Barack Obama wreszcie znalazł czas, by przyjąć u siebie Dalajlamę. Nie było to pierwsze spotkanie prezydenta USA z przywódcą Tybetańczyków w Białym Domu.
Wręcz przeciwnie – to Obama stał się w październiku ubiegłego roku pierwszym od lat prezydentem, który nie chciał zaprosić do siebie wizytującego Dalajlamy. Z pewnością nie była to zemsta za słowa, jakie duchowny wypowiedział przy okazji poprzedniego pobytu w Ameryce („Kocham George’a W. Busha”). Chodziło o chłodną kalkulację polityczną, gest dobrej woli wobec Chin. Kalkulacja się zmieniła, naciski protybetańskiego lobby w USA też swoje zrobiły i Dalajlama miał wreszcie okazję porozmawiać z Obamą jak noblista z noblistą. Oczywiście w formule półprywatnej, bez protokolarnych fajerwerków, tak by zbytnio nie rozsierdzić i tak już rozeźlonych Chińczyków. Spotkanie to jest z punktu widzenia Waszyngtonu i Pekinu jedynie elementem geopolitycznych rozgrywek między dwiema superpotęgami.
Owszem, dla zdesperowanych Tybetańczyków ma istotne znaczenie symboliczne. To między innymi dzięki takim spotkaniom Dalajlama odniósł niesamowity sukces medialny, nagłaśniając na cały świat niedolę swego narodu. Wiele innych narodów znajdujących się w podobnych opresjach nie miało takiego szczęścia – również dlatego, że nie przytrafił im się lider takiego formatu. To bardzo dużo, ale zarazem bardzo mało. Mimo niezliczonych akcji międzynarodowych zwolenników wolnego Tybetu, dziesiątek filmów i setek książek tworzących na Zachodzie mocno przeromantyzowany wizerunek kraju na Dachu Świata i jego historii oraz tysięcy spotkań i wystąpień, na jakie zapraszany był Dalajlama, sytuacja jego ruchu pozostaje rozpaczliwie zła.
Jedyną szansą na większą autonomię dla Tybetańczyków są dziś zmiany polityczne wewnątrz Chin. A na to ani USA, ani żaden inny kraj nie ma dziś większego wpływu. Przyjęcie Dalajlamy w Białym Domu służy zatem przede wszystkim uspokojeniu sumień bezradnego Zachodu.









Zachód mógłby zamiast wspierać ogromnymi inwestycjami reżim w chinach , wesprzeć i zadbać o rozwój gospodarczy Europy zachodniej i środkowej, bo coraz bardziej ta część świata zamienia się w podupadłą prowincję, inaczej nie tylko tybetańczyków ale i Europejczyków „zjedzą razem z ryżem”.
„Obama stał się w październiku ubiegłego roku pierwszym od lat prezydentem, który nie chciał zaprosić do siebie wizytującego Dalajlamy”
Poprzednim byl jesli mnie pamiec nie myli Lech Walesa. Dalajlama spotkal sie z parlamentem, rzadem, ale juz z prezydentem nie. ten stwierdzil ze nie ma czasu i ochoty. W sumie bardziej dziwnym jest ze ktos spotyka sie z Dalajlama wiec sie nie czepaim Walesy. jedynie przypominam. Cos ci pokojowi noblisci siebie nie lubia strasznie.
ops. pogooglalem i musze posypac glowe popiolem. Z Dalajlama nie chcial sie w ostatnich latach spotkac takze Sarkozy i Benedykt XVI.
Dalajlama i sprawa Tybetu jest warta zglebiania – jezeli ktos ma czas.
Tzw. Zachod opowiedzial sie za Tybetem w ramach polityki oslabiania Chin. Dawno, dawno temu. Latwo mozna do tego dopisac wlasne usprawiedliwienie – odrebnosc narodowa Tybetu, religijna, kulturowa. Mysle, ze w tej perspektywie celowo unika sie przedstawiania silnie kastowej struktury tego obszaru gdzie istnieje zwyczajowe niewolnictwo i bardzo silne zroznicowanie roznych grup – od uprzywilejowanych, ktore reprezentuje wlasnie Dalajlama az po kasty ludzi zyjacych na skraju nedzy. Kultywowana jest tam swoista struktura religijno-plemienna bardzo daleka od wszelkich demokratycznych zasad. Gdyby Tybet uzyskal niepodleglosc kraj tak powstaly moglby zaskoczyc mocodawcow prymitywnym i gorszacym stosunkiem do praw czlowieka.
Chiny maja swoj cel imperialny w okupowaniu Tybetu i traktowaniu go jako wlasnego terytorium. Maja ku temu swietne usprawiedliwienie, ktore jest propagandowo rozgrywane wewnatrz Chin. Chiny Ludowe niosa Tybetowi socjalizm, rowne prawa dla wszystkich, koniec kast i rownouprawnienie cokolwiek to znaczy. Sposobem na zaimplementowanie tej idei jest zaludnianie Tybetu chinczykami. Budzi to zrozumiale napiecia. Paradoksem sytuacji jest, ze mieszkancy Tybetu nie chce socjalistycznej urawnilowki, chca zyc w kastach, chca byc niewolnikami i slugami, za wszelka cene.
Czy Dalajlama rozgrywa ta sytuacje dla wlasnej wygody – w koncu pedzi mile zycie pelna zaszczytow? Czy marzy o wladzy w niepodleglym Tybecie? Jezeli tak to jaka ma wizje Tybetu? Moze cos na ksztalt Iranu czy Afganistanu?
Nie wydaje wyrokow, po prostu zastanawiam sie i doradzam glebsze zapoznanie sie z racjami wszystkich stron i historia obecnego stanu rzeczy. Czasami mam wrazenie, ze spotykajacy sie z Dalajlamu dygnitarze czy czlonkowie U2 nie maja pojecia kim jest ten tejemniczy czlowiek i czego chce. Tego bowiem nie wie nikt.
pzdrw
soso
Panie a Panowie,
to jest kolejny ruch na swiatowej szachownicy swiatowej polityki. Chiny maja odmienne zdanie w sprawie Iranu, no to maja sygnal, ze „swiat demokratyczny” moze zastonowic sie nad poparciem aspiracji niepodleglosciowych Tybetanczykow. Rosja jest bardziej krytyczna w stosunku do Iranu to ma zielone swiatlo w sprawie budowy baz wojskowych w Abchazji- fakt ,ze ONZ uwaza ten region za czesc Gruzji, nie ma w tej sytuacji zadnego znaczenia.
Kogo obchodzi Tybet? Kilku podstarzałych zdziwaczałych hipisów a politycy rozgrywają problem tak jak im wygodnie.
Naród nie uznający przemocy skazany jest na zagładę, ku przestrodze pacyfistów.
Chcesz pokoju, szykuj się do wojny!
„…zmiany polityczne wewnątrz Chin. A na to ani USA, ani żaden inny kraj nie ma dziś większego wpływu.”
nie ma się co łudzić – tzw. Zachód, zwłaszcza Zachodnia Europa z ustami pełnymi frazesów, sprzeda wszystkich byle tylko zdobyć smakowite kontrakty. Dotyczy to nie tylko polityki wobec Chin.
Dalajlama to przywodca buddyzmu tybetanskiego. Liczbe wyznawcow tej religi ocenia sie na okolo 3 miliony. Na swiecie mieszka ponad 6 miliardow ludzi, czyli buddyzm tybatanski to niezbyt liczna religia. Zachodzi pytanie dlaczego nam ciagle mowia o przywodcy tej religii? Zwlaszcza ze jest to religia dosc starodawna. Dalajlama jest uwazany za boga, cos co w naszym kregu cywilizacyjnym jest nieslychane od tysiecy lat.
Coz, potrzeby polityczne wladcow mediow nawet z „boga” jakiejs starodawnej i niezbyt licznej religii zrobia swiatowego przywodce. Potega mediow.
Podobno D. Lama zalatwial z B. Husseinem O. poparcie u szefow B. Husseina O. dla tezy, ze Tybetanczycy gineli w Auschwitz.
Zgadnijcie, KTO bedzie winny?
Komentarz p. Gilerta – wyważony, komentarze komentatorów – prymitywne
Dla wyjasnienia – Dalajlama nie jest przywodca religijnym choc nim takze jest. Jest przede wszystkim krolem kraju teokratycznego. Krolem na wygnaniu.
pzdrw
soso
Panie redaktorze JA mam sumienie spokojne. Tu chodzi o dokopanie Chinom!
Obama widzac jak mu opada poparcie spoleczenstwa ,i to nie tylko w amerykanskiej koloni izraela ,lecz tez na swiecie ,postanowil ponownie zagrac wyrozumialego dla uciesnionych narodow polityka . To jest moim zdaniem preludium przed napadem na Iran.
Pozdrawiam.
Dlaczego teraz (już ) przyjął ? To proste.
Prawa fizyki dzialają i wpolityce.
Mamy do czynienia ze zmęczeniem materiału.
„Tu chodzi o dokopanie Chinom!”
dokładnie, znaczy to zmianę kursu wg Chin. Czyli wspieranie potencjalnych przeciwników Chin, czyli w pierwszej kolejności Rosji.
Ciekawe jak „patrioci z PISu” wytłumaczą woltę rodakom. Już obecnie giniemy w Afganistanie aby miękkie podbrzusze Rosji miało zapewniony spokój a RZD zarabiały na naszym tranzycie. Jeszcze trochę a będziemy stacjonować nad Amurem w zamian za co USA, zgodnie ze starą tradycją, zagwarantują przynależność Polski do strefy wpływu Rosji i Niemiec.
Niewatpiwie spotkanie Obamy z Dalajlama wynika z checi dokopania Chinom za solidarnosc z Iranem.
USA, kraj pajacow na uslugach poteznych lobbys.
Tybet jest niedościgłym wzorem! Przed rzekomym wyzwoleniem od ucisku przez chińskich komunistów, Tybet był rajem na ziemi gdzie panował pokój, sprawiedliwość społeczna i wolność.
Polska i Zachód powinny pójść w ślady dawnego Tybetu zwanego inaczej Shangri-La.
„Naciski protybetanskiego lobby zrobily swoje”.
Panie Gillert, czy pan uwaza, ze w Waszyngtonie jest cos takiego jak propolskie , protybetanskie czy protutsi lobby?
Wolne zarty.
Politik geht vor dem Virtshaft. Obama licząc się z nieuchronną koniecznościa zdewaluowania dolara (Ameryki nie stać na spłacenie swoich długów w dolarach których wartość wyznacza obecny kurs), postanowił (lub „starsi i mądrzejsi” postanowili) przejąć kontrolę nad kryzysową sytuacją, i sprowokować Chińczyków.
Służy temu zarówno spotkanie z Dalaj Lamą, jak i dostawy broni na Tajwan.
Przy okazji, chciałbym skomentować dwa istotne wydarzenia, które z pozoru wydają się negatywnie falsyfikować tezy, które przedstawiam tu od ponad roku:
1) Chiny wzieły Kim Dżong-Ila na finansową kroplówkę, zaprzepaszczając szansę „zneutralizowania” zjednoczonej Korei. To była (i nadal pozostaje) sytuacja pod wieloma względami podobna do podzielonych Niemiec w Europie.
Stalin i Chruszczow dążyli do zjednoczenia Niemiec za cenę ich neutralizacji, na co nie zgodził się Adenauer.
W tym wypadku (Korea-Chiny), wygląda na to, że szansę na przyjazne relacje ze zjednoczoną Koreą zaprzepaściły same Chiny, wybierając raczej umocnienie się w archaicznym azjatyckim „enerdówku”, zamiast powalczyć o przyjazną całość. Chyba że jest to jedynie wielka operacja wjazdu stadem koni trojańskich przed wymianą ekipy w Phenjanie…
Wszystko jest możliwe, zwłaszcza ze istnieją analogie, w dodatku z tego samego regionu (interwencja Vietkongu w Kambodży Pol-Pota).
Znaczenie Korei dla blansu strategicznego na Dalekim Wschodzie jest porównywalne do czegoś pomiędzy Niemcami a Polską w Europie (bliżej Niemiec). Kiedy Chiny zneutralizują Japonię i Koree Płd (tą ostatnią np. za pomoc w zjednoczeniu), czyli wyrwą je spod amerykańskiego wpływu, wtedy punkt ciężkości w światowej polityce i ekonomii ostatecznie powędruje do Azji.
Próba montowania przez „starszych i mądrzejszych” strategicznego sojuszu USA-Rosja-UE jest związane z antycypowaniem pojawienia się wielkiego alansu azjatyckiego pod egida Chin.
2)Rosja robi NATO wstręty swoją nową doktryną obronną, zamiast finalizować i konsumować strategiczne frukta „resetu”.
Możliwe wyjasnienia są następujące:
- Zachód nie jest w stanie „dać” Rosji tego, czego ona się domaga – czyli TRWAŁYCH i PEWNYCH gwarancji powrotu do hegemonistycznej pozycji na wschodzie Europy, a to wymaga czegos więcej niż podpisywania traktatów i rezygnacji z planów, do których zawsze mozna w innych warunkach powrócić.
- Być może gwałtowna zmiana kursu politycznego wywołuje kontrowersje i opory w samej Rosji, gdzie różne wpływowe struktury (siłowe, kompleks wojskowo-przemysłowy) torpeduja ambitne wysiłki dyplomatyczne, przynajmniej do czasu zapewnienia sobie utrzymania wpływów i przywilejów w strategicznie nowej sytuacji zewnętrznej.
- możliwa jest kombinacja obu tych czynników, w trudnych do ustalenia proporcjach