Posts Tagged „katastrofa smoleńska”<

Panowie piloci, czas powiedzieć prawdę

7 sie 2011

Łatwo w ostatnich dniach przyszło ustalenie kto jest winien koszmarnej sytuacji w polskim wojsku, szczególnie w lotnictwie, a najszczególniej – w 36. spec-pułku. Za łatwo.

Minister poleciał na pysk, nowy minister w porozumieniu z premierem rozwiązał feralną jednostkę, wręczył serię dymisji armijnym dygnitarzom – i pozamiatane. Teraz najjaśniejsza władza będzie mogła chwalić się tym, jak to szybko i bezlitośnie wyciągnęła konsekwencje, a dziennikarze – już to zresztą robią – przebąkiwać o tym, że może podobny porządek trzeba zrobić w paru innych jednostkach. Z samych publikacji „Rzeczpospolitej” dałoby się ułożyć długą listę ognisk zarazy do wypalenia – od dziwnych przetargów poczynając, przez serię zaniedbań w przygotowaniu zagranicznych misji (czasem zaniedbań zbrodniczych, bo kończących się śmiercią nieprzygotowanych żołnierzy), po fałszowanie dokumentów szkoleń pilotów wojskowych śmigłowców.

Owszem, polska armia jest chora, i czeka ją długi proces rekonwalescencji – oby zaczął się jak najszybciej. Jednak warunkiem skutecznego leczenia jest postawienie właściwej diagnozy. Czy za całe zło w polskim lotnictwie wojskowym i systemie szkolenia odpowiadają piloci 36. pułku, „betonowi” generałowie którzy oszukiwali szefa MON oraz tenże szef MON, psychiatra z zawodu, minister obrony z przypadku (został nim, bo tak akurat Donaldowi Tuskowi wyszło z układanki sił wewnątrz Platformy)?

Chyba nie całkiem.

„Polski lotnik poleci i na drzwiach od stodoły” – to jedna ze złotych myśli prezydenta Bronisława Komorowskiego. Czy to zachęta do przestrzegania procedur i unikania brawury?

„Rządowy samolot usiadł na pasie startowym zamkniętego lotniska” to z kolei cytat z doniesień prasowych z zeszłego roku. Jak informowały „Fakt” i „Nie”, 26 kwietnia 2010 r. – dwa tygodnie po katastrofie smoleńskiej! – w Bydgoszczy przed godziną 8 rano wylądował jak-40 z 36. specpułku, by zabrać do Luksemburga ministra Radosława Sikorskiego. Lotnisko było zamknięte, na wieży kontrolnej – żywego ducha, bo w poniedziałki kontrolerzy przychodzą tam do pracy na godz. 9:50. Samolot wylądował, zabrał pasażera, poleciał.

Wszystkie możliwe procedury zostały zatem złamane, a wszystko co się wydarzyło było absolutnie niedopuszczalne i nielegalne. Ale panu ministrowi akurat się spieszyło za granicę, więc powietrzna taksóweczka wojskowa karnie musiała się w Bydgoszczy stawić. No i się stawiła. Chyba nie z powodu widzimisię pilotów 36. pułku albo ich „betonowych” generałów, prawda? Nie sądzę by prowadząca samolot załoga obudziła się rano i zawołała ochoczo „ech! jesteśmy tacy elitarni, w dodatku niewyszkoleni na symulatorach, może byśmy złamali dziś jakieś przepisy?”.

„30 godzin przed lotem do Smoleńska Tu-154 zderzył się w powietrzu z ptakiem” to już informacja z „Rzeczpospolitej”, która ujawniła że 8 kwietnia 2010 r, po owym incydencie maszyna nie zawróciła (choć zgodnie z przepisami powinna) na lotnisko w Pradze, ale kontynuowała lot do Warszawy. Na pokładzie samolotu był premier Donald Tusk wracający ze spotkania z prezydentem USA Barackiem Obamą.

Tuż po starcie załoga rządowej maszyny usłyszała głuche uderzenie w nosową część kadłuba. Tu-154 był wtedy w tzw. fazie wznoszenia, na wysokości 1220 m – wynika z meldunku do dowódcy 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, do którego dotarła „Rz”. Załoga samolotu powinna zawrócić i poddać maszyną oględzinom. Nie zrobiła tego. Półtorej doby później ten sam samolot rozbił się pod Smoleńskiem.

Stosując wobec bohaterów lotu z 8 kwietnia logikę używaną przez dziennikarzy niektórych mediów wobec organizatorów lotu z 10 kwietnia (i wobec obecnego 10 kwietnia na pokładzie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego) mógłbym zapytać tak – piloci nie zawrócili do Pragi, bo nie chcieli, czy dlatego, że ktoś wywierał na nich presję? Czy „główny dysponent” lotu z Pragi do Warszawy coś powiedział, czy milczał? A jeśli nic nie powiedział, to czy jego milczenie nie jest aby dowodem jego winy? A jak było podczas innych lotów?

A jeśli nikt na pokładzie samolotu nie wiedział o incydencie, bo załoga ukryła ten fakt przed dowódcami i premierem Tuskiem, to dlaczego za tym faktem nie poszły potem dymisje lub co najmniej dochodzenia? Do cholery, chodziło w końcu o samolot z premierem polskiego rządu na pokładzie!

Fatalnej sytuacji w polskim lotnictwie wojskowym winni są pewnie i kiepski minister (już zdymisjonowany), i generałowie, i – w części – sami piloci. Ale czy to na pewno komplet winnych?

Apeluję do pilotów 36. pułku – tych w czynnej służbie i tych już poza służbą – przestańcie milczeć. Niech znajdzie się wśród was choć jeden sprawiedliwy, który opowie, jak to było naprawdę. Ktoś, kto głośno wyzna to, co mówicie anonimowo i po cichu dziennikarzom. Ile razy musieliście gdzieś lecieć, bo w ostatniej chwili coś się przypomniało któremuś z ministrów, a z Bydgoszczy (lub skądinąd) było akurat wygodniej. Ile razy startowaliście inną maszyną niż ta, którą mieliście lecieć, bo owa oryginalna nawet nie odpalała (taki jest park maszynowy 36. Pułku i takie przypadki są udokumentowane). Opowiedzcie o tym, co do was mówili politycy różnych szczebli i opcji – i przy jakich okazjach. Z jakim wyprzedzeniem (lub bez) kancelarie prezydenta i premiera zamawiały loty. Kto i co do was mówił/pisał gdy owe kancelarie wyrywały sobie samoloty przed zagranicznymi delegacjami. Czym jeszcze chełpili się nasi ojcowie narodu, oprócz tego, że ponoć potraficie latać „na drzwiach od stodoły”.

Pora jest akuratna – dziś cały kraj chętnie prawdy wysłucha. Jeśli jej nie ujawnicie, wam i waszym kolegom przyjdzie żyć do końca dni jako „tym z tego pułku, co zabił prezydenta i 95 innych osób”. Przejdziecie do historii tylko jako główny (jeśli nie jedyny) sprawca tragedii smoleńskiej), zgodnie wskazany przez MAK i ekspertów komisji Millera, wśród których brylują dziś ci sami wojskowi, którzy wcześniej odpowiadali za nadzór nad armią. Oni zawsze spadną na cztery łapy. Dalej będą ekspertami, generałami, ministrami. A wy? Wam zostanie tylko hańba do przełknięcia.

Zatem – kto pierwszy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Donald w krainie koszmarów

31 lip 2011

W sennych koszmarach najgorsze jest to, że nigdy się nie kończą. Nigdy nie jesteśmy w stanie doskoczyć do drugiej strony urwiska, upragniony przedmiot zawsze okazuje się leżeć poza zasięgiem dłoni, samochód do którego wsiadamy nie może odjechać, pociąg okazuje się nie do dogonienia. W rzeczy samej, właśnie ten fakt niemożności osiągnięcia przełomu, ratunku, katharsis – jest tym, co sprawia, że zwykły sen zamienia się w koszmar.

Od początku swoich rządów Donald Tusk ciężko pracuje nad tym, by Polska żyła w krainie sennego koszmaru. Czy to jego świadomy zamiar? Pewnie nie. Może nawet naprawdę w którejś chwili szczerze wierzył, że Polacy będą w czasach Platformy żyli dostatniej, bezpieczniej, zdrowiej i normalniej (cokolwiek miałoby to znaczyć). W niekończący koszmar wikła nas jednak objęta przez niego taktyka radzenia sobie z sytuacjami kryzysowymi.

Z punktu widzenia grupy rządzącej jest to działanie jak najbardziej racjonalne zgodne z podręcznikami PR. Rozmywanie kwestii podstawowych przez kierowanie uwagi na sprawy drugorzędne, odsuwanie w czasie wyciągnięcia konsekwencji, bagatelizowanie zarzutów, przedstawianie kryzysów jako dyktowanych osobistą niechęcią prowokacji wrogów.

Dla Polski i Polaków oznacza to jednak życie w krainie sennego koszmaru – w miejscu, gdzie nic nigdy się nie kończy, nikt niczemu nigdy nie jest winien, a nawet jeśli jest, to ponosi jedynie „karę czasową” – jak w hokeju, gdzie faulującego zawodnika ściąga się na kilka minut z boiska, ale potem już może wrócić do gry.

Szeregi Platformy pełne są takich chwilowo zawieszonych graczy, którzy już wrócili, bądź właśnie szykują się do powrotu na boisko. Mirosław Drzewiecki znów jest gwiazdą kuluarów sejmu i współuczestnikiem/współorganizatorem biesiad futbolowo-alkohlowych u Grzegorza Schetyny. Senator Krzysztof Piesiewicz przekuwa serię obrzydliwych wyczynów w koronę cierniową. Wynajęci przez senatora Tomasza Misiaka ankieterzy badają jak wyborcy media przyjmą jego powrót do polityki. Minister obrony narodowej Bogdan Klich niby jest winien zaniedbań w resorcie, ale tak naprawdę jego status winnego będzie rozciągał się jedynie od dnia przyjęcia dymisji do dnia zaprzysiężenia na nową kadencję parlamentu. Inni nie tylko nie są niewinni, ale nawet są „szczególnie niewinni” – im bardziej atakowani, tym bardziej niewinni.

Afera hazardowa, afera wiatowa, afera wyciągowa, afera Misiakowa, stoczniowa, wałbrzyska (kupione wybory), warszawska (lewe karty do głosowania) – cechą wspólną tych wszystkich kryzysów jest fakt, że nigdy tak naprawdę się nie skończyły. Nawet jeśli dochodziło do dymisji, to były to posunięcia taktyczne, które nie miały, broń Boże, doprowadzić do wymierzenia sprawiedliwości, ale do taktycznego przegrupowania wojsk.

Do grona tych afer dochodzi jeszcze przerastająca je o kilka rzędów wielkości kwestia smoleńska. Żałoba zatupana na Krakowskim Przedmieściu nogami skaczących pajaców w rytm okrzyków „kto nie skacze, ten za krzyżem”, zasypywana tysiącami nieistotnych medialnych wrzutek, których dziś już nikt nie pamięta, choć swego czasu były „newsami dnia”, jak słynne wywody Palikota o rzekomo pijanym śp. Prezydencie Lechu Kaczyńskim.

Wielomiesięczne dzielenie włosa na czworo, zakończone serią upokorzeń zadanych nam przez stronę rosyjską, zakończona dziwaczną (dlaczego akurat teraz?) dymisją ministra Klicha okazuje się nie największą tragedią w dziejach współczesnej Polski, lecz częścią tego samego teatru koszmaru. Teatru w którym nie istnieje logiczny związek między winą a karą, między przesłankami a wnioskami, między dowodami a wyrokiem. Wszystko jest płynne, niewiadome, chwilowe, niedokończone. Wszystko jest względne: winny, niewinny – zależy od dnia, humoru premiera, od tego na jakim rozdziale otwarty jest akurat podręcznik politycznego PR. Albo od wyniku aktualnego sondażu.

Umiejętne zarządzanie koszmarem daje ekipie rządzącej kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata rządów. Może da następną kadencję.

Tylko że życie w takim koszmarze podważa sens i kwestionuje istnienie podstawowego rozumienia takich słów jak sprawiedliwość. Znosi istnienie przyczyny i skutku. Nie pozwala społeczności na przeżycie traumy w taki sposób, w jaki powinna być przeżywana – nie pozwala na bunt, przełom, oczyszczenie, wreszcie pogodzenie się ze światem.

Bo w krainie koszmaru trauma po prostu nigdy się nie kończy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy szef BOR powinien być plotkarzem

28 kwi 2011

Brak świadków rzekomej kłótni generała Błasika i kapitana Protasiuka. Ale zeznaje o niej gen. Marian Janicki, którego nie było wtedy na lotnisku. Słyszał za to plotki.

Generał Andrzej Błasik nerwowo przywoływał pilota tupolewa Arkadiusza Protasiuka i żywo gestykulował! Wszystko to na Okęciu przed startem prezydenckiego samolotu w ostatni, tragiczny lot do Smoleńska!

Jeśli ustalenia RMF są ścisłe, to takie właśnie zeznania w prokuraturze złożył szef Biura Ochrony Rządu Marian Janicki. Dzięki nim wraca więc do obiegu medialnego sprawa „kłótni” między dowódcą Sił Powietrznych a dowódcą samolotu. Wraca zatem sprawa nacisków przełożonego na pilota, które mogły być jedną z przyczyn katastrofy.

Pięknie, ale jest kilka pytań. Skoro Błasik „nerwowo przywoływał i żywo gestykulował”, to dlaczego tej sceny nie nagrały kamery przemysłowe na lotnisku?

Prokuratura wojskowa długo i szczegółowo przeglądała taśmy. Efektem było wystąpienie rzecznika prokuratury pułkownika Zbigniewa Rzepy w połowie marca. – Oględziny materiału wideo zostały już zakończone. Z jego analizy wynika, że kłótnia nie miała miejsca – stwierdził Rzepa.

Okazało się, że prokuratorzy przesłuchiwali też świadków i żaden z nich nie potwierdził informacji o sprzeczce. Za to generał Janicki wie o nerwowości i gestykulacji. Ciekawe skąd, skoro nie było go na lotnisku?

Wie oczywiście od któregoś ze swoich podwładnych. Tyle że podwładni przesłuchiwani przez śledczych nie za specjalnie opowiadali o gestykulacji i nerwowości generała Błasika. Dziwne, bo ostra rozmowa dowódcy z kapitanem samolotu byłaby poważnym tropem dla śledczych i oficerowie BOR powinni podzielić się wiedzą z prokuraturą. Ale co innego mówić coś do protokołu, a co innego opowiadać historyjki, siedząc w gabinecie szefa.

Dzięki Janickiemu sprawa domniemanej lotniskowej sprzeczki zmartwychwstała. Ale w zmodyfikowanej formie, bo już nie mówi się o kłótni, lecz o żywej gestykulacji. Wszyscy przesłuchani stwierdzili, że nie słyszeli kłótni. A nawet gdyby do niej doszło, i tak nie mogli jej usłyszeć, bo ryk silników samolotu gotowego do startu był zbyt głośny.

Zdaje się więc, że jedynym świadkiem, który dziś sugeruje prokuratorom sprzeczkę między Andrzejem Błasikiem a Arkadiuszem Protasiukiem, jest generał Janicki.

Jakie są fakty? Janicki na lotnisku nie był, ale słuchał plotek. Powtórzył je prokuratorom (ciekawe, czy też dziennikarzom, nakręcając atmosferę?). I sensacja gotowa.

Ale czy szef BOR powinien być plotkarzem?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Spóźniony dokument to tykająca bomba polityczna

10 lut 2011

Im później komisja ministra Millera odpowie na raport MAK, tym większe koszty polityczne może ponieść rząd.

Z piarowego punktu widzenia rząd ma teoretycznie powód do zadowolenia. Media zamiast wyniszczającym PO konfliktem Donalda Tuska z Grzegorzem Schetyną będą teraz zajmować się opóźnieniem publikacji raportu komisji ministra Jerzego Millera. Wojna w Platformie będzie się toczyć więc w cieniu, do którego zepchnął ją z ekranów wypadek Roberta Kubicy.

Wśród polityków PiS szerzy się też teoria, że teraz ujawnienie efektu prac polskiej komisji wyjaśniającej katastrofę smoleńską zbiegnie się z rocznicowymi obchodami 10 kwietnia. I że to zabieg celowy, bo wtedy rządowy PR wygra gładko z emocjami pisowskiej opozycji.

Ale tak naprawdę opóźnienie prac komisji Millera to dla ekipy Tuska duży kłopot.

Po pierwsze – stawia pod znakiem zapytania wiarygodność rządu, który po raporcie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) zapowiadał „szybką i zdecydowaną reakcję”. Tymczasem najpierw była polska kontrkonferencja przygotowana w pośpiechu i przykryta przez rosyjską wersję wydarzeń.

Potem premier w Sejmie, zamiast tłumaczyć się z działań swej ekipy, zajmował się łajaniem opozycji. A teraz okazuje się, że z propagandową kontrofensywą będzie trzeba jeszcze długo czekać.

Po drugie – spóźniony raport komisji to też spóźnione odwołanie się Polski do międzynarodowego arbitrażu w sprawie raportu MAK.

Zaraz po upublicznieniu w Moskwie stronniczych tez MAK rzecznik rządu Paweł Graś zapowiadał, że rząd przygotowuje dokument, który ma być wyrazem naszych zastrzeżeń co do procedur stosowanych w śledztwie i co do niewywiązywania się strony rosyjskiej z konwencji chicagowskiej.

25 stycznia premier sprecyzował jednak, że rząd nie podejmie żadnych działań przed zakończeniem pracy zespołu Millera. – Będziemy spokojnie czekali na efekt końcowy pracy naszej komisji – mówił. – Będziemy zwracali się do strony rosyjskiej z pytaniem, czy po tym, jak udokumentujemy te różnice (w raportach – red.), są gotowi do poważnej rozmowy na temat wspólnego stanowiska.

Sześciotygodniowe opóźnienie oznacza, że polska reakcja na raport MAK przyjdzie do Moskwy… po trzech miesiącach. To nie polepszy naszej pozycji negocjacyjnej. Także termin obiecanego przez rząd wniosku do Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego o arbitraż mocno się oddala.

Po trzecie – kolejne półtora miesiąca prac komisji Millera to oddalenie o tyleż dymisji Bogdana Klicha. Szef MON uratował dotąd swoje stanowisko tylko dlatego, że Tusk nie chce zwalniać ministra pod naciskiem mediów i opozycji. Przedstawiciele rządu zapowiadali jednak nieraz, że na wyciągnięcie konsekwencji wobec osób winnych zaniedbań w polskiej armii (a to była jedna z przyczyn katastrofy) przyjdzie czas po publikacji raportu Millera.

Czy opinii publicznej naprawdę da się wmówić, że minister zwany przez podwładnych „master of disaster” musi trwać na stanowisku tylko dlatego, by inny minister mógł skończyć prace komisji? Czy możliwa publikacja raportu w rocznicę tragedii przyczyni się do merytorycznej dyskusji o przyczynach katastrofy? Czy polska walka o odkłamanie tez MAK będzie jeszcze wtedy kogokolwiek na świecie obchodziła? To zagrożenia płynące z pułapki, w którą rząd zapędził się sam.

Piotr Gociek, Michał Szułdrzyński

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop