Posts Tagged „dzieci”<

Za droga droga do szkoły

10 sie 2011

Te liczby szokują – minimum 300 złotych za komplet książek dla pierwszoklasisty w podstawówce, 400 – 500 zł za zestaw dla gimnazjalisty, a 600 – 700 zł, gdy wysyłamy dziecko do liceum.

Wszystko to w kraju, w którym 2,2 miliona obywateli (w tym 600 tysięcy dzieci) żyje w biedzie (za minimum egzystencji GUS uważa 466 zł na osobę), a kolejne niemal  4 miliony ma niewiele lepiej.

Dlaczego ceny podręczników rosną? Kiedy wzrasta inflacja, a rząd podnosi VAT na książki (było zero, dziś to już  5 proc.), podwyżki są oczywiste. Dobry podręcznik trudniej napisać niż zwykłą książkę, praca często jest zbiorowa, autorów trzeba odpowiednio wynagrodzić – to również prawda. Także strona edytorska publikacji dla uczniów – liczne zdjęcia, ilustracje itp. – jest kosztowniejsza od przygotowania zwykłego czytadła do plecaka na lato.

Ale jednocześnie trudno nie odnieść wrażenia, że sporą część kłopotów zafundowaliśmy sobie przez beztroskę polityków i urzędników.  Ci pierwsi nie mogą się powstrzymać od tego, by nie reformować nieustannie polskiego szkolnictwa, a ci drudzy – z kolejnymi ministrami edukacji na czele – za łatwo całą winę zrzucają na wolny rynek i umywają ręce.  Efekt jest taki, że – używając pojęcia ze słownika współczesnej sztuki – świat polskiej edukacji to kraina nieustannej „konstrukcji w procesie”. Czy naprawdę trzeba wciąż grzebać w programach szkolnych, co nieodzownie kończy się drukiem nowych podręczników? Czy skoro opracowuje się minimum programowe, nie można by opracować także minimum podręcznikowego? Czy naprawdę w roku 2010 treść podręcznika z roku 2007 jest nieaktualna? Dlaczego rodzice mają płacić po raz kolejny za te same treści, tyle że w książkach opatrzonych napisem „zgodny z nową podstawą programową”? Czy nie za wiele władzy oddaliśmy nauczycielom, którzy dobierają sobie całkiem dowolnie zestawy książek wymaganych od uczniów? I wreszcie: czy nauczyciele i dyrektorzy szkół reagują wystarczająco ostro na terror przedstawicieli handlowych, których celem jest sprzedanie nowej książki różniącej się od starej tylko datą i… wyższą ceną?

Dla wielu ubogich polskich rodzin inwestowanie w edukację dzieci jest jedynym sposobem na to, by stworzyć im szansę awansu społecznego, wyrwania się z getta zasiłku, biedy i wyuczonej bezradności. W interesie nas wszystkich leży to, by uczynić ten proces jak najłatwiejszym. Jak dotąd – jest odwrotnie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rząd każe, rodzice i samorząd muszą

25 sty 2011

Jesienią tego roku po raz ostatni rodzice będę mogli wybrać, czy sześciolatek już ma rozpocząć naukę, czy jeszcze poczekać. A ponieważ większość wybiera czekanie, to w 2012 r. do pierwszych klas trafi niemal dwa razy tyle dzieci co zwykle.

Tego nie dało się uniknąć – skoro plan reformy zakładał objęcie edukacją także sześciolatki, to prędzej czy później wizja dwóch roczników uczących się razem musiała się ziścić.

Czy polskie szkoły są na to przygotowane? Wydawać by się mogło, że najwłaściwszą osobą do odpowiedzi na to pytanie jest minister edukacji. Ale pytana przez „Rzeczpospolitą” Katarzyna Hall mówi, że na to pytanie powinien odpowiedzieć swoim mieszkańcom każdy samorząd.

Niby prawda – za szkoły w Polsce odpowiadają samorządy, a resort może tylko, jak powiada pani minister, „śledzić dane”. Ale to nie samorządy wymyśliły sobie reformę edukacji. Nie mają także nieograniczonych zasobów gotówki, którą mogłyby wydawać na finansowanie rządowych reform.

Efekt będzie taki, że jednym uda się lepiej, innym gorzej, jedni sfinansują operację z rezerw, inni staną u progu bankructwa. W jednych szkołach wszystko pójdzie w miarę gładko, w innych będzie ścisk i nauczanie na dwie zmiany. Czy rząd pomoże wtedy tym drugim? Wątpię.

W kontrowersjach wokół sposobu wprowadzania sześciolatków do szkół nie chodzi tak naprawdę o to, kto i na ile jest do tego przygotowany. Chodzi o filozofię rządu, która polega na przerzucaniu kolejnych zadań na samorządy. Tak było ze szpitalami, tak jest ze szkołami, tak często bywa z różnego rodzaju inwestycjami. Jednocześnie rząd nie troszczy się o to, skąd samorządy wezmą na wszystko pieniądze – mają sobie poradzić i już. Wszystko to w imię przekazywania władzy w dół.

Czy w takim razie części tej władzy nie mogliby wziąć rodzice? Może niech decydują sami, czy słać do szkoły sześcio- czy siedmiolatka, których nauczycieli utrzymywać i na co wydawać szkolne pieniądze? Tak daleko jednak reforma nie sięga. Rzecz więc kończy się na przedziwnym podziale zadań: rząd jest od tego, by kazać, rodzice od tego, by słuchać, a samorządy od tego, by za wszystko zapłacić. Bardzo ułomna to wolność.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop