wójtów.

Zastanawiali się nad nimi uczestnicy konferencji zorganizowanej 12 marca przez Fundację Wspomagania Wsi.

– Generalnie są dwie grupy problemów: zewnętrzne i wewnętrzne – powiedział we wstępie do dyskusji prof. Michał Kulesza. – Do tych pierwszych zaliczyć trzeba przede wszystkim kiepską, niespójną legislację i brak pomysłu na dalszy rozwój samorządu. Od 2001 r., czyli od dokończenia reformy (wprowadzenie samorządu na poziomie powiatów i województw oraz ustanowienie wójta organem pochodzącym z powszechnych wyborów), państwo nie podejmuje żadnych działań, które zmierzałyby do systemowego zreformowania prawa samorządowego.

Problemy wewnętrzne to zdaniem prof. Kuleszy przede wszystkim brak zdolności do wspólnego działania z sąsiadami czy wyższym szczeblem. Efektem są dublujące się inwestycje. Może trzeba stworzyć ustawowe, obligatoryjne konwenty wójtów, burmistrzów i prezydentów miast? – zastanawiał się prof. Kulesza. A może wystarczy – jak zauważył Jacek Brygman, wójt gminy Cekcyn – wprowadzić zasadę, że wybrani w powszechnych wyborach wójtowie wchodzą automatycznie do rad powiatowych?

Coraz większą popularność zyskuje wśród wójtów idea likwidacji powiatów i zastąpienia ich stałymi lub czasowymi związkami komunalnymi – jak proponował wójt gminy Dzierżoniów Marek Chmielewski. Tworzyłyby je gminy zainteresowane wspólnym wykonywaniem określonych zadań publicznych (komunikacja, inwestycje liniowe).

Gminni włodarze narzekają, że to na gminy spadają wszystkie kosztowne i trudne społecznie zadania. Nie chodzi tylko o oświatę, ale i o ochronę zdrowia, środowiska czy pomoc społeczną, na którą wydatki będą stale rosły, bo przybywa osób starszych, za których utrzymanie w domach opieki płaci gmina.

Zdaniem Marka Klary, wójta gminy Miejsce Piastowe, funkcjonowania gmin nie ułatwiają organy nadzoru. Wojewodowie i RIO często sprzecznie interpretują te same przepisy. Nie ponoszą przy tym odpowiedzialności za błędne rozstrzygnięcia.

Michał Cyrankiewicz

Rzeczpospolita