Posts Tagged „Piotr Gabryel”<

Rząd second-hand

11 paź 2011

Skoro aż niemal 40 proc. Polaków postawiło w wyborach na Platformę Obywatelską i ponad 8 proc. na Polskie Stronnictwo Ludowe, to ani chybi wynika z tego, że prawie połowie głosujących pierwszy rząd Donalda Tuska się podobał, a niektórym zapewne nawet bardzo się podobał.

Skoro aż niemal 40 proc. Polaków, którzy wzięli udział w wyborach, postawiło na Platformę Obywatelską i ponad 8 proc. na Polskie Stronnictwo Ludowe, to ani chybi wynika z tego, że prawie połowie głosujących pierwszy rząd Donalda Tuska się podobał, a niektórym zapewne nawet bardzo się podobał. W takim razie naprawdę nie ma się co dziwić, że premier postanowił dać wyborcom szansę rozsmakowania się raz jeszcze w swej pierwszorzędnej drużynie. Co najmniej – jak zapowiada – do stycznia. A potem się zobaczy.

„Będę proponował zarówno prezydentowi, jak i wicepremierowi Pawlakowi, aby do końca prezydencji, czyli do końca roku, nie zmieniać składu rządu, niezależnie od tego, jak oceniam poszczególnych ministrów” – wyjawił w wywiadzie dla „Polityki” udzielonym już po wyborach. I, panie premierze, tak trzymać!

Zatem Jacek Rostowski, za którego czterech lat panowania w Ministerstwie Finansów Polska zwiększyła swe zadłużenie o około 300 mld złotych, nadal będzie reformował finanse publiczne naszego państwa. Minister Cezary Grabarczyk dalej będzie układał autostrady – metr po metrze, a jak przyjdzie potrzeba, to nawet centymetr po centymetrze. Oraz kontynuował reformę polskich kolei aż do samego końca – kadencji albo kolei. Natomiast minister edukacji Katarzyna Hall zapewne nie będzie ustawała w reformowaniu oświaty; w końcu po sześciolatkach czas najwyższy na pięciolatki. Wreszcie minister pracy Jolanta Fedak spróbuje dokończyć reformę OFE, czyli je ostatecznie zlikwidować. I tak resort po resorcie: przeżyjemy to – na własne życzenie – jeszcze raz.

A jeśli i w tej kadencji nie wszystko uda się zreformować, to za cztery lata Donald Tusk poprosi o kolejne cztery i na pewno je dostanie. Wszak opozycja jak zawsze da z siebie wszystko, aby i tym razem go nie zawieść.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bardzo szybka ścieżka legislacyjna

5 paź 2011

Przypadek opisany dziś przez „Rzeczpospolitą” w tekście „Historia artykułu 585″ należy do gatunku tych, które – głęboko wierzę, że wszyscy – chcielibyśmy, aby nigdy więcej się w Polsce nie zdarzyły, choć przecież napisać po prostu, że nasze państwo wciąż nie jest od nich wolne, oznacza być wobec III RP niezwykle łaskawym.

Jest zatem w tej historii jeden z najbogatszych i wpływowych Polaków, do niedawna oskarżony przez prokuraturę o działanie na szkodę jednej ze swoich spółek. Są stający w jego obronie przedsiębiorcy z Polskiej Rady Biznesu i Business Centre Club. Są adwokaci w dość ostentacyjny sposób przekazujący ministrowi sprawiedliwości Rzeczypospolitej projekt nowelizacji artykułu 585 kodeksu spółek handlowych, który dotyczy właśnie odpowiedzialności za działanie na szkodę spółki.

Wreszcie jest w tej historii bardzo dziwny pośpiech parlamentarzystów, którzy – jak się wydaje – dwoili się i troili, aby możliwie jak najszybciej najpierw zmienić brzmienie, a w końcu w ogóle wyrzucić z kodeksu spółek handlowych ów artykuł 585. I tak skonstruować przepis kodeksu karnego dotyczący tego przestępstwa, aby od tej pory nikt spoza władz i właścicieli spółki nie mógł skutecznie powiadomić prokuratury o podejrzeniu jego popełnienia. W dodatku akurat dla przepisu likwidującego ten artykuł k.s.h. ustanowiono zadziwiająco krótkie vacatio legis.

I oto nowe rozwiązanie, po podpisaniu przez prezydenta, weszło w życie. Niewiele dni potem odbyła się pierwsza rozprawa wspomnianego na wstępie biznesmena, wobec którego w nowej sytuacji prawnej sąd postępowanie umorzył, bo nie miał innego wyjścia.

Cóż, być może artykuł 585 kodeksu spółek handlowych był rzeczywiście szkodliwy dla jakości obrotu gospodarczego, być może należało zmienić jego brzmienie albo nawet w ogóle go znieść. Być może przedsiębiorcy mają rację, dowodząc, że przepis ten dawał prokuraturze nadmierną swobodę w ocenianiu rozmiarów ryzyka gospodarczego.

Ale opisany przez „Rz” tryb pracy nad nowelizacją tego artykułu k.s.h. rodzi najgorsze z możliwych skojarzenia. Skojarzenia, że oto dla jednego – bardzo bogatego i wpływowego – człowieka zmienia się w Polsce prawo w ten sposób, aby mógł on uniknąć stanięcia przed wymiarem sprawiedliwości. I proszę spróbować wyprowadzić mnie z błędu, że takie skojarzenie jest w tej sprawie nieuprawnione.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kto wygra wybory – przegra?

4 lip 2011

Nie chciałbym być w 2012 roku w skórze szefa zwycięskiej partii. A tym bardziej – w skórze polskiego podatnika

Partia, która wygra nadchodzące wybory, będzie musiała przeprowadzić tak wiele tak niepopularnych zmian, że mogą ją one kosztować bardzo szybką utratę popularności. Tak szybką, że może utracić władzę na długo przed upływem kadencji. Albowiem, parafrazując sentencję ukutą przez Abrahama Lincolna, rząd może oszukiwać rynki przez jakiś czas albo jednego uczestnika rynku w nieskończoność, ale nie uda mu się oszukiwać rynków przez cały czas. I właśnie, jak się wydaje, ów czas prawdy nadchodzi, a przyszły rok będzie dla tych, którzy wówczas będą rządzili Polską, okresem sprawdzianu, jak sobie potrafią radzić w bolesnym zderzeniu z rzeczywistością.

Już w styczniu zaczną wypadać z szafy pierwsze trupy. Jeden po drugim. Jak choćby ten: do tej pory niezmienione (parlament ma czas na to tylko do początku 2012 r.), choć dawno temu uznane przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodne z ustawą zasadniczą opłacanie przez budżet państwa (czyli przez pozostałych podatników) składek zdrowotnych rolników – zarówno tych, którzy mają pięć, jak też tych, którzy mają 500 ha ziemi.

Budżet zacznie też szybko odczuwać konsekwencje kreatywnej księgowości obecnego ministra finansów Jacka Rostowskiego. Czyli na przykład jego słynnych sztuczek z wypychaniem długów poza budżet, a nawet poza sferę finansów publicznych (choćby do Krajowego Funduszu Drogowego). Długów, które przecież i tak w końcu będą musiały zostać spłacone pieniędzmi podatników. Ciekawe, czy będą one pochodzić z nowych podatków?

Czkawką zacznie się również odbijać wyssanie niemal wszystkich funduszy rezerwowych – jak Fundusz Rezerwy Demograficznej – oraz przejedzenie innych budżetowych zaskórniaków, pochowanych kiedyś w różnych miejscach. Wskutek żarłoczności koalicji PO – PSL nie zostało już po nich nawet wspomnienie.

Na domiar złego po prywatyzacyjnym blitzkriegu ministra skarbu Aleksandra Grada (szkoda, że wszystkie uzyskane tą drogą pieniądze zostały przejedzone) do sprzedania, czyli do łatania budżetu pieniędzmi z tego źródła, także pozostało już naprawdę niewiele.

A zaprezentowany przez ministra Rostowskiego „plan” zejścia przez Polskę w 2012 r. z deficytem finansów publicznych poniżej 3 proc. Komisja Europejska już przecież określiła mianem mało realnego.

Zatem: partia, która wygra jesienne wybory parlamentarne i będzie formować rząd, musi być przygotowana na najgorsze. A z tą partią – chcąc nie chcąc – wszyscy polscy podatnicy.

Słowem: do zobaczenia w 2014 r. Kto przeżyje rok 2012 i 2013, ten żyć będzie.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lepszy najgorszy Tusk niż najlepszy Kaczyński

29 kwi 2011

Gołym okiem widać, że nawet przodująca prasa polska przestała nadążać z entuzjazmem dla Donalda Tuska i jego ekipy za prasą światową.

W piątek kolejny raz poprzeczkę w tej ekscytującej dyscyplinie medialnej wywindował „The Economist”. A nie jest to przecież zadanie łatwe. Zwłaszcza ostatnio, w sytuacji gdy już nawet dziennikarze tego znakomitego brytyjskiego tygodnika nie mogą nie zauważyć, iż premier Rzeczypospolitej jest prawie w ogóle pozbawiony reformatorskich ambicji, a swój wysiłek skoncentrował niemal wyłącznie na utrzymywaniu się przy władzy. Wskutek czego – piszą – Polska prowadzi raczej marną politykę zagraniczną, nie inwestuje w badania i rozwój, ma finanse publiczne w opłakanym stanie, a w rankingu przychylności dla biznesu sytuuje się na 70. pozycji, czyli nawet za zacofaną Białorusią.

Ale przecież to wszystko fraszka, to wszystko pestka, skoro „Polska nie kojarzy się już ludziom z frustracją, paranoją i dziwactwami rządu kierowanego przez Jarosława Kaczyńskiego”.

No, a poza tym – dowodzi „The Economist” – „rząd Tuska dobrze wypada, jeśli chodzi o spłaszczenie podatków”. Hm… jeśli autor tego artykułu miał na myśli zastąpienie trójstopniowej skali podatkowej – dwustopniową (zamiast 40, 30 i 19 proc. – 32 i 18 proc.), a na to wygląda, to akurat tę reformę w 2006 roku przeprowadził rząd Prawa i Sprawiedliwości, czyli… Jarosława Kaczyńskiego.

Ale, jak rozumiem, jeśli tak, to tym gorzej dla niego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cena za złagodzenie polityki wobec Łukaszenki

25 lut 2011

Dobrze, że polski Sejm bardzo ostro potępił reżim Aleksandra Łukaszenki oraz wezwał parlamenty pozostałych państw Europy, Parlament Europejski i Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy do podejmowania wysiłków „na rzecz trwałego wsparcia społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi”.

Dobrze też, że do wystąpienia w polskim Sejmie zaproszono Stanisława Szuszkiewicza, pierwszego przewodniczącego Rady Najwyższej niepodległej Białorusi, a teraz jednego z liderów antyłukaszenkowskiej opozycji.

W sumie jednak tego, co w ostatnich tygodniach dzieje się między Polską a Białorusią, żadną miarą nie da się określić mianem sukcesu polityki zagranicznej naszego rządu i współdziałających z nim gabinetów innych państw UE. Polityki zakładającej od pewnego czasu odprężenie w stosunkach z reżimem Łukaszenki – w zamian za przywracanie wolności obywatelskich na Białorusi.

Na domiar złego tym razem za fiasko nowej (i chyba już poniechanej) taktyki płacą nie tylko – jak to było w wypadku poprzednich potknięć – działacze białoruskiej opozycji oraz Polacy należący do niezależnego od władz w Mińsku Związku Polaków na Białorusi, ale także ci wszyscy pozostali żyjący tam nasi rodacy, którzy są w posiadaniu Karty Polaka.

Właśnie dlatego, zanim ktoś zdecyduje się na złagodzenie twardej polityki wobec takich reżimów jak dyktatura Łukaszenki, zanim publicznie da im szansę na poprawę relacji z zachodnim światem – w zamian za postęp w przywracaniu wolności demokratycznych – powinien zdać sobie sprawę, że w wypadku niepowodzenia takiej operacji trzeba będzie uczynić swą politykę wobec tych reżimów zazwyczaj dużo ostrzejszą, niż była przed rozluźnieniem. Za co – należy się obawiać – płacić będą ludzie znajdujący się w rękach reżimu.

Co też właśnie – na naszych oczach – dzieje się na Białorusi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy prawda może jeszcze wygrać z manipulacją?

18 lut 2011

Czwartkowa konferencja prasowa w sprawie katastrofy smoleńskiej zorganizowana przez rosyjską państwową agencję prasową RIA Nowosti tym się różniła od piątkowej konferencji polskich prokuratorów, którzy wrócili z Moskwy, czym agitowanie różni się od informowania, a propaganda od informacji.

Zgromadzeni w RIA Nowosti niezwykle wylewni rosyjscy eksperci wykorzystali raport MAK, w którym przedstawiono mocno niepełną (choćby bez roli kontrolerów z lotniska Siewiernyj), a więc fałszywą wersję przebiegu lotu prezydenckiego TU-154M, do zdezawuowania umiejętności polskich pilotów i powtórnego zrzucenia na nich całej winy za to, że doszło do katastrofy.

Natomiast polscy prokuratorzy podczas swojej konferencji wyłącznie rzeczowo informowali o okolicznościach przesłuchań, które przeprowadzili w Rosji. Choć – dla odmiany – nie wiem, czy nie byli aż tak (zdecydowanie nadmiernie) oszczędni w słowach, że określenie „informowali” nie jest mocno na wyrost.

Nasi śledczy nie zgodzili się ujawnić nawet nazwisk czterech osób, które przesłuchali w Moskwie. Na co oczywiście prawo im zezwala, ale przecież bezwzględnie tego nie nakazuje. A więc – zważywszy bezprecedensowy charakter tego dochodzenia i olbrzymie zainteresowanie nim opinii publicznej – postąpili zgodnie z prawem, lecz ze zdrowym rozsądkiem już raczej nie.

A to z pewnością nie koniec. Biorąc pod uwagę zarówno styczniową, jak i ostatnią polsko-rosyjską wymianę razów na konferencjach prasowych (po piątkowej konferencji polskich prokuratorów swoją zorganizowali rosyjscy śledczy), proponuję, abyśmy przywykli do myśli, że dochodzenie w sprawie katastrofy smoleńskiej jeszcze przez wiele lat będzie trwało i zajmowało uwagę opinii publicznej. I, obawiam się, zatruwało stosunki między Polską a Rosją.

Chyba że Rosjanie pójdą wreszcie po rozum do głowy i zaczną to śledztwo traktować tak, jak powinni, czyli jak postępowanie w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy i ewentualnie ustalenia winnych, którzy mogli mieć wpływ na to, że do niej doszło. Przestaną zaś je traktować jako kolejną okazję do obrony państwa rosyjskiego przed… No właśnie, przed kim lub przed czym? Przed własną niezdolnością do spojrzenia całej prawdzie w oczy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jeszcze bardziej równi i jeszcze bardziej równiejsi

4 lut 2011

Forsując zakaz kupowania przez partie spotów reklamowych w radiu i telewizji, większość parlamentarna odniosła kolejne zwycięstwo nad wolnym rynkiem idei politycznych. Co, obawiam się, nie wróży najlepiej jakości polskiej demokracji, chyba że ktoś przez jej dobro rozumie próbę wyeliminowania ze sceny politycznej jednego z jej uczestników (tym razem chodzi o PiS, ale przecież pamiętamy na przykład rozwiązanie wymierzone w Samoobronę).

Po nie najlepszych doświadczeniach z lat 90. znacząca część opinii publicznej przychyliła się do zdania, że partie – jako fundamentalny element systemu politycznego – powinny być finansowane z budżetu państwa. Jest też zgoda przeważającej jej części w sprawie niedawnej decyzji o zmniejszeniu – w związku z kryzysem – subwencji przekazywanych partiom.

Niewątpliwie z rosnącym pożytkiem dla jakości demokracji kojarzy się również pomysł nałożenia na partie konieczności przekazywania większych sum pieniędzy na finansowanie think tanków. Odbyłoby się to zresztą kosztem środków przeznaczanych na kupno telewizyjnych i radiowych spotów reklamowych. Ale żeby zakazywać w ogóle prawa do ich kupowania? Toż to uderzenie w samą istotę prowadzenia kampanii wyborczej, podobnie jak takim samym uderzeniem było wcześniejsze zakazanie partiom przekonywania do swych racji na billboardach.

Czyżby więc ugrupowania głosujące w parlamencie za projektem ustawy o zakazie kupowania przez nie spotów radiowych i telewizyjnych nagle straciły instynkt samozachowawczy? Ależ w żadnym wypadku. One wybornie kalkulują to, co robią.

A zatem. Czy SLD głosowałby za nową regulacją, gdyby nie miał w garści mediów publicznych? Śmiem wątpić. A czy PO głosowałaby za projektem tej ustawy, gdyby nie mogła liczyć na ogólną (choć słabnącą) przychylność większości mediów i nie miała sporego wpływu na to, co się dzieje w mediach publicznych? Też wątpię. Podobnie jest z PSL, które na stosunek doń większości mediów narzekać nie powinno, a i na brak wpływów w mediach publicznych – również nie. Może w takim razie PJN głosowałaby za projektem tej ustawy, gdyby nie cieszyła się niemal powszechną przychylnością mediów (i w dodatku nie miała ani grosza na jakiekolwiek spoty w telewizji i radiu)? Nie sądzę. I tylko PiS na tej operacji (w znacznej mierze zresztą na własne, i to wyraźne życzenie) straci i zapewne dlatego głosowało przeciw.

W każdym razie po wprowadzeniu w życie nowego rozwiązania równych i równiejszych zastąpią – chyba nie wbrew intencji jego promotorów – jeszcze bardziej równi i jeszcze bardziej równiejsi. O to chodziło?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gambit Putina

13 sty 2011

Czy straty, jakie Polska poniosła wskutek opublikowania przez MAK raportu w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej, są jeszcze do odrobienia?

Premier Donald Tusk, który uparcie obstaje przy zdaniu, że konwencja chicagowska była najlepszą z możliwych dróg wyjaśniania przyczyn katastrofy na lotnisku Siewiernyj, podkreślił na czwartkowej konferencji prasowej, że także teraz, po ogłoszeniu raportu, daje ona Polsce spore szanse na dochodzenie swoich racji.

Dlaczego jednak miałoby tak być, skoro MAK, czyli Międzypaństwowy Komitet Lotniczy, który ów niepełny raport przygotował, stroną konwencji chicagowskiej nie jest? Natomiast Federacja Rosyjska, owszem, stroną konwencji jest, ale za to śledztwa w sprawie przyczyn katastrofy na lotnisku Siewiernyj nie prowadziła, a MAK – co uparcie podkreślają rosyjscy politycy, np.  w czwartek uczynił to minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow – jest instytucją całkowicie od państwa rosyjskiego niezależną. Oczywiście jest instytucją niezależną w sensie formalnym, bo w sensie faktycznym wydaje się po prostu narzędziem polityki Moskwy.

W tej sytuacji kogo w Rosji zamierza przekonywać Donald Tusk do przygotowania nowego, rzetelnego raportu? I w jakim trybie zamierza to uczynić?

Zupełnie inaczej (jak się wydaje: dużo lepiej) wyglądałaby teraz sytuacja Polski, gdyby władze naszego państwa w odpowiednim czasie zaproponowały władzom Rosji wyjaśnianie przyczyn katastrofy smoleńskiej wspólnie – przez organy obu państw – na podstawie  przewidującej takie wypadki umowy między naszymi krajami z 1993 r. Albo chociaż obstawały przy tym, żeby postępowanie według konwencji chicagowskiej prowadziło państwo rosyjskie, a nie ów tajemniczy twór o nazwie MAK. Ale tak się, niestety, nie stało.

Zatem oprócz ustalenia, czy istnieje jeszcze jakaś szansa na wydostanie się przez Polskę z tej ślepej uliczki, w którą zaprowadził nas nasz rząd, powinniśmy wreszcie – i to czym prędzej – wyjaśnić, który to organ państwa polskiego (oraz kiedy, w jakich okolicznościach i w jakim trybie) podjął decyzję o wybraniu konwencji chicagowskiej jako ścieżki ustalania prawdy w sprawie katastrofy smoleńskiej. A odrzucił możliwości, jakie daje porozumienie polsko-rosyjskie z 1993 r.

Jak się wydaje, trudno sobie wyobrazić bardziej do tego celu powołane ciało niż sejmowa komisja śledcza. Która powinna się zająć także wyjaśnianiem sposobu działania organów polskiego państwa w sprawie przygotowywania podróży prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Katynia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nowa siła czy kolejna bezsiła?

23 lis 2010

Od pewnego czasu z każdym miesiącem coraz trudniej mi rozstrzygnąć, czy nasze państwo ma gorszą koalicję rządzącą, czy opozycję, bo wszystkie liczące się siły polityczne zażarcie rywalizują o palmę pierwszeństwa w tej niechlubnej konkurencji.

To przygnębiające uczucie niepewności jeszcze się nasiliło, odkąd rząd Platformy Obywatelskiej stracił alibi (weto nieprzychylnego sobie prezydenta), którego używał do uzasadniania braku obiecanych reform, a mimo to nadal konsekwentnie unika przeprowadzenia zmian, jakie mogłyby uchronić Polskę przed katastrofą finansów publicznych i pozwolić naszemu państwu stać się przyjaznym dla przedsiębiorców. A także odkąd główna siła opozycji – Prawo i Sprawiedliwość – w istocie zredukowała swoją opozycyjność do zajmowania się tragedią smoleńską i rytualnego powtarzania „nie” w przypadku nielicznych inicjatyw rządu.

Nowe, rodzące się na naszych oczach ugrupowanie, cieszące się w najnowszym rankingu „Rz” poparciem zaledwie 1 proc. wyborców, nie ma jeszcze ani nazwy (jeśli nie liczyć nazwy Stowarzyszenia Polska Jest Najważniejsza), ani też programu, bo przecież pod przedstawioną ogólnikową deklaracją mogliby się podpisać politycy niejednej partii.

A to oznacza, że nie bardzo wiadomo, czego po nowej sile politycznej można się spodziewać. W związku z tym nie wiadomo też, czy inicjatywa ta, na razie mocno rozpieszczana przez media, podzieli los wielu podobnych i szybko, gdy tylko straci powab nowości, legnie na cmentarzysku pomiędzy tyluż wcześniejszymi, czy też – przeciwnie – stanie się w polskiej polityce nową jakością, jak jej dwie wielkie poprzedniczki – PO i PiS.

Z punktu widzenia interesu polskich wyborców i podatników sukcesem byłoby już choćby, gdyby skutkiem powstania nowego ugrupowania było przybliżenie nas, bodaj na jotę, do przeobrażenia Prawa i Sprawiedliwości w taką partię opozycyjną, która potrafiłaby skutecznie nakłaniać koalicję rządzącą do naprawiania Polski. A co za tym idzie, przybliżenie nas do przekształcenia Platformy Obywatelskiej w siłę reformatorską, która nie mogłaby sobie pozwolić na dalsze trwanie w błogim – i zarazem coraz kosztowniejszym dla naszego kraju – stanie nicnierobienia.


***

Redakcja dziennika ?Rzeczpospolita? zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sprawiedliwi Polacy, czyli dobrzy sąsiedzi

27 paź 2010

„Kto ratuje jedno życie – ratuje cały świat” – taka, pochodząca z Talmudu, inskrypcja widnieje na każdym medalu, który Sprawiedliwym wśród Narodów Świata, czyli bohaterskim nie-Żydom, nadaje na wniosek ocalonych przez nich Żydów izraelski instytut Yad Vashem.

Wśród upamiętnionych w ten sposób ludzi jest ponad 6 tysięcy Polaków – najwięcej spośród wszystkich narodów; ponad 6 tysięcy z 20 tysięcy w całej Europie. A przecież ocenia się, że w istocie Polaków, którzy na różne sposoby wspierali swoich żydowskich sąsiadów, było znacznie więcej. Mimo że tylko na terenie okupowanej przez Niemców Polski za ukrywanie Żydów groziła kara najwyższa – pozbawienie życia.

I taką właśnie karę – śmierci – Niemcy wykonali na co najmniej tysiącu Polakach ratujących Żydów. W tej liczbie na rodzinie Ulmów z miejscowości Markowa koło Łańcuta. 24 marca 1944 roku bestialsko zamordowali Józefa Ulma, jego ciężarną żonę i sześcioro małych dzieci oraz ośmioro ukrywanych przez nich osób z rodzin Szallów i Goldmanów.

Niestety, wciąż zdecydowanie za mało wiemy i mówimy o Polakach śpieszących z pomocą Żydom podczas II wojny światowej. Choć na szczęście to się powoli zmienia. Niedawno ukazała się napisana przez historyka IPN Mateusza Szpytmę książka o rodzinie Ulmów pt. „Sprawiedliwi i ich świat” (i jej anglojęzyczna wersja zatytułowana „Ryzyko przetrwania”), powstał też poświęcony tym bohaterom dokumentalny film „Świat Józefa” w reżyserii Rafała Wieczyńskiego. Z kolei Maciej Pawlicki przygotował film „Życie za życie”, składający się z dziesięciu dokumentalnych opowieści o Polakach ratujących Żydów. W tym o małżeństwie Kowalskich i ich pięciorgu dzieci ze wsi Ciepielów pod Radomiem, którzy za niesienie pomocy Żydom zostali rozstrzelani, a potem spaleni.

A teraz, jak pisze „Rzeczpospolita”, właśnie w Markowej koło Łańcuta – miejscu kaźni rodziny Ulmów i chronionych przez nich ludzi – ma powstać muzeum Polaków ratujących Żydów.

Markowa, w której Polakom udało się uratować od śmierci niejedno żydowskie istnienie, jest bowiem symbolem tego, co najlepsze w nie zawsze łatwym polsko-żydowskim sąsiedztwie, a co w ciemną noc II wojny światowej pozwoliło uratować wiele żydowskich rodzin. I wiedza o czym, gdy zostanie upowszechniona, miejmy nadzieję, pomoże w przywracaniu prawdziwych proporcji w ocenie naszej wspólnej historii.



***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop