50 powodów, dla których Tusk nie może zmienić rządu

11 paź 2011

Pięćdziesiąt obiektywnych powodów (i jeden), dla których w najbliższym półwieczu Donald Tusk nie może zmienić składu rządu, choć bardzo by chciał.

2011 – polska prezydencja w Unii Europejskiej

2012 – mistrzostwa Europy w piłce nożnej EURO 2012

2013 – Tomasz Adamek ponownie walczy o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej

2014 – mistrzostwa świata w piłce nożnej w Brazylii

2015 – wybory prezydenckie w Polsce

2016 – Igrzyska Olimpijskie w Rio De Janeiro. Odtajnienie brytyjskich archiwów ws. Rudolfa Hessa

2017 – możliwe wejście Polski do strefy Euro

2018 – 100. rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę

2019 – ślub Kasi Tusk

2020 – NASA ostatecznie utraci kontakt z sondą Voyager 1

2021 – Stefan Niesiołowski ostatecznie utraci kontakt z rzeczywistością

2022 – Kometa krótkookresowa 73P/Schwassmann-Wachmann może spowodować deszcz meteorów

2023 – Fabryka w Ćmielowie wykona ostatnią figurkę kolekcji „Anielska orkiestra”, będzie to aniołek dobroci z mandoliną

2024 – 1 września wypadnie w sobotę, więc dzieci nie będą mogły pójść do szkoły

2025 – Zakończenie wdrażania Strategii Zrównoważonego Rozwoju Polski do roku 2025

2026 – stulecie istnienia miasta Gdynia

2027 – możliwe wyjście Polski ze strefy euro

2028 – straszna drożyzna – tulipany będą po 17,50 zł za sztukę

2029 – w piątek 13 kwietnia wielka asteroida 2004 MN4 przejdzie tak blisko Ziemi, że będzie można wsadzić na nią PiS

2030 – Cezary Grabarczyk zakończy budowę autostrady z Łodzi do Warszawy

2031 – Cezary Grabarczyk będzie musiał rozpocząć remont autostrady z Łodzi do Warszawy

2032 – Ruch Autonomii Śląska odłącza Śląsk

2033 – ….a Ruch Autonomii Mazur – Mazury

2034 – zagrożenie kryzysem finansowym w Australii

2035 – kryzys finansowy w Australii…

2036 – …i w Nowej Zelandii

2037 – Bardzo Wielki Kryzys wywołany nagłym powrotem z zagranicy wszystkich emigrantów w trzydziestą rocznicę wygłoszenia pierwszego expose premiera Donalda Tuska

2038 – Cezary Grabarczyk zakończy remont autostrady z Łodzi do Warszawy i rozpocznie budowę jej drugiej nitki

2039 – straszne zagrożenie przejęciem władzy przez PiS

2040 – jubileusz 50-lecia pracy twórczej w telewizji Tomasza Lisa

2041 – bardzo straszne zagrożenie przejęciem władzy przez PiS

2042 – kryzys energetyczny – może zgasnąć słońce, albo księżyc

2043 – dwudziesta rocznica wykonania przez Fabrykę w Ćmielowie ostatniej figurki kolekcji „Anielska orkiestra” – aniołka dobroci z mandoliną

2044 – rozpocznie się akcja filmu „Seksmisja”. Wielki światowy festiwal filmów Juliusza Machulskiego

2045 – uroczyste obchody dwudziestej rocznicy zakończenie wdrażania Strategii Zrównoważonego Rozwoju Polski do roku 2025

2046 – prestiżowa wizyta w Polsce premiera Władimira Putina

2047 – pożegnalne tournee Zbigniewa Hołdysa i grupy Perfect

2048 – plotki o zagrożeniu polskiej demokracji przez PiS

2049 – setne urodziny Jarosława Kaczyńskiego – groźba przejęcia władzy przez PiS na fali entuzjazmu wywołanego przyjęciem urodzinowym wyprawionym przez Ziobrę

2050 – osiemdziesiąte urodziny Zbigniewa Ziobro – groźba przejęcia władzy przez PiS na fali entuzjazmu wywołanego przyjęciem urodzinowym wyprawionym przez Kaczyńskiego

2051 – narodowa zbiórka funduszy na prezent dla prezydenta Komorowskiego na przypadające w 2052 roku  setne urodziny (jakiś fajny obraz pasujący do Pałacu – na przykład „Bitwa pod Grunwaldem”)

2052 – setne urodziny prezydenta Bronisława Komorowskiego

2053 – pierwszy gaz z łupków w Polsce

2054 – koniec gazu z łupków w Polsce

2055 – prestiżowa wizyta w Polsce premiera Dmitrija Miedwiediewa

2056 – setna rocznica poznańskiego Czerwca. Zagrożenie przejęciem władzy przez PiS na fali nastrojów patriotycznych

2057 – setne urodziny Donalda Tuska i pięćdziesiąta rocznica objęcia rządów przez PO

2058 – poprawiny urządzone przez Grzegorza Schetynę

2059 – polska prezydencja w Unii Europejskich Miast i Miasteczek Oraz Producentów Sera

2060 – oddanie Polsce przez Rosję szczątków Tu-154M

2061 – kometa Halleya powróci w okolice Ziemi

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawdziwa historia pewnego premiera

09 paź 2011

Był sobie raz pewien premier pewnego sporego europejskiego kraju. Dzieje jego rządów zgłębiam dzięki książce, która każdy interesujący się polityką powinien przeczytać, a która ukazała się nie tak dawno temu.

Premier ten, zanim został szefem rządu, był liderem silnej opozycji. Frustrował się wówczas niezmiernie, bo wydawało się, że rząd stworzony z wysiłkiem przez polityczną konkurencję padnie lada moment – ale nie padał. By przyspieszyć ten proces kandydat na premiera postanowił zastosować taktykę, którą autor książki opisuje tak: „nie przegapić żadnej okazji, by przedstawić aktualnie rządzących jako kłamców, oszustów i łajdaków”. Tylko niektórzy z otoczenia przyszłego premiera zdawali sobie sprawę, że jest to „taktyka, która oczywiście mogła być użyta także przeciw nam i była nieraz niesmaczna”. Drugą nogą tej taktyki były „dramatyczne deklaracje na temat stanu własnej moralności” (znaczy wyższego) oraz nieustanne powtarzanie zaklęć na temat tego, jak bardzo kraj potrzebuje „nowej polityki, polityki odwagi, uczciwości i zaufania”.

Operacja się powiodła. Kandydat na premiera został premierem. Nadeszły nowe czasy.

Najważniejszą decyzją premiera (podjętą jeszcze w opozycji) było podzielenie swych współpracowników na dwa kręgi – zwyczajny i nadzwyczajny. Partyjni działacze, ministrowie itp. pozostali w tym pierwszym. Liczył się jednak tylko ten drugi krąg, niezwykle wąski i utajniony. Był to sztab specjalistów od politycznego marketingu, od spinowania mediów i od pilnowania, by z własnych szeregów wydobywał się właściwy przekaz.

I nastał wiek błogi. Rząd cieszył się wielką popularnością i poparciem. Zaś sam premier,  jak pisze autor „sprawiał wrażenie człowieka, który uwierzył we własną moralną wyższość”. Było byczo – tak byczo, że nikt nie zauważył, jak bardzo fundament tej nowej popularności zbudowany został na mijaniu się z prawdą.

Kłamstewka miały różny ciężar gatunkowy i były różnego rodzaju, ale wszystkie służyły jednemu celowi – podtrzymaniu mitu premiera i jego partii. Ulubionym zajęciem polityków rządu było na przykład wygłaszanie śmiałych stwierdzeń na temat tego, co wkrótce zostanie zrobione. Po jakimś czasie politycy owi z równą śmiałością twierdzili, że: a) albo nigdy czegoś takiego nie mówili; b) tylko osoby o złej woli nie widzą ich sukcesów.

Osobną sprawą była tzw. dywersyfikacja przekazu, która polegała na mówieniu różnych kłamstw różnym grupom społecznym. Premier w rozmowie z tabloidem był więc pogromcą przestępców i obrońcą prostych ludzi podejrzliwie patrzącym na bogatych. A w wywiadzie z dziennikiem opiniotwórczym wychwalał biznes, opowiadał się za daleko idącą wolnością gospodarczą i czcił wielki kapitał. Jeden z przywódców związkowych opowiada autorowi książki, że do dziś nie może wyjść ze zdumienia, jak to podczas zamkniętego spotkania ze związkowcami ów polityk prezentował się jako zwolennik rozwiązań z gruntu socjalistycznych, a dzień później w mediach grał rolę wolnorynkowca.

Prawda była względna. W magiczny sposób zmieniała się zawartość CV polityków partii rządzącej, którzy w zależności od potrzeb aktualnej sytuacji eksponowali swoje poglądy z przeszłości na dany temat, lub stanowczo dowodzili, że nigdy takich opinii nie wygłaszali. Zdarzały się czarodziejskie korekty informacji o wykształceniu niektórych osób publicznych. Rewizji podlegała przeszłość. W miejsce jednych postaci historycznych kreowano inne – nowych bohaterów; takich, z którymi łatwiej się było identyfikować nowej partii rządzącej.

Jedną z ulubionych metod zarządzania emocjami rodaków przez premiera było straszenie ich opozycją, szczególnie gdy idzie o sprawy europejskie. Straszono więc „eurosceptykami” lub „przeciwnikami integracji”, których w zależności od potrzeby obwiniano za kłopoty z walutą, pogarszający się wizerunek kraju na arenie europejskiej lub  trudne relacje dyplomatyczne z bliskimi i dalekimi sąsiadami. No i o wywoływanie histerii na temat możliwego  wprowadzenia waluty euro.

Udokumentowano przypadki, kiedy przedstawiciele rządu cytowali fałszywe, nigdy nie wypowiedziane przez opozycje ostre sądy wartościujące – i nikomu nie przeszkadzało, gdy z owych fałszywek czyniono propagandową maczugę.

Premier lubił usypiać kłamstewkami nie tylko media i obywateli. Nie szczędził ich także swym współpracownikom. Często obiecywał im różnego rodzaju stanowiska, które potem przekazywał w ręce kogoś zupełnie innego. A najbardziej zaufanego zausznika (pewnego dużo mniej charyzmatycznego partyjnego aparatczyka) oszukał najbardziej – najpierw namaścił na swego następcę, a potem bezlitośnie odsunął.

Jakie były efekty takich rządów? Wedle autora książki zaufanie społeczne do klasy politycznej jako takiej spadło niepomiernie. Znacznie umniejszona została rola parlamentu, który w dużej mierze został ubezwłasnowolniony. Niepokojąco często dobro państwa zaczęło być utożsamiane z dobrem partyjnym.

Co dalej działo się z premierem? Rządził dwie kadencje, a nawet kawałek trzeciej. A potem iluzja się skończyła i trzeba było w kraju zacząć sprzątać, naprawiać i reformować.

O wszystkim tym przeczytałem w publikacji którą każdy powinien przeczytać, kiedy tylko ukaże się po polsku (o ile się ukaże). Bo po angielsku ukazała się w roku 2005. Nosi tytuł „The Rise Of Political Lying”. Napisał ją brytyjski komentator Peter Oborne i opowiada głównie o brytyjskim premierze Tonym Blairze.

Przytaczam jej streszczenie dla wszystkich interesujących się polityką. Oczywiście tą brytyjską.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Brzechwa w Tuskobusie

02 paź 2011

W tuskobusie w dniu wyjazdu

Taki się rozlega jazgot:

 

- „Może mnie pan premier poprze?

Bo poparcie robi dobrze!”

 

Tusk zaś krzywi się: – „Schetyno,

Nie patrz na mnie z taką miną…”

 

Rzecze na to Kopaczowa:

- „Spójrz na Hankę – ta jest zdrowa!”

 

Schet po brzuszku Grasia klepie:

- „Jak tam, Grasiu? Coraz lepiej?”

 

- „Dzięki, dzięki, panie Schecie

Jakoś żyje się na świecie.

 

Lecz Hallowa – z tą jest gorzej:

Blada, chuda, spać nie może.”

 

- „Mądre słowa”

westchnął Nowak.

 

Radek skarży się Tuskowi,

że kibice są bojowi.

 

Kluzik mruga do Arłuka,

w poręcz fotelika puka:

 

- „Mój Arłuku, mój czerwony,

Nie chcesz wsparcia mej persony?

 

Bo ja jestem lewicowa…”

- „Niech się pani w kącie schowa!”

 

Arłuk z gniewu wręcz kraśnieje:

- „Z pani Polski pół się śmieje!

 

Wolę frakcję stworzyć z Muchą!”

- „Komu polać? Komu sucho?”

 

dopytuje Niesiołowski.

- „Jeden szot i znikną troski!”

 

- „Mądre słowa”

westchnął Nowak.

 

Naraz słychać Grabarczyka:

- „Czemu mi pan tutaj fika?”

 

- „Nie bądź dla mnie taki boski”

Odpowiada mu Kwiatkowski.

 

- „Jaki krewki, popatrz, popatrz!”

Zaperzyła się E. Kopacz.

 

- „Niech rozsądzi nas głos Tuska”

- „Co, głos Tuska? (…) [ustawa o kontroli wierszyków, widowisk, internetu i antykomora]

 

A pan Gowin rzecze smutnie:

- „Moi drodzy, po co kłótnie,

 

Po co swary toczyć, durnie,

Wnet i tak zginiemy w urnie!”

 

- „Mądre słowa”

westchnął Nowak.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wielka Mucha, sikobus oraz Kopacz

25 wrz 2011

– Ale wielka ta Mucha. Kto panu taką wielką Muchę wcisnął? – spytał zdumiony Przechodzień spoglądając na gigantyczny bilbord wyborczy przysznurowany do ściany kamienicy przy ulicy Senatorskiej w Kazimierzu Dolnym (nad Wisłą).

– A sam nie wiem – odparł Pan Parkingowy, mały wysuszony facecik szczerze zmartwiony nagłą zmianą wyglądu okolicy. – W nocy przyszli i powiesili. Nie wiem kto.

– Taka wielka Mucha, to i pewnie profity wielkie – medytował dalej na głos Przechodzień, zakładając nie wiadomo czemu, że kamienica należy do Pana Parkingowego.

– A daj pan spokój – obruszył się Pan Parkingowy i powrócił do kasowania turystów z Warszawy, którzy jak to bywa w soboty, tłumnie przybywali do krainy kogutów, spichlerzy i cepeliowych straganików (a każdy rozpaczliwie szukał miejsca parkingowego).

Tak oto mimo urlopu znaleźliśmy się w samym środku kampanii wyborczej. Po trzech dniach siedzenia w lesie, dokąd nie docierały wieści, plotki ani gazety, był to prawdziwy szok poznawczy. Jak się okazało także kazimierski rynek nie był wolny od Muchy. Nieco mniejszy (ale nadal wielki) bilbord zawisł na kamienicy mieszczącej sklep „Zacne trunki” oraz pizzerię „Provinzia”.

Daleko bardziej zaciekawiły mnie jednak jej małe plakaciki, którymi obrosły wszystkie słupy latarń na drodze do Puław. Widniało na nich hasło „dr Mucha – nasza posłanka”. Sądząc jednak po szerokości uśmiechu prezentowanego przez panią Joannę na fotografii, hasło powinno raczej brzmieć „dr Mucha – nasza posłanka i jej stomatolog”. Warto nadmienić, że Joanna Mucha to doktor nauk ekonomicznych, ale po co to objaśniać. Wystarczy „dr Mucha” – brzmi prawie tak dobrze, jak „dr House”.

Zaciekawiony tym zjawiskiem rozpocząłem studia terenowe nad kampanią wyborczą AD 2011, specjalizacja: „Lubelszczyzna”. Zacząłem od obserwacji o charakterze ogólnym. Wynikało z nich, że najwięcej plakatów rozwiesiła PO, a pozostałe partie inwestują zgodnie z wynikami sondaży: PiS nieco mniej, SLD dużo mniej, a PSL prawie nic. Wszystkie plakaty, niezależnie od przynależności partyjnej, skupiają się na eksponowaniu twarzoczaszki delikwenta bądź delikwentki. Warto przy tym odnotować, że kandydaci koalicji rządzącej (PO i PSL) uśmiechają się zwykle, jakby przedawkowali konopie indyjskie albo nażarli się czterolistnej koniczyny, a kandydaci opozycji (PiS i SLD) mają miny ponure, jakby przedawkowali Rymkiewicza albo nażarli się heglowskiego ducha dziejów.

Wyjątkiem wśród ponurych PiS-owców okazała się kandydatka Małgorzata Sadurska (zresztą obecna posłanka), która nie tylko uśmiechała się do nas z plakatów prawie tak mocno jak dr Mucha, ale także wywoływała wesołość na naszych cynicznych dziennikarskich facjatach swym hasłem wyborczym „Jestem tam, gdzie mnie potrzebują”. Jako żywo przypomina ono słynny dowcip o Józefie Oleksym wsiadającym do taksówki. „Dokąd jedziemy?” pyta taksówkarz. „Obojętnie” odpowiada z godnością Oleksy „wszędzie mnie potrzebują”. Czyżby jednak szykowała się koalicja PiS-SLD?

Innym intrygującym hasłem kusi wyborców kandydat Maciej Kulka (PO). Brzmi ono „Bezpieczeństwo na okrągło”. Muszę zajrzeć do słownika, by zrozumieć śpiew słowika – pomyślałem, cokolwiek klasycznie. Wyjaśnienia poszukałem więc na stronie www.kulka.pl. „O bezpieczeństwie na drogach mogę mówić na okrągło. To moja specjalizacja biorąca się z pasji” objaśniał kandydat Kulka, zaskarbiając sobie od razu moją sympatię, bo jako były radiowiec cenię ludzi, którzy mówią.

Niespodziewaną grą słów i znaczeń błysnął lubelski kandydat PSL Piotr Rzetelski, który postawił na hasło „Rzetelski – głosuj na rzetelnych”. Koncepcja słuszna, ale nie zawsze skuteczna, bo niby jak miałoby wtedy brzmieć hasło wyborcze ewentualnego kandydata o nazwisku Złodziejski?

Z nazwiskami zresztą w ogóle jest problem, bo wprowadzona przez PO zasada pożenienia słowa „autobus” z nazwiskiem podróżującego nim kandydata niesie ze sobą jeszcze większe niebezpieczeństwo. Skoro autobus z Tuskiem nazywa się „tuskobus” – to jak powinien nazywać się autobus z Sikorskim?

Ale wróćmy na Lubelszczyznę. Lider listy SLD – Jacek Czerniak – stawia na uwspółcześnioną klasykę. Jego hasło wyborcze to „Wolność, równość, tolerancja”. Szacunek budzi zarówno odwołanie się do dziedzictwa rewolucji francuskiej, jak i sprytna podmiana słowa „braterstwo” na „tolerancja”. Jednak tolerować kogoś jest łatwiej niż od razu się z nim bratać.

Do wielkiego biznesu futbolowego nawiązuje natomiast lokalny kandydat PO, z zawodu kopacz, czyli futbolista, Cezary Kucharski. „Lubelszczyzna wejdzie do gry!” to zawołanie którego trudno nie kojarzyć z zieloną murawą, orlikami i zapachem męskiej szatni. Warto jednak pamiętać, że kandydat Kucharski czas czynnej gry ma już za sobą, a dziś zarabia na życie jako menadżer piłkarski. Całkiem więc niewykluczone, że za wejście do gry Lubelszczyzna będzie musiała mu zapłacić prowizję.

Czas płynie, samochód łyka kolejne kilometry asfaltu, i oto opuszczamy przyjazną Lubelszczyznę. Żal, bo nie zdążyliśmy przecież nic opowiedzieć o eseldowskich kandydatach do Senatu i ich hasłach (Bernarda Giza-Małecka – „jedyna kobieta do Senatu”; Michał Reoland Gołoś – „tyle jesteś wart ile dajesz innym”; Gertruda Gabriela Miarowska – „gdzie diabeł nie może, tam…”).

Krajobraz zmienia się z wolna, miejsce chmielowych tyczek i plantacji tytoniu zajmują sady pełne jabłek i kozienicka puszcza. Z tyłu zostają Puławy i Kazimierz. W sercu żal, w portfelu pusto, w bagażniku koguty.

Wkraczamy zatem w województwo mazowieckie, również ogarnięte wyborczą gorączką. A tu na płocie w Kozienicach wielki plakat „Ewa Kopacz – twój lekarz, twój minister”.

Ech, pora kończyć wyborcze głupie żarty. Głupszego niż ten i tak nie wymyślę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Męczeństwo Tomasza Lisa

18 wrz 2011

Ujawnione przez „Gazetę Polską Codziennie” taśmy prawdy Tomasza Lisa to wstrząsające świadectwo trudnych czasów, podobne do nagrań Michnika z afery Rywina oraz stenogramów Chlebowskiego, Drzewieckiego i Sobiesiaka z afery hazardowej. Te ostatnie dobitnie pokazywały, jak ciężki jest w Polsce los uczciwych, rzutkich, przedsiębiorczych ludzi zmagających się z przeszkodami natury biurokratycznej. Taśmy Lisa pokazują coś więcej: bezmiar okrucieństwa Polski, losu i PiS-u wobec najświatlejszych jednostek narodu – takich właśnie jak Tomasz Lis.

Życie Tomasza Lisa nigdy nie było łatwe. Urodził się 6 marca 1966 roku w Zielonej Górze, mieście które dało Polsce wokalistkę Marylę Rodowicz. To był pierwszy cios. Okazało się bowiem, że jakby się Tomasz Lis nie starał, nigdy nie będzie najsławniejszym zielonogórzaninem w kraju, ani w Europie.

Prawdopodobnie nie doczeka się też w rodzinnym mieście pomnika, bo w kolejce zawsze wyprzedzą go inni znani krajanie – aktorka Maria Gładkowska czy pieśniarz Piotr Bukartyk.

Gdy Tomek miał zaledwie sześć lat, spadł na niego kolejny cios. W roku 1972, także 6 marca, ale w USA, urodził się Shaquille O’Neal, słynny koszykarz Magic Lakers. W ten sposób plan zostania najsławniejszym człowiekiem świata urodzonym 6 marca także spalił na panewce.

Przybity wrogimi uderzeniami karmy Tomas Lis nie poddaje się jednak i w latach 80. XX wieku wyrusza do Warszawy, która okazuje się prawdziwym piekłem na ziemi: istnieją tam już co prawda dwa programy ogólnopolskiej telewizji i cztery programy ogólnopolskiego radia, ale w żadnym z nich nie ma Tomasza Lisa. Potem sprawy przybierają jeszcze gorszy obrót. Przychodzą lata 1989-1990 i telewizja z komunistycznej staje się publiczną.

Telewizja publiczna nie jest jeszcze wtedy pisowska, ale już jest we władaniu innych polityków, zdolnych do najgorszych świństw. Młody idealista z Zielonej Góry podstępem zostaje więc zmuszony do udziału w konkursie na dziennikarza telewizyjnego, a następnie (prawdopodobnie szantażem) skłoniony do występu na wizji. 3 maja roku 1990 nadchodzi feralna chwila – nieświadomy niczego student z prowincji zostaje znienacka wypchnięty w światła reflektorów. Okazuje się, że ma to miejsce w wieczornym wydaniu „Wiadomości TVP”. Na tym nie koniec – według niepotwierdzonych informacji Lisowi ktoś próbuje wcisnąć za to pieniądze.

Kto raz zostanie wciągnięty w tryby systemu niszczącego ludzkie sumienia, niezależność i ubóstwo, ten nie może z niego uciec. Prawdziwość tej maksymy potwierdzają dalsze losy Tomasza Lisa.

Skazany na rolę sprawozdawcy parlamentarnego musi spędzać wiele godzin w Sejmie, gdzie zmuszony jest ocierać się o osoby pokroju Marka Jurka, Jerzego Kropiwnickiego, braci Jarosława i Lecha Kaczyńskich, nie wspominając o Janie Olszewskim i Januszu Korwin-Mikkem. Niewielkim pocieszeniem dla Tomasza Lisa jest fakt, że na ponurych korytarzach przy Wiejskiej przypominających nieco przyszłe kazamaty CBA, spotykać się może z innymi ofiarami systemu, które przemocą lub podstępem zostały zmuszone do robienia kariery w mediach – wśród nich z Moniką Olejnik.

Zmęczony duszną atmosferą i nieustanną walką o wolność i godność słowa, poniewierany haniebnymi honorariami z Woronicza Tomasz Lis decyduje się – podobnie jak przed nim pułkownik Ryszard Kukliński – na ucieczkę do Stanów Zjednoczonych. Nie zdaje sobie sprawy jak duże wpływy ma tam polska agentura. Lis szybko zostaje zdemaskowany i nakłoniony (prawdopodobnie szantażem) do podjęcia aktywnej współpracy z TVP. To jeden z najczarniejszych okresów jego życia – miarą jego talentu i ambicji stają się nie sny o lepszej Polsce, lecz wypłacane co miesiąc dolary.

Potem jest już tylko gorzej. W 1997 roku Tomasz Lis wraca do Polski. Tu jakimś cudem (być może kiedyś w archiwach odnajdą się dokumenty odsłaniające kulisy tej operacji) desperackim szarpnięciem zrywa się z łańcucha TVP i trafia do nowopowstałej telewizji prywatnej – TVN. Jak się okazuje – z deszczu pod rynnę. W taśmach prawdy Tomasza Lisa znajdujemy celne podsumowanie tego, czym tak naprawdę było imperium Mariusza Waltera.

– Opakowanie w TVN było sto razy lepsze niż w innych telewizjach, ale sorry, przecież to jest syf – tłumaczył Lis na spotkaniu u Zbigniewa Hołdysa (to te właśnie nagrania upubliczniła „GPC”). – To jest guma do żucia i ogłupianie ludzi. I pełna gwarancja, że jak chcesz się dowiedzieć czegoś naprawdę, to nie oglądaj tej stacji, bo to nie ten adres. Co gorsza, jeszcze ludzie mają przekonanie, że to jest światowe. To nie jest światowe. To jest opakowane w piękne sreberko dziadostwo! – puentował Lis.

Tomasz Lis nie docenił jednak w swoim czasie przebiegłości włodarzy TVN, którym udało się ukryć przed młodym (ale już nie tak bardzo) idealistą prawdziwą naturę ich stacji. O przebiegłości rodziny Walterów może świadczyć fakt, że przez siedem lat tak mieszali mu w głowie, że Lisowi zdawało się, iż bierze tylko udział w próbach mikrofonowo-kamerowych na potrzeby szkoleniowe, a tak naprawdę prowadził główne wydanie „Faktów”. Gdy prawda wyszła na jaw – był zdruzgotany. Wtedy po raz pierwszy w jego głowie zaświtała mu myśl o odejściu.

Kroplą, która przelała czarę goryczy było odkrycie, że w tzw. międzyczasie, przez owe siedem lat zniewolenia w „syfie” właściciele TVN przelewali na konto Tomasza Lisa wielkie sumy pieniędzy. Były to regularne, comiesięczne wpłaty idące w dziesiątki tysięcy złotych. Dziennikarz odkrył ten fakt przypadkowo, kiedy Kinga Rusin zostawiła na toaletce w sypialni wyciąg z banku. Furia oszukanego przez TVN sympatycznego chłopaka z Zielonej Góry nie miała granic. Wyjście było tylko jedno: zostać prezydentem Polski, by żona –jako pani prezydentowa – mogła wydać wszystkie te brudne pieniądze na jakąś akcję charytatywną. Była na to szansa, bo w sondażu prezydenckim „Newsweeka” ze stycznia 2004 r Tomasz Lis plasował się na drugim miejscu za Jolantą Kwaśniewską.

Do dziś nie wiadomo, czy właściciele TVN nie mogli znieść myśli o tym, że ich pieniądze trafią do biednych, czy zagrały tu jakieś inne czynniki. Zdaniem Lisa prześladowano go za poglądy, a dokładnie za książkę „Co z tą Polską”. – Ta książka to było rozpieprzanie czerwonego po ścianach – mówi dziś Lis – Tak, że się krew lała. Co oczywiście w tamtym kontekście nie bardzo się podobało.

Co prawda to prawda. Zacytujmy najostrzejsze fragmenty feralnej publikacji – te o mediach publicznych „Mamy rządzącą telewizją partię, mamy partyjnych towarzyszy oddelegowanych do pracy w środkach masowego przekazu, mamy partyjnych funkcjonariuszy oddelegowanych do nadzoru nad programami telewizyjnymi”. Albo: „Prezydenta i premiera, i ministrów, i członków rządzącej partii jest w tych programach tyle, że złamane zostają wszelkie proporcje czasu przyznanego władzy i opozycji, że w kąt idą resztki przyzwoitości”. Lub: „Szefem publicznej telewizji jest człowiek, który nawet nie ukrywa swych związków z SLD i prezydentem” oraz „działalność KRRiT jest absolutnym zaprzeczeniem standardów obowiązujących w demokratycznych krajach”.

Jak widać już wtedy Tomasz Lis wiedział, do jakiej telewizji publicznej na pewno nigdy nie pójdzie pracować. Ale o tym później.

Dość powiedzieć, że w latach 2004-2005 męczeństwo Tomasza Lisa weszło na kolejny poziom. Wyrzucony z TVN odzyskał wolność i godność osobistą, ale nie na długo. Nie wiedział że ponurą intrygę szykuje wobec niego inny magnat medialny – Zygmunt Solorz.

1 września 2005 Tomasz Lis został dyrektorem programowym i członkiem zarządu Telewizji Polsat. Jak dziś sam wyjaśnia w taśmach prawdy „Polsat to Polszmat”. Tam odkrył wreszcie prawdę o mediach: – Absolutnym standardem jest załgane i pełne hipokryzji mizdrzenie się do widza. Tandetne, wstrętne mizdrzenie się do widza! – tłumaczy Lis – Niczym nieróżniące się od podlizywania się głupiego prymusa do pani wychowawczyni. To oznacza: nie powiedzieć nic kontrowersyjnego tylko, cały czas robić cały czas srutututu pęczek z drutu!

To właśnie w Polsacie-Polszmacie doszło wreszcie do przemiany naiwnego idealisty w bojownika o wolność i demokrację. Były to trudne czasy. Rządził PiS. Na ulicach patrole w długich skórzanych płaszczach legitymowały kardiologów i ginekologów. Agenci-prowokatorzy próbowali sprzedawać naiwnym posłankom PO szpitale. Andrzej Lepper chodził w butach od Armaniego, a Jarosław Kaczyński w butach dyktatora. Roman Giertych próbował stłamsić spontaniczność młodzieży która w ramach protestów politycznych zakładała nauczycielom na głowy kosze na śmieci. Za dorsze płacono służbowymi kartami kredytowymi. Zbigniew Ziobro rzucił doniczką w Patrycję Kotecką, ale nie trafił i zniszczył laptopa. Krótko mówiąc – Polska przypominała Berlin w roku 1933.

Tomasz Lis nie złożył broni. Najpierw zaproponował Zygmuntowi Solorzowi, żeby zlikwidować blok reklamowy przed „Wydarzeniami” Polsatu. Oligarcha – jak wspomina Lis – zarzucił mu wtedy, że „ocipiał” bo to jest „największa kasa”. Co więcej – Solorz tak ustawił pracę kamer ukrytych w różnych miejscach Polsatu, że nieustannie filmowały, jak Tomasz Lis gawędzi z Hanną Smoktunowicz. Dziennikarz myślał, że to rozmowy o tym, co zrobić z Polską, a tymczasem były one emitowane na antenie jako „Wydarzenia” Polsatu. Tego Lis miał już dość. W dodatku wyszło na jaw, że także Solorz – jak wcześniej Walter – w sekrecie przelewa na konto Lisa duże kwoty pieniędzy. A także i to, że Solorz „śmiertelnie bał się PiS”. Załamany Lis wyruszył więc po duchową pomoc do jedynego, obok Jana Pawła II, autorytetu moralnego Polaków – Jurka Owsiaka, na Przystanek Woodstock. Powiedział tam „To jest wasz kraj. Nie słuchajcie tych bzdur – tam jest ZOMO, tu jesteśmy my”. To przypieczętowało jego los.

Zniszczony wieloletnimi pensjami, wycieńczony wysokimi nakładami książek, brutalnie fotografowany przez kolorowe magazyny, Tomasz Lis rzekł wreszcie: – Odchodzę, bo to jest pieprzone k… stwo. Jeśli ja tu zostanę, będzie to zalegalizowanie tego k… stwa. Perspektywa że Kaczyński zachowa władze – gigantyczna. Ja mówię: spadam stąd. Pieprzę te 80 tysięcy i odchodzę, bo mnie nie stać, żeby zarabiać te pieniądze za taką cenę.

Och, gdybyż nieszczęśnik wiedział, co go teraz czeka! Miało bowiem dojść do najgorszego: za prześladowanie Tomasza Lisa zabrał się teraz bezpośrednio PiS.

A zaczęło się tak: pewnego deszczowego wieczoru zamaskowani funkcjonariusze CBA zgarnęli Tomasza Lisa wprost z ulicy, jak to bywało za Stalina i Bieruta. Na głowę zarzucili mu kaptur, przesycony smrodem Givenchy. Kiedy zdjęto mu kajdanki i odsłonięto oczy Tomasz Lis odkrył, że stoi samotnie przed Andrzejem Urbańskim, prezesem TVP. Co tu dużo mówić – był zdany na jego łaskę i niełaskę. Za oknami gabinetu na Woronicza szalała burza. Błyskawice waliły wściekle w okna – ostatnie podrygi IV RP. Na biurku Urbańskiego leżała komórka, na której wyświetlaczu widać było wyraźnie, że ostatnio wybierano numer Jarosława Kaczyńskiego.

Nikt nie wie, jak przebiegała ta słynna rozmowa. Urbański musiał jednak wspiąć się na wyżyny trudnej sztuki torturowania niewinnych, bo Tomasz Lis wyszedł od niego będąc już innym człowiekiem: złamanym, poniżonym, upokorzonym.

W efekcie Lis zmuszony był poprowadzić program w telewizji publicznej. Nadeszły najczarniejsze lata jego życia. Sam zresztą opowiedział o nich tak: – Ani Andrzej Urbański, ani żaden inny prezes TVP w ciągu tych prawie czterech lat w żaden sposób nigdy w nic mi nie ingerował. W tamtych czasach korzystałem z absolutnej niezależności.

Tomasz Lis przetrwał. Mimo pisowskiej intrygi, której celem było nieingerowanie w jego program nienarzucanie mu niczego, udało mu się dochować standardów telewizji publicznej.

Na jak długo? Kiedy padnie ofiarą jakiejś szui, która wyciągnie mu, że „Prezydenta i premiera, i ministrów, i członków rządzącej partii jest w tych programach tyle, że złamane zostają wszelkie proporcje czasu przyznanego władzy i opozycji, że w kąt idą resztki przyzwoitości”? Lub, że szefem publicznej telewizji jest człowiek, który nawet nie ukrywa swych związków z PO? Oraz że „działalność KRRiT jest absolutnym zaprzeczeniem standardów obowiązujących w demokratycznych krajach”?

Kiedy wreszcie Tomasz Lis odkryje, że prezes Juliusz Braun, podobnie jak łamacze kręgosłupów moralnych z TVN i Polsatu, nakazał by potajemnie na konto Lisa wpływały pokaźne kwoty pieniędzy?

Gdzie leżą granice męczeństwa Tomasza Lisa –tego jeszcze nie wiadomo. Wątłym promykiem pocieszenia może być fakt, że jego smutny los, jakkolwiek by nie był okrutny, nie jest jeszcze najgorszy na świecie. Mogło być gorzej.

Mógł urodzić się w Katowicach. Wtedy w kolejce do pomników stawianych przez miejscową ludność ikonom walki o wolność mediów mógłby go wyprzedzić Kamil Durczok.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wojewódzki w 3D i 4G

11 wrz 2011

W jednej z najnowszych reklam sieci komórkowej Plej (z angielska Play) wyświetlanej w kinie przed filmami 3D występuje dwóch panów KuboWojewódzkich. Zachwalają oni Internet 4G i prowadzą pojedynek na smartfony. – To ja wysyłam na ciebie rodzinę ze wsi – mówi w pewnej chwili pierwszy. – To ja uzi! – odpowiada drugi. Jakby ktoś nie wiedział, uzi to znany pistolet maszynowy, broń ceniona za niezawodność i śmiercionośność.

Żart jak widać jest pyszny, prawie tak dobry jak skandowanie w zeszłym roku przez tłum wyrostków „Jeszcze jeden!” podczas rozrywania kaczuszek na Krakowskim Przedmieściu pod smoleńskim krzyżem. A kto wie, może i tak dobry jak „zimny Lech” – aż sam nie wiem, pysznym poczuciem humoru tak w Polsce ostatnio obrodziło.

Jak rozumiem właściciele sieci Plej (z angielska Play) są bardzo szczęśliwi, że wybijaniem rodziny ze wsi przy pomocy karabinka uzi udało im się (przez wyjątkowo śmieszną krotochwile, przyznajmy) nawiązać kontakt z targetem, czyli młodymi, aspirującymi z miasteczek i miast, których łączy nienawiść do wiochy, moherów i kaczuszek. Na wypadek gdyby sprzedaż nie skoczyła tak wysoko, jak się spodziewają, mam od razu podpowiedź – może w następnym spocie jeden Wojewódzki mógłby powiedzieć na przykład „to ja w ciebie łódzkim pracownikiem biura PiS”, a drugi Wojewódzki zripostować „a ja go ciach, nożem po gardle”. To otworzyłoby też drogę do serii spotów, w których mógłby wystąpić inny mistrz humoru, Radosław Sikorski oferujący na przykład ściągnięcie na smartfona jakiejś fajnej gry w dorzynanie.

Smartfony smart fonami, a prawdziwe życie idzie swoją drogą. Bezrobocie wśród młodych rośnie najszybciej, a oni sami coraz bardziej martwią się nie tylko śmieciowymi umowami, na które są zatrudniani (jeśli już mają szczęście znaleźć prace), ale i szklanym sufitem, o który rozbijają się ich aspiracje. Przyznaje to nawet dobrotliwy rząd Donalda Tuska i jego najbardziej dobrotliwy minister Michał Boni w smutnym raporcie „Młodzi 2011”. Zawodowe mafie, zwane korporacjami zawodowymi, mocno trzymają w garści ścieżki kariery, dopuszczając do nich tylko swoich i sprawdzonych – najchętniej własne dzieci. Najlepszym pomysłem na życie znów wydaje się szybki wyjazd do innego kraju, gdzie – na wsi, czy nie na wsi – pieniądze nie śmierdzą i można je jakoś zarobić.

Lepiej nie będzie. Rezerwa demograficzna – przepuszczona. Fundusze emerytalne – rozwalone. Minie euforia związana z Euro 2012, minie i czas pompowania nad Wisłę innych euro – tych prawdziwych, od Unii Europejskiej. Zostaną puste stadiony, niedokończone drogi, pordzewiałe tory i wielkie pretensje do Brukseli, żeby dała kasę –no bo skoro dał Grecji, to może i nam da na pensje i zasiłki.

Ale na razie –furda! Jak to mawiał Elektrycerz Kwarcowy z bajki Stanisława Lema „byle tylko nie myśleć, a będzie dobra nasza!” Trudno wtedy zauważyć, że toniemy już nie w g… ale 4G,a przyszłość wygląda na taką nie zwyczajnie do d…, tylko do 3D. Do kin, obywatele, na mecze, na wiece! Kupcie sobie Plej i będzie okej. „Byle tylko nie myśleć, a będzie dobra nasza!” .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Debaty klaunów, spekulanci i cykliści

09 wrz 2011

Autorski przegląd prasy

„Telewizyjne debaty i tak są lepsze od kampanijnych popisów klaunów” wieści w komentarzu na stronie drugiej „Polska The Times” Paweł Fąfara.

Niestety, nie ma racji. Oglądałem debatę o gospodarce w TVP1 i widziałem na własne oczy, że najgłupszy nawet spot wyborczy dowolnej partii (łącznie z piosenką disco senatora PO Eryka Smulewicza) jest lepszy od gromady ludzi chrzaniących coś bez ładu i składu podczas tak zwanej debaty. A jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć o Polsce i świecie, to już szybciej polecam teleturniej „Jeden z dziesięciu”.

Mirosław Czech, polityk z „GW”,… przepraszam, wróć, publicysta z „GW” na łamach „Super Expressu” ujawnia sekrety wyborów w roku 2007. „W mojej komisji wyborczej na warszawskich Kabatach frekwencja wyniosła wówczas 90 proc. I 90 proc. poparło PO!” z dumą oświadcza Czech. Ten wynik da się poprawić, panie Mirosławie! W tych wyborach niech frekwencja wyniesie 110 proc., z czego 120 proc. głosów niech padnie na PO! Warszawa nie takie cuda widziała, w końcu to w tym pięknym mieście znaleziono w bagażniku byłego komendanta policji kilkaset pięknie (i słusznie) wypełnionych kart do głosowania. Mirku, musisz!

W „Fakcie” ciekawy wywiad z analitykiem finansowym Pewnej Dużej Firmy, który wyjaśnia, że światem rządzą nie politycy, lecz spekulanci. Ciekawe kiedy potwierdza się także tezy o cyklistach i pewnej mniejszości etniczno-religijnej.

„Gazeta Wyborcza” alarmuje, że w Polsce prywatne szkoły dla dorosłych tylko udają, że uczą, a głównie to wyciągają pieniądze – od ludzi i od państwa. Mam dla „Wyborczej” wstrząsająca wiadomość – niestety to samo robią szkoły nieprywatne dla niedorosłych i nieprywatne.

W pierwszym numerze „Gazety Polskiej Codziennej” wywiad Joanny Lichockiej z poetą Jarosławem Markiem Rymkiewiczem. „Ci którzy wyszukują właściwy przycisk pilota albo otwierają właściwa gazetę dowiadują się, że żyją w bardzo miłym kraju, w którym żyje im się bardzo przyjemnie, a jeśli nawet w ich życiu pojawią się jakieś nieprzyjemne problemy, to wiadomo, że nasz rząd sobie z nimi poradzi, bo jest bardzo miły.” Nic dodać, nic ująć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Starać się można w nieskończoność

05 wrz 2011

Politycy obiecują chętnie i dużo – każdy na swoją miarę. Obietnice bywają konkretne: od bezpłatnych żłobków po darmowe tablety, od 100 milionów dla każdego po 3 miliony nowych mieszkań.

Albo ogólne i mgliste – że będzie lepsza przyszłość, cud, normalność, europejskość. Te drugie są o tyle bezpieczne, że ciężko za nie rozliczać – bo niby jakim narzędziem zmierzyć, czy „klimat w polityce” jest lepszy czy gorszy albo czy poczucie ufności lepsze jest od poczucia bezpieczeństwa

Wszystkie te obietnice (małe i duże, konkretne i ogólne) łączy jedno – mało kto daje się na nie nabrać. Jak pokazał niedawny sondaż TNS OBOP dla „Panoramy”, aż 77 proc. Polaków nie wierzy, by partia, która wygra wybory (nieważne, jaka to partia będzie), spełniła swoje obietnice.

Zdawać by się mogło, że to oznaka dojrzałości – oto trzeźwi i rozsądni wyborcy oznajmiają w ten sposób, że nie dadzą się więcej oszukać. Ale w takim razie wypada zapytać, dlaczego ci rozsądni ponoć wyborcy chcą znów głosować na tych, którzy już raz obiecali im gruszki na wierzbie. Przecież gdyby potraktować dosłownie wszystkie obietnice Platformy Obywatelskiej sprzed czterech lat i rozliczyć ją dziś z realizacji, to wysokość deklarowanego dla niej poparcia w sondażach nie powinna przekraczać wartości jednocyfrowej, a szybuje gdzieś między 35 a 40 proc.

Jest i przykład w drugą stronę – partii, która sporo ze swych obietnic spełniła i nic jej to nie pomogło. W czasach, gdy Samoobrona współrządziła z PiS, rolnikom wyraźnie się poprawiło. A mimo to wyborcy partii Leppera odwrócili się od niej w kolejnych wyborach (w 2007 r. zdobyła ledwie 1,5 proc. głosów).

Czyżby zatem obietnice nie miały żadnego przełożenia na realną politykę? Czyżby był to tylko pusty rytuał demokracji, w którym obie strony zdają sobie sprawę z tego, że oszukują: politycy udają, że coś zrobią, wyborcy udają, że im wierzą? Jeśli tak jest, zwiastuje to ponurą przyszłość polskiej demokracji. Bo jak tu poważnie rozmawiać, kiedy obie strony twierdzą, że wszystko jest tylko na niby?

W sytuacji powszechnego braku zaufania – wyborców do polityków, polityków do konkurentów – jasna staje się recepta na sukces stosowana przez PO. Konkrety i kontrowersje omijać z daleka, budzić za to sympatię sugestią, że „przynajmniej się stara” (tak tłumaczyłbym sens hasła „Polska w budowie”). A starać się, jak wiadomo, można w nieskończoność.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdy ministrów leże leży na twitterze

04 wrz 2011

Strasznie się obruszyli ministrowie i rzecznicy z rządu Tuska, kiedy dziennikarze „Rz” zaczęli ich podpytywać, czy przypadkiem aktywność członków rządu na Twitterze w godzinach pracy nie jest aby nadużyciem.

Tak się bowiem ostatnio złożyło, że już nie tylko minister Sikorski ćwierka sobie nieustannie w owym medium, ale i kolejni ministrowie zajmują się tam wychwalaniem swego rządu, wspieraniem kolegów kandydujących do parlamentu i (to rzecz oczywista) atakowaniem PiS. Dziwnym trafem większa część ich aktywności przypada na godziny między 8-mą a 16-tą, kiedy teoretycznie wypadają im godziny rządzenia.

Biuro prasowe ministra finansów Jana vel Jacka vel Vincentego vel Rostowskiego poinformowało, że minister może twittować kiedy chce, bo jego godziny pracy nie kończą się po 16-tej i obejmują także wieczory, weekendy i święta. Otóż nie, mili państwo –jeśli ministrem jest się całą dobę, to tym bardziej przez całą dobę nie wolno zajmować się propagandą partyjną i lansem, tylko rządzeniem. W końcu to robiłby, używając ulubionego zwrotu Donalda Tuska, „odpowiedzialny polityk”.

Rzecznikowi rządu Pawłowi Grasiowi nawet nie chciało się w tej sprawie odebrać telefonu. Jest tak nowoczesny, że porozumiewa się ze światem już tylko przy pomocy esemesów i wpisów na Twitterze. Odpisał więc tylko „z portali trzeba korzystać, a nie o nich rozmawiać”. Z tego co wiem, z innymi redakcjami pan minister Graś czasem rozmawia jeszcze tradycyjnie, co wbija mnie w dumę, gdyż oznacza to, że ma te redakcje za znacznie mniej nowoczesne od „Rz”. Dla „Rz” zarezerwował już tylko najnowocześniejsze kanały komunikacji –jak esemes, tweet i telepatia (to ostatnie wymieniam, bo zdarza mu się w ogóle nie odpowiadać na pytania – przecież nie ze złośliwości lub lekceważenia, na pewno po prostu liczy na to, że odczytamy jego myśli telepatycznie, czyli jeszcze nowocześniej niż przez twittera).

Mam dla ministra Grasia i jego kolegów niedobrą wiadomość. Wiem, że być może ich to zszokuje, ale tak się składa, że to ja płacę im pensję. I ciocia, która głosowała na LPR, i wujek, który głosował na SLD, i stryjek, który głosował na PiS, i kuzyn, który chce głosować na Palikota. Wszyscy oni płacą podatki, z których Graś, Sikorski, Rostowski i inni ministrowie wypłacają sobie pensje. To my finansujemy ich czas pracy. I to zupełnie normalne, że oczekujemy iż w czasie pracy będą zajmowali się pracą, a nie partyjną propagandą – nieważne przez jakie medium.

Co do stwierdzenia ministra Grasia, że „z portali trzeba korzystać, a nie o nich rozmawiać” – zgadzam się całkowicie. Proponuję na przykład, żeby zaglądał na tuskwatch.pl i hgw-watch.pl. Z pierwszego dowie się o postępach w budowaniu w Polsce drugiej Irlandii, a z drugiego – jak dzielnie daje sobie radę w Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz – najlepszy polityk samorządowy od czasów kiedy lud grodu Biskupin wymyślił samorządowość.

Tylko bardzo pana proszę, panie ministrze – niech pan korzysta z portali, a nie z okazji, by wysłać na nie ABW. I proszę nie komentować mojego tekstu na twitterze – przypominam, że my tu w „Rz” jesteśmy bardzo nowocześni , bo wcale nie żartowałem z tą telepatią. To działa mniej więcej tak – pan minister sobie coś o nas pomyśli, a my już doskonale będziemy wiedzieli co.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skąd się wzięli wyznawcy Wojewódzkiego

28 sie 2011

Wśród zapomnianych, zakurzonych prac naukowych wśród których bohatersko buszuję, kiedy tylko uda mi się znaleźć prawdziwy antykwariat z prawdziwymi książkami, odkryłem ostatnio rzecz fascynującą i absolutnie niepoprawną politycznie – zbiór artykułów o tym, jak transformacja ustrojowa odbiła się na systemie wartości wyznawanych przez Polaków („Struktura społeczna a osobowość”, PAN 1996). Znalazłem w niej porównanie obszernych badań społecznych wykonanych w latach późnego PRL oraz podobnych badań z lat 1992-1993.

Wedle badań zatem: polska inteligencja (definiowana jako ludzie z wyższym wykształceniem) okazała się w roku 1993 – uwaga! – bardziej konformistyczna w wyborze wartości, jakie chciała by wdrożyć młodemu pokoleniu niż w latach 1978-1980. Powtórzę, żeby było jasne – cztery lata po okrągłym stole polska inteligencja „bardziej niż w okresie państwowego socjalizmu chce uczyć dzieci konformizmu wobec zewnętrznych autorytetów i przejawia więcej niż kiedyś postaw autorytarnych”.

Jest i druga badana grupa – wykwalifikowani robotnicy. Tu okazuje się, że w roku 1993 chcą oni znacznie bardziej niż kiedyś uczyć samodzielności, samosterowności i elastyczności.

Jak naukowcy tłumaczyli wyniki badań dotyczące robotników? Bardzo rozsądnie: w czasach transformacji „robotnicy nie tylko zobaczyli, ale i zrozumieli, że jest się czego bać”. Krótko mówiąc – polscy robotnicy ujrzeli, że dawny system ekonomiczny, wraz z jego socjalistycznymi molochami przemysłowymi, dożywotnią gwarancją zatrudnienia i premiowaniem miernych, biernych, ale wiernych – znika. Jaki wyciągnęli z tego wniosek? Jak najbardziej kapitalistyczny: w nowej rzeczywistości trzeba brać odpowiedzialność za siebie, nie bać się odważnych decyzji, niczego nie dostanie się w prezencie, wszystko trzeba samemu zbudować, wypracować. Ojcowie-teoretycy kapitalizmu lepiej by tego nie ujęli.

A jak naukowcy tłumaczyli niespodziewany w 1993 roku wzrost liczby zwolenników konformizmu wśród inteligencji? Uwaga, bo teraz naprawdę ważny cytat: było to „wynikiem chłodnej, intelektualnej analizy nowego systemu – takiego jakim on jest na co dzień, a nie jakim przedstawiają go ideologowie transformacji. Efektem tej analizy jest coraz częstsze postrzeganie polskiego kapitalizmu jako systemu wymagającego od jednostki – wbrew deklaracjom ideologów – nie samokierowania i elastyczności, lecz dużej dozy nowego konformizmu i posłuszeństwa.”

By rzecz uprościć, ujmę to tak – robotnicy uznali, że skoro teraz w Polsce naprawdę będzie kapitalizm, że trzeba inwestować w siebie, we własne umiejętności, bo lepszy, pracowitszy, bardziej utalentowany – wygrywa.

Inteligenci – inaczej. Owszem, czytali w gazetach (a właściwie w „Gazecie”) sążniste peany ku czci wolnego rynku, ale szybko odkryli, że deklaracje deklaracjami, a bez znajomości, układów, akcesu do sitwy – nic się nie da zrobić. Uznali więc, że zamiast uczyć dzieci samodzielności, trzeba im wpoić sztukę bycia posłusznym, niewychylającym się baranem, tyle że nowego typu.

Oto prawda o naszej transformacji i polskim kapitalizmie: ci, którzy uwierzyli w społeczeństwo równych szans, okazali się frajerami, bezlitośnie ogranymi przez konformistów.

Nie wiem, gdzie dziś są dzieci tych pierwszych. Podejrzewam, że bardzo wiele z nich może sobie ćwiczyć samosterowność i samodzielność na emigracji, bo są jeszcze kraje, gdzie ceni się ludzi, którzy biorą własny los we własne ręce. Części z nich udało się w kraju, bo jednak polski kapitalizm okazał się żywiołem żywotnym, a polski przedsiębiorca – sztuką trudną do ubicia, choć polują na niego zgodnie watahy polityków, urzędników i lepiej podwieszonych (bo politycznie) konkurentów. Chyba nie pomylę się jednak za bardzo, gdy założę, że wszystko co osiągnęli kosztowało ich w Polsce pięć razy tyle wysiłku niż kosztowałoby w innych krajach. Koledzy Gawronika, Rywina, Michnika, Rysia i Zbysia taki nam właśnie ustrugali kapitalizm.

A gdzie dziś szukać dzieci tych drugich? Ukochanych dzieci polskiej transformacji, których mamusia z tatusiem nauczyli, że cały ten kapitalizm to pic? Że zamiast wybijania się na własną rękę liczą się układy, posłuszeństwo wobec tych, co mają kasę i władzę? Że lepiej się nie wychylać, że najfajniej dołączyć do chórów medialno-politycznej „większości”?

Ja to wiem, Pan to wie, i Pani też wie. A jak ktoś nie wie, zawsze może zapytać Kuby Wojewódzkiego lub innego specjalistę do zagospodarowywania „młodych wykształconych z wielkich miast”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop