Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Ameryka: już nie silny brat, lecz coraz bardziej daleki kuzyn?

19 sie 2010
Analiza „Rzeczpospolitej”

Nawet Amerykanie zauważają to, co chyba było nieuniknione: „miejsce  Ameryki na mentalnej mapie Polaków zdaje się kurczyć z każdym rokiem”.

Takich właśnie słów użył w relacji z naszego kraju na stronie CNN   były doradca prezydenta Busha juniora i znany konserwatywny   komentator David Frum. Z bardzo podobnymi spostrzeżeniami wrócił   niedawno z Polski czołowy analityk CNN Bill Schneider.

Obserwatorzy po obu stronach Atlantyku z łezką w oku wspominają dawne   czasy, gdy dużo się działo. Po 1989 roku Waszyngton był dla naszej   dyplomacji i opinii publicznej miejscem kluczowym, wręcz magicznym.   Lata 90. zdominowała sprawa naszego wejścia do NATO, potem   towarzyszyliśmy Amerykanom w wyprawach do Iraku i Afganistanu, czym   zasłużyliśmy sobie na historyczną wzmiankę podczas prezydenckiej   debaty wyborczej w 2004 roku. Było besztanie Amerykanów za wizy,   sprawa tajnych więzień CIA i wreszcie epopeja z tarczą antyrakietową.

Dopiero gdy Barack Obama odłożył projekt tarczy na potem, po obu   stronach wielkiej wody zorientowano się – nie bez konsternacji – że   nasze dwustronne relacje są pozbawione konkretu. – Jakoś ostatnio   brakuje w nich treści – przyznał mi z pewną nostalgią waszyngtoński   politolog zajmujący się naszym regionem. W sposób naturalny dogasa   nawet temat wiz: polski rząd postanowił nie poruszać już tej   kuriozalnej sprawy, słusznie wychodząc z założenia, że stanowi ona w   większym stopniu powód do wstydu dla Amerykanów niż problem dla   Polaków, którzy mogą dziś bez przeszkód tak zarabiać, jak i wydawać   pieniądze w wielu innych zakątkach świata.

Jest to sytuacja nowa, ale, jak słusznie zauważa Frum, chyba   nieunikniona. Z jednej strony Polska w żadnym momencie po 1989 roku   nie była dla Ameryki krajem tak istotnym, jak często próbowała to   przedstawiać – dla własnych, doraźnych celów politycznych –   administracja Busha. Po dojściu do władzy Obamy, który nie potrzebuje   nas w roli listka figowego, nastąpił w relacjach z Waszyngtonem   zapowiadany już wcześniej przez Zbigniewa Brzezińskiego „powrót do   normalności”.

Z drugiej strony rozwój gospodarczy naszego kraju i wzrost realnego   znaczenia Polski jako coraz ważniejszego gracza w UE sprawiły, że w   Warszawie osłabła dawna potrzeba kurczowego trzymania się   amerykańskiego rękawa.

Wszystko to nie znaczy, że nasze drogi się rozchodzą. USA nadal są   głównym filarem NATO, które wciąż jest podstawą naszego   bezpieczeństwa. Nadal są supermocarstwem, z którym warto się   przyjaźnić. Ale przyszłość NATO jest coraz bardziej niejasna, wpływy   Ameryki słabną, a zagrożenie ze strony Rosji nie wydaje się już tak   duże. I przede wszystkim: gdy USA orientują się coraz bardziej na   Daleki Wschód, my w coraz większym stopniu polegamy na partnerach z   Europy.

Powoli Ameryka przeistacza się więc w naszych oczach z silnego brata,   który ma nas bronić przed łobuzami z sąsiedniego podwórka, w   sympatycznego kuzyna zza oceanu, z którym łączy nas głównie piękna   historia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Miękka siła Pekinu

5 lip 2010

Chiny chcą mieć większy wpływ na światową opinię publiczną

Czy CNC World stanie się równie uznaną marką w świecie co CNN, BBC World lub przynajmniej al Dżazira? Takie z pewnością są ambicje twórców uruchomionej przed paroma dniami przez rządową agencję prasową Xinhua anglojęzycznej telewizji informacyjnej. Prezes agencji Li Congjun mówił podczas ceremonii otwarcia stacji, że CNC World ma „przedstawiać międzynarodowe spojrzenie z chińskiej perspektywy”.

Władze w Pekinie doskonale zdają sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach prężna gospodarka i rosnąca w siłę armia to wciąż za mało, by być prawdziwym supermocarstwem. Równie ważna jak twarda siła jest siła miękka. Już parę lat temu Pekin zrozumiał, że potrzebna jest mu wielka tuba, za pomocą której będzie mógł przekazywać światu własną wersję wydarzeń bieżących i historii. Antychińskie nastroje, jakie pojawiły się w zachodnich mediach po zamieszkach w Tybecie w 2008 roku (tuż przed arcyważnym wydarzeniem piarowskim, jakim były igrzyska w Pekinie), utwierdziły władze w tym, że w walce o serca i umysły mieszkańców globalnej wioski pozostają daleko za Zachodem.

Nie dziwi więc, że w czasach, gdy niemal wszystkie koncerny medialne świata borykają się z problemami finansowymi, tną budżety i likwidują placówki zagraniczne, chińska państwowa Xinhua wykłada miliony na uruchomienie anglojęzycznego kanału informacyjnego. I to pomimo że podobny kanał – CCTV 4 – już istnieje, od jakiegoś czasu dostępny jest w większości telewizji kablowych świata i oszałamiającego sukcesu nie odniósł.

Na razie CNC można oglądać jedynie w Hongkongu lub przez Internet, ale już w najbliższych miesiącach ma objąć swym zasięgiem (poprzez telewizje kablowe i satelity) niemal cały świat. Jego stworzenie to znacząca część szacowanej na około 45 mld juanów, czyli niemal 7 mld dolarów, inwestycji w wielką światową tubę.

Jednym z pierwszych posunięć w ramach tej kampanii było stworzenie w zeszłym roku anglojęzycznej gazety „Global Times”. Ambitne plany ma też sama agencja Xinhua, która zamierza otworzyć nowe biuro na nowojorskim Times Square – tuż obok redakcji Reutersa i „New York Timesa” oraz siedziby koncernu News Corp, do którego należy między innymi telewizja FoxNews. Symbolika tej kosztownej inwestycji jest oczywista. – Wchodzimy do pierwszej ligi światowej – mówią Chińczycy światu.

– Nie jesteśmy instytucją propagandową, lecz serwisem informacyjnym – podkreśla szefostwo CNC World. Pekinowi marzy się zapewne sukces na miarę arabskiej al Dżaziry, która w ciągu zaledwie paru lat stała się równorzędnym konkurentem dla sieci zachodnich, przedstawiając w sposób wiarygodny odmienne od nich spojrzenie na świat. Jak trudne zadanie stoi jednak przed redakcją CNC World i jej firmą- matką, pokazuje przykład wspomnianego wcześniej „Global Times”. Wkrótce po swym zeszłorocznym debiucie gazeta przełamała obowiązujące w chińskich mediach tabu, publikując artykuł nawiązujący – choć w sposób w pełni zgodny z oficjalną linią – do 20. rocznicy wydarzeń na placu Tiananmen.

Z punktu widzenia chińskiego odbiorcy, przyzwyczajonego do całkowitego milczenia na temat 1989 roku, jest to krok odważny, oznaczający pewną liberalizację przekazu. Problem w tym, że odbiorcą „Global Times” nie ma być Chińczyk, lecz obcokrajowiec – przede wszystkim ten z Zachodu. Tymczasem odbiorca zachodni zamiast doceniać odwagę redakcji „Global Times”, będzie przede wszystkim poirytowany jednostronnością, z jaką gazeta traktuje temat studenckich protestów z 1989 roku. Dla nieznającego niuansów chińskiej polityki wewnętrznej czytelnika amerykańskiego „Global Times” sprawia wrażenie nieco ubarwionej wersji „China Daily” – istniejącego od początku lat 80. anglojęzycznego organu prasowego władz.

Chińczycy mają dziś niemal nieograniczone środki finansowe, ale to wciąż za mało, by pokonać główną przeszkodę: wiarygodność w oczach zagranicznego odbiorcy. Osiągnąć da się ją tylko w jeden sposób: dając twórcom CNC World pełną swobodę redakcyjną. Oddzielenie dziennikarzy, nawet tworzących program anglojęzyczny, przeznaczony na eksport, grubym murem od ich politycznych zwierzchników i cenzorów byłoby jednak posunięciem bezprecedensowym w historii ChRL.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czesi wybrali terapię

30 maj 2010

Wyniki czeskich wyborów parlamentarnych wpisują się w zjawisko, jakie obserwujemy w wielu innych krajach: wyborcy nie mogą już patrzeć na polityczne elity.

Tym tłumaczy się sukcesy Tea Party w Ameryce, powstanie pierwszej od lat koalicji w Wielkiej Brytanii czy pogłębiającą się słabość rządu Angeli Merkel w Niemczech. W Czechach dwie największe partie, które przez wiele tygodni prowadziły ze sobą propagandową wojnę – socjaldemokraci i prawicowy ODS – dostały w sumie niespełna 43 procent głosów. Trudno o głośniejsze wotum nieufności wobec elit.

Zyskały ugrupowania, które pojawiły się niemal znikąd w ostatnich miesiącach, takie jak TOP09, które nawet z nazwy mało się kojarzy z tradycyjną partią polityczną. Frustracja wyborców nie zawsze prowadzi do korzystnych dla kraju rezultatów: nowi politycy okazują się często znacznie gorsi od starych, a wielogłowe koalicje, w których nikt nie ma wystarczającej siły, by utrzymać w ryzach innych, to prosty przepis na polityczny paraliż.

Tym jednak razem w wyborczym szaleństwie może się kryć metoda. Większość czeskich wyborców, przerażona tym, co się wydarzyło w Grecji, odrzuciła hasła głoszone przez socjaldemokratów. Ludzie zrozumieli, że zwiększenie wydatków socjalnych musi oznaczać większy deficyt budżetowy, co byłoby bardzo złe dla kraju w czasach finansowej destabilizacji Europy. Dając prztyczka w nos elitom, wielu Czechów oddało zatem głos na ugrupowania, które – tak jak ODS – opowiadają się za zaciśnięciem budżetowego pasa. Efekt politycznego rozdrobnienia może być zatem zaskakujący: całkiem zwarta koalicja centroprawicowa, w której elementem spajającym może być przywiązanie do zasad fiskalnego konserwatyzmu.

To, czy taka koalicja rzeczywiście powstanie i będzie działać efektywnie, dopiero się okaże. Już teraz można jednak stwierdzić, że Czesi w jednym wykazali się dojrzałością: wybrali nieco bolesną terapię zamiast pięknych obietnic, które mogły ich doprowadzić do iście greckiej tragedii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie będzie łatwo ukarać Kim Dzong Ila

26 maj 2010

Seul i Waszyngton musiały ostro zareagować na atak Phenianu. Kłopot w tym, że możliwości ukarania reżimu Kima są bardzo ograniczone.

– To była niedopuszczalna prowokacja ze strony Korei Północnej – oświadczyła w Seulu sekretarz stanu USA Hillary Clinton, wzywając świat do zdecydowanej reakcji na zatopienie południowokoreańskiego okrętu przez Koreę Północną. Zdaniem Clinton, która zapewniła prezydenta Li Mjung Baka o pełnym wsparciu ze strony USA, odpowiedź powinna być „mocna, ale wyważona”.

Co to znaczy? „Wyważona odpowiedź” oznacza, że Seul i Waszyngton nie planują akcji militarnej – wojna z uzbrojonym po zęby reżimem nie wchodzi w grę. Południe nie zdecydowało się na to nawet po atakach terrorystycznych na jego kierownictwo państwowe w 1968 i 1983 roku. Po prostu ma za dużo do stracenia. O ile nie dojdzie do jakiegoś przypadkowego spięcia, po którym sytuacja wymknie się spod kontroli, konfliktu zbrojnego nie będzie.

Na czym zatem ma polegać „mocna reakcja”? Reżim Kima nie przestraszy się raczej groźby nowych sankcji. Korea Północna i tak jest odizolowana od reszty świata, a władze nieraz dowiodły, że są w stanie utrzymać kontrolę nad społeczeństwem nawet w najgorszej sytuacji gospodarczej.

Kluczowe znaczenie dla przetrwania komunistycznego rządu ma wsparcie Chin. Przed przyjazdem do Seulu pani Clinton starała się namówić władze w Pekinie, by poparły nowe sankcje wobec Phenianu. Bezskutecznie. Jak wynika z doniesień mediów, Chińczycy unikali nawet uznania faktu, że okręt został zatopiony przez Koreę Północną. Pekin ma własne interesy w regionie – upadek reżimu w Phenianie, choć od dawna irytuje on chińskich przywódców, byłby dla Chińczyków czarnym scenariuszem.

Zachodowi pozostaje więc dociskanie śruby tam, gdzie się da. Zapowiedziano możliwość wzmożonej kontroli statków z Korei Północnej w poszukiwaniu materiałów nuklearnych czy środków przenoszenia broni jądrowej. Możliwy jest powrót do wypróbowanej praktyki blokowania aktywów północnokoreańskich oficjeli w zagranicznych bankach. Lista potencjalnie skutecznych sankcji jest jednak bardzo krótka.

Podobny problem ma Seul. Jego reakcja na ogłoszone niedawno wyniki śledztwa w sprawie marcowej tragedii oznacza koniec strategii angażowania komunistycznego reżimu. Tak zwana słoneczna polityka, zapoczątkowana w końcu lat 90. przez prezydenta Kim De Dzunga i kontynuowana przez jego następcę Ro Mu Hjuna, polegała na wyciąganiu dłoni (często z plikiem pieniędzy) do agresywnego i nieobliczalnego partnera z Północy w nadziei, że stopniowo uda się go ułagodzić.

Dochodząc do władzy w 2008 roku, konserwatysta Li Mjung Bak przyjął twardszą linię wobec Północy, uznając strategię swych poprzedników za kontrproduktywną. Phenian reagował w jedyny znany mu sposób – coraz większą agresywnością. Zatopienie okrętu mogło być obliczone na zastraszenie Seulu i zmuszenie go do przywrócenia potrzebnej Phenianowi współpracy gospodarczej.

Wydaje się jednak, że Północ się przeliczyła, bo odpowiedź Południa była ostra. Kłopot w tym, że zrywając ostatecznie ze „słoneczną polityką”, Seul wyzbywa się nielicznych, chociaż słabych, instrumentów wpływania na Phenian. Odrzuca marchewkę, nie mogąc użyć kija.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Brytyjska koalicja dla władzy

12 maj 2010

Najtrudniejsze dopiero przed nimi – tak komentuje powstanie koalicji konserwatystów z Liberalnymi Demokratami część brytyjskich mediów. Nie brakuje głosów, że obie partie tak wiele dzieli, że skuteczna współpraca w rządzeniu może się okazać dla nich prawdziwym wyzwaniem.

Jak na przykład eurosceptyk David Cameron porozumie się z euroentuzjastą Nickiem Cleggiem, gdy dojdzie do poważnych decyzji w sprawie reformy unijnych finansów?

Ale może obawy są nieuzasadnione. Może powstanie tej koalicji w mniejszym stopniu wynika z konieczności zawarcia ryzykownego kompromisu między dwiema odległymi ideologiami, a w większym ze zmian, jakie zaszły w brytyjskiej polityce od połowy lat 90. Kilkanaście lat temu Partia Pracy dokonała rewolucji w myśleniu o relacjach między politykami i wyborcami. Zamiast przekonywać ich do własnych idei i programów, laburzyści zaczęli się wsłuchiwać w to, czego chcą wyborcy – i dostosowywać do tego idee i programy. Nieodzownym elementem zmiany było wprowadzenie atrakcyjnego opakowania w postaci m.in. fotogenicznego przywódcy (Tony Blair). W efekcie partia znacznie przesunęła się w prawo, a więc do środka – tam bowiem jest najwięcej wyborców.

Reakcją przerażonych topniejącą bazą polityczną torysów było przesunięcie w lewo (czyli: do środka) i wybranie swojego fotogenicznego lidera w osobie Camerona. Nic dziwnego, że od jakiegoś czasu obserwatorzy brytyjskiej sceny politycznej lamentują, iż obie partie coraz trudniej odróżnić. Nie inaczej jest z Liberalnymi Demokratami i ich urodziwym liderem. Najważniejszym punktem programu nowych koalicjantów jest zmiana ordynacji wyborczej. Na taką, która pozwoli im trwale – a nie tylko na jeden cykl wyborczy – uczestniczyć w podziale władzy.

Może więc Cameronowi i Cleggowi nie będzie tak trudno rządzić wspólnie. Może różnice między nimi nie są aż tak wielkie, by nie potrafili się zjednoczyć w imię tego, co dla obu najważniejsze – władzy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak Obama poradzi sobie ze swoją Katriną

5 maj 2010

Biały Dom wpadł w popłoch, gdy jego reakcję na wyciek ropy zaczęto porównywać do działań rządu Busha w 2005 r.

Gigantyczna plama ropy naftowej zbliża się do południowych wybrzeży USA – krajowi grozi największa katastrofa ekologiczna w jego historii. Jednocześnie Nowy Jork o włos uniknął zamachu bombowego i trzeba szybko ustalić, czy miastu nie grożą następne.

Jak napisał „Washington Post”, dla wielu Amerykanów to mógł być „najbardziej przerażający tydzień” prezydentury Obamy.

Ktoś mógłby powiedzieć, że dwie toczące się wojny oraz wciąż trwająca batalia o wyjście z zapaści finansowej to poważniejsze wyzwania dla administracji Obamy. Ale to właśnie nagłe sytuacje kryzysowe stanowią zwykle najtrudniejsze testy dla władzy – przynajmniej z punktu widzenia PR.

Przekonał się o tym boleśnie George W. Bush, gdy w 2005 roku huragan Katrina zdewastował Nowy Orlean i okolice. Członkowie tamtej administracji są dziś zgodni, że był to początek spadku notowań, którego do końca rządów Busha już nie udało się zatrzymać. Co ciekawe, jako senator Obama należał do najgłośniejszych krytyków opieszałej reakcji Busha na Katrinę.

Dlatego wśród ludzi prezydenta powiało grozą, gdy w ostatnich dniach część mediów zaczęła nazywać wyciek ze zniszczonego podwodnego szybu BP Katriną Obamy. Przez pierwsze dni po eksplozji administracja rzeczywiście nie sprawiała wrażenia przejętej. Jeszcze w sobotę wieczorem, gdy media trąbiły o nadchodzącej katastrofie, Obama świetnie się bawił podczas dorocznego przyjęcia dziennikarzy. Dopiero następnego dnia poleciał do Luizjany, by osobiście zapoznać się z sytuacją. W tym samym czasie jego ludzie ruszyli do mediów, by pow- tarzać, że rząd trzyma rękę na pulsie „od pierwszego dnia”. Zaczęto też publikować szczegółowe informacje o tym, jak poszczególni urzędnicy zajmują się całą sprawą.

Podobnie było z reakcją na nieudany sobotni zamach na Times Square. Jeszcze w poniedziałek prokurator generalny Eric Holder nie chciał określać incydentu mianem zamachu terrorystycznego. Uczynił to dopiero następnego dnia. Gdy policja zatrzymała zamachowca, opublikowano dokładny rozkład dnia Holdera, by pokazać, że przez cały czas nadzorował akcję.

Dla polityków sprawianie wrażenia przywództwa bywa równie ważne – a może nawet ważniejsze – jak rzeczywiste rozwiązywanie problemów. Wielka plama ropy wkrótce dopłynie do wybrzeży USA. To, jakie wrażenie wywrze na Amerykanach Obama w obliczu swojej Katriny, może mieć decydujący wpływ na jego dalszą prezydenturę.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Amerykańsko-chińskie relacje niczym kolejka w wesołym miasteczku

2 kwi 2010

Po serii spięć i słownych utarczek USA i Chiny zakopują topór wojenny. Na jakiś czas, bo nowe konflikty są nieuniknione

Jak powiedział mi kiedyś w Pekinie chiński amerykanista Jin Canrong, relacje między oboma krajami przypominają roller-coaster, szaloną kolejkę w wesołym miasteczku. Wznoszą się wysoko, by po chwili gwałtownie runąć w dół i znów ruszyć ku górze. Ilekroć na linii Waszyngton – Pekin (czyli zdaniem wielu politologów, w najważniejszej dziś dwustronnej relacji na świecie) zaczyna iskrzyć i pojawia się widmo nowej zimnej wojny, przypominam sobie jego słowa.

I tym razem po gwałtownym ochłodzeniu następuje ocieplenie. Gdy przewaliła się nawałnica wywołana wyjściem koncernu Google z Chin i oskarżeniami o chińską cyberagresję wobec instytucji w USA, gdy opadły emocje po wizycie Dalajlamy w Białym Domu i amerykańskiej decyzji o sprzedaży Tajwanowi nowoczesnego uzbrojenia, obie strony ostrożnie wyciągnęły ku sobie dłonie.

Oczywiście Amerykanie mają doraźny powód, by łagodzić gniew Chińczyków – to Iran i jego program nuklearny. Groźba użycia siły wobec Teheranu jest dziś ze strony Amerykanów – uwikłanych w dwa konflikty w bezpośrednim sąsiedztwie Iranu – raczej mało wiarygodna. Na pojednawcze gesty Obamy Teheran dotąd nie odpowiedział, być może ze względu na konflikt wewnątrz reżimu.

Amerykanom pozostaje więc jeden instrument nacisku – sankcje. By ich groźba brzmiała realistycznie, restrykcje muszą zyskać poparcie Rosji i Chin, dwóch stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, którzy mają bliskie relacje, także gospodarcze, z Iranem. Moskwa wyraziła już chęć współpracy w tej sprawie. Pekin dotychczas był przeciwny.

Przyjęcie zaproszenia na nuklearny szczyt w Waszyngtonie przez Hu Jintao oraz długa rozmowa telefoniczna obu przywódców to znak, że Chińczycy są gotowi przynajmniej się zastanowić nad zmianą stanowiska.  Bez względu jednak na to, jak zakończy się sprawa irańskiego atomu, amerykańsko-chińska sinusoida się utrzyma – przynajmniej w przewidywalnej przyszłości. Jak zauwa- żał politolog Jin Canrong, mimo gwałtownych zwrotów kolejka w wesołym miasteczku jest tak skonstruowana, że nie wylatuje z szyn. Tak bowiem, jak granice wzlotów w relacjach między Ameryką i Chinami wyznaczają nieprzekraczalne różnice ustrojowe i filozoficzne, tak barierą upadków są rozliczne wspólne interesy, gospodarcze i polityczne.

Wzrost potęgi Chin i ich roli na arenie międzynarodowej będzie w naturalny sposób sprawiał, że chińskie wpływy będą się ścierać z amerykańskimi. Czeka nas jeszcze niejedno spięcie.

Dopóki oba kraje żyją w gospodarczej symbiozie, z tych spięć nie będzie prawdziwego ognia. Naprawdę „ciekawe czasy” czekają świat dopiero wtedy, gdy dokona się rozszczepienie amerykańsko-chińskiej hybrydy – USA przestaną być megakonsumentem produktów z ChRL, a Chiny zamiast na eksporcie skoncentrują się na rynku wewnętrznym.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Od widma Marksa do finansowej dziury

22 mar 2010

Barack Obama odniósł właśnie swój pierwszy wymierny sukces jako prezydent: udało mu się przeforsować największą od dziesięcioleci reformę służby zdrowia w USA.

To wielkie zwycięstwo polityczne. Czy jednak ten sukces jest dobry dla kraju? Tu zdania są podzielone. Zwolennicy reformy twierdzą, że stabilność życiowa, jaką zapewni ona milionom ludzi, wyzwoli dodatkowe zasoby energii gospodarczej. Przeciwnicy przewidują budżetowy krach i schyłek kapitalistycznego etosu USA, a nawet USA w ogóle.

Amerykańska służba zdrowia należy do najnowocześniejszych na świecie, problemem są jednak koszty ubezpieczenia i wszelkiego rodzaju dziury i pułapki w polisach, które mogą z dnia na dzień zamienić dostatnie życie w finansowo-zdrowotny koszmar. Amerykanie są zgodni, że coś trzeba z tym fantem zrobić.

Ale zdaniem konserwatystów nie to, co robi Obama. Twierdzą oni, że dofinansowanie polis dla najuboższych ze Skarbu Państwa to klasyczna redystrybucja dochodów w stylu socjalistycznym. Że plan Obamy to poszerzenie zakresu wpływów państwa w kraju, u którego fundamentów leży niechęć do państwa. Republikanie straszą widmem Marksa nad Ameryką – i udało im się zarazić tym lękiem znaczną część społeczeństwa.

Jak jednak zauważa David Frum z American Enterprise Institute, plan Obamy czerpie pełnymi garściami z pomysłów zastosowanych w stanie Massachusetts przez Mitta Romneya, konserwatystę z krwi i kości, a także wypracowanych niegdyś przez prawicową Fundację Heritage. Co socjalistycznego kryje się na przykład w idei giełdy ubezpieczeń medycznych, na której każdy obywatel będzie mógł wybrać sobie taką polisę, jaka mu pasuje – i gdzie konkurencja wymusi na ubezpieczycielach niższe ceny?

Socjalizm na razie Ameryce raczej nie grozi. Grozi jej co innego: finansowa czarna dziura w czasach budżetowej zapaści. Obóz Obamy przekonuje, że koszty reformy nie będą wcale tak duże, jak twierdzą pesymiści. Amerykanie mają jednak podstawy, by w te zapewnienia wątpić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Coraz większe tempo edukacyjnego wyścigu

13 mar 2010

Amerykanom proces boloński może się kojarzyć z „bolońską” – tak w USA określa się mortadelę. Ale w Europie pod tą nieco pokraczną nazwą kryje się jedno z najambitniejszych przedsięwzięć edukacyjnych we współczesnej historii kontynentu.

Mówiąc w największym skrócie: chodzi o takie ujednolicenie systemów ocen, punktów kredytowych, stopni naukowych, by studenci mogli bez przeszkód przenosić się z uniwersytetu w jednym kraju europejskim na uczelnię w innym. I by można łatwo porównywać uniwersytety ze sobą. Europejskie rządy nie ukrywały, że chodzi o podjęcie konkurencji na globalnym rynku edukacyjnym.

Edukacja stała się gałęzią gospodarki przynoszącą gigantyczne dochody i stanowiącą o ekonomicznej sile kraju. Wiedzę traktuje się jak produkt, a amerykańskie uniwersytety są jak jej fabryki. Ich podstawowym celem jest jak najszybsze wtłoczenie studentom do głów takiej wiedzy, którą z pożytkiem zastosują na rynku pracy. Tak pojmowana wiedza niewątpliwie jest jak mortadela.

W tradycyjnym europejskim ujęciu studia to czas kształtowania postaw społecznych, wzbogacania intelektualnego wnętrza, poszerzania horyzontów. Jego bolączką są jednak tabuny „wiecznych studentów”, którzy – zwykle na koszt podatnika – powoli przyswajają sobie program kierunków o niewielkiej przydatności rynkowej. A i ze „wzbogacaniem wnętrza” bywa różnie.

Wyścig o prymat w produkcji edukacyjnej mortadeli zaostrza się, bo do gry weszli Chińczycy. Europa nie może sobie pozwolić na to, by zostać z tyłu. Rzecz w tym, by nie zagubić w nim tego, co w europejskich uniwersytetach najcenniejsze – duszy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak noblista z noblistą

18 lut 2010

Barack Obama wreszcie znalazł czas, by przyjąć u siebie Dalajlamę. Nie było to pierwsze spotkanie prezydenta USA z przywódcą Tybetańczyków w Białym Domu.

Wręcz przeciwnie – to Obama stał się w październiku ubiegłego roku pierwszym od lat prezydentem, który nie chciał zaprosić do siebie wizytującego Dalajlamy. Z pewnością nie była to zemsta za słowa, jakie duchowny wypowiedział przy okazji poprzedniego pobytu w Ameryce („Kocham George’a W. Busha”). Chodziło o chłodną kalkulację polityczną, gest dobrej woli wobec Chin. Kalkulacja się zmieniła, naciski protybetańskiego lobby w USA też swoje zrobiły i Dalajlama miał wreszcie okazję porozmawiać z Obamą jak noblista z noblistą. Oczywiście w formule półprywatnej, bez protokolarnych fajerwerków, tak by zbytnio nie rozsierdzić i tak już rozeźlonych Chińczyków. Spotkanie to jest z punktu widzenia Waszyngtonu i Pekinu jedynie elementem geopolitycznych rozgrywek między dwiema superpotęgami.

Owszem, dla zdesperowanych Tybetańczyków ma istotne znaczenie symboliczne. To między innymi dzięki takim spotkaniom Dalajlama odniósł niesamowity sukces medialny, nagłaśniając na cały świat niedolę swego narodu. Wiele innych narodów znajdujących się w podobnych opresjach nie miało takiego szczęścia – również dlatego, że nie przytrafił im się lider takiego formatu. To bardzo dużo, ale zarazem bardzo mało. Mimo niezliczonych akcji międzynarodowych zwolenników wolnego Tybetu, dziesiątek filmów i setek książek tworzących na Zachodzie mocno przeromantyzowany wizerunek kraju na Dachu Świata i jego historii oraz tysięcy spotkań i wystąpień, na jakie zapraszany był Dalajlama, sytuacja jego ruchu pozostaje rozpaczliwie zła.

Jedyną szansą na większą autonomię dla Tybetańczyków są dziś zmiany polityczne wewnątrz Chin. A na to ani USA, ani żaden inny kraj nie ma dziś większego wpływu. Przyjęcie Dalajlamy w Białym Domu służy zatem przede wszystkim uspokojeniu sumień bezradnego Zachodu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop