Posts Tagged „sejm”<

Cena za złagodzenie polityki wobec Łukaszenki

25 lut 2011

Dobrze, że polski Sejm bardzo ostro potępił reżim Aleksandra Łukaszenki oraz wezwał parlamenty pozostałych państw Europy, Parlament Europejski i Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy do podejmowania wysiłków „na rzecz trwałego wsparcia społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi”.

Dobrze też, że do wystąpienia w polskim Sejmie zaproszono Stanisława Szuszkiewicza, pierwszego przewodniczącego Rady Najwyższej niepodległej Białorusi, a teraz jednego z liderów antyłukaszenkowskiej opozycji.

W sumie jednak tego, co w ostatnich tygodniach dzieje się między Polską a Białorusią, żadną miarą nie da się określić mianem sukcesu polityki zagranicznej naszego rządu i współdziałających z nim gabinetów innych państw UE. Polityki zakładającej od pewnego czasu odprężenie w stosunkach z reżimem Łukaszenki – w zamian za przywracanie wolności obywatelskich na Białorusi.

Na domiar złego tym razem za fiasko nowej (i chyba już poniechanej) taktyki płacą nie tylko – jak to było w wypadku poprzednich potknięć – działacze białoruskiej opozycji oraz Polacy należący do niezależnego od władz w Mińsku Związku Polaków na Białorusi, ale także ci wszyscy pozostali żyjący tam nasi rodacy, którzy są w posiadaniu Karty Polaka.

Właśnie dlatego, zanim ktoś zdecyduje się na złagodzenie twardej polityki wobec takich reżimów jak dyktatura Łukaszenki, zanim publicznie da im szansę na poprawę relacji z zachodnim światem – w zamian za postęp w przywracaniu wolności demokratycznych – powinien zdać sobie sprawę, że w wypadku niepowodzenia takiej operacji trzeba będzie uczynić swą politykę wobec tych reżimów zazwyczaj dużo ostrzejszą, niż była przed rozluźnieniem. Za co – należy się obawiać – płacić będą ludzie znajdujący się w rękach reżimu.

Co też właśnie – na naszych oczach – dzieje się na Białorusi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jeszcze bardziej równi i jeszcze bardziej równiejsi

4 lut 2011

Forsując zakaz kupowania przez partie spotów reklamowych w radiu i telewizji, większość parlamentarna odniosła kolejne zwycięstwo nad wolnym rynkiem idei politycznych. Co, obawiam się, nie wróży najlepiej jakości polskiej demokracji, chyba że ktoś przez jej dobro rozumie próbę wyeliminowania ze sceny politycznej jednego z jej uczestników (tym razem chodzi o PiS, ale przecież pamiętamy na przykład rozwiązanie wymierzone w Samoobronę).

Po nie najlepszych doświadczeniach z lat 90. znacząca część opinii publicznej przychyliła się do zdania, że partie – jako fundamentalny element systemu politycznego – powinny być finansowane z budżetu państwa. Jest też zgoda przeważającej jej części w sprawie niedawnej decyzji o zmniejszeniu – w związku z kryzysem – subwencji przekazywanych partiom.

Niewątpliwie z rosnącym pożytkiem dla jakości demokracji kojarzy się również pomysł nałożenia na partie konieczności przekazywania większych sum pieniędzy na finansowanie think tanków. Odbyłoby się to zresztą kosztem środków przeznaczanych na kupno telewizyjnych i radiowych spotów reklamowych. Ale żeby zakazywać w ogóle prawa do ich kupowania? Toż to uderzenie w samą istotę prowadzenia kampanii wyborczej, podobnie jak takim samym uderzeniem było wcześniejsze zakazanie partiom przekonywania do swych racji na billboardach.

Czyżby więc ugrupowania głosujące w parlamencie za projektem ustawy o zakazie kupowania przez nie spotów radiowych i telewizyjnych nagle straciły instynkt samozachowawczy? Ależ w żadnym wypadku. One wybornie kalkulują to, co robią.

A zatem. Czy SLD głosowałby za nową regulacją, gdyby nie miał w garści mediów publicznych? Śmiem wątpić. A czy PO głosowałaby za projektem tej ustawy, gdyby nie mogła liczyć na ogólną (choć słabnącą) przychylność większości mediów i nie miała sporego wpływu na to, co się dzieje w mediach publicznych? Też wątpię. Podobnie jest z PSL, które na stosunek doń większości mediów narzekać nie powinno, a i na brak wpływów w mediach publicznych – również nie. Może w takim razie PJN głosowałaby za projektem tej ustawy, gdyby nie cieszyła się niemal powszechną przychylnością mediów (i w dodatku nie miała ani grosza na jakiekolwiek spoty w telewizji i radiu)? Nie sądzę. I tylko PiS na tej operacji (w znacznej mierze zresztą na własne, i to wyraźne życzenie) straci i zapewne dlatego głosowało przeciw.

W każdym razie po wprowadzeniu w życie nowego rozwiązania równych i równiejszych zastąpią – chyba nie wbrew intencji jego promotorów – jeszcze bardziej równi i jeszcze bardziej równiejsi. O to chodziło?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dość igrania z ogniem – zróbmy wybory wiosną

10 gru 2010

Skoro Platforma Obywatelska i PSL twardo postanowiły nie przeprowadzić żadnych społecznie niepopularnych (a więc ryzykownych dla ich poziomu poparcia) reform do czasu wyborów parlamentarnych, i w gruncie rzeczy do tego samego namawiają rządzących niemal wszyscy ich zwolennicy, prezydenta Bronisława Komorowskiego nie wyłączając, to nie ma co odwlekać elekcji aż do przyszłej jesieni. Należy przeprowadzić ją czym prędzej, choćby wczesną wiosną.

Tym bardziej że tym razem nie chodzi jedynie o to, że najzwyczajniej w świecie szkoda naszego – wszystkich Polaków – czasu, od trzech lat uporczywie marnowanego przez partie Tuska i Pawlaka wyłącznie na administrowanie krajem, który wymaga jeszcze wielu gruntownych zmian. Tym razem sprawa jest dużo poważniejsza, w nie lada tarapatach znajdują się bowiem finanse publiczne naszego państwa, o czym świadczą coraz bardziej desperackie propozycje ich łatania: a to kosztem ludzi pracujących (podniesienie składki rentowej), a to kosztem przyszłych emerytów (ograbienie OFE), a to kosztem rodzin odchodzących z tego świata (kolejne obniżenie zasiłku pogrzebowego). O podniesionym już VAT nie wspominając.

A skoro jest tak źle, to odkładanie wyborów do jesieni trudno ocenić inaczej niż jako szczyt nieodpowiedzialności polityków, jako igranie z ogniem. Oznacza bowiem odsunięcie terminu podjęcia koniecznych reformatorskich decyzji o kolejny rok (do 2013), gdyż po jesiennych wyborach nie starczy czasu na ich wprowadzenie, tak aby mogły zacząć obowiązywać już z początkiem 2012 roku.

Przy okazji, co chyba oczywiste, choć akurat w tej sytuacji ma naprawdę drugorzędne znaczenie, wiosenne wybory byłyby też z korzyścią dla polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, która przypada na drugą połowę 2011 roku, nie zakłóciłyby albowiem jej przebiegu.

Zatem jeśli dla polityków ze wszystkich partii naprawdę Polska jest najważniejsza – co, jeśli mnie pamięć nie myli, bezustannie deklarują – to najbliższe wybory (a najlepiej także wszystkie następne) powinny się odbyć (odbywać) w pierwszej połowie roku. W przeciwnym razie dla wyborców (czyli płatników polskiego budżetu, pogrążanych w długach przez posłów i senatorów) będzie bezsporne, że dla polityków – pospołu, koalicji i opozycji – to jednak nie Polska, ale ich poselska pensja jest najważniejsza.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pracować, by świętować

24 wrz 2010

Dobrze się stało, że Polska dołącza do grona tych państw Europy, w których Święto Trzech Króli jest dniem wolnym od pracy – obok Austrii, Finlandii, Grecji, Hiszpanii, Słowacji, Szwajcarii, Szwecji, Włoch oraz trzech landów Niemiec (Badenii-Wirtembergii, Bawarii i Saksonii-Anhalt). Obchodzone 6 stycznia święto kończy trwające od Wigilii obchody Bożego Narodzenia.

Uchwalając w piątek, że tego dnia nie będziemy musieli pracować, a będziemy mogli świętować, Sejm RP przywrócił stan sprzed listopada 1960 roku, kiedy to prawa do tego wolnego dnia pozbawił Polaków Sejm PRL. Teraz jeszcze przyjętą nowelizacją musi się zająć Senat, a potem podpisać ją prezydent.

Wprowadzając tę nową-starą regulację, posłowie uczynili to, na co w ciągu kilku ostatnich lat się nie zdobyli, odrzucając przygotowany pod patronatem ówczesnego prezydenta Łodzi Jerzego Kropiwnickiego projekt społeczny ustawy w tej sprawie – za pierwszym razem podpisany przez 700 tysięcy osób, a za drugim – przez ponad milion.

A nie zdobyli się z obawy o stan polskiej gospodarki, której – dowodzili nie bez racji – nie stać na fundowanie kolejnego dnia wolnego od pracy. Zmiana nastawienia sejmowej większości do tego pomysłu stała się możliwa dopiero za sprawą tych polityków Platformy Obywatelskiej, którzy znaleźli – jak się wydaje – iście salomonowe rozwiązanie. I to ono stało się istotą nowo uchwalonej, a przygotowanej przez PO nowelizacji ustawy.

Oto bowiem Sejm zgodził się na wolne w Święto Trzech Króli, ale równocześnie – kierując się właśnie owym dobrze pojętym interesem ekonomicznym naszego państwa – odebrał pracującym prawo do dodatkowego dnia wolnego w takich przypadkach, gdy jakieś święto wypada w sobotę.

Zgodnie z wyliczeniami polityków Platformy wprowadzenie 6 stycznia kolejnego dnia wolnego od pracy przyniesie w ciągu najbliższych dziesięciu lat (do roku 2020) dodatkowo dziewięć dni wolnych od pracy. Natomiast zniesienie uprawnień od „odbierania” przez pracowników dnia wolnego za święto przypadające w sobotę – w tym samym czasie pozwoli gospodarce „odzyskać” osiem dni roboczych.

Czyli – w sumie – niewiele stracimy, a bardzo dużo zyskamy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop