Czekając na obozy internetowania

24 sty 2012

Szczerze mówiąc nie mogę się doczekać chwili, w której prezydent Komorowski ogłosi w odpowiedzi na demonstracje warchołów internetowych stan wyjątkowy, znany z polskiej tradycji jako wojenny.

Pomyślcie, szanowni państwo!:

- powstaną obozy internetowania

- przy koksownikach zamiast bezdomnych grzać się będą funkcjonariusze ZAIKS-u i BSA

- ABW będzie niszczyć przechwycone egzemplarze bloguły (czyli niezależnych blogów, które są uznawane za bibułę)

- podczas przeszukań w domach podejrzanych agenci CBA sprawnymi ruchami dłoni zrzucać będą na podłogę strony internetowe, szukając tych nieprawomyślnych

- przesyłanie informacji z miasta do miasta bez zezwolenia władz będzie zakazane

- obudowy serwerów powyginają się od pałowania

- w telewizji nie będzie teleranka

- na ulice ruszą patrole platformersko-chłopskie tropiąc spekulantów empetrójkami i empegami

- OBWE i Amnesty International wydadzą stanowczy komunikat przeciwko męczeniu Chomika

- ciocia z Niemiec znów przyśle mi paczkę z szynką, gumami rozpuszczalnymi Maomam i paroma dojczmarkami (dla niepoznaki przebranymi za tzw.twarde euro).

Panie prezydencie! Na co czekać – ad ACTA! (to znaczy chciałem powiedzieć – do dzieła!). Czas najwyższy powiedzieć jasno: „jeśli ktoś podniesie na władzę swój dostęp internetowy, to władza mu ten dostęp odetnie!”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kochani Antyfaszyści!

06 lis 2011

Piszę do Was z dużej litery, bo Antyfaszyzm to bardzo ważna sprawa.

Cieszę się bardzo, że Wy i Wasi przyjaciele chcecie zrobić coś dobrego dla świata i fizycznie wyeliminować Różnych Złych Ludzi. Ale martwię się też bardzo, bo widzę, że nie do końca zdajecie sobie sprawę, ile zła i faszyzmu zalęgło się w tej części Europy, leżącej nad Wisłą (piszę celowo tak na okrągło, by nie użyć słowa „państwo” bo jest to słowo faszystowskie).

Łatwo jest wymierzać sprawiedliwość Złym Ludziom, kiedy zgromadzą się w jednym miejscu, na przykład podczas planowanej faszystowskiej demonstracji z okazji „niepodległości” (przepraszam z góry za użycie tego faszystowskiego słowa). Bez trudu można ich wtedy nauczyć moresu, bić i podpalać koktajlami mołotowa. Ale wielu innych faszystów kryje się po kątach i odnalezienie ich i zdemaskowanie nie jest taką łatwą sprawą.

Najgorsi są tacy umundurowani, często całkiem młodzi. Nazywają siebie samych (dla niepoznaki) „harcerzami”. Ja nie jestem głupia i wszystko policzyłam. W słowie „harcerz” i „hitler” powtarzają się aż trzy litery, co biorąc pod uwagę, że w słowie „hitler” jest tylko sześć liter, oznacza że kiedy spotykamy harcerza to jest aż 50 proc szans, że to hitlerowiec!

A nie dalej jak wczoraj widziałam na przykład kolejnego faszystę z plecakiem „Jack Wolfskin” – powtórzę „Wolf – skin”!!! To szokujące, jak otwarcie można przyznawać się do bycia skinem i nikt nie zwraca na to uwagi. A takich faszystowskich skinów są tysiące – widziałam nie tylko takie plecaki, ale i spodnie, koszule czy skarpetki. Faszyści zaopatrują się w te produkty w specjalnych sklepach udających sklepy dla podróżników. Wiadomo przecież o jaką podróż chodzi – do faszystowskiej dyktatury!

Niedawno też jeden podejrzany pan, Adam Michnik, dostał nagrodę Super-Wiktora. „Wiktor” jak wiadomo, pochodzi od „Wiktorii”, a „Wiktoria” od „wiktorii wiedeńskiej”, niesławnych wydarzeń historycznych, kiedy to wojska polskich faszystów zaatakowały pod Wiedniem bojowników walczących pod wodzą Kara Mustafy o wyzwolenie arabskiej Palestyny. To mówi samo za siebie!

Piszę do Was o tym wszystkim z dużą obawą o własne życie, bo sama jestem otoczona faszystami i ich Różnymi Złymi Wynalazkami. Nawet w domu mama trzyma na ścianie krzyż, a to znak faszystowski. Niemieccy faszyści też mieli krzyż, tylko taki z połamanymi końcówkami i trochę przekrzywiony.

Kiedy wczoraj mama wysłała mnie do sklepu, obejrzałam dokładnie banknot, który mi dała. A na nim wyraźnie napisane było „Narodowy Bank Polski!” – aż trzy faszystowskie słowa w jednej nazwie! Aż wstyd powtarzać! Przecież „narodowy” to słowo skrajnie faszystowskie, tak jak i „polski”, bo to Polacy zabijali Żydów i robili różne niedobre obozy zagłady. A „bank” to nazwa takiej niedobrej międzynarodowej organizacji faszystowskiej, przez którą cierpią kraje rozwijające się, a greckim antyfaszystom ledwie starcza pieniędzy na butelki z benzyną.

Bardzo mnie to wszystko niepokoi, dlatego piszę, by powiedzieć, że jestem z Wami! Walczcie dzielnie, walczcie odważnie, walczcie do końca! Jak mawiali w Hiszpanii, faszyzm – no pastrami!

Wasza

Oliwia B., klasa III a

PS. Będę wdzięczna za podpowiedź „co czytać”. Do niedawna czytałam „Krytykę Polityczną”, ale strasznie się skonserwowali, Cezary Michalski, Tomasz Piątek i Jaś Kapela to jednak nie są autorzy naprawdę RADYKALNI. Całuję

O.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Więźniowie złudzenia

04 lis 2011

Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro doskonale wiedzą, że są sobie nawzajem bardzo potrzebni. Mimo to wszystko wskazuje na to, że pójdą osobnymi drogami – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

11 października, konferencja prasowa Jarosława Kaczyńskiego. Jest wtorkowe przedpołudnie, dwa dni po przegranych przez PiS wyborach. Państwowa Komisja Wyborcza podała już wyniki z niemal wszystkich okręgów. Sytuacja jest jasna – szósta kolejna klęska największej partii opozycyjnej. Niespełna 30 proc. poparcia to za mało, by odsunąć PO od władzy. Co gorsza, wiadomo także, że w liczbach bezwzględnych Prawo i Sprawiedliwość zdobyło mniej głosów niż w roku 2007.

Zmęczony prezes PiS odpowiada na pytania dziennikarzy, z trudem kryjąc irytację. „Prędzej czy później zwyciężymy, bo po prostu mamy rację” – mówił dwa dni wcześniej, wieczorem w sztabie wyborczym PiS, kiedy ogłoszono niekorzystne dla jego partii wyniki exit polls. Komentatorzy w studiach telewizyjnych od razu jednak zaczęli przypominać, że w 2008 r. Kaczyński deklarował: „jeśli w 2011 roku wyborów nie wygramy, to pozostawię miejsce innym. Pewnie młodszym. Oni będą dalej to prowadzili”.

Teraz pytanie o tę deklarację powraca. Prezes PiS tłumaczy, że zmienił zdanie i do Sulejówka się nie wybiera. Dlaczego? „Znaczną rolę odgrywała katastrofa smoleńska i to, co się działo po niej” – mówi. Aż wreszcie wypala: „To mnie witają «Jarosław, Polskę zbaw»”.

Drogi Panie Jarosławie!

Szef PiS zaczął wierzyć ulicy, słuchać tłumów, lubić publiczne wystąpienia. Tej zmiany nie przewidział nikt. Zdumieni są nawet niektórzy wieloletni współpracownicy Kaczyńskiego. Nie chodzi tylko o rytualne przemarsze dziesiątego dnia każdego miesiąca, upamiętniające na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie ofiary smoleńskiej tragedii. Rzecz jest głębsza.

Jesienią 2010 roku jeden z polityków PiS opowiadał mi, jak bardzo zaskoczyło go to, co działo się podczas kampanii prezydenckiej (był zresztą jednym z jej wielu współtwórców). – Jarosław po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że ludzie są z nim – opowiadał mój rozmówca. – Na początku to go peszyło, ale potem wyglądało na to, że zmienia się w innego człowieka: uśmiechał się, rozmawiał z ludźmi, czuł w nich siłę, która może mu pomóc, która może go ponieść.

Kiedy rozpoczął się ten proces? Kiedy to gabinetowy polityk, który zawsze lepiej czuł się wśród profesorów, historyków, prawników, odkrył, że może być trybunem ludu? Gdy pod Pałacem Prezydenckim zaczęły gromadzić się tłumy i zapłonęło morze zniczy? Gdy setki tysięcy warszawiaków witały w żałobnym szpalerze trumny Marii i Lecha Kaczyńskich?

– To był pogrzeb pary prezydenckiej w Krakowie (18 kwietnia – red.) – wskazuje bez wahania mój rozmówca. – Te kwiaty rzucane nie tylko na lawetę, ale także pod nogi Jarosława. On wiedział, że są także dla niego. Ci płaczący ludzie, te wezwania, żeby się nie poddawał.

Kropkę nad i postawił Jarosław Marek Rymkiewicz w przesłanym do „Rzeczpospolitej” i adresowanym do prezesa PiS wierszu (ukazał się 20 kwietnia 2010 r.). Prócz ostrych słów o podzielonej Polsce padającej ofiarą łajdaków i złodziei był w nim i apel: „Pan musi coś zrobić w tej sprawie/Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie”.

Czytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Polska jest państwem prawa

02 lis 2011

Bardzo użyteczne są barykady, zza których można razić podchodzących policjantów kamieniami i innymi pociskami” – czytamy w internetowym poradniku dla uczestników zadymy, której organizatorzy chcą rozbić legalny Marsz Niepodległości organizowany 11 listopada przez organizacje narodowe, patriotyczne i prawicowe.

„Do rozbijania szyku idealnie też nadają się koktajle Mołotowa. Ważne jest, aby każda dziura, każdy wyłom natychmiast był atakowany dużą ilością kamieni”.

Wyobraźmy sobie, że jakieś prawicowe organizacje umawiają się na forach internetowych, żeby z bronią w ręku (czy kije albo koktajle Mołotowa to nie broń?) zaatakować Paradę Schumanna organizowaną przez zwolenników integracji z Unią Europejską. Wyobraźmy sobie, że w hipotetycznym „Poradniku prawicowego zadymiarza” przeczytać można: „do przeganiania euroentuzjastów najlepiej nadają się cegłówki. Ważne jest, by przeszkadzających w tym policjantów podpalać”. Jestem dziwnie przekonany, że na drugi dzień huczałyby o tym wszystkie dzienniki europejskie – i słusznie. A autorzy owych apeli trafiliby do aresztu w czasie krótszym, niż funkcjonariuszowi ABW zajęło pukanie do drzwi właściciela strony Antykomor.pl.

„Jesteśmy przekonani, że zadaniem dobrej władzy jest rozwiązywanie i łagodzenie konfliktów, a nie żywienie się tymi konfliktami” – deklarował w 2007 roku pewien wpływowy polityk Platformy Obywatelskiej. Ten polityk nazywa się Donald Tusk, a cytowane wystąpienie to jego exposé.

Z przekonaniami i dobrymi chęciami władzy bywa różnie, niezależnie od tego, kto kieruje państwem. Na szczęście w przypadku konfliktu wokół Marszu Niepodległości sprawa jest prosta – nie trzeba niczego specjalnie rozwiązywać. Wystarczy przestrzegać zasady oczywistej w państwie prawa  – że obywatele mają prawo do pokojowego demonstrowania swoich poglądów, a policja zajmuje się tymi, którzy podżegają do używania przemocy i chcą innym możliwość wyrażania poglądów odebrać. Czy zatem Polska Donalda Tuska jest państwem prawa?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Brukselska reduta Ordona

30 paź 2011

W zamieszaniu ostatnich dni umknęły chyba uwadze większości zainteresowanych pyszne stwierdzenia Konrada Niklewicza o tym, jak wielkim sukcesem polskiej prezydencji był ostatni szczyt w Brukseli. „Pod przywództwem Polski został przygotowany pakiet systemowego wzmocnienia sektora bankowego” rzecze Niklewicz. „Europa pokazała, że potrafi wspólnymi siłami zapobiec rozprzestrzenianiu się kryzysu” dodaje. A nie było lekko. „Dyskusja nad osiągnięciem porozumienia była trudna, gdyż w grę wchodziły setki miliardów euro” zauważa celnie Niklewicz (wszystkie cytaty za IAR).

Niestety, nie wszyscy w Europie przekonani są o licznych zaletach polskiego przywódcy, a o wielkości i ważności polskiej prezydencji – w szczególności. Na przykład taki „The Economist”, który chyba dostał się w ręce jakichś nieodpowiedzialnych czarnowidzów, bo jego wrażenia ze szczytu w Brukseli były całkiem odmienne.

„Tragedia planu ratunkowego przyjętego przez grupę euro polega na tym, że przewiduje mechanizmy i gwarancje, które nie przekonają inwestorów, ich obawy nieuchronnie powrócą, a nad euro zawiśnie znów widmo katastrofy” czytamy w najnowszym, sobotnim „The Economist”. Ustalenia szczytu są „w najlepszym razie – nieprzekonywujące”, w dodatku „niedoróbki w każdym elemencie tego triumfalnie przyjętego planu okażą się wkrótce ewidentne, inwestorzy się przestraszą, oprocentowanie obligacji zagrożonych krajów wzrośnie, banki będą miały problemy z finansowaniem i znowu grupie euro zagrozi katastrofa”. Wnioski? „Po całej tej euforii, która towarzyszyła ogłoszeniu planu ratunkowego, należy powiedzieć, że przywódcy znowu zawiedli. Będzie więcej kryzysów i więcej szczytów. Ale zanim w końcu wypracowany zostanie plan, który działa, koszty jego wdrożenia znacznie wzrosną”. Tyle „The Economist”.

Śmiem twierdzić, że na szczęście nic takiego jak odmienna ocena rangi wydarzeń w Brukseli (i rzekomej polskiej roli w owych wydarzeniach) nie przeszkodzi kontynuowaniu na krajowym podwórku propagandy sukcesu, której podstawowymi cechami są wszak czujność i spójność. Spójność szeregów chwalców oraz czujność wobec tez nieprawomyślnych. Kto wie, może w odpowiedzi na brutalne potwarze „Economista” doczekamy nawet czegoś na kształt pisanej na nowo (z okazji prezydencji) mickiewiczowskiej „Reduty Ordona”, ot coś w stylu poniższym:

Kryzysie, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy,
Gdy Greków za Bałkanem twoje straszą spiże,
Gdy poselstwo paryskie but Pekinu liże, -
Warszawa jedna twojej mocy się urąga,
I na spotkanie w Brukseli przywódców przyciąga,
Jedna polska prezydencja nie odwraca głowy,
I rzuca na kolana kryzys walutowy!

Można by ten wierszyk wprowadzić do kanonu lektur szkolnych wraz z obowiązkowym podręcznikiem Kazimiery Szczuki o aborcji oraz zeszytem ćwiczeń „500 sukcesów polskiej prezydencji”.

Nie miejmy wątpliwości, komu te 500 sukcesów zawdzięczamy. Jak szczyt pod przywództwem polskiej prezydencji, to i pod przywództwem polskiego przywódcy, a polski przywódca, jak wiadomo jest jeden – Donald Tusk. Wielki sukces Tuska w ratowaniu Europy nie dziwi, bo potrafi wiele. W końcu już wcześniej jego chwalcy opowiadali tym, jak to osobiście ratował Grecję przed kryzysem, że tak w ogóle to „dotknięty jest przez Boga wielkim geniuszem” (Sławomir Nowak), a niemowlaki na jego widok się uśmiechają (jedna z posłanek PO o reakcji swego dzidziusia na obraz premiera w telewizorze).

Amerykanie muszą żałować jednej rzeczy – że podczas wojny w Wietnamie nie mieli takiego rzecznika, jak Konrad Niklewicz. Gdyby mieli, to do dziś żyli by w przekonaniu, że tę wojnę wygrali.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

E-rewolucja czy e-fikcja?

26 paź 2011

Nowoczesne urzędy, uproszczenie obiegu informacji, masowe wykorzystanie Internetu – to święty Graal kolejnych ekip reformujących polską biurokrację.

Raport MSWiA opisywany pokazuje, jak huczne zapowiedzi mają się do rzeczywistości.

Przebadane urzędy, owszem, są zinformatyzowane. Stoją w nich komputery, urzędnicy mają pocztę elektroniczną, a same urzędy – strony internetowe. Z niektórych stron można nawet pobrać potrzebne formularze.  I na tym koniec, bo potem  i tak trzeba do urzędu pomaszerować osobiście.

Z sukcesami informatyzacji urzędów jest więc trochę tak, jak było z jednym okienkiem, które miało pomóc przedsiębiorcom zakładać firmy. Pomysł teoretycznie był świetny, ale szybko okazało się, że jedno okienko tylko wydłuża procedurę rejestracji działalności gospodarczej.  Po złożeniu w nim papierów urzędnicy i tak musieli je rozesłać do stosownych instytucji – tych samych, po których wcześniej biegał petent.

W elektronicznej komunikacji obywatel – urząd na razie rewolucji nie ma, choć bardzo by się przydała. Oczywiście łatwo winić obywatela. Że nie stara się o uzyskanie podpisu elektronicznego albo że nie jest świadomy, ile rzeczy już można załatwić przez Internet. Obywatele jednak sami się nie uświadomią, a pozostawienie w ich rękach pozyskiwania elektronicznych podpisów może oznaczać, że prędzej Bałtyk wyschnie, niż wszyscy o nie wystąpią. Tymczasem zastanówmy się – skoro już dziś można przez Internet sprawdzić, że wystawiono nam nowe prawo jazdy, co stoi na przeszkodzie, by nie można było jednym kliknięciem zasygnalizować urzędowi „proszę je do mnie wysłać”?

Polsce potrzebna jest e-rewolucja, tylko że do jej przygotowania potrzeba czegoś więcej niż wstawienia komputerów do urzędów. Potrzeba dobrej woli, dobrego pomysłu i dobrych ustaw, które stworzą powszechny system elektronicznej identyfikacji dla obywateli. Na razie w miejsce e-rewolucji jest e-fikcja.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rząd drugiej świeżości

23 paź 2011

Wedle dość powszechnej opinii i deklaracji samych zainteresowanych Donald Tusk już w powyborczy poniedziałek rozpoczął pracę nad sformowaniem nowego rządu. To nie do końca prawda. W istocie tego dnia Donald Tusk rozpoczął coś więcej – pracę nad wygraniem przez PO kolejnych wyborów.

Nagła hibernacja procesu tworzenia nowego (starego?) gabinetu wynika moim zdaniem właśnie z tych powodów. Nie chodzi tylko o to, by stworzyć koalicję i obsadzić resorty odpowiednimi (z punktu widzenia Tuska) kandydatami. Idzie o to, by już teraz zacząć przygotowywać się do zagrożeń, którym trzeba będzie stawić czoła za dwa, trzy cztery lata, a które mogłyby zagrozić hegemonii Platformy. W tym momencie pytanie „z kim tworzyć rząd” staje się kluczowe, a powstanie koalicji z PSL – wcale nie jest takie oczywiste.

Sytuacja finansowa Polski nie będzie się poprawiać, ciąg dalszy wstrząsów w strefie euro czeka nas niechybnie. Prędzej czy później nowy rząd będzie musiał sięgnąć do naszych kieszeni. Jeśli będzie do tego potrzebne rozwalenie KRUS oraz podniesienie podatków pośrednich – Tusk zrobi to bez mrugnięcia okiem (powie najwyżej, że tak jest „rozsądnie i odpowiedzialnie” i że konsultował to z ekspertami, to znaczy z Bonim i Bieleckim), ale wówczas będzie miał olbrzymie kłopoty z koalicjantem. PSL będzie broniło KRUS jak niepodległości, a wszelkie zwiększanie podatków (wyższa akcyza na paliwa, większy VAT) bijące w rolników może sprawić, że ludowcy poniosą ciężkie straty w elektoracie. A wybory samorządowe odbędą się wszak wcześniej niż parlamentarne…

Jeśli nie PSL, to kto? Ruch Palikota wcale nie jest koalicjantem niemożliwym. Istnieją są całkiem racjonalne (z punktu widzenia Tuska) powody wpuszczenia go do koalicji. Przy, jak się wydaje, trwale zmarginalizowanym na poziomie 30 proc.PiS, to właśnie Ruch Palikota może być kluczem do wygrania kolejnych wyborów. Palikot w opozycji punktujący PO za zaniechania w polityce pro-biznesowej oraz sprawy światopoglądowe, Palikot zbierający głosy niezadowolonych z PO, a zbyt wystraszonych by głosować na PiS, może doprowadzić do sytuacji w której w wyborach AD 2015 Platforma otrzyma np. 25-30 proc., a Ruch Palikota – 15-20 proc. Czy aby uniknąć takiej sytuacji nie lepiej byłoby już teraz wziąć do koalicji palikotowców, skorumpować ich stanowiskami, rozpuścić w wielokrotnie silniejszej, póki co, Platformie?

Kandydat kolejny – SLD. „Kurtuazyjna” rozmowa Leszka Millera z Donaldem Tuskiem odbyła się niemal natychmiast po wyborze Millera na szefa Klubu SLD. Sojusz jest w koszmarnej sytuacji – podgryzany przez Ruch Palikota, ciężko poobijany w wyborach, głęboko rozczarowany brakiem stanowisk do konsumpcji: przecież Napieralski miał być wicepremierem, a stado działaczy szykowało się do tek ministerialnych. Z punktu widzenia Tuska SLD jest koalicjantem znakomitym, bo bardzo tanim. Sojusz wejdzie do rządu za cokolwiek i może okazać się bardziej potulny od Ruchu Palikota lub ludowców. Także i w tej sytuacji całkiem prawdopodobne jest, że w następnych wyborach nie będzie już SLD, który rozpłynie się w PO lub zostanie zredukowany do roli przystaneczki. Minus takiej koalicji to możliwość nawiązania bliskiej współpracy między ludźmi Schetyny i ludźmi SLD wewnątrz układu rządowego.

Nadchodzące burzliwe cztery lata są także powodem, dla którego Donald Tusk coraz wyraźniej daje sygnały, że zamiast całkiem nowego gabinetu będzie tworzył staro-nową hybrydę. Oddanie resortów takich jak MSWiA czy Ministerstwo Zdrowia ludziom tak bezbarwnym i mało rozpoznawalnym jak Tomasz Siemoniak czy Jakub Szulc oznacza, że już teraz, z premedytacją, przygotowuje się ich do roli zderzaków. Kiedy będzie trzeba zamydlić oczy opinii publicznej, będzie można ich bez żalu wymienić na trzymanych w odwodzie polityków wagi cięższej. A po drugie, taki rząd „niktosiów” to również jasny sygnał w stronę tych partii, które (na razie?) do koalicji rządowej nie wejdą. Coś w rodzaju zapowiedzi „jak będzie trzeba, to stanowiska czekają, nikt nie będzie żałował tych no name’ów”. Spodziewam się więc rządu w którym oprócz kilku ikon dotychczasowego gabinetu (jak Sikorski) wejdzie sporo zderzaków, które zostaną wyrzucone do śmieci albo kiedy będzie trzeba wymienić koalicjanta, albo gdy nadejdzie kolejne uderzenie kryzysu i zajdzie potrzeba ucieczki do przodu – czyli rozgrywania kwestii personalnych, by pokazać wyborcom, że „coś się robi”.

Niezależnie od tego, czy z Pawlakiem, Millerem czy Palikotem czeka nas zatem „rząd drugiej świeżości” – w sam raz na druga kadencję partii, która choć podobno mogłaby wszystko, to tak naprawdę chce zrobić tylko jedno – wygrać kolejne wybory.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Inżynieria strachu – jak PO wygrała finisz wyborów

16 paź 2011

„Sondaże tym razem się nie pomyliły” twierdzą zgodnie komentatorzy. Ale sama gra sondażami w kampanii wyborczej AD 2011 warta jest jeszcze chwili rozważań. Szczególnie jedna zagrywka Platformy Obywatelskiej, czyli hasło „PiS nas dogania”.

Tymczasem w nieoficjalnych rozmowach przedstawiciele TNS OBOP przyznają, że sondaże były przez niemal całą kampanię stabilne (nie mam powodu, by im nie wierzyć), a różnica w przewidywanym wyniku PO i PiS nie była przez niemal trzy miesiące ani razu mniejsza niż 6-7 pk. proc. na korzyść tej pierwszej partii. To oczywiście nie oznacza, że Platforma miała od początku wygraną w kieszeni. Ale sprawia że warto zadać pytanie, dlaczego nagle kwestia zbliżania się PiS do PO stała się tak ważna i nagłaśniana.

Wróćmy do końca sierpnia. Grzegorz Schetyna udziela „Newsweekowi” obszernego wywiadu, w którym mówi m.in.: „Gdy dziś widzę, że mamy 15 proc. przewagi nad PiS w badaniach, to robi mi się zimno. To nieprawda, w rzeczywistości prowadzimy o parę punktów”. Wywiad wywołuje burzę i jest komentowany przez kilka dni. Innym ważnym przesłaniem tej rozmowy jest obszerny wywód na temat tego, że PO „nie wszystko się udało”, ale gwarantuje stabilność i mocno stara się. To tak naprawdę dwa filary kampanii Platformy: „Polska w budowie” oraz objawiana publicznie troska o to, czy aby PiS już nie dogania PO w sondażach (w domyśle: czy aby jej na finiszu nie przegoni).

Genialność tej wrzutki pokazuje fakt, jak bardzo za jej nagłaśnianie wziął się nie tylko obóz rządzący, ale i opozycja. Trudno się dziwić – kilkakrotnie pobici w poprzednich kampaniach zwolennicy PiS znaleźli w niej nadzieję: „oto dowód, warto! Sprawa nie jest stracona, może się udać! Sami platformersi to przyznają!”.

Kulminacyjnym punktem akcji „PiS nas goni” były wypowiedzi samego premiera Donalda Tuska, który przed kamerami TVN24 podczas objazdu po Polsce zaczął wygłaszać z zasępioną miną stwierdzenia, o tym, jak bardzo opozycja dogania PO w sondażach. W tym samym czasie sztabowcy PiS poszli jeszcze dalej – zaczęli twierdzić, że z „wewnętrznych sondaży” wynika, iż Prawo i Sprawiedliwość już zrównało się z Platformą, albo że nawet prowadzi. Potem prezes Jarosław Kaczyński podbił jeszcze bębenek twierdząc, że trzy ostatnie „wewnętrzne sondaże” pokazują wygraną opozycji.

W jednym czasie zarówno PO jak i PiS generowały więc w istocie… ten sam przekaz: różnica w poparciu między głównymi graczami zmniejsza się szybko, lub nie istnieje.

Powtórzę – przez cały czas trwania kampanii notowania tych partii były – według wiarygodnych informacji – bardzo podobne: różnica ok. 6-7 pkt. proc. Po co zatem obydwie partie nagłaśniały to samo kłamstwo?

PiS zapewne po to, by zmobilizować swoich wyborców, co (jak pokazał końcowy wynik), było w tej kampanii niesłychanie trudne – w końcu PiS dostał mniej głosów w poprzednich wyborach parlamentarnych i w pierwszej turze prezydenckich. Gra szła zatem o to, by pokazać im, że zwycięstwo jest możliwe. Tylko jak można cieszyć się z tego, że „sondaże są wreszcie po naszej stronie”, kiedy wcześniej latami mówiło się, że kłamią? Pytanie, czy mobilizując własnych wyborców PiS przy okazji nie pomógł Platformie zmobilizować jej zwolenników.

PO grała tymczasem o coś innego. Nie tylko o to, by wygrać – tego raczej Platforma była pewna – ale by wygrać we właściwych proporcjach. Czyli tak, by do stworzenia koalicji rządowej nie był potrzebny nikt prócz PO i PSL.

Takie założenie jest kluczem do zrozumienia wydarzeń ostatnich 10 dni przed wyborami. Wtedy to w kampanii Platformy nastąpił nieoczekiwany zwrot – w miejsce przekonywania o tym, jak bardzo Polska jest w budowie pojawił się spot „Oni pójdą na wybory. A Ty?”. Przedstawiał zwolenników PiS jako tłuszczę składająca się w połowie z kiboli, a w połowie z religijnych nienawistników. Jedni komentatorzy albo oburzali się (słusznie), że spot przekracza kolejne granice dobrego smaku w czarnym politycznym PR, bo po raz pierwszy zamiast atakowania przeciwnika pokazuje pogardę dla wyborcy. Inni argumentowali „z PO musi być bardzo słabo, skoro chwyta się tak desperackich chwytów”.

Sądzę, że chodziło o co innego. Ted Brader w arcyciekawej książce „Campaigning for Hearts and Minds” zajmuje się szczegółową analizą tego, w jaki sposób emocje wykorzystywane są w politycznych reklamach. W jednym z rozdziałów przygląda się reklamie negatywnej wykorzystującej czynnik strachu. Z jego badań wynika, że ten typ przesłania praktycznie nie oddziałuje na zwolenników sponsora przekazu (nie ponosi się zatem strat we własnym elektoracie), natomiast bardzo mocno poszerza grono niezdecydowanych i częściowo zmienia nastawienie najmniej przekonanych zwolenników przeciwnika.

Spot „Oni pójdą na wybory” nie miał więc mobilizować elektoratu PO. Miał zwiększyć liczbę niezdecydowanych. Ale po co, skoro jednocześnie komentatorzy podkreślali, że wynik wyborów może być zaskakujący właśnie ze względu na rekordową liczbę niezdecydowanych? Odpowiedzią jest kolejne, ostatnie posunięcie sztabowców PO, którym było hasło „Tusk czy Kaczyński – ty wybierzesz premiera”.

I sekwencja staje się dość jasna. Akcja „PiS nas dogania” była początkiem inżynierii strachu na finiszu kampanii PO. Spot „Oni pójdą na wybory” jej apogeum, a hasło „Tusk czy Kaczyński – Ty wybierzesz premiera” – logiczną konkluzją podsuniętą niezdecydowanemu wyborcy. W ostatnim przedwyborczym tygodniu (a nawet dniu) miał on stanąć przed alternatywą: albo człowiek, który zdaje sobie sprawę z własnych błędów, ale jednak obliczalny i który „chce dobrze” albo człowiek za którym stoi dziwaczna moherowo-bandycka koalicja, który w dodatku powtarza z uporem stare błędy (z tego punktu widzenia afera ze słowami Merkel była najgorszą rzeczą, jaka mogła Kaczyńskiemu się w tym momencie przydarzyć).

Cel został osiągnięty – najmniej zaangażowani zwolennicy PiS zostali w domu, inżynieria strachu zmobilizowała mniej zaangażowanych i wątpiących zwolenników PO do pójścia na wybory; w efekcie frekwencja zamiast spodziewanych 40 proc. wyniosła niemal 48 proc., a różnica między wyborczym wynikiem PO i PiS zamiast dwóch, trzech, może pięciu punktów procentowych wyniosła tych punktów aż dziesięć. W ten sposób Platforma wygrała batalię o bezpieczną większość w parlamencie – bez konieczności poszerzania nowej-starej rządowej koalicji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

50 powodów, dla których Tusk nie może zmienić rządu

11 paź 2011

Pięćdziesiąt obiektywnych powodów (i jeden), dla których w najbliższym półwieczu Donald Tusk nie może zmienić składu rządu, choć bardzo by chciał.

2011 – polska prezydencja w Unii Europejskiej

2012 – mistrzostwa Europy w piłce nożnej EURO 2012

2013 – Tomasz Adamek ponownie walczy o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej

2014 – mistrzostwa świata w piłce nożnej w Brazylii

2015 – wybory prezydenckie w Polsce

2016 – Igrzyska Olimpijskie w Rio De Janeiro. Odtajnienie brytyjskich archiwów ws. Rudolfa Hessa

2017 – możliwe wejście Polski do strefy Euro

2018 – 100. rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę

2019 – ślub Kasi Tusk

2020 – NASA ostatecznie utraci kontakt z sondą Voyager 1

2021 – Stefan Niesiołowski ostatecznie utraci kontakt z rzeczywistością

2022 – Kometa krótkookresowa 73P/Schwassmann-Wachmann może spowodować deszcz meteorów

2023 – Fabryka w Ćmielowie wykona ostatnią figurkę kolekcji „Anielska orkiestra”, będzie to aniołek dobroci z mandoliną

2024 – 1 września wypadnie w sobotę, więc dzieci nie będą mogły pójść do szkoły

2025 – Zakończenie wdrażania Strategii Zrównoważonego Rozwoju Polski do roku 2025

2026 – stulecie istnienia miasta Gdynia

2027 – możliwe wyjście Polski ze strefy euro

2028 – straszna drożyzna – tulipany będą po 17,50 zł za sztukę

2029 – w piątek 13 kwietnia wielka asteroida 2004 MN4 przejdzie tak blisko Ziemi, że będzie można wsadzić na nią PiS

2030 – Cezary Grabarczyk zakończy budowę autostrady z Łodzi do Warszawy

2031 – Cezary Grabarczyk będzie musiał rozpocząć remont autostrady z Łodzi do Warszawy

2032 – Ruch Autonomii Śląska odłącza Śląsk

2033 – ….a Ruch Autonomii Mazur – Mazury

2034 – zagrożenie kryzysem finansowym w Australii

2035 – kryzys finansowy w Australii…

2036 – …i w Nowej Zelandii

2037 – Bardzo Wielki Kryzys wywołany nagłym powrotem z zagranicy wszystkich emigrantów w trzydziestą rocznicę wygłoszenia pierwszego expose premiera Donalda Tuska

2038 – Cezary Grabarczyk zakończy remont autostrady z Łodzi do Warszawy i rozpocznie budowę jej drugiej nitki

2039 – straszne zagrożenie przejęciem władzy przez PiS

2040 – jubileusz 50-lecia pracy twórczej w telewizji Tomasza Lisa

2041 – bardzo straszne zagrożenie przejęciem władzy przez PiS

2042 – kryzys energetyczny – może zgasnąć słońce, albo księżyc

2043 – dwudziesta rocznica wykonania przez Fabrykę w Ćmielowie ostatniej figurki kolekcji „Anielska orkiestra” – aniołka dobroci z mandoliną

2044 – rozpocznie się akcja filmu „Seksmisja”. Wielki światowy festiwal filmów Juliusza Machulskiego

2045 – uroczyste obchody dwudziestej rocznicy zakończenie wdrażania Strategii Zrównoważonego Rozwoju Polski do roku 2025

2046 – prestiżowa wizyta w Polsce premiera Władimira Putina

2047 – pożegnalne tournee Zbigniewa Hołdysa i grupy Perfect

2048 – plotki o zagrożeniu polskiej demokracji przez PiS

2049 – setne urodziny Jarosława Kaczyńskiego – groźba przejęcia władzy przez PiS na fali entuzjazmu wywołanego przyjęciem urodzinowym wyprawionym przez Ziobrę

2050 – osiemdziesiąte urodziny Zbigniewa Ziobro – groźba przejęcia władzy przez PiS na fali entuzjazmu wywołanego przyjęciem urodzinowym wyprawionym przez Kaczyńskiego

2051 – narodowa zbiórka funduszy na prezent dla prezydenta Komorowskiego na przypadające w 2052 roku  setne urodziny (jakiś fajny obraz pasujący do Pałacu – na przykład „Bitwa pod Grunwaldem”)

2052 – setne urodziny prezydenta Bronisława Komorowskiego

2053 – pierwszy gaz z łupków w Polsce

2054 – koniec gazu z łupków w Polsce

2055 – prestiżowa wizyta w Polsce premiera Dmitrija Miedwiediewa

2056 – setna rocznica poznańskiego Czerwca. Zagrożenie przejęciem władzy przez PiS na fali nastrojów patriotycznych

2057 – setne urodziny Donalda Tuska i pięćdziesiąta rocznica objęcia rządów przez PO

2058 – poprawiny urządzone przez Grzegorza Schetynę

2059 – polska prezydencja w Unii Europejskich Miast i Miasteczek Oraz Producentów Sera

2060 – oddanie Polsce przez Rosję szczątków Tu-154M

2061 – kometa Halleya powróci w okolice Ziemi

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawdziwa historia pewnego premiera

09 paź 2011

Był sobie raz pewien premier pewnego sporego europejskiego kraju. Dzieje jego rządów zgłębiam dzięki książce, która każdy interesujący się polityką powinien przeczytać, a która ukazała się nie tak dawno temu.

Premier ten, zanim został szefem rządu, był liderem silnej opozycji. Frustrował się wówczas niezmiernie, bo wydawało się, że rząd stworzony z wysiłkiem przez polityczną konkurencję padnie lada moment – ale nie padał. By przyspieszyć ten proces kandydat na premiera postanowił zastosować taktykę, którą autor książki opisuje tak: „nie przegapić żadnej okazji, by przedstawić aktualnie rządzących jako kłamców, oszustów i łajdaków”. Tylko niektórzy z otoczenia przyszłego premiera zdawali sobie sprawę, że jest to „taktyka, która oczywiście mogła być użyta także przeciw nam i była nieraz niesmaczna”. Drugą nogą tej taktyki były „dramatyczne deklaracje na temat stanu własnej moralności” (znaczy wyższego) oraz nieustanne powtarzanie zaklęć na temat tego, jak bardzo kraj potrzebuje „nowej polityki, polityki odwagi, uczciwości i zaufania”.

Operacja się powiodła. Kandydat na premiera został premierem. Nadeszły nowe czasy.

Najważniejszą decyzją premiera (podjętą jeszcze w opozycji) było podzielenie swych współpracowników na dwa kręgi – zwyczajny i nadzwyczajny. Partyjni działacze, ministrowie itp. pozostali w tym pierwszym. Liczył się jednak tylko ten drugi krąg, niezwykle wąski i utajniony. Był to sztab specjalistów od politycznego marketingu, od spinowania mediów i od pilnowania, by z własnych szeregów wydobywał się właściwy przekaz.

I nastał wiek błogi. Rząd cieszył się wielką popularnością i poparciem. Zaś sam premier,  jak pisze autor „sprawiał wrażenie człowieka, który uwierzył we własną moralną wyższość”. Było byczo – tak byczo, że nikt nie zauważył, jak bardzo fundament tej nowej popularności zbudowany został na mijaniu się z prawdą.

Kłamstewka miały różny ciężar gatunkowy i były różnego rodzaju, ale wszystkie służyły jednemu celowi – podtrzymaniu mitu premiera i jego partii. Ulubionym zajęciem polityków rządu było na przykład wygłaszanie śmiałych stwierdzeń na temat tego, co wkrótce zostanie zrobione. Po jakimś czasie politycy owi z równą śmiałością twierdzili, że: a) albo nigdy czegoś takiego nie mówili; b) tylko osoby o złej woli nie widzą ich sukcesów.

Osobną sprawą była tzw. dywersyfikacja przekazu, która polegała na mówieniu różnych kłamstw różnym grupom społecznym. Premier w rozmowie z tabloidem był więc pogromcą przestępców i obrońcą prostych ludzi podejrzliwie patrzącym na bogatych. A w wywiadzie z dziennikiem opiniotwórczym wychwalał biznes, opowiadał się za daleko idącą wolnością gospodarczą i czcił wielki kapitał. Jeden z przywódców związkowych opowiada autorowi książki, że do dziś nie może wyjść ze zdumienia, jak to podczas zamkniętego spotkania ze związkowcami ów polityk prezentował się jako zwolennik rozwiązań z gruntu socjalistycznych, a dzień później w mediach grał rolę wolnorynkowca.

Prawda była względna. W magiczny sposób zmieniała się zawartość CV polityków partii rządzącej, którzy w zależności od potrzeb aktualnej sytuacji eksponowali swoje poglądy z przeszłości na dany temat, lub stanowczo dowodzili, że nigdy takich opinii nie wygłaszali. Zdarzały się czarodziejskie korekty informacji o wykształceniu niektórych osób publicznych. Rewizji podlegała przeszłość. W miejsce jednych postaci historycznych kreowano inne – nowych bohaterów; takich, z którymi łatwiej się było identyfikować nowej partii rządzącej.

Jedną z ulubionych metod zarządzania emocjami rodaków przez premiera było straszenie ich opozycją, szczególnie gdy idzie o sprawy europejskie. Straszono więc „eurosceptykami” lub „przeciwnikami integracji”, których w zależności od potrzeby obwiniano za kłopoty z walutą, pogarszający się wizerunek kraju na arenie europejskiej lub  trudne relacje dyplomatyczne z bliskimi i dalekimi sąsiadami. No i o wywoływanie histerii na temat możliwego  wprowadzenia waluty euro.

Udokumentowano przypadki, kiedy przedstawiciele rządu cytowali fałszywe, nigdy nie wypowiedziane przez opozycje ostre sądy wartościujące – i nikomu nie przeszkadzało, gdy z owych fałszywek czyniono propagandową maczugę.

Premier lubił usypiać kłamstewkami nie tylko media i obywateli. Nie szczędził ich także swym współpracownikom. Często obiecywał im różnego rodzaju stanowiska, które potem przekazywał w ręce kogoś zupełnie innego. A najbardziej zaufanego zausznika (pewnego dużo mniej charyzmatycznego partyjnego aparatczyka) oszukał najbardziej – najpierw namaścił na swego następcę, a potem bezlitośnie odsunął.

Jakie były efekty takich rządów? Wedle autora książki zaufanie społeczne do klasy politycznej jako takiej spadło niepomiernie. Znacznie umniejszona została rola parlamentu, który w dużej mierze został ubezwłasnowolniony. Niepokojąco często dobro państwa zaczęło być utożsamiane z dobrem partyjnym.

Co dalej działo się z premierem? Rządził dwie kadencje, a nawet kawałek trzeciej. A potem iluzja się skończyła i trzeba było w kraju zacząć sprzątać, naprawiać i reformować.

O wszystkim tym przeczytałem w publikacji którą każdy powinien przeczytać, kiedy tylko ukaże się po polsku (o ile się ukaże). Bo po angielsku ukazała się w roku 2005. Nosi tytuł „The Rise Of Political Lying”. Napisał ją brytyjski komentator Peter Oborne i opowiada głównie o brytyjskim premierze Tonym Blairze.

Przytaczam jej streszczenie dla wszystkich interesujących się polityką. Oczywiście tą brytyjską.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop