Amerykanom proces boloński może się kojarzyć z „bolońską” – tak w USA określa się mortadelę. Ale w Europie pod tą nieco pokraczną nazwą kryje się jedno z najambitniejszych przedsięwzięć edukacyjnych we współczesnej historii kontynentu.
Mówiąc w największym skrócie: chodzi o takie ujednolicenie systemów ocen, punktów kredytowych, stopni naukowych, by studenci mogli bez przeszkód przenosić się z uniwersytetu w jednym kraju europejskim na uczelnię w innym. I by można łatwo porównywać uniwersytety ze sobą. Europejskie rządy nie ukrywały, że chodzi o podjęcie konkurencji na globalnym rynku edukacyjnym.
Edukacja stała się gałęzią gospodarki przynoszącą gigantyczne dochody i stanowiącą o ekonomicznej sile kraju. Wiedzę traktuje się jak produkt, a amerykańskie uniwersytety są jak jej fabryki. Ich podstawowym celem jest jak najszybsze wtłoczenie studentom do głów takiej wiedzy, którą z pożytkiem zastosują na rynku pracy. Tak pojmowana wiedza niewątpliwie jest jak mortadela.
W tradycyjnym europejskim ujęciu studia to czas kształtowania postaw społecznych, wzbogacania intelektualnego wnętrza, poszerzania horyzontów. Jego bolączką są jednak tabuny „wiecznych studentów”, którzy – zwykle na koszt podatnika – powoli przyswajają sobie program kierunków o niewielkiej przydatności rynkowej. A i ze „wzbogacaniem wnętrza” bywa różnie.
Wyścig o prymat w produkcji edukacyjnej mortadeli zaostrza się, bo do gry weszli Chińczycy. Europa nie może sobie pozwolić na to, by zostać z tyłu. Rzecz w tym, by nie zagubić w nim tego, co w europejskich uniwersytetach najcenniejsze – duszy.




