Prezydent Warszawy ogłosiła, że w maju wśród mieszkańców stolicy zostanie przeprowadzony sondaż dotyczący ewentualnego wzniesienia w centrum stolicy pomnika poświęconego ofiarom katastrofy smoleńskiej.
Cóż, sondaż w sprawie podjęcia lub niepodjęcia takiej czy innej decyzji administracyjnej wydaje się być sporą osobliwością. Ale sondaż w sprawie podjęcia decyzji dotyczącej wzniesienia czegoś tak niewyobrażalnie oczywistego, jak pomnik upamiętniający 96 ofiar katastrofy smoleńskiej, a więc wydarzenia bez precedensu w historii naszego narodu, to kuriozum – i to nie do kwadratu, a do sześcianu.
Tym bardziej, że nie trzeba żadnego sondażu, ani nawet referendum, aby wiedzieć, że ten pomnik i tak – i to w samym centrum Warszawy – powstanie. I to powstanie prędzej, niż się wydaje tym, którzy mają w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości. Tak jak w samym sercu Tallina (bo gdzie niby miałby stanąć?) stoi pomnik czczący pamięć ludzi, którzy zginęli w katastrofie promu „Estonia”.
Ale dobrze, skoro Hanna Gronkiewicz-Waltz chce wydać publiczne pieniądze na zrealizowanie sondażu – niech wydaje. W takim jednak wypadku, dlaczego – a właściwie: jakim prawem – badanie to ma być przeprowadzone wyłącznie wśród warszawiaków? Przecież to będzie pomnik stojący w centrum Warszawy, która – o ile nie się wydarzyło coś, o czym nie wiem – nadal jest stolicą całej Polski, a więc w tym sensie „należy” do wszystkich Polaków. Także do mnie, mieszkańca Łomianek.








