Coraz większe tempo edukacyjnego wyścigu

13 marca 2010 autor rp

Amerykanom proces boloński może się kojarzyć z „bolońską” – tak w USA określa się mortadelę. Ale w Europie pod tą nieco pokraczną nazwą kryje się jedno z najambitniejszych przedsięwzięć edukacyjnych we współczesnej historii kontynentu.

Mówiąc w największym skrócie: chodzi o takie ujednolicenie systemów ocen, punktów kredytowych, stopni naukowych, by studenci mogli bez przeszkód przenosić się z uniwersytetu w jednym kraju europejskim na uczelnię w innym. I by można łatwo porównywać uniwersytety ze sobą. Europejskie rządy nie ukrywały, że chodzi o podjęcie konkurencji na globalnym rynku edukacyjnym.

Edukacja stała się gałęzią gospodarki przynoszącą gigantyczne dochody i stanowiącą o ekonomicznej sile kraju. Wiedzę traktuje się jak produkt, a amerykańskie uniwersytety są jak jej fabryki. Ich podstawowym celem jest jak najszybsze wtłoczenie studentom do głów takiej wiedzy, którą z pożytkiem zastosują na rynku pracy. Tak pojmowana wiedza niewątpliwie jest jak mortadela.

W tradycyjnym europejskim ujęciu studia to czas kształtowania postaw społecznych, wzbogacania intelektualnego wnętrza, poszerzania horyzontów. Jego bolączką są jednak tabuny „wiecznych studentów”, którzy – zwykle na koszt podatnika – powoli przyswajają sobie program kierunków o niewielkiej przydatności rynkowej. A i ze „wzbogacaniem wnętrza” bywa różnie.

Wyścig o prymat w produkcji edukacyjnej mortadeli zaostrza się, bo do gry weszli Chińczycy. Europa nie może sobie pozwolić na to, by zostać z tyłu. Rzecz w tym, by nie zagubić w nim tego, co w europejskich uniwersytetach najcenniejsze – duszy.

Jak noblista z noblistą

18 lutego 2010 autor rp

Barack Obama wreszcie znalazł czas, by przyjąć u siebie Dalajlamę. Nie było to pierwsze spotkanie prezydenta USA z przywódcą Tybetańczyków w Białym Domu.

Wręcz przeciwnie – to Obama stał się w październiku ubiegłego roku pierwszym od lat prezydentem, który nie chciał zaprosić do siebie wizytującego Dalajlamy. Z pewnością nie była to zemsta za słowa, jakie duchowny wypowiedział przy okazji poprzedniego pobytu w Ameryce (”Kocham George’a W. Busha”). Chodziło o chłodną kalkulację polityczną, gest dobrej woli wobec Chin. Kalkulacja się zmieniła, naciski protybetańskiego lobby w USA też swoje zrobiły i Dalajlama miał wreszcie okazję porozmawiać z Obamą jak noblista z noblistą. Oczywiście w formule półprywatnej, bez protokolarnych fajerwerków, tak by zbytnio nie rozsierdzić i tak już rozeźlonych Chińczyków. Spotkanie to jest z punktu widzenia Waszyngtonu i Pekinu jedynie elementem geopolitycznych rozgrywek między dwiema superpotęgami.

Owszem, dla zdesperowanych Tybetańczyków ma istotne znaczenie symboliczne. To między innymi dzięki takim spotkaniom Dalajlama odniósł niesamowity sukces medialny, nagłaśniając na cały świat niedolę swego narodu. Wiele innych narodów znajdujących się w podobnych opresjach nie miało takiego szczęścia – również dlatego, że nie przytrafił im się lider takiego formatu. To bardzo dużo, ale zarazem bardzo mało. Mimo niezliczonych akcji międzynarodowych zwolenników wolnego Tybetu, dziesiątek filmów i setek książek tworzących na Zachodzie mocno przeromantyzowany wizerunek kraju na Dachu Świata i jego historii oraz tysięcy spotkań i wystąpień, na jakie zapraszany był Dalajlama, sytuacja jego ruchu pozostaje rozpaczliwie zła.

Jedyną szansą na większą autonomię dla Tybetańczyków są dziś zmiany polityczne wewnątrz Chin. A na to ani USA, ani żaden inny kraj nie ma dziś większego wpływu. Przyjęcie Dalajlamy w Białym Domu służy zatem przede wszystkim uspokojeniu sumień bezradnego Zachodu.

Koniec z marchewkami – noblista sięga po kij

4 lutego 2010 autor rp

Przez wiele miesięcy administracja Baracka Obamy prowadziła wobec Iranu politykę perswazji i obietnic. Bez skutku. Teraz jesteśmy świadkami zmiany linii

– Nie zajmuję się marchewkami – mawiał czołowy jastrząb w administracji Busha, były ambasador przy ONZ John Bolton. Obama miał do niedawna odmienne podejście, co docenił komitet w Oslo, przyznając mu Pokojowego Nobla. „Dialog i negocjacje stały się preferowanymi instrumentami rozwiązywania nawet najtrudniejszych konfliktów międzynarodowych”, czytaliśmy w uzasadnieniu.

Innymi słowy: Obama wyciągnął marchewki z lodówki i schował kije do piwnicy. Jego polityka wobec Iranu była najlepszą tego ilustracją. Wyciągał oliwną gałązkę ku Teheranowi jeszcze zanim został prezydentem. Już podczas walki o prezydencką nominację własnej partii mówił o gotowości do rozmów z irańskimi przywódcami, narażając się na krytykę ówczesnej rywalki Hillary Clinton.

Potem były życzenia, jakie – już jako prezydent – złożył w specjalnym telewizyjnym przesłaniu przywódcom i narodowi irańskiemu z okazji perskiego Nowego Roku. Sugerował wtedy możliwość otwarcia współpracy handlowej i politycznej. Wymowna była też cicha reakcja Waszyngtonu na antyrządowe rozruchy, jakie wybuchły w Iranie po wyborach. W odpowiedzi na słowa krytyki zwolennicy prezydenta odpowiadali wtedy: zamiast podburzać Irańczyków, by zmienili reżim, Obama chce skłonić reżim do zmiany zachowania.

Co administracja Obamy uzyskała w efekcie tej marchewkowej ofensywy? Puste obietnice. Teheran zwodzi Zachód, tak jak zwodził wcześniej, starając się zyskać na czasie, by zakończyć prace nad pociskami nuklearnymi i zmienić reguły gry.

Ostatnie decyzje Waszyngtonu wyraźnie wskazują na to, że Obama postanowił uzupełnić swój arsenał o twarde środki perswazji. Wydaje się zresztą, że kij wywiera na Teheranie większe wrażenie niż marchewka. Prezydent Mahmud Ahmadineżad natychmiast stwierdził, że jednak pasuje mu zachodnia propozycja w sprawie wzbogacania uranu. Nie można oczywiście wykluczyć, iż jest to kolejny wybieg, ale sama szybkość reakcji Ahmadineżada daje do myślenia. Nie jest tylko jasne, na ile realne są militarne i polityczne groźby słabnącego amerykańskiego mocarstwa.

Płynna definicja zwycięstwa

1 lutego 2010 autor rp

Państwa zachodnie zaczynają się przychylać do stanowiska rządu w Kabulu, żeby pójść na układ z talibami.

I choć niektórzy z nich są gotowi do kompromisu, większość wydaje się niespecjalnie zainteresowana ofertą. To najlepsza ilustracja zmiany w układzie sił, jaka w ostatnich latach zaszła w Afganistanie.

Gdy w 2001 roku dowodzona przez Amerykanów koalicja rozbiła w puch islamistyczne rządy talibów, Zachód ustami George’a W. Busha zapowiadał stworzenie tam państwa obywatelskiego. Takiego, w którym talibowie nie będą mieli racji bytu. Z czasem cele misji uległy skarłowaceniu. Jeszcze nie tak dawno prezydent Barack Obama mówił o potrzebie stworzenia w Afganistanie stabilnej władzy zdolnej na własną rękę poradzić sobie z ekstremistami. Tak by Afganistan nie stał się ponownie bazą dla terrorystów zdolnych uderzyć w Amerykę. Dziś nawet ten okrojony cel wydaje się odległy.

Jeszcze w 2004 roku większość Afgańczyków uznawała talibów za zamkniętą księgę. Teraz – w efekcie nieudolnych, skorumpowanych rządów Hamida Karzaja i narastającego wśród Afgańczyków niezadowolenia z obecności obcych wojsk – ich wpływy rosną z dnia na dzień. “Myślałem, że moja broda zdąży całkowicie osiwieć, zanim zobaczę to, co widzę dziś. Lecz moja broda jest wciąż czarna, a my z każdym dniem rośniemy w siłę” – mówił niedawno jeden z talibów na łamach amerykańskiej prasy.

By wyjść z Afganistanu z twarzą, Zachód będzie musiał zrezygnować z ambicji ukształtowania afgańskiej rzeczywistości w zgodzie z własnymi założeniami i dostosować definicję zwycięstwa do realiów. Tym bardziej że jego wola ponoszenia ofiar w Afganistanie jest coraz bliższa zeru.

Trwający właśnie “przypływ” sojuszniczych wojsk w Afganistanie może być ostatnią dla Zachodu szansą, by zmienić dynamikę wydarzeń i zmusić przynajmniej część talibów do ustępstw i ugody. Nawet gdyby się to udało, nie ma żadnej gwarancji, że będzie to proces trwały. Ale tylko na tyle mogą dziś liczyć Ameryka i jej sojusznicy.

Chińczycy dawno nie czuli się tak potężni

31 stycznia 2010 autor rp

Od lat Ameryka dozbraja Tajwan, by chronić go przed ewentualną agresją ze strony ChRL. Od lat Chińczycy protestują – ale nigdy protest ten nie był tak ostry jak teraz. Groźba nałożenia sankcji na amerykańskie firmy i zawieszenia współpracy w kluczowych kwestiach międzynarodowych to poważne wyzwanie dla administracji Baracka Obamy.

Można mówić o fiasku jego prób podjęcia bliskiego, głębokiego dialogu z Pekinem. Widać to było już w ostatnich tygodniach, gdy Chińczycy storpedowali próbę zawarcia międzynarodowego paktu klimatycznego w Kopenhadze. A także gdy Amerykanie uznali chińską agresję w Internecie za tak niebezpieczną, że zasługiwała na zdecydowaną ripostę ze strony Hillary Clinton. Na linii Waszyngton – Pekin powiało chłodem.

Być może jednak nie mogło być inaczej. Być może takie tarcia nastąpiłyby wcześniej czy później, bo są po prostu nieuniknione wszędzie tam, gdzie nowa potęga zaczyna wypierać starą. A to właśnie się dzieje: chińskie wpływy tak na Dalekim Wschodzie, jak i w wielu innych regionach świata zaczynają zagrażać wpływom dotychczasowego supermocarstwa. Przez dziesięciolecia Chińczycy woleli nie iść na udry z Ameryką, bo byli od niej uzależnieni gospodarczo, a w dużej mierze także politycznie. Militarnie nie mogli się z nią w żaden sposób równać. Ten układ zaczyna się zmieniać i chińskie zachowanie także, co nie powinno nikogo dziwić. Chińczycy od dwóch wieków nie czuli się tak potężni jak dziś.

Nie oznacza to wcale, że oba kraje muszą niechybnie pójść na wojnę, pociągając za sobą resztę świata. Ameryka i Chiny są dziś zbyt blisko ze sobą powiązane gospodarczo, konflikt nie leżałby w interesie żadnej ze stron. Bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz. Płyty tektoniczne wielkiej geopolityki będą się zapewne dalej powoli przesuwać, czemu towarzyszyć będą kolejne wstrząsy i napięcia. Z roku na rok chińskie wpływy będą rosnąć, amerykańskie maleć. Jak daleko zajdzie ta przemiana, tego dziś nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Stan USA jaki jest, każdy widzi

27 stycznia 2010 autor rp

Koniec stycznia to czas, gdy prezydent USA staje przed Kongresem i wygłasza orędzie o stanie unii, czyli państwa.

Niegdyś, gdy nie było telewizji, prezydenci wysyłali Kongresowi długie pismo i mieli święty spokój. Dziś muszą odgrywać główną rolę w telewizyjnym rytuale ku pokrzepieniu serc i podniesieniu własnych notowań.

Obama miał wygłosić swą mowę w środku nocy czasu polskiego ze środy na czwartek. Jako uważny obserwator kolejnych orędzi z ostatnich lat wiem jednak, czego zabraknąć w nim nie może. Muszą być oklaski. Dużo oklasków. W dobrym tonie (tyczy się to oczywiście obecnych na sali członków jego własnej partii) jest przerywanie prezydentowi aplauzem co parę zdań.

Mimo tak sympatycznej atmosfery prezydent musi umiejętnie balansować między ostrożnym uznaniem błędów a delikatnie dozowanym optymizmem. – Odbudujemy, otrząśniemy się, a Stany Zjednoczone wyjdą z tego silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej – zapowiadał Obama przed rokiem (w przemówieniu, które technicznie orędziem o stanie państwa nie było). Zapewne i tym razem powie coś podobnego. Powie, że Ameryka to kraj niezwykły, który poradzi sobie ze wszystkim dlatego, że taki już jest. Amerykanie lubią w ten sposób rozwiewać swoje lęki i smutki: powtarzając sobie, że są niesamowici i wyjątkowi.

By być całkowicie szczerym, Obama powinien powiedzieć: – Kochani, kiepsko jest. Żyliśmy ponad stan i teraz musimy za to płacić. Gospodarka w zastoju, długów góra, tracimy wpływy na świecie i nic nie wskazuje na to, że szybko będzie lepiej. Może nigdy…

Szczere orędzie powinno też się zaczynać od chińskiego pozdrowienia “Nimen hao” – w geście wdzięczności dla bankierów z ChRL, od których w znacznej mierze zależeć będzie stan unii tak w najbliższym roku, jak i w latach następnych.

Ale orędzie to nie czas na szczerość, tylko polityczny spektakl.

Centrum świata przesuwa się z Zachodu na Wschód

26 stycznia 2010 autor rp

Trudno o lepszy materiał do przemyśleń nad powstawaniem i upadkiem światowych potęg, niż opublikowane przez analityków z Thomson Reuters dane na temat stanu nauki w Rosji i Chinach.

Opierając się na analizie liczby nowych publikacji naukowych, autorzy raportu o Rosji stwierdzają: naród, który niegdyś przodował w kosmicznym wyścigu, zajmuje coraz bardziej marginalną rolę w świecie nauki. Tymczasem Chińczycy błyskawicznie nadrabiają zaległości – zarówno pod względem nakładów na badania, jak i publikacji nowych opracowań. Jak podaje “Financial Times”, już dziś są drugim na świecie producentem wiedzy naukowej i w ciągu najbliższej dekady powinni przegonić pod tym względem Amerykę.

Rzecz jasna ilość nie zawsze oznacza jakość, a chiński system naukowy ma swoje poważne problemy. Ale nie da się zaprzeczyć, że Chiny przestają być już tylko wielką fabryką przedmiotów, zaczynają być także fabryką wiedzy.

To efekt świadomej polityki, prowadzonej przez Pekin od lat. Jej kluczowym elementem jest ściąganie chińskich naukowców ze świata z powrotem do kraju. “New York Times” opisywał przed trzema tygodniami historię Shi Yigonga, który jeszcze niedawno był gwiazdą amerykańskiej biologii molekularnej i dowodził w Princeton własnym laboratorium. Po 18 latach w Ameryce Shi postanowił wrócić do Chin, nęcony świetnymi warunkami i perspektywą zrobienia czegoś dla swego kraju.

Historia Shi i analiza Reutersa to elementy układanki, z której wyłania się wyrazista całość: na naszych oczach środek ciężkości – gospodarczy, polityczny, technologiczny, a nawet kulturowy – przesuwa się z Zachodu na Wschód.

W tej nowej rzeczywistości nie wystarczy, byśmy zadowalali się doszusowaniem do europejskich średniaków. Jeszcze 20 lat temu taka pozycja plasowałaby nas w światowej pierwszej lidze. Za kolejne 20 może nie wystarczyć nawet do tego, by grać w trzeciej. Punktem odniesienia będzie bowiem w coraz większym stopniu Wschód.

Po co Ameryka wojuje z Chinami w Internecie

22 stycznia 2010 autor rp

Za amerykańskimi deklaracjami o obronie internetowych swobód przed reżimem w Pekinie wcale nie musi stać idealizm. To raczej chłodna kalkulacja. “Ameryka staje w obronie wolności słowa”. „Waszyngton wypowiada Pekinowi cyberwojnę”. Zachodnie media ogłosiły triumf wartości nad realpolitik. Chyba trochę za szybko.

Niedawno internetowy potentat Google wywołał poruszenie na całym świecie, zapowiadając, że wobec ataku chińskich hakerów na jego konta e-mailowe i serwery wielu innych firm nie będzie już współpracować z internetową cenzurą w ChRL.

W czwartek sekretarz stanu Hillary Clinton w ostrych słowach stwierdziła, że wobec chińskiej cyberagresji nadszedł czas, by bronić swobody słowa w światowej sieci. W piątek Chińczycy odpowiedzieli Amerykanom, by dali sobie spokój z ich “tak zwaną internetową wolnością”. Czyżby była to długo oczekiwana przez zachodnich obrońców praw człowieka wojna  o wartości, w której przeciw autokratom z Pekinu stanął rząd USA i amerykański biznes? Niekoniecznie.

Podejrzane wydaje się już samo wiązanie ataku chińskich hakerów na firmy w USA z wolnością słowa w ChRL. Co właściwie ma jedno do drugiego? Co więcej, szefowie Google’a przez parę ostatnich lat godzili się na cenzurowanie swej wyszukiwarki w Państwie Środka mimo upomnień Kongresu i krytyki obrońców praw człowieka. Ponad wartościami stawiali pieniądze. Czemu tak nagle zmienili zdanie?

Przeczytaj cały artykuł.

Czego chcą amerykańscy wyborcy?

20 stycznia 2010 autor rp

Najbardziej liberalny (po polsku: lewicowy) stan Ameryki – Massachusetts – wybrał na miejsce zmarłego w zeszłym roku najbardziej liberalnego senatora Ameryki Teda Kennedy’ego nikomu szerzej nieznanego republikanina o mocno konserwatywnych poglądach.

– Wyborcy są wściekli na Obamę i demokratów. To był sąd nad Obamą – głoszą amerykańskie media. Tylko co to właściwie znaczy?

Niewiele ponad rok temu Amerykanie zdecydowaną większością głosów wybrali kandydata na prezydenta, który bardzo wyraźnie mówił, co zamierza zrobić. Powstrzymać kryzys, zreformować służbę zdrowia tak, by objąć nią tych, których dziś na nią nie stać, ograniczyć emisję gazów cieplarnianych, zmienić metody walki z terrorystami, przenieść ciężar wojny z Iraku do Afganistanu.

Każde z tych zadań to samo w sobie gigantyczne wyzwanie wymagające czasu. Obama stara się poradzić sobie z nimi dopiero od roku i zdążył przynajmniej zahamować kryzys. Był już o krok od przeforsowania reformy zdrowia, ale wybór Scotta Browna – zaciekłego jej przeciwnika – pozbawia demokratów kluczowego mandatu gwarantującego jej przegłosowanie.

Co ciekawe, parę lat temu Massachusetts na własną rękę wprowadziło (za gubernatorskich rządów republikanina Mitta Romneya) reformę zdrowia bardzo podobną do tej, jaką proponuje Obama, więc jego reforma i tak niewiele by zmieniła w życiu mieszkańców tego stanu. Byłaby natomiast pośmiertnym spełnieniem marzeń ukochanego syna Massachusetts, księcia lewicy Teda Kennedy’ego…

O co więc chodzi wyborcom w Massachusetts i w ogóle amerykańskiej opinii publicznej, która jest coraz bardziej niezadowolona z Obamy? Możliwych odpowiedzi jest kilka:

- Większość Amerykanów tak naprawdę woli republikanów, ale miała ich już dość, więc postanowiła dać im w 2008 roku nauczkę, nawet za cenę oddania władzy komuś, z kim kompletnie się nie zgadzają.

- Większość Amerykanów w ogóle nie słuchała Obamy w czasie kampanii, ulegając jego wdziękowi osobistemu.

- Amerykanie sami nie wiedzą, czego chcą.

Wybory w czasach rozdwojenia jaźni

15 stycznia 2010 autor rp

Jak stwierdził niegdyś Zbigniew Brzeziński, bez Ukrainy Rosja przestaje być eurazjatyckim imperium.

Można by dodać, że bez stabilnej, demokratycznej Ukrainy zaangażowanej we współpracę z Europą trudno mówić o pełnym bezpieczeństwie Polski. Dlatego prezydenckie wybory w tym kraju także dla nas mają ogromne znaczenie.

Nie tak dawno miałem się okazję spotkać z grupą ukraińskich dziennikarzy zaproszonych do Polski przez Centrum Europejskie Natolin. Rozmawialiśmy o lekcjach, jakie Ukraina może wyciągnąć z naszej integracji z Unią Europejską i NATO. Okazało się, że lekcji tych nie jest wcale tak wiele z jednego prostego powodu. – Polska miała łatwiej, bo od początku dobrze wiedziała, czego chce, i wytrwale do tego dążyła. My nie mamy tego luksusu. Nasze społeczeństwo samo nie może się zdecydować, w którą stronę podążyć: ku Europie czy ku Rosji – mówili ukraińscy goście.

 Podczas pomarańczowej rewolucji przed pięcioma laty mogło się wydawać, że Ukraińcy wybrali. Dziś nawet postronny obserwator widzi, że nie. W Warszawie, która liczyła na przeciągnięcie Ukrainy na zachodnią stronę, coraz częściej słychać wyrazy rozczarowania. Także przedstawiciele władz amerykańskich mówią w prywatnych rozmowach, że trudno współpracować z kimś, kto nie jest pewien, czy chce współpracy.

Oczywiście zastój w relacjach Kijowa z zachodnimi partnerami wynikał zapewne po części z politycznego bezładu, jaki od miesięcy panuje na Ukrainie. Być może wybory, na których ostateczne rozstrzygnięcie przyjdzie zapewne poczekać do drugiej tury, położą kres temu paraliżowi. Ale zapewne nie położą kresu rozdwojeniu jaźni. Sądząc ze składu czołówki w wyścigu po ukraińską prezydenturę, jeśli coś się zmieni, to raczej na korzyść Rosji. Co w tej sytuacji może Zachód? Robić wszystko, by wizja integracji z nim była dla Ukraińców jak najbardziej atrakcyjna. I dopilnować, by Ukraina czuła za sobą wsparcie Zachodu w razie prób wywierania nacisku – gospodarczego, politycznego czy nawet militarnego – przez Moskwę.