Jak PiS i SLD zamieszkały w jednym internacie

17 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Polską politykę zadziwiająco celnie charakteryzuje w “Dzienniku Gazecie Prawnej” filozof Marcin Król, który zauważa, że nasze partie zaludnione są przez “ludzi, którzy nie reprezentują sobą niczego specjalnego, nie mają żadnych szczególnych poglądów i nie zajmują na ogół wyrazistego stanowiska, a obijają się po jednej czy kilku kolejnych partiach od kilku dekad”.

I to jest prawda, a nie sztucznie kreowany w TVN 24 obraz nieustannej sensacyjnej debaty, wojny czy skrytobójczego mordu między skonfliktowanymi przedstawicielami sił anielskich, piekielnych i jeszcze innych. Trawestując znany bon mot o czystym sumieniu, polscy politycy mają poglądy świeże, bo mało używane.

Mózgi mało używane mają na dodatek prawdopodobnie SLD-owscy krytycy “Wiadomości” TVP 1, o których donosi “Gazeta Wyborcza”. Bardzo nie podoba im się ponoć, że w głównym programie informacyjnym publicznej telewizji nie pokazano relacji z wizyty SuperSzmaji w Białymstoku, gdzie zaszczycił swą obecnością “partyjną konwencje z okazji dziesięciolecia SLD na Podlasiu”.

Wiara w to, że telewizyjne klipy z wizyt gospodarskich na Podlasiu wyniosą kandydata na urząd prezydenta RP jest podobna do wiary nastolatki w to, że od pocałowania koperty, w której dostała fotkę z chłopakiem zachodzi się w ciążę. Panowie, gdyby transmisje z partyjnych konwencji przekładały się na polityczny sukces,  Edward Gierek rządziłby Polską dużo dłużej.

Z dala od Podlasia syn sekretarza Edwarda, czyli Adam Gierek nie wyklucza, że znów poprze kandydaturę Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, tak jak to uczynił pięć lat temu – czytamy w “Polska The Times”. Sztabowcy PiS kombinują, jakby tu w drugiej turze zachęcić do głosowania na obecnego prezydenta elektorat lewicowy. A poseł PiS w “GW” opowiada o tym co jego partię i SLD różni: “możemy się różnić, ale różnić pięknie”.

Najpiękniej będzie, jak do łączących ponoć PiS i Sojusz różnic, czyli postulatów bezpłatnych studiów, bezpłatnej publicznej służby zdrowia i bezpłatnych przedszkoli dołoży się jeszcze bezpłatne wczasy w zakładach opieki publicznej. Towarzysz Jaruzelski na początku lat 80. wskazał drogę. Dzięki niemu tysiące Polaków, których nigdy nie byłoby stać na to, by za własne pieniądze wykupić wielomiesięczne wczasy w ośrodkach internowania. Czyli internatach. A od internatu do bezpłatnych studiów już bardzo bliziutko.

Egipskie ciemności polskiego salonu

7 marca 2010 autor rp

Przyznam się od razu bez bicia – jeżdżę do Egiptu. Byłem kilka razy, a jak Bóg da (i oszczędności pozwolą) to pewnie jeszcze parę razy pojadę. Nie zmienia to faktu, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy szydzić z ludzi, którzy w Egipcie nigdy nie byli. Pewnie dlatego nie można mnie nazwać Polakiem nowoczesnym i eleganckim, jak ci którzy w niedzielny poranek spotkali się na politycznym radiowym śniadanku u Moniki Olejnik

Było bosko – najpierw pani Monika, włascicielka pięciuset (czy coś koło tego) par butów i bywalczyni egzotycznych wakacji kpiła z tego, że prezes PiS Jarosław Kaczyński chciałby w roku 2020 widzieć miliony Polaków odpoczywających na plażach egipskich i tunezyjskich. Cha cha, unosił się w powietrzu duch elegancji i nowoczesności, ale śmiszny ten Kaczyński, nie wie, że Polacy już jeżdżą do Egiptu. Co to, nie wie, że my tu, w Warszawie, kwiat salonu żurnalizmu, Egipt odkryliśmy już dawno?

A poseł rzecznik Paweł Graś pośpieszył z wieściami, że on wszystko sprawdził, i wyszło mu że nawet teraz, poza sezonem, w egipskich kurortach siedzi 10 tysięcy Polaków! Na niewyraźne próby stwierdzenia przez innych uczestników dyskusji, że 10 tysięcy to jednak nie “miliony Polaków” rechot był jeszcze większy. Wiecie państwo dlaczego? Bo Jacek Kurski powiedział, że Jarosław Kaczyński nie był na plaży od 1966 roku! A mimo to, chłe chłe, używa słowa “plaża” i wysyła na nią Polaków! No boki zrywać!

Dalej było jeszcze śmieszniej – jak przystało na poważne spotkanie poważnej dziennikarki z poważnymi politykami, Monika Olejnik zajęła się roztrzasaniem istotnego problemu: czy to znaczy, że gdy Jarosław Kaczyński dowiedzał w Trójmieście brata, Lecha, to nie chodził z nim na plażę? Ale jaja!

Powiem szczerze – na miejscu prezesa PiS i jego spin doktorów inaczej dobierałbym metafory, bo ta z Egiptem i Tunezją nie była najszczęśliwsza – zbyt łatwa do wyrwania z kontekstu i obrócenia kota ogonem (co zresztą Olejnik z gośćmi popisowo zrobiła). Ale robi mi się niedobrze, kiedy rzecznik rządu pospołu z wicemarszałkiem Sejmu i dziennikarką roku śmieją się z tego, że ktoś zauważył, że niefajnie jest, kiedy emeryta z Niemiec na Egipt stać, a emeryt polski może sobie najwyżej skorzystać z egipskich ciemności, bo mu brakuje pieniędzy na płacenie rachunku za prąd.

Żeby się towarzystwo goszczące u Moniki Olejnik za bardzo nie przemęczało, mam od razu kilka gotowych tematów do dyskusji na przyszłość. Na przykład jak ktoś powie, że chciałby, żeby za 10 lat miliony Polaków były zdrowsze, poseł Paweł Graś może rechotać mówiąc, że on juz teraz jest zdrowy i wielu Polaków też. A jak ktoś zaproponuje, żeby za 10 lat ludzie w Polsce więcej zarabiali, to marszałek Jerzy Szmajdziński  zgodnie ze swą słynną lewicową wrażliwością będzie mógł kwiczeć ze śmiechu, bo on już nieźle zarabia, więc o co chodzi? A jak ktoś zaproponuje, żeby w 2020 roku poziom debaty publicznej (w tym i tej między dziennikarzami a politykami) był nieco wyższy, najgłośniej będzie się śmiała Monika Olejnik, bo poziom plaży już osiągnęliśmy, wyżej się najwyraźniej nie da.

Możemy więc teraz na tej plaży poleżeć, czekając aż nam morskie fale wyrzucą na brzeg nowego prezydenta. Jak się trafi mocny przypływ, to chłop trafi na białym grzywaczu prosto do salonowego grajdoła, gdzie czekają roześmiane rozgwiazdy polityki i dziennikarstwa.

Radek Sikorski, król smartfonów

6 marca 2010 autor rp

Nadeszła wiekopomna chwila. Poznajemy, co obaj prezydenccy kandydaci Platformy uważają za największe dotychczasowe osiągnięcia ich rządu. Dziś Radosław Sikorski

W wywiadzie udzielonym “Rz” minister wymieniając swe wielkie osiągnięcia w Ministerstwie Spraw Zagranicznych niesłychanie dumny jest z faktu, że urzędnicy mają laptopy i dostaną smartfony. To zaiste ogromny sukces, podobny do tego, jaki udało się osiągnąć brytyjskiemu MSZ, w którym ponoć dzięki intensywnej pracy ministra wszyscy mówią dziś po angielsku.

Ale pal sześć, że chwalenie się w 2010 roku zakupem laptopa dla dyplomatów to kompromitacja dla wszystkich: obecnego ministra, byłego ministra i chyba też dla urzędnika. Bardziej ubawiły mnie te heroiczne boje o smarftony (dla niewtajemniczonych – to taki telefon komórkowy jak inne, tylko mniej wygodny bo większy, ale bardziej pożądany bo droższy – no i ma takiego smartfona amerykański prezydent).

Nie wiem, czy Radosław Sikorski zna realia wolnego rynku usług komórkowych i panującej na nim konkurencji. Ja znam – jak każdy Polak,który ma komórkę i jest nieustannie atakowany przez konsultantów swojej sieci, którzy od rana do nocy chcą mu sprzedać albo nową usługę albo nowy aparat.

Otóż jestem dziwnie przekonany, że gdybym przyszedł do salonu dowolnego operatora telefonii komórkowej i powiedział, że chcę kupić kilkaset smartfonów (czy ilu tam dokładnie ludzi w MSZ pracuje) to odniesienie sukcesu równie wielkiego jak ministrowi Sikorskiemu zajęłoby mi nie dwa lata, tylko 15 minut. Z tego 5 minut poświęciłbym na załatwianie formalności, a pozostałe 10 minut – oglądałbym radosny taniec ptaka-dziwaka w wykonaniu szefa salonu.

Bo gdyby ów dyrektor usłyszał, że nie tylko kupuję większą partię smartfonów, ale jeszcze chcę podpisać umowę na 4 lata, to nie tylko nosiłby mnie na rękach, ale jeszcze wykonał sambę topless z podwójnym axlem i poczwórnym tulupem czy innym tulipanem. A potem naszykował na ścianie miejsce pod dyplom “Sprzedawcy Miesiąca” i dał mi te telefony po złotówce za sztukę, dorzucił do tego darmowe pokrowce, darmowe breloczki, darmowe długopisy, a na koniec gratis pomalował mi na pomarańczowo albo w fioletowe paski taki sam motocykl, jak ten co to na nim minister Sikorski lubi się fotografować.

Jeśli to jest jedno z głównych osiągnięć resortu Sikorskiego w minionych dwóch latach, to ciekaw jestem tych mniejszych, codziennych sukcesów: udało się zatemperować ołówek? Gazety nie zamokły w drodze z kiosku do bufetu?

Ale fakt, że w dziedzinie komórek Platforma pewne osiągnięcia ma. Dokładnie trzy.

Pierwsze, to właściwe ustawienie głośności dzwonka w tej komórce, na którą dzwonił do premiera Barack Obama, ale się nie dodzwonił, bo premier spał. Drugie to niespotykany w świecie sposób działania szarych komórek Sławomira Nowaka, które wyprodukowały głośno wypowiedzianą przez niego myśl, że Donald Tusk jest “dotknięty geniuszem”. A trzeci to ta komórka, w której trzymają Janusza Palikota. Często go z niej wypuszczają, żeby sobie zagubione pisowskie kapturki mógł chrupać.

Poszukiwacze zaginionych komunistów

5 marca 2010 autor rp

W medialnej burzy, jaka wybuchła wokół nowej biografii Ryszarda Kapuścińskiego bardzo intrygujący jest wątek, którego konsekwencjami nikt chyba jeszcze szerzej się nie zajął (jeśli jest inaczej, proszę o wybaczenie za nieuwagę).

Owszem, pojawiły się stwierdzenia – jak najbardziej zresztą z przesłaniem książki Artura Domosławskiego zgodne – że Kapuściński był “odważnym, ideowym komunistą”, “prawdziwym komunistą”, “prawdziwym człowiekiem lewicy”, “ideowcem dla którego komunizm był przeszłością i przyszłością”, “wierzącym komunistą”. Ale zabrakło odpowiedzi na pytanie “co to właściwie oznacza?”. Ano to, że w czasach PRL mieliśmy w Polsce prawdziwych komunistów! To prawda niesłychanie niewygodna dla tych, którzy próbują Polakom wmówić, że w Polsce między 1944 a 1989 rokiem żadnego komunizmu nie było, a były jedynie geopolityczne uwarunkowania: “wicie-rozumicie, Ruskie były silne, to trzeba było ich słuchać, Zachód nas zdradził, ale żebyśmy tam byli komunistami? Nigdy w życiu!”

Jest to między innymi ulubiona metoda tłumaczenia się dawnych komunistycznych aparatczyków, którzy w wolnej Polsce się uwłaszczyli i zrobili karierę polityczną. Przekonują, że co prawda kiedyś wstąpili do PZPR, ale żadnymi komunistami nigdy nie byli, najwyżej “realistami”; kariery inaczej się zrobi nie dało, oni chcieli być przedsiębiorcami (dziś nimi przecież są), pracowali nie dla dobra partii, tylko dla dobra ludowej Polski (bo innej Polski przecież nie było). Nie zdążyli do armii Andersa, to weszli do armii Berlinga, tak jakoś wyszło.

Ale tak tłumaczą się również autorzy stanu wojennego, którzy byli tak wielkimi realistami i patriotami (przynajmniej tak wynika z ich opowieści) że z miłości do Polski sami kazali zaszlachtować trochę robotników, żeby niedobrzy Rosjanie nie musieli tego robić. O żadnym bronieniu komunizmu mowy nie było. No, może bronieniu socjalizmu. A właściwie chodziło o obronę Polski (innej Polski przecież nie było).

Idźmy dalej – weterani PZPR wielokrotnie próbowali po 1989 r. przekonywać, że prawdziwi komuniści to byli u nas dawno temu, może w Komunistycznej Partii Polski. Potem nad Wisłą występowali już tylko najwyżej zwolennicy socjalizmu z ludzką twarzą (czyli miłośnicy Gomułki). A potem już tylko reformatorzy i zwolennicy dialogu społecznego.

Co więcej, oficjalna wykładnia środowiska “Gazety Wyborczej” na temat Marca 1968 to zdanie Adama Michnika, że wtedy „cham i ciemniak ubrani w mundur ułański z ryngrafem na piersi, manipulując fobiami i emocjami, sięgali po władzę nad Polską”. Znaczy czystek antysemickich dokonywali nie komuniści (tych, jak już ustaliliśmy, w Polsce nigdy nie było), tylko jakaś tajemnicza grupa endeków. Prawdopodobnie z PZPE (Polskiej Zjednoczonej Partii Endeckiej).

Zbliżamy się więc oto do naukowego udowodnienia faktu, że w Polsce nigdy nie było ani komunistów, ani komunizmu, że byli jedynie patrioci i przyszli biznesmeni transformacji ustrojowej, a cała historia lat 1944-1989 wydarzyła się tak jakoś sama, nie wiadomo dlaczego.

A tu nagle taki niefart… Tak dobrze żarło, a tu nagle biografia Kapuścińskiego dowodzi, że w Polsce byli prawdziwi komuniści, którzy w dodatku całkiem na serio traktowali walkę przeciw kapitalizmowi i imperializmowi. Którzy nie tylko piórem służyli sprawie światowej rewolucji, ale jak trzeba było, sami sięgali (jak Kapuściński – co pięknie opisuje Domosławski) po broń, żeby wywalić magazynek w parszywe gady reakcji amerykańskiej, sługusów CIA i wyzyskiwaczy ludów uciśnionych. Bądźmy szczerzy – zwolennik dialogu społecznego oraz transformacji ustrojowej by tego nie zrobił. To zaś prowadzi do pytania – czy to możliwe, że Ryszard Kapuściński był w całym PRL jedynym prawdziwie wierzącym komunistą? Chyba niemożliwe.

Więc może ci czczeni dziś czerwoni generałowie PRL też robili to, co robili nie dlatego, że już pół wieku temu starali się wypracować drogę do aksamitnego pojednania narodu z władzą, tylko dlatego, że wierzyli wujkowi Leninowi, stryjkowi Stalinowi i ciotce Rewolucji Światowej?

Może jednak ubecy i esbecy katowali opozycje nie z tęsknoty za wolnym rynkiem i pluralizmem partyjnym, tylko marząc o rozwinięciu swej ubeckiej działalności drogą eksportu przesłuchań na nowe rynki: Europy Zachodniej czy Ameryki Północnej? Eksportu, którego taśmociągiem miała być niezwyciężona Armia Czerwona?

Może jednak Polacy nie zniewolili się sami, tylko pomogli im w tym nieco komuniści? Prawdziwi komuniści, ideowi, wierni, walczący. Tacy jak Bolesław Bierut. Jak Władysław Gomułka i Mieczysław Moczar. Jak Wojciech Jaruzelski.

Może jednak to nie Polacy okłamywali się sami, tylko propagandę sprzedawali im zainfekowani komunizmem pisarze, dziennikarze, reportażyści? Także ci, którzy kłamali podczas zagranicznych delegacji.

I za ten materiał do przemyślenia Arturowi Domosławskiemu wypada serdecznie podziękować.

“Poskromienie Palikota”. Komedia w dwóch aktach

4 marca 2010 autor rp

Trywialne i bardzo wiarygodne wyjaśnienie awantury o Janusza Palikota podają w nieoficjalnych rozmowach znaczący politycy Platformy. Oczywiście nie chodzi o to, że komuś się zrobiło żal Radosława Sikorskiego, którego szary wilczur z Lublina pokąsał i nikt tak naprawdę wilka odstrzeliwać nie zamierza, bo za wiele jeszcze pisowskich sierotek jest do zagryzienia.

Prawda jest inna: platformerscy spin doktorzy (obojga płci) uznali, że wyskoki Palikota nazbyt odciągają uwagę publiki od Wielkiego Konkursu Na Wielkiego Kandydata Prezydenckiego Wielkiej Partii. Bo pomysł był taki (i zresztą jest perfekcyjnie realizowany), by temat prawyborów w PO zdominował na kilka tygodni całą debatę polityczną. Ale by stało się to w sposób, jaki spin doktorzy sobie wymyślili – czyli by był to konkurs w którym mądry rywalizuje z pięknym, cnotliwy z zasłużonym, a dobry z bardzo dobrym.

Tymczasem atak Palikota na Sikorskiego całą zabawę psuł, więc trzeba było go przywołać do porządku.

Udało się przy tym proste zruganie zagończyka zamienić w kolejne przedstawienie pt. “Demokracja partyjna w praktyce”. Stąd uroczyste obwieszczenie, że “sprawą Palikota” zajmie się komisja Hanny Gronkiewicz-Waltz, stąd nocne posiedzenie Ważnego Zatroskanego Gremium i napuszone przekazanie decyzji we ręce Zarządu PO, czyli Gremium Jeszcze Ważniejszego i Bardziej Zatroskanego.

Całą tę historię da się tymczasem opowiedzieć w kilku słowach – członek partii chlapnął coś, co partia uważa za szkodliwe, ma więc trzymać buzie na kłódkę. Reszta to show na użytek gawiedzi.

Oczywiście gdyby coś takiego wydarzyło się w PiS, efekt byłby taki sam – niesforny poseł musiałby zamilknąć na żądanie kierownictwa. Demokracja wewnątrz PiS jest bowiem podobna do tej wewnątrz PO – członkom jednej i drugiej partii wolno demokratycznie zdecydować, czy uważają że szef partii ma słuszność, czy też sądzą, że po prostu ma rację. Problem w tym, że to, co Platforma potrafi sprzedać w mediach jako zajmujący teatrzyk, w PiS jest sprzedawane jako szare mydło opakowane w brązowy papier z niewyraźnym nadrukiem gniewnej twarzy Jarosława Kaczyńskiego i zawieszką “partia przemówiła, Suski przekazał, teraz sala klaszcze”.

Co jest jeszcze jednym powodem, dla których PO ma w sondażach 50 procent poparcia, a PiS – połowę tego.

Od babsztyla do hipopotama, czyli Kapuściński ścigany Zy(g)zakiem

3 marca 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

“Najbardziej stanowcze opinie przeciw książce wypowiadają ci, którzy jej nie czytali. To osobliwy sposób dyskutowania” – skarży się Artur Domosławski, autor “Kapuściński non-fiction” w “Super Expressie” i dodaje: “nie ocenia się książek bez przeczytania, o ile mamy poważnie rozmawiać”. Hm, nie przypominam sobie, by ta zasada patronowała w macierzystej redakcji Domosławskiego, czyli “Gazecie Wyborczej”, kiedy to hordy autorytetów rozjeżdżały książkę Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie. No, chyba, że nie chcieli poważnie rozmawiać, ale to wszak niemożliwe.

Czego można nauczyć się z tabloidów? Właściwego tonu pisania o rodzinach panujących. W “Fakcie” relacja z wizyty notabli na gali z okazji 200-lecia urodzin Chopina jest tego najlepszym przykładem. Oto garść cytatów: “Jak zwykle eleganccy i w dobrym stylu – szef rządu Donald Tusk w świetnie skrojonym garniturze, premierowa Małgorzata w skromnej sukience”. “Super Express” nie chce być gorszy, ale obstawia innych faworytów: “Pani prezydentowa Maria Kaczyńska jak zawsze pokazała duża klasę, jest ubrana klasycznie i elegancko”.

W “Fakcie” prezydentowa Maria Kaczyńska zdradza, jak mówi do niej mąż, gdy czule zdrabnia: “kochanie, maluszku, maluszyku, babusiku, babiszonku, babuszku”. A jak ona sama mówi do swego Lecha? “Leszku, Leszeczku, ale nigdy misiu-pysiu”. Bardziej ciekawi mnie, jak Tusk mówi do Schetyny: Grzesiuniu, Grześku, Grzechu, Grzeszniczku? Według Palikota, mówi po prostu “hipopotam”. Za “babiszona” Kaczyński dostanie po uszach od feministek. Czy Schetynę wezmą w obronę stowarzyszenia obrońców praw zwierząt?

A propos magika z Lublina: “Czy Palikot wyleci z PO za atak na Sikorskiego?” – pyta dramatycznie “Polska The Times” na pierwszej stronie. Głupie pytanie. Nikt nigdy z Platformy nie wyleciał i nie wyleci za wypominanie komuś “pisiorstwa”. A czy wyleci Sikorski? Głupie pytanie. Nikt nigdy nie wyleciał i nie wyleci z Platformy za opluskwianie “pisiorskiego” prezydenta.

Niezależnie od tego, kto wygra prawybory w PO: marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, czy minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, kandydat Platformy na prezydenta nie ustąpi ze stanowiska na czas kampanii wyborczej. Dlaczego? “Nie ma takiej potrzeby” enigmatycznie odpowiada Waldy Dzikowski (PO) w “Dzienniku GP”. Słusznie. Jak mawiał towarzysz Gomułka, “władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”.

Wspaniały duet w “Gazecie Wyborczej” na stronie 20. Najpierw Arkadiusz Rybicki (poseł PO) obiecuje takie skręcenie ustawy o IPN, żeby zawarte w teczkach SB dane nie trafiły do “bezdusznych badaczy” i “złych dziennikarzy”. A niżej Magdalena Środa poucza Artura Domosławskiego, że zgrzeszył w swej książce o Kapuścińskim, bo nie rozumie, że w kwestii prawdy “jedną z granic jest dyskrecja” i “zwykła przyzwoitość”, i że jest Domosławski przedstawicielem pokolenia którego bożkiem jest “prawda, która nie zna żadnych granic, nie szanuje żadnych świętości i nie unika rozgłosu”, co oczywiście jest Magdalenie Środzie wstrętne, tak jak Rybickiemu wstrętni są badacze akt IPN.

Ten kuriozalny wywód na temat prawdy jest dziełem kobiety, która ma doktorat z filozofii oraz mieni się etykiem. Czekam z utęsknieniem, aż przełoży na język polski jakieś fundamentalne dzieło Arystotelesa: na przykład “Dyskrecja i przyzwoitość w prawdzie”. Albo może “Rozgłos prawdzie przeczy”. Nie znacie państwo takich traktatów? Ja też nie. Ale Środa najwyraźniej zna.

“Przestańcie nazywać błędem to, co jest przeciwieństwem waszej prawdy” – pisał Antoine de Saint-Exupery. Pewnie nie miałby szans na poparcie w “Wyborczej”.

Od złego Sikorskiego do męskiej lalki Barbie

2 marca 2010 autor rp

Tytuł spektaklu? “Dobre serduszka polskiej polityki krytykują złego Radosława Sikorskiego”. W rolach głównych? Obłuda, niepamięć i spore grono polityków różnej maści i wagi.

Serdeńka z lewicy (Jerzy Szmajdziński), z Platformy(Janusz Palikot) i znikąd (Andrzej Olechowski) połączyły się w świętym oburzeniu na ministra spraw zagranicznych, który poważnie potraktował swe wystąpienie prawyborcze. I w niedzielę podczas bydgoskiego spotkania z lokalnymi działaczami PO okrutnie pomstował na prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Mówił na przykład o tym, że “prezydent wolnej Polski może być niski, ale nie powinien być mały”. I zachęcał prawyborców do odliczania dni do końca kadencji znienawidzonego Kaczora.

No i zaczęło się. Kandydat SLD, Jerzy Szmajdziński, zarzucił Sikorskiemu zachowanie niegodne: “pogardliwe, małostkowe i złośliwe”. Co akurat brzmi dziwnie w ustach człowieka, który kilka lat temu nazwał Ludwika Dorna “małym cwaniakiem”, a Romana Giertycha “osoba niepełnosprawną intelektualnie”.

Równie dziwnie w roli Katona wypadł Andrzej Olechowski, któremu ton słów Sikorskiego pod adresem Kaczyńskiego “wydał się niestosowny” i “wojowniczy”. Ten sam Olechowski nie wahał się podczas walki o fotel prezydenta Warszawy nazwać Stadion Dziesięciolecia “rozsadnikiem przestępstwa”, dla Lecha Wałęsy ukuł miano “polska coca-cola”, a Donalda Tuska uznał za “partyjnego aparatczyka” który nigdy nie pracował.

Najzabawniejsze i najbardziej obłudne są jednak słowa krytyki pod adresem Sikorskiego płynące z ust przedstawicieli jego własnej partii: Janusza Palikota, Julii Pitery czy kontrkandydata w prawyborach, Bronisława Komorowskiego. Warto przypomnieć, że Pitera mówiła swego czasu o innym prezydencie, Aleksandrze Kwaśniewskim, że to “męska lalka Barbie”. A Komorowski jeszcze niedawno kpił z Lecha Kaczyńskiego słowami “jaka wizyta, taki zamach” (chodziło o słynny incydent gruziński, kiedy to kolumna wozów z Kaczyńskim i prezydentem Saakaszwilim została ostrzelana). W radiu Komorowski ironizował, że z 30 metrów do Kaczyńskiego nie trafiłby tylko ślepy snajper. Werbalnych popisów Palikota przypominać nie trzeba i nie warto.

Oczywiście podnoszony jest argument, że sedno sprawy leży gdzie indziej: nie jest naganne to, że Sikorski jeździ po Kaczyńskim jak po łysej kobyle, lecz to, że urzędujący minister spraw zagranicznych krytykuje publicznie urzędującego prezydenta. Czy to znaczy, że gdyby któryś z nich abdykował, to nagle wątpliwe bon moty z wczoraj zamieniłyby się jutro w słowa szlachetnej krytyki? A wracając do słów Komorowskiego – kiedy urzędujący marszałek Sejmu szydzi z głowy państwa to już jest OK, tylko ministrowi nie wolno?

Język polskiej polityki stracił pozory elegancji dawno temu. Owszem, przyczynili się do tego ludzie Samoobrony (jak Andrzej Lepper) i postkomuniści (jak Jerzy Urban czy Jerzy Szmajdziński). Owszem, swoje dołożyli chlapiący nieraz bezmyślnie Jarosław Kaczyński czy Zbigniew Ziobro. Ale zapominanie o twórczej roli Janusza Palikota, Julii Pitery czy Bronisława Komorowskiego byłoby tu zbytkiem łaskawości. I stosowaniem nierównych standardów, tak jak wtedy, kiedy Lechowi Kaczyńskiemu wypomina się nieustannie “spieprzaj dziadu”, a Władysławowi Bartoszewskiemu skwapliwie zapomina, że na przeciwników politycznych mówił nie tylko “dyplomatołki”, ale także “bydło”.

Warto o tym pamiętać, obserwując morze krokodylich łez wylanych nad słowami Sikorskiego, który musi być szczerze zdumiony – nie powiedział przecież niczego innego od tego, co myślą i mówią jego towarzysze z PO i rządu. I wcale nie użył do tego języka obcego Platformie.

Inna sprawa, że na słowa “prezydent wolnej Polski może być niski, ale nie powinien być mały” odpowiedź powinna być krótka: “prezydent wolnej Polski może być wysoki, ale to nie znaczy, że od razu będzie wielki”.

Jak unicestwiono Lecha Kaczyńskiego

1 marca 2010 autor rp

Choć “prawybory” w Platformie Obywatelskiej reklamowane są jako pojedynek Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego, to jednak najważniejszy jest w nich ten trzeci – Lech Kaczyński.

A objazd Polski w wykonaniu marszałka sejmu i ministra spraw zagranicznych to nie żadna próba wyłonienia lepszego kandydata, tylko bardzo sprytne posunięcie  spin doktorów PO, którzy znaleźli sposób na prowadzenie kampanii prezydenckiej grubo wcześniej niż konkurencja.

Co bowiem widać, kiedy spojrzy się na ten zabieg bez całej piany frazesów o “demokracji w partii”? Oto niemal całą uwagę opinii publicznej i mediów w kontekście wyborów prezydenckich skupiają przedstawiciele Platformy. Nie mogą oni bić się między sobą (pan premier zakazał), ale mogą bezkarnie atakować głównego konkurenta czyli obecnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego (robią to zresztą z takim ogniem, jakby to już był finisz walki o Belweder). Kaczyński z kolei nie ma jak odpowiadać na nawet najostrzejsze ataki, bo niby jaki miałby do tego tytuł, skoro kampania wyborcza jest tylko “prawyborami” w jednej z partii politycznych?

Manewr Platformy jest w pewnym sensie próba powtórzenia nieudanego zabiegu PiS z kampanii w 2007 r., kiedy to sztabowcy Prawa i Sprawiedliwości chcieli “unieważnić” kandydaturę Donalda Tuska. Spin doktorzy PiS próbowali wtedy pokazać, że główna walka toczy się między Jarosławem Kaczyńskim, a Aleksandrem Kwaśniewskim (wówczas lokomotywą SLD), zaś Tusk jest jedynie nieważnym “pomocnikiem Kwaśniewskiego”. Przy tak zdefiniowanej linii sporu szanse PiS rosły, bo wyborcy mieliby dokonywać między postkomunistami, a Polską solidarną. Dla Tuska i Platformy w tej strategii miejsca nie było.

Ale próba anihilowania dzisiejszego premiera wzięła w łeb, gdy okazało się, że nie da się uniknąć debaty Kaczyński-Tusk. Jej przełomowe znaczenie kryło się wcale nie w tym, że Tusk przygwoździł przeciwnika pytaniami o cenę kilograma jabłek, ale w tym, że udało mu się  wtedy pokazać milionom widzów, że to Platforma jest poważną, realną alternatywą dla rządów PiS. I wyborcy to kupili.

Dziś Platforma próbuje anihilować Lecha Kaczyńskiego – prowadzi na całego kampanię prezydencką, z której wniosek ma płynąć taki: tylko u nas znajdziecie prawdziwego kandydata na głowę państwa, Kaczyński nie istnieje. Nieważne, jak wypada Sikorski, a jak Komorowski – najważniejsze, że żaden z nich nie jest Kaczyńskim.

Z tego narożnika obecny prezydent w tej chwili wyjść nie może. Pora na jego ruch nadejdzie dopiero wtedy, kiedy Platforma wreszcie wskaże, kto będzie w jej imieniu walczył o Pałac. Wówczas wiedząc z kim wiedzie pojedynek będzie mógł głośno mówić o tym, co uważa za wady przeciwnika. Ale niezależnie od tego kto nim  będzie, Lechowi Kaczyńskiemu będzie niezwykle ciężko nadrobić miesiąc ostrej kampanii, którą Platforma już teraz wyrąbuje sobie drogę po prezydenturę.

Ministerstwo łowców diamentów

24 lutego 2010 autor rp

Trudno nie przyklasnąć pomysłowi Ministerstwa Edukacji Narodowej, który opisujemy dziś w “Rz”. Resort chce wyszukiwać szczególnie uzdolnionych uczniów i dbać o to, by zamiast rozpłynąć się w morzu przeciętności rozwijali się jeszcze lepiej.

Ropy nie mamy, węgiel się kiedyś skończy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby największym bogactwem Polski byli wykształceni, zdolni, błyskotliwi ludzie. To nie tylko najlepszy sposób na to, by w naszym kraju szybciej rozwijała się gospodarka, nauka i kultura, ale także świetny sposób na to, by zamiast być rezerwuarem taniej siły roboczej, Polska zaczęła pracować na miano zagłębia geniuszy.

Trzeźwo brzmią też uwagi ministerialnych urzędników wiedzących doskonale, że największym wrogiem zdolnego ucznia jest system, w którym nie premiuje się ciekawości świata i oryginalności, ale wykuwanie na blachę i siedzenie cicho w ławce.

Zdecydowanie za często w polskiej szkole uczeń ma przede wszystkim “nie sprawiać kłopotów”, a nie zostać w czymś najlepszym albo choćby nieprzeciętnym. Ministerialni łowcy diamentów nie będą więc mieli łatwego zadania. Bo jak już znajdą potencjalnych geniuszy, będą jeszcze musieli znaleźć dla nich odpowiednich nauczycieli – na pewno nie tych hołdujących zasadzie “czy się uczy, czy się leży, to pensyjka się należy”. Najlepszy nawet specjalny program nauczania dzieci szczególnie uzdolnionych nie przemieni przecież urzędników szkolnych (tak, wielu nauczycieli niestety wypada tak określić) w natchnionych pedagogów.

Tym bardziej trzeba więc zadbać o to, by poszukując przyszłych noblistów lub rekinów biznesu, nie zapominać o może nieco mniej uzdolnionej (ale to przecież nie znaczy, że niezdolnej) reszcie. Nie chodzi przecież o to, by nasza oświata kształciła kilka promili geniuszy i masę baranów, tylko aby dawała solidny fundament wszystkim, a najzdolniejszymi zajmowała się szczególnie.

Od pytania, “jak uzdrowić całe polskie szkolnictwo”, nie da się więc uciec. Bo jeśli tego nie zrobimy, to polska edukacja podzieli los piłki nożnej. Nasi trenerzy szukają teraz młodych polskich talentów głównie za granicą, w rodzinach emigrantów, bo doszli do wniosku, że nad Wisłą produkuje się nie piłkarzy, lecz drwali. Oby o polskiej oświacie nie zaczęły krążyć takie same dowcipy jak o polskiej piłkarskiej myśli szkoleniowej.

Kto chce internować Komorowskiego?

17 lutego 2010 autor rp

Autorski przegląd prasy

Im ciekawsze rzeczy dzieją się przed komisja hazardową, tym więcej „Gazeta Wyborcza” poświęca miejsca pracom komisji.

Ale nie tej od Zbysia, Rysia, Mira i Grzesia, tylko — jak dziś — komisji badającej okoliczności śmierci Barbary Blidy, no, ewentualnie komisji naciskowej. To oczywiste — zadaniem dziennikarzy jest uważnie patrzeć na ręce władzy. Najlepiej byłej władzy, i najlepiej, gdy te ręce są puste.

„Jaki jest największy problem polskich kobiet? ” pyta „Dziennik Gazeta Prawna” pisarkę Sylwię Chutnik. A ta odpowiada: „kobietom się wydaje, iż będą mogły płynąć na fali całe życie”. Nie tylko kobietom, pani Sylwio. Mężczyznom także. Zwłaszcza politykom.

Sławomir Nowak w “Polska The Times” zachwala prawybory prezydenckie w PO. “To nie będzie zabawa, to będzie demokratyczne głosowanie. Prawdziwe prawybory. ” Spójrzmy dokładniej: szef partii autokratycznie nakazuje wybierać członkom partii spośród dwóch kandydatów, których sam wskazał. Głosowanie ma odbyć się w sposób nakazany przez szefa partii, w terminie wskazanym przez szefa partii i na warunkach wskazanych przez szefa partii. Walka o poparcie kandydatów jest zakazana, bo kto będzie krytykował przeciwnika, wyleci z partii. Czysta demokracja w formie idealnej. “Prawybory to demonstracja, że w partii panuje demokracja” ocenia politolog Wojciech Jabłoński w “Fakcie”. Proszę państwa, demokracji się nie demonstruje. Ona albo jest, albo jej nie ma.

“Jak wam się podobam?” pyta z okładki najnowszej “Polityki” upozowany na męża stanu Bronisław Komorowski. Głowę obecnego marszałka sejmu wmontowano w portret przedstawiający Ignacego Mościckiego. Ciekawe, którego fragmentu życiorysu Mościckiego życzy “Polityka” Komorowskiemu. Żeby związał się z sanacją? Został internowany w Rumunii? Zmarł na emigracji? Może klucz znajdziemy w takim oto fragmencie Wikipedii:

“Mościcki miał być kandydatem pozornie niezależnym i apolitycznym. Był jednak oddanym zwolennikiem Piłsudskiego, którego znał jeszcze z działalności w ruchu socjalistycznym.”. A teraz zamieńmy niektóre słowa: “Komorowski miał być kandydatem pozornie niezależnym i apolitycznym. Był jednak oddanym zwolennikiem Tuska, którego znał jeszcze z działalności w Platformie”.

To jedyne wytłumaczenie. Bo nie chodzi chyba o to, że Komorowski, tak jak Mościcki, ma się zajmować chemią. Przecież wszyscy wiedza, że akurat chemią w Platformie zajmują się Mirosław Drzewiecki i Krzysztof Piesiewicz.