Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Nie ma wyborów, nie ma fetowania Sierpnia 1980

3 sie 2010

Zamiast wielkiej imprezy w 30. rocznicę powstania „Solidarności” będzie rewia prowincjonalna. Czy przypadkiem nie dlatego, że PO już ma prezydenta?

Miało być hucznie, międzynarodowo i przełomowo: światowe gwiazdy muzyki, ważni politycy i show, jakiego kraj nie widział.

Jest co świętować. Za progiem 30. rocznica wydarzeń w Stoczni Gdańskiej: powstania „Solidarności”, początku legendy Lecha Wałęsy i rozpoczęcia procesu rozsadzania od środka systemu komunistycznej opresji. Nie tylko w Polsce: w całej Europie Środkowo-Wschodniej. W exposé jesienią 2007 r. premier Donald Tusk przypominał, że wolność i solidarność, to „dwa wielkie marzenia Polaków, które narodziły się w sierpniu roku 1980”.

W lutym 2009 roku Tusk zapowiadał oszczędności na organizacji 20. rocznicy wyborów z 4 czerwca 1989 r., ale dodawał: „bardzo nam zależy na tym, aby upadek komunizmu w Europie kojarzył się jednoznacznie z »Solidarnością«, nie tylko z czerwcem, ale i z sierpniem (…). Gdańsk jest tu oczywiście symbolem najbardziej nośnym”.

I rzeczywiście, do pewnego momentu wyglądało na to, że dla Platformy uroczyste obchody 30. rocznicy Sierpnia to zadanie wagi najwyższej.

W nieoficjalnych rozmowach politycy PO nie kryli, że gdańska feta ma ostatecznie unieważnić podział na „Polskę solidarną” i „Polskę liberalną” wykreowany przez PiS w kampanii wyborczej 2005 r.

I pokaże, że przeciwnicy PiS stoją nie tam, „gdzie ZOMO”, tylko tam, gdzie Lech Wałęsa.

Jak ujawniła w marcu „Rz”, szykowały się w związku z tym dwie konkurencyjne imprezy rocznicowe. Pierwszą organizował NSZZ „Solidarność”. Głównym punktem miał być uroczysty zjazd związku, na którym obecność zapowiadał ówczesny prezydent Lech Kaczyński.

Drugą imprezę organizowało Europejskie Centrum Solidarności, któremu rząd obiecał na obchody 20 mln zł.

I to miały być te „właściwe obchody” – z udziałem premiera Tuska i wielu gości zagranicznych.

Z marcowych ustaleń „Rz” wynikało jednak, że choć przygotowania są prowadzone chaotycznie, to najbardziej uroczystości może zaszkodzić jej dwutorowość – bo wagi samej rocznicy nikt nie kwestionował.

Dziś „Gazeta Wyborcza” donosi, że budżet obchodów rocznicowych został okrojony niemal o połowę, sławy muzyki się do Gdańska nie wybierają, a zapraszaniem polityków zagranicznych MSZ po prostu się nie zajął.

Łatwo za tę kronikę zapowiedzianej klęski winić kryzys (w końcu rząd powtarza, jak bardzo musi oszczędzać) albo wyszydzane w niemieckich kabaretach „polskie nieudacznictwo”. Ale czy odpowiedź na pytanie, „dlaczego PO już nie potrzebuje rocznicy sierpnia”, nie jest inna?

Plan hucznych obchodów powstawał, gdy kandydatem PO na prezydenta miał być Donald Tusk, a wybory prezydenckie planowano na październik. Sierpniowa feta miała być jednocześnie wielkim mityngiem wyborczym Tuska, początkiem zwycięskiego marszu do pałacu. Po to Platforma potrzebowała gwiazd, fajerwerków i całego blasku legendy „S”.

Wskutek katastrofy smoleńskiej wybory prezydenckie odbyły się w czerwcu i lipcu. Decyzją Tuska kandydował w nich Bronisław Komorowski, i wygrał. I oto nagle się okazało, że rocznica powstania „S” jest sierotą.

PO ma dziś prezydenta.

A legenda?

Legendę można odesłać do muzeum.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Senyszyn niesie krzyż, Marcinkiewicz – Isabel, a Napieralski całą Polskę

28 lip 2010

W najnowszej „Polityce” subiektywny ranking „15 najbrzydszych rzeczy w Polsce”. W czołówce m.in. krasnale ogrodowe, psie kupy, domu z katalogu, domy nie z katalogu, domy budowane z planem i domy budowane bez planu a także kolej, reklama, bazary, płoty i kostka Bauma. Cóż za strata czasu autorów „Polityki”. Przecież każdy kto czyta ten tygodnik wie doskonale, że w rankingu najstraszniejszych rzeczy w Polsce od lat miejsca 1-5 zajmuje tam Jarosław Kaczyński, miejsca 6-10 – PiS, a miejsca 11-15 ponownie Jarosław Kaczyński. Kostka Bauma jest gdzieś na miejscu 76, między Zbigniewem Girzyńskim i kotem Jarosława Kaczyńskiego.

W „Dzienniku Gazecie Prawnej” Marcin Król dzieli się z czytelnikami radosną refleksją: gdy wracał do kraju z wakacji w Czechach przywitał go napis „Witamy w kraju”. I Marcin Król po raz pierwszy od dawna się wzruszył. „Chyba pierwszy raz w życiu powrót do kraju sprawił nam autentyczna przyjemność”. Z jakiego powodu? „Na pewno miały na to wpływ ostatnie wydarzenia polityczne, czyli druga tura wyborów śledzona z napięciem na laptopie gdzieś we Włoszech”. Co jeszcze, oprócz zwycięstwa Komorowskiego wprawiło profesora w tak znakomity humor? „powrót PiS do naturalnego zachowania, tzn. do strzelania sobie po stopach i walenia w innych na oślep, co tym razem raczej doprowadzi do rozpadu tej partii”. Pytanie brzmi, jak bardzo musiał cierpieć szczęśliwy dziś pierwszy raz w życiu Marcin Król w czasach, gdy prezydentem Polski nie był kandydat PO. A mieliśmy takie czasy. Z przerwą na okupację, komunizm i rozbiory od  966 do 1792 roku, potem od 1918 do 1939 i wreszcie od 1989 do 2010 roku.

Pogromczyni krzyża Joanna Senyszyn (europosłanka SLD) w „Polska The Times” chwali się tym, jak dobrze wypada na tle Palikota. Mimo wspólnej antyklerykalnej retoryki nie można nas porównywać, prawi Senyszyn, bo „muszę nieskromnie powiedzieć, że przewyższam go jeśli chodzi o wykształcenie i inteligencję. Moje wypowiedzi można z przyjemnością czytać i przy okazji się pośmiać”. No to pośmiejmy się razem: w tym samym wywiadzie Senyszyn opowiada, jak to trzeba usunąć smoleński krzyż z krakowskiego Przedmieścia oraz krzyż upamiętniający Jana Pawła II z Placu Piłsudskiego. Powód? Bo to samowole budowlane. Bardzo było śmiesznie? Aha… Tak sobie… Tak szczerze mówiąc myślałem.

W „Fakcie” ciekawa sesja zdjęciowa byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza, który niesie na plecach swą Isabel. „Taszczy żonę jak osiołek” – informuje tabloid. „Podrygi z ukochaną na grzbiecie  zmęczyły byłego premiera”. Na pocieszenie: to i tak dużo lżejszy ciężar, niż targać na własnych barkach cały pijar rządu PiS oraz fochy Ziobry.

W „Wyborczej” wywiad z Grzegorzem Napieralskim. Lider SLD pytany o co mu dziś chodzi odpowiada: – O Polskę.

Słusznie. W końcu Polska jest najważniejsza.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wybory są najważniejsze

21 lip 2010

W tym roku w polityce nie będzie wakacji. Kampania przed wyborami samorządowymi ruszyła z kopyta. Główne partie walczą w nich o dużo więcej niż tylko fotele radnych czy burmistrzów

Które wybory są najważniejsze? Dla prawdziwego polityka odpowiedź jest prosta – te najbliższe. Najlepiej tę prawdę zrozumiał szef SLD.

– Dlaczego Grzegorz Napieralski dalej jeździ po kraju, choć kampania prezydencka się już skończyła? – pytała wczoraj z dziecinną naiwnością reporterka jednej z komercyjnych telewizji posła Bartosza Arłukowicza (Lewica). A ten wykpił się od odpowiedzi, bo jak tu tłumaczyć dziennikarzowi oczywiste oczywistości? Jedna kampania się skończyła, ale druga się zaczyna.

A czasu wbrew pozorom niewiele, bo wybory samorządowe już w listopadzie. Dlatego Napieralski już peregrynuje od miasta do miasta, namaszczając kandydatów na burmistrzów. Dlatego PO już się zastanawia, jak walczyć z PiS tam, gdzie Komorowski przegrał z Kaczyńskim.

O co będą grały główne partie? O dużo więcej niż tylko fotele radnych czy synekury dla pociotków z terenu.

Platforma z niepokojem będzie wypatrywać sygnału, czy skończyła się cierpliwość „dołów”, czy wyborcy nie zechcą aby rozliczać władzy za powódź albo nicnierobienie. Choć PO pewnie znów pójdzie świetnie w wielkich miastach, to na pewno musi ją martwić możliwa porażka w niektórych sejmikach wojewódzkich. Bo wybory prezydenckie pokazały, że w części regionów wyborcy PiS są w stanie się zmobilizować i tak przetrzepać skórę Platformie, że partia Kaczyńskiego weźmie tam samodzielną władzę.

Prawo i Sprawiedliwość niecierpliwie czeka na okazję, by sprawdzić, czy kapitał zdobyty podczas boju Jarosława Kaczyńskiego nie rozpłynie się we mgle. I zaczyna się obawiać, czy możliwa wyraźna porażka w piątych kolejnych wyborach nie będzie oznaczała już tylko czekania na „bój ostatni” – kolejne wybory do Sejmu.

Sojuszowi Lewicy <\p>Demokratycznej wybory samorządowe mają przynieść odpowiedź na kluczowe pytanie: czy niezły wynik Grzegorza Napieralskiego w wyborach prezydenckich uda się przekuć w poparcie dla partii? Czy Sojusz na dobre stanie się trzecią siłą, która w jednym miejscu Polski rządzi z PO, a w innym z PiS?

I jest jeszcze Polskie Stronnictwo Ludowe, które sprawdzi w tych wyborach, czy w ogóle jeszcze istnieje. Sondaże dają dziś ludowcom poparcie w okolicach 1 proc. W walce o samorządy zawsze wypadali dobrze, ale rosnąca dominacja PO i PiS zostawia coraz mniej miejsca na scenie dla innych graczy. A ewentualny fatalny wynik PSL to okazja do rozpaczliwego wyjścia z koalicji rządowej i walki o uniknięcie losu przystawki.

Według niektórych te wybory nie będą ciekawe. To prawda – będą pasjonujące.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Platforma wie, co robi

21 lip 2010

Rząd Platformy Obywatelskiej miał być rządem reform, nowych standardów w polityce i zaufania. Miało być normalnie: rząd nie będzie przeszkadzał Polakom, a oni zaufają, że rząd wie, co robi. Chaos wywołany wejściem w życie nowej ustawy o IPN pokazuje, że rząd  raczej nie wie, co robi, albo co gorsza – nie chce wiedzieć.

Nowelizacja przepisów o IPN była zachwalana jako odpolitycznienie i uspokojenie atmosfery wokół Instytutu. Teczki miały być udostępnione obywatelom, a radę IPN, która wybierze nowego prezesa, mieli wyłaniać elektorzy wskazani przez uczelnie. Tymczasem na szybkie udostępnienie akt nie ma pieniędzy, wgląd w teczki dostali agenci SB, a prezesa IPN nie ma komu wybrać, bo uczelniom do nominacji elektorów nieśpieszno.

Co więcej – jak ujawnia dziś „Rz” – uchwalono takie przepisy przejściowe, że jeśli do 27 lipca świat nauki z wyborem elektorów nie zdąży, to zastąpi go Sejm. Czyli odpolitycznienie będzie polegało na tym, że rządząca koalicja przegłosuje, kogo zechce – wszystko w majestacie prawa.

Czy posłowie i senatorzy PO wiedzą, jaką ustawę poparli? Dlaczego po jej uchwaleniu nagle przestali się interesować losami IPN? Czyżby dlatego, że został osiągnięty cel główny – „odbicie” Instytutu z rąk ludzi, którzy ośmielili się pisać nieprawomyślne książki o Lechu Wałęsie?

Warto przypomnieć, z jakim pośpiechem PO przepychała ustawę o IPN, jak skwapliwie p.o. prezydenta Bronisław Komorowski ją podpisywał. Rząd PO nie śpieszył się tak ani do obniżenia podatków, ani do naprawy służby zdrowia, ani do ułatwiania życia przedsiębiorcom. Prace w Sejmie nabierały za to rozpędu, gdy trzeba było uchwalić nową ustawę hazardową. Teraz priorytetem jest nowelizacja ustawy medialnej.

O ustawie hazardowej Komisja Europejska napisała, że jest niezgodna z prawem unijnym. O ustawie medialnej nawet przychylni PO komentatorzy mówią, że upolityczni ona media publiczne w stopniu dotąd nieznanym.

Czy rząd rzeczywiście wie, co robi? Jeśli nie wie, to nie świadczy o nim dobrze. Jeśli wie, nie świadczy to dobrze o jego intencjach.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dziwne przypadki rzeszowskiej prokuratury

16 lip 2010

Miał być akt oskarżenia dla byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego za rzekome zbrodnie dokonane w tzw. aferze gruntowej. Jest postanowienie, że trzeba uzupełnić akta śledztwa. Tyle tylko, że to pierwsze działo się trzy dni przed drugą turą wyborów prezydenckich, a to drugie dzieje się kilkanaście dni po wyborach. Przypadek?

Można by w to nawet uwierzyć, gdyby nie to, że w sprawie Kamińskiego nastąpiło przedziwne – nawet jak na polskie standardy – spiętrzenie takich przypadków.

W czwartek „Rz” ujawniła, że śledztwo przeciw Kamińskiemu zakończył nie prokurator, który je prowadził (Bogdan Olewiński), lecz jego przełożony Robert Kiliański. Stało się to wbrew zasadom. Oburzenia nie kryli prokuratorzy i politycy. Tydzień wcześniej prokurator Kiliański, któremu tak się spieszyło przed wyborami, by zapowiedzieć oskarżenie byłego szefa CBA, podał się nagle do dymisji. Dlaczego? Nie wiadomo.

Na tym nie koniec. W październiku 2009 r. „Rz” ujawniła, że szefowa Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie Elżbieta Kosior stwierdziła, iż nie ma podstaw do stawiania byłemu szefowi CBA zarzutów. Dziwnym trafem szybko została zwolniona, a jej miejsce zajął wspomniany Kiliański. Ciąg dalszy nastąpił po wybuchu afery hazardowej, gdy premier Donald Tusk usunął kilku ministrów swego rządu i zapowiedział zwolnienie Mariusza Kamińskiego. Wtedy nagle się okazało, że prokuratura w Rzeszowie chce pilnie postawić szefowi CBA zarzuty. Finał znamy – to zamieszanie z ostatnich dni i zabawa w zamykam -otwieram śledztwo.

Jak tłumaczyć to zamieszanie? Albo rzeszowska prokuratura nie wie, co robi, a jej pracownicy nie grzeszą kompetencją. Albo niezależna rzekomo prokuratura tak naprawdę jest rozgrywana przez polityków, którzy jednego dnia potrzebują pilnie śledztwa, bo trzeba szefa CBA wyrzucić z pracy, a innego potrzebna im zapowiedź aktu oskarżenia, bo właśnie finiszuje kampania wyborcza. Obie możliwości budzą głęboki niepokój. Ale naprawdę przeraża ta druga.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Europa jasna i Europa ciemna

16 lip 2010

16 lipca 1410. Malbork. Poranne studio krzyżackiej telewizji Gott Mit Uns 24

Knecht Prowadzący: Temat dnia to oczywiście wczorajsza bitwa pod Grunwaldem. Nie ma jeszcze pełnych danych, Państwowa Komisja Bitewna wciąż liczy ofiary. Oficjalny komunikat z wynikami spodziewany jest popołudniu. Ale mamy zaskakujące wyniki wieczornych exit poll z wczoraj. 60 proc. rycerzy uciekających z pola bitwy przyznało ankieterom TNS Prusak, że walczyło po stronie krzyżackiej, zaledwie 20 proc., że po stronie polskiej lub litewskiej. Pozostali odmówili odpowiedzi lub nie mieli siły zeznawać. Czy to klęska zakonu? Co na to eksperci zgromadzeni w naszym malborskim studio?

Thomas Vollek, niezależny banita, były redaktor naczelny dziennika „Leben”: – Chyba za wcześnie jeszcze wyrokować, kto wygrał. Według mnie niedoszacowana jest strona polska, mam nadzieję, że pozostali jej rycerze nie wzięli udziału w exit poll nie dlatego, że wygrali bitwę i nie uciekają, ale dlatego, że zostali wybici do nogi przez niewątpliwie wyższą cywilizacyjnie armię krzyżacką.

Hans Kurdebalans, zakonolog, Brandenburski Ośrodek Badania Wypraw Krzyżowych: – Nie podzielam optymizmu pana redaktora. Jakkolwiek ponuro by to nie zabrzmiało, trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: Europa ciemna pokonała Europę jasną. Konsekwencje tego faktu będą nieobliczalne.

Irheneusch von Krsheminsky, socjolog bitew i ekspert ds. międzykrólestwowych: Wiele będzie zależało od Władysława Jagiełły – czy wyrzeknie się języka nienawiści, czy może będzie próbował wykorzystać przypadkowe zwycięstwo, by na długo zatruć stosunki między Zakonem a Królestwem. W Polszcze zaczyna się robić duszna atmosfera. Najbardziej jednak należy obawiać się koalicjantów Jagiełły. Wpuszczenie na salony nieokrzesanych Litwinów i ksenofobicznych pułków smoleńskich to rzecz niesłychana. Tak się nie uprawia współczesnej polityki.

Stepphen Nein-Siolovsky, doradca społeczny komtura: (niezrozumiały potok obelg z którego wyłaniają się niewyraźne słowa)… …arły moralne, bydło, obrzydliwa retoryka jagiellońska, znów dzielenie Polaków na tych, którzy stali tam gdzie święty Wojciech i tych, co stoją tam, gdzie kiedyś Zakon…

(powrót obelg, bulgotanie).

Dietrich von Wytrich, ekspert Teutońskiego Instytutu Spraw Publicznych: Obawiam się, że marzenie o zjednoczonej Europie będzie trzeba odłożyć ad acta germanica na wiele, wiele lat. Być może stuleci.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak kocha Niesiołowski, czyli minister na lodzie

14 lip 2010

Najostrzejszy tekst polityczny przynosi dziś, o dziwo, gazeta sportowa. „Przegląd Sportowy” ujawnia, jak to minister sportu w rządzie PO Adam Giersz, a także poseł PO Ireneusz Raś bohatersko walczą, żeby Polski Związek Hokeja na Lodzie dopuścił do rozgrywek klub-bankruta: Podhale Nowy Targ. Klub zawiesił działalność i oddał komu innemu swoje prawa do brania udziału w rozgrywkach, ale co to za problem dla dzielnych platformersów! Prawo prawem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie! Jaki jest oficjalny powód wpychania się polityków do sportu? Ano poseł Raś sugeruje, że hokej nie jest „normalną” dyscypliną sportową. Normalny, nienormalny, chętnie by się ręcznie posterowało…

Oczywiście, kiedy wstrętny pisowski minister Lipiec chciał zrobić porządek w PZPN przez komisarza, to było brutalne ingerowanie polityków w działanie niezależnej organizacji sportowej. Gdy platformerski minister wkłada kij w hokej, mamy do czynienia z ratowaniem sportu. Dla tych, którzy tego nie rozumieją mam z Wikipedii odpowiednia definicję: „Dwójmyślenie” (ang. doublethink) jest terminem pochodzącym z powieści George’a Orwella pt. Rok 1984. Oznacza on przede wszystkim „umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz”.

Janusz Palikot będzie „domagał się wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej do końca”. Wiceprzewodniczący Klubu Parlamentarnego ogłosił tę jakże radosną wieść w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Żeby nie było niedomówień wyjaśnił od razu, że chodzi mu o dopilnowanie, by prokuratura dostatecznie mocno „zbadała tezę, że Lech Kaczyński jest winny tej katastrofy”. Szykuje się spektakl na miarę dawnych, dobrych cyrków z PRL, kiedy prokuratura i ówcześni decydenci zwykle dowodzili, że katowani przez esbecję opozycjoniści sami spadali ze schodów, sami się bili, sami pakowali do bagażników i sami przywiązywali do drzew w lesie.

Czy europoseł PiS Zbigniew Ziobro będzie kandydował na prezydenta Krakowa? – Zbyszek ma swoje zobowiązania. Jednak decyzja o tym czy wystartuje będzie należała nie do niego, a do zarządu partii – mówi w „Polska The Times” Elżbieta Jakubiak. Partia broni, partia radzi, partia nigdy cię nie zdradzi. Partia karmi, partia dławi, partia zawsze cię wystawi…

W „Fakcie” i „Super Expressie” dziś brak zdjęć półnagich polityków: ani premiera, ani prezydenta elekta, ani nawet Schetyny. Smutny dzień  rozjaśnić nieco może w „SE” tekst z cyklu Naukowa Mapa Seksu Polski. Dzisiejszy odcinek: „Najlepiej kochają faceci w Lubuskiem”. Dla zainteresowanych: w okręgu lubuskim swój mandat posła zdobyli w 2007 roku m.in. Stefan Niesiołowski i Józef Zych.

Jak czytam w „Polityce” prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew surowo zakazał podwładnym urządzania mu 70 urodzin. Niby posłuchali, ale tak się przypadkowo złożyło (z tragarzami), że akurat tego dnia – 6 lipca – wypadło huczne święto nowej stolicy i przyjechali goście, a jednopartyjny parlament przyznał Nazarbajewowi jednogłośnie tytuł Wodza Narodu. Partii w naszym parlamencie mamy wprawdzie cztery, ale na wszelki wypadek podaje datę urodzin Bronisława Komorowskiego – 4 czerwca. Na pewno też nie chce hucznych imprez, ale jakby przypadkiem (z tragarzami) świat przyjechał świętować rocznice wyborów 1989 r, to będzie jak znalazł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Schetyna kupuje stringi, a jutro będzie futro

30 cze 2010

„Dziennik Gazeta Prawna” ujawnia taktykę sztabu PO na środową debatę Komorowski – Kaczyński: mimo rządów Platformy „rozliczać Prawo i Sprawiedliwość”.

Podręczniki kampanii wyborczych będzie trzeba na całym świecie dzięki polskim doświadczeniom pisać na nowo. Dotąd przy okazji kolejnych wyborów rozliczano tych, co rządzili ostatnio. teraz chodzi o to, by rozliczyć tych, co rządzili przedostatnio. Albo i przed-przed-ostatnio, ewentualnie przed-przed-przed-ostatnio – zależy jak głęboko będzie trzeba sięgnąć w przeszłość, by dokopać PiS. Efekty już podobno są: sztab Obamy chce w kolejnych wyborach rozliczyć Reagana za to, że grał w słabych filmach, a labourzyści w Wielkiej Brytanii rozliczyć Churchilla za to, że wygrał wojnę.

„Gazeta Wyborcza” poznała Krajową Strategię Rozwoju Regionalnego, czyli rządowy plan dzielenia pieniędzy do roku 2020. Dziwnym trafem stało się to akurat kilka dni przed wyborami – tak samo przypadkowo, jak premier Tusk napisał list do mundurowych, że im nie zabierze emerytur i minister Hall, która napisała do nauczycieli, że żyją na najlepszym ze światów pod panowaniem najlepszego i najbardziej oświeconego władcy. Dziennikarze „Wyborczej” przechodząc przypadkowo z tragarzami obok siedziby rządu przypadkowo dowiedzieli się, że kupa pieniędzy została obiecana Polsce wschodniej, mniejszym miastom, regionom ubogim i tak dalej. Oczywiście fakt, że o rozwój tej części kraju upomina się w kampanii i debatach Jarosław Kaczyński, jest tu zupełnie bez znaczenia. Po prostu tak przypadkowo rządowi wyszło.

Na szczęście żeby nie zrazić żelaznego elektoratu PO w miastach, który mógłby poczuć się oburzony wydawaniem pieniędzy na jakieś pisowskie regiony, rząd przypadkowo drugą wielką stertę pieniędzy obiecuje 18 największym miastom w Polsce. Jaka szkoda, że kampania nie potrwa jeszcze ze trzy miesiące. Skończyłoby się tym, że żołnierze mieliby emerytury po 15 tysięcy, nauczyciele pensje po 20 tysięcy, a Podkarpacie dostałoby taką górę szmalu, że na szczycie mogliby postawić krzyż z Giewontu i nikt nie zauważyłby różnicy wysokości.

„Super Express” zdradza, że straszny kryzys jednak dotknął Polskę. Córka premiera Tuska „za 8 zł haruje jako sklepowa”. Co gorsza „po zamknięciu sklepu musi znaleźć czas na sprzątanie”. I to w Polsce rządzonej przez PO! Strach pomyśleć, co będzie, jak wybory wygra Kaczyński – druga Grecja, druga Białoruś, druga Albania, i pensja Tuskówny może spaść do 6 zł za godzinę! Ale jest i drugie dno tej wiadomości „dziewczyna ciężko haruje w butiku swojej cioci w Sopocie”. Racje ma prezes PiS gdy mówi, że w Polsce bez znajomości i nepotyzmu ani rusz.

Z „Faktu” można się dowiedzieć z kolei, że były wicepremier Grzegorz Schetyna „w sandałeczkach, luźnych gatkach i ciemnych okularach” ukrywa się na tajnych wakacjach w… Sopocie! Podobno codziennie robi zakupy w butiku gdzie pracuje moda Tuskówna i kupuje od niej stringi. Jak już będzie miał ich wystarczająco wiele by upleść sznur, to udusi nim najpierw Tuska, a potem Kaczyńskiego. Grzegorz przecież nigdy nie wybacza.

W „Polityce” Donald Tusk przestrzega, że „Jarosław Kaczyński szykuje odwet”. Brzmi to mniej więcej tak samo wiarygodnie jak opowieści Lecha Wałęsy o tym, że Jan Olszewski próbował zorganizować zamach stanu przy pomocy Jednostek Nadwiślańskich. Ale w końcu nie chodzi o to, żeby było wiarygodnie, tylko żeby, jak to pięknie ujął Palikot, Kaczyńskiego ustrzelić i wypatroszyć. Co ciekawe, o odwecie Kaczyńskiego mówi człowiek, który po podwójnej przegranej w 2005 roku postawił sobie za życiowy cel zemścić się na PiS i Kaczyńskich za to, że nie został prezydentem, a Rokita premierem.

„Niewiele mnie obchodzą osobiste urazy, fobie, frustracje Jarosława Kaczyńskiego” pisze w tej samej „Polityce” Jerzy Baczyński. Ale „nie myślę stać się ich więźniem”. Co innego urazy, fobie i frustracje Donalda Tuska. W takim więzieniu Baczyńskiemu będzie dobrze, ciepło i miło. I to legowisko w kącie celi – na świeżo wyprawionej skórze prezesa PiS i szubach z futra reszty świeżo dorżniętej watahy.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pięć wielkich mitów kampanii prezydenckiej

23 cze 2010

Analiza Piotra Goćka i Michała Szułdrzyńskiego

W ogniu kampanii często się okazuje, że zarówno laicy, jak i eksperci przyjmują za pewniki (i powtarzają) stwierdzenia chwytliwe, ale mało prawdziwe. Oto przegląd mitów kampanii prezydenckiej AD 2010.

1.  Polacy są zmęczeni dominacją dwóch największych ugrupowań politycznych

Nieprawda. Nie tylko nie są zmęczeni, ale wręcz zwiększają dla nich poparcie. Od pięciu lat rośnie liczba głosów zagospodarowywanych łącznie przez PO i PiS. W wyborach parlamentarnych 2005 r. było to 50 proc., w I turze ówczesnego boju o prezydenturę ok. 70 proc., w wyborach parlamentarnych 2007 roku już 75 proc., a w pierwszej turze wyborów prezydenckich dziś – niemal 80 proc. głosów.

2. Na Jarosława Kaczyńskiego głosują głównie ludzie starsi

Liczby mówią co innego. Z analizy danych exit polls TNS/OBOP dla TVP wynika, że w grupie wyborców 60+ różnica między Komorowskim i Kaczyńskim to niespełna 2 punkty proc. (41,6 do 43,5). Z większości prezydenckich badań GfK Polonia dla „Rz” wynika z kolei, że wśród wyborców powyżej 60. roku życia Komorowski ma największe poparcie spośród wszystkich grup wiekowych.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Żyrandol, machorka i wyborcza orka

16 cze 2010

Autorski przegląd prasy

„Polityka”, znany tygodnik uprawiający zaangażowany obiektywizm (słynna okładka „Tusku, musisz!” przed wyborami 2007), także i przed wyborami nie zamierza udawać jakiejś przemiany w bezstronne medium.

We wstępniaku do bloku wyborczego redaktor naczelny Jerzy Baczyński wali wprost, dlaczego nie wolno głosować na Kaczyńskiego. „Jeśli się nie zmienił, powierzenie mu stanowiska prezydenta oznaczać będzie nowa wojnę polsko-polska, jeśli się zmienił, a więc naprawdę uznał, że poprzednio źle mówił, źle myślał i źle czynił – to dlaczego nagradzać go za to najwyższym urzędem w państwie?”.

Stosując podobną logikę wobec Bronisława Komorowskiego należałoby rzec: jeśli naprawdę jest tak dobrym kandydatem, świetnym politykiem, mężem stanu i filarem wszechświata, to dlaczego karać go zamknięciem w jakimś nieistotnym, wedle Tuska, pałacu z żyrandolem? A jeśli jest tak słabym kandydatem, kompromitującym się na każdym kroku, jak widać to codziennie – to dlaczego nagradzać go najwyższym urzędem w państwie?

Na okładce „Polityka” podkreśla „Udawana kampania, prawdziwy wybór”. Ciekawie współgra z wczorajszym „Przekrojem”, gdzie wywiad z Aleksandrem Smolarem zatytułowano „Wybieramy naprawdę”. To podkreślanie „prawdziwości” wyboru pokazuje dwie rzeczy: że Jarosław Kaczyński naprawdę ma szanse na wygraną, i że salon naprawdę panicznie się tego boi. Ktoś mógłby rzec terminologii salonu „budzą się w nich demony polskich lęków”, ale to nieprawda. Te demony nigdy nie śpią.

Włodzimierz Cimoszewicz poparł Bronisława Komorowskiego nie tylko w ogóle, ale i w szczególe, bo dziś na łamach „WybGazu” tłumaczy szczegółowo, jaki to dobry kandydat: „jeśliby doszło do drugiej tury, to obawiam się, że spora część, głównie sympatyków pana Komorowskiego, może wybrać wakacje”. To pokazuje, za jak charyzmatycznego polityka mają nawet jego sojusznicy: jak przyjdzie chwila prawdziwej próby przegra z lasem, łąką, grzybem, rybką oraz gruszą.

Tytuł „rekordu dziennikarskiego chamstwa” w tym tygodniu przyznaję prywatnie nieznanemu autorowi tytułu z pierwszej strony dzisiejszego wydania „Polska The Times”, który brzmi „Jadwiga Staniszkis Palikotem prezesa Kaczyńskiego”. Takiego porównania nie użył nikt w tekście o Staniszkis – ani autorka, ani żaden z jej rozmówców. Ale pojawił się jako zajawka na pierwszej stronie. Musi więc być dziełem kreatywnego redaktora lub kierownika. Nazwanie profesor Staniszkis „Palikotem”, bo dwa razy wyszła ze studia telewizyjnego nie chcąc dyskutować z rozmówcami, którzy ją obrażali lub nie dopuszczali do głosu, to zaiste osiągnięcie godne zapamiętania. I godne Palikota.

Najatrakcyjniejszy(wreszcie!) akcent kampanii znaleźć dziś można w „Super Expresie”. Gazeta zamieszcza fotki bardzo małoletnich kandydatów na prezydenta i krótkie info o tym, co robili, gdy trzymali jeszcze koszule w zębach oraz biegali w krótkich spodenkach. Jarosław Kaczyński „trenował judo, był rozrabiaką i często bił się w szkole”. Grzegorz Napieralski „bardzo chciał zostać żołnierzem i uwielbiał jazdę na rowerku”. Waldemar Pawlak „nie sprawiał żadnych problemów wychowawczych, a książki były jego wielką pasją”. Bronisław Komorowski „w młodości za sąsiadkę miał prostytutkę, gdy miał sześć lat posmakował piwa. Z rosyjskiej machorki i gazety robił sobie skręty”. Ciekawe czy wobec „SE” będą jakieś pozwy w trybie wyborczym.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop