Posts Tagged „katastrofa smoleńska”<

Wiarygodność we mgle

26 kwi 2011

Bomba próżniowa, rozpylenie sztucznej mgły, wywołanie silnego pola elektromagnetycznego — to tylko nieliczne z pojawiających się co i rusz spisowych teorii wyjaśnienia tego, co 10 kwietnia 2010 roku wydarzyło się w lesie pod Smoleńskiem.

We wtorek mecenas Rafał Rogalski, pełnomocnik części rodzin ofiar katastrofy, dorzucił następną, zgłaszając kolejny postulat pod adresem śledczych. Chce mianowicie, by prokuratura sprawdziła, czy przed katastrofą prezydenckiego TU-154M Rosjanie rozpylili w powietrzu hel. „To mogłoby wyjaśnić – uzasadnił – obecność mgły oraz szybkie opadanie samolotu”.

Cóż, tragedia smoleńska jeszcze długo będzie absorbowała uwagę opinii publicznej. I najpewniej nawet za sto lat co jakiś czas będą się pojawiały nowe, niewykluczone, coraz bardziej nietuzinkowe teorie dotyczące jej przyczyn. Musimy się do tego przyzwyczaić.

A wracając do wtorkowego wystąpienia mecenasa Rafała Rogalskiego. Zgłaszanie wszelakich wniosków jest nie tylko dobrym prawem, ale obowiązkiem pełnomocnika prawnego w postępowaniu prokuratorskim czy sądowym. Byłoby jednak z wielkim pożytkiem dla jakości debaty publicznej, gdyby wcześniej, zanim zostaną one ogłoszone, były w jakiś elementarny sposób weryfikowane przez fachowców – w tym wypadku nie specjalistów w zakresie prawa, lecz chemii i fizyki. I aby były podawane do publicznej wiadomości na przykład wraz z ich opiniami.

Albowiem na pochopnym rzucaniu oskarżeń pod czyimkolwiek adresem (w każdej sprawie, ale teraz trzymajmy się katastrofy smoleńskiej), a także na składaniu najbardziej wymyślnych wniosków przed ich rudymentarnym sprawdzeniem, najmocniej tracą przecież ci, którzy takimi oskarżeniami albo wnioskami bez umiaru szafują. Najzwyczajniej w świecie tracą na wiarygodności.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy prawda może jeszcze wygrać z manipulacją?

18 lut 2011

Czwartkowa konferencja prasowa w sprawie katastrofy smoleńskiej zorganizowana przez rosyjską państwową agencję prasową RIA Nowosti tym się różniła od piątkowej konferencji polskich prokuratorów, którzy wrócili z Moskwy, czym agitowanie różni się od informowania, a propaganda od informacji.

Zgromadzeni w RIA Nowosti niezwykle wylewni rosyjscy eksperci wykorzystali raport MAK, w którym przedstawiono mocno niepełną (choćby bez roli kontrolerów z lotniska Siewiernyj), a więc fałszywą wersję przebiegu lotu prezydenckiego TU-154M, do zdezawuowania umiejętności polskich pilotów i powtórnego zrzucenia na nich całej winy za to, że doszło do katastrofy.

Natomiast polscy prokuratorzy podczas swojej konferencji wyłącznie rzeczowo informowali o okolicznościach przesłuchań, które przeprowadzili w Rosji. Choć – dla odmiany – nie wiem, czy nie byli aż tak (zdecydowanie nadmiernie) oszczędni w słowach, że określenie „informowali” nie jest mocno na wyrost.

Nasi śledczy nie zgodzili się ujawnić nawet nazwisk czterech osób, które przesłuchali w Moskwie. Na co oczywiście prawo im zezwala, ale przecież bezwzględnie tego nie nakazuje. A więc – zważywszy bezprecedensowy charakter tego dochodzenia i olbrzymie zainteresowanie nim opinii publicznej – postąpili zgodnie z prawem, lecz ze zdrowym rozsądkiem już raczej nie.

A to z pewnością nie koniec. Biorąc pod uwagę zarówno styczniową, jak i ostatnią polsko-rosyjską wymianę razów na konferencjach prasowych (po piątkowej konferencji polskich prokuratorów swoją zorganizowali rosyjscy śledczy), proponuję, abyśmy przywykli do myśli, że dochodzenie w sprawie katastrofy smoleńskiej jeszcze przez wiele lat będzie trwało i zajmowało uwagę opinii publicznej. I, obawiam się, zatruwało stosunki między Polską a Rosją.

Chyba że Rosjanie pójdą wreszcie po rozum do głowy i zaczną to śledztwo traktować tak, jak powinni, czyli jak postępowanie w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy i ewentualnie ustalenia winnych, którzy mogli mieć wpływ na to, że do niej doszło. Przestaną zaś je traktować jako kolejną okazję do obrony państwa rosyjskiego przed… No właśnie, przed kim lub przed czym? Przed własną niezdolnością do spojrzenia całej prawdzie w oczy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sondaż im. Hanny Gronkiewicz-Waltz

16 lut 2011

Prezydent Warszawy ogłosiła, że w maju wśród mieszkańców stolicy zostanie przeprowadzony sondaż dotyczący ewentualnego wzniesienia w centrum stolicy pomnika poświęconego ofiarom katastrofy smoleńskiej.

Cóż, sondaż w sprawie podjęcia lub niepodjęcia takiej czy innej decyzji administracyjnej wydaje się być sporą osobliwością. Ale sondaż w sprawie podjęcia decyzji dotyczącej wzniesienia czegoś tak niewyobrażalnie oczywistego, jak pomnik upamiętniający 96 ofiar katastrofy smoleńskiej, a więc wydarzenia bez precedensu w historii naszego narodu, to kuriozum – i to nie do kwadratu, a do sześcianu.

Tym bardziej, że nie trzeba żadnego sondażu, ani nawet referendum, aby wiedzieć, że ten pomnik i tak – i to w samym centrum Warszawy – powstanie. I to powstanie prędzej, niż się wydaje tym, którzy mają w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości. Tak jak w samym sercu Tallina (bo gdzie niby miałby stanąć?) stoi pomnik czczący pamięć ludzi, którzy zginęli w katastrofie promu „Estonia”.

Ale dobrze, skoro Hanna Gronkiewicz-Waltz chce wydać publiczne pieniądze na zrealizowanie sondażu – niech wydaje. W takim jednak wypadku, dlaczego – a właściwie: jakim prawem – badanie to ma być przeprowadzone wyłącznie wśród warszawiaków? Przecież to będzie pomnik stojący w centrum Warszawy, która – o ile nie się wydarzyło coś, o czym nie wiem – nadal jest stolicą całej Polski, a więc w tym sensie „należy” do wszystkich Polaków. Także do mnie, mieszkańca Łomianek.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Piloci czy mołodcy?

1 lut 2011

Kilka tygodni po tragedii smoleńskiej dowódca Sił Powietrznych powołał komisję do zbadania zachowania pilotów jaka-40, którzy wylądowali na lotnisku Siewiernyj nieco ponad godzinę przed katastrofą prezydenckiego Tu-154M.

Dwa dni temu ujawniono, że komisja ta po przeprowadzeniu dochodzenia uznała, iż załoga jaka-40 naruszyła wtedy regulamin lotów. Jak wynika z ustaleń w sprawie katastrofy, samolot ten wylądował na lotnisku pod Smoleńskiem w strasznej mgle, mimo braku ostatecznej zgody wieży i mimo wydania przez kontrolera polecenia odejścia na drugi krąg.

O stanowisku wojskowej komisji poinformował w poniedziałek rzecznik Sił Powietrznych podpułkownik Robert Kupracz. Ten sam podpułkownik Robert Kupracz, który w czerwcu ubiegłego roku, odpowiadając na pytania dotyczące okoliczności lądowania jaka-40 na Siewiernym, w e-mailu do redakcji „Rzeczpospolitej” napisał, iż „komisja stwierdziła, że warunki pogodowe w momencie lądowania pozwalały na jego wykonanie”. Trzeba koniecznie dodać: ta sama komisja.

Jak to możliwe, że coś, co jeszcze w czerwcu 2010 roku naruszeniem regulaminu nie było, w styczniu 2011 roku takimż się stało?

Obawiam się, że właśnie ta pierwsza, czerwcowa reakcja wojska – na wszelki wypadek przyjmijmy, że nasi są niewinni, że ktoś ich oczernia, a potem się zobaczy – jest jednym z ważniejszych kluczy do rozszyfrowania prawdziwych przyczyn ogromnych kłopotów, jakie mamy z naprawianiem naszej armii.

Właśnie dlatego cywilna kontrola nad siłami zbrojnymi w żadnym wypadku nie powinna się sprowadzać wyłącznie do powoływania cywilnego ministra obrony narodowej. Powinna być czymś znacznie, znacznie więcej – cywilną filozofią kierowania armią, cywilną filozofią nadzorowania jej działań.

Piloci jaka-40 odwołali się od ustaleń komisji Sił Powietrznych, więc na razie nie powinno się rozstrzygać o ich winie. Ale przecież o wątpliwości dotyczące sposobu ich zachowania na Siewiernym nietrudno było od samego początku. Podobnie jak nietrudno było – również od początku – o wątpliwości dotyczące zachowań rosyjskich kontrolerów, którzy po wylądowaniu przywitali pilotów polskiego jaka okrzykiem „mołodiec”.

Niedobrze, że doszło do tak zdumiewającej zmiany opinii komisji polskich Sił Powietrznych, ale dobrze, że opinię w końcu zmieniono – na prawdziwą, jak rozumiem. Bo to może świadczyć o tym, że polskie wojsko wreszcie znalazło się na dobrej drodze; na drodze do zbudowania armii, w której za sterami samolotów siadają piloci, a nie „mołodcy”. Natomiast rosyjska armia dopóki nie odważy się spojrzeć prawdzie w oczy – na przykład w sprawie postępowania jej kontrolerów ze Smoleńska – na pewno na tę drogę nie wejdzie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Antykontrolerzy ze Smoleńska

18 sty 2011

Donald Tusk próbuje odzyskać to, co Polska utraciła wskutek kompromitującej nieudolności jego rządu podczas ustalania (w kwietniu 2010 roku) sposobu badania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Ale także wskutek późniejszych przejawów braku profesjonalizmu ekipy premiera, które zaowocowały tym, co się stało w ubiegłym tygodniu: niemal całkowitym oddaniem Rosjanom pola do swobodnego interpretowania tego, co się wydarzyło na lotnisku Siewiernyj.

Szef rządu usiłuje więc, po pierwsze, odzyskać szansę na ustalenie prawdy o wszystkich (a nie tylko tych leżących po polskiej stronie) przyczynach i okolicznościach katastrofy smoleńskiej. I po drugie, stara się przywrócić właściwe proporcje ocenom wszystkich – a więc zarówno polskich, jak też rosyjskich – uczestników tej tragedii.

Czy sztuka ta może się jeszcze powieść? Wtorkowa konferencja ministra spraw wewnętrznych i administracji Jerzego Millera, będąca odpowiedzią na opublikowanie przez MAK stronniczego raportu, dowodzi, że jest na to pewna nadzieja.

Dobrze się stało, że władze Polski zdobyły kopię nagrań z wieży kontrolnej lotniska Siewiernyj oraz że – nie oglądając się na Rosjan – zaprezentowały te zapisy, w tym rozmowy dyżurujących tam oficerów z wysoko postawionymi osobami spoza Smoleńska. Z tych rozmów jednoznacznie wynika, że oficerowie znajdujący się w wieży kontrolnej (jeśli ten budynek w ogóle zasługuje na to miano) znajdowali się pod presją na przykład tajemniczego generała, który nakazał im „na razie sprowadzać” polskiego Tu-154. Jak wynika z treści rozmów oficerów w wieży, co najmniej jeden z nich nie uważał tego rozwiązania za właściwe.

A przecież trzeba dodać, że rosyjscy kontrolerzy niemal w tym samym czasie podawali zastanawiająco rozbieżne informacje pogodowe rosyjskiemu iłowi-76 i polskiemu jakowi-40, że wielokrotnie (jak twierdzili podczas przesłuchań, wyłącznie dla dobra lądujących) wprowadzali pilotów polskiego Tu-154 w błąd co do ścieżki i kursu schodzenia, że podawali im nieprawdziwe informacje o (lepszej od faktycznej) widoczności, że we właściwym momencie kategorycznie nie nakazali Tu-154 odejścia na lotnisko zapasowe, że pod koniec tragicznego lotu właściwie pozostawili załogę samą sobie.

W każdym razie teraz już z całą pewnością wiadomo, że obsada wieży kontrolnej popełniła tak wiele błędów, iż nie mogło to pozostać bez ogromnego wpływu na to, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku. Mimo to, choć bez wątpienia wszystkie te nowe informacje stawiają w innym (znacznie lepszym) świetle polskich pilotów, to jednak nie powinniśmy zapominać, że ostatecznie to właśnie oni (bo chcieli wykonać zadanie) podjęli tragiczną w skutkach decyzję o podejściu do lądowania w tak niesprzyjających warunkach atmosferycznych, jakie tamtego dnia panowały w Smoleńsku.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gambit Putina

13 sty 2011

Czy straty, jakie Polska poniosła wskutek opublikowania przez MAK raportu w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej, są jeszcze do odrobienia?

Premier Donald Tusk, który uparcie obstaje przy zdaniu, że konwencja chicagowska była najlepszą z możliwych dróg wyjaśniania przyczyn katastrofy na lotnisku Siewiernyj, podkreślił na czwartkowej konferencji prasowej, że także teraz, po ogłoszeniu raportu, daje ona Polsce spore szanse na dochodzenie swoich racji.

Dlaczego jednak miałoby tak być, skoro MAK, czyli Międzypaństwowy Komitet Lotniczy, który ów niepełny raport przygotował, stroną konwencji chicagowskiej nie jest? Natomiast Federacja Rosyjska, owszem, stroną konwencji jest, ale za to śledztwa w sprawie przyczyn katastrofy na lotnisku Siewiernyj nie prowadziła, a MAK – co uparcie podkreślają rosyjscy politycy, np.  w czwartek uczynił to minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow – jest instytucją całkowicie od państwa rosyjskiego niezależną. Oczywiście jest instytucją niezależną w sensie formalnym, bo w sensie faktycznym wydaje się po prostu narzędziem polityki Moskwy.

W tej sytuacji kogo w Rosji zamierza przekonywać Donald Tusk do przygotowania nowego, rzetelnego raportu? I w jakim trybie zamierza to uczynić?

Zupełnie inaczej (jak się wydaje: dużo lepiej) wyglądałaby teraz sytuacja Polski, gdyby władze naszego państwa w odpowiednim czasie zaproponowały władzom Rosji wyjaśnianie przyczyn katastrofy smoleńskiej wspólnie – przez organy obu państw – na podstawie  przewidującej takie wypadki umowy między naszymi krajami z 1993 r. Albo chociaż obstawały przy tym, żeby postępowanie według konwencji chicagowskiej prowadziło państwo rosyjskie, a nie ów tajemniczy twór o nazwie MAK. Ale tak się, niestety, nie stało.

Zatem oprócz ustalenia, czy istnieje jeszcze jakaś szansa na wydostanie się przez Polskę z tej ślepej uliczki, w którą zaprowadził nas nasz rząd, powinniśmy wreszcie – i to czym prędzej – wyjaśnić, który to organ państwa polskiego (oraz kiedy, w jakich okolicznościach i w jakim trybie) podjął decyzję o wybraniu konwencji chicagowskiej jako ścieżki ustalania prawdy w sprawie katastrofy smoleńskiej. A odrzucił możliwości, jakie daje porozumienie polsko-rosyjskie z 1993 r.

Jak się wydaje, trudno sobie wyobrazić bardziej do tego celu powołane ciało niż sejmowa komisja śledcza. Która powinna się zająć także wyjaśnianiem sposobu działania organów polskiego państwa w sprawie przygotowywania podróży prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Katynia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komisja nadzwyczajna czy śledcza?

13 gru 2010

Ugrupowanie Joanny Kluzik-Rostkowskiej Polska Jest Najważniejsza zgłosiło wniosek w sprawie powołania sejmowej komisji nadzwyczajnej (ale nie śledczej), która zajęłaby się katastrofą smoleńską.

To pomysł wart poważnego potraktowania, pod warunkiem (co zresztą politycy PJN podkreślili) że ciało to nie dublowałoby komisji szefa MSWiA Jerzego Millera w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy ani tym bardziej prokuratury – w poszukiwaniu ewentualnych winnych zaniedbań związanych z tym tragicznym wydarzeniem.

PJN proponuje, aby sejmowa komisja nadzwyczajna ds. katastrofy smoleńskiej podjęła się sprawdzenia, jak w tamtych dniach – zarówno poprzedzających katastrofę, jak i tych, które po niej nastąpiły – funkcjonowały instytucje naszego państwa. A pytań w tej kwestii nie tylko nie brakuje, ale i ustawicznie przybywa.

Wciąż jest przecież sporo niejasności dotyczących sposobu przygotowywania wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Niewiele wiemy o kulisach niektórych działań instytucji państwa owego feralnego 10 kwietnia. Nie znamy szczegółów okoliczności przekazania władzy ówczesnemu marszałkowi Sejmu Bronisławowi Komorowskiemu. Ani tego, jak podejmowano decyzję o wyborze konwencji chicagowskiej jako drogi prawnej wyjaśniania przyczyn katastrofy. Czy wreszcie: jak w pierwszych godzinach i dniach po katastrofie przebiegało współdziałanie instytucji państwa polskiego i rosyjskiego. I czy coś się w tej mierze zmieniło w kolejnych tygodniach i miesiącach. Itd., itd.

Odpowiedzi na te wszystkie pytania powinny być znane opinii publicznej oraz instytucjom państwa możliwie jak najszybciej, aby w przyszłości unikać popełniania błędów, które mogłyby doprowadzić do powtórzenia się podobnej tragedii.

Kto wie jednak, czy lepszym forum do prowadzenia takiego postępowania wyjaśniającego okoliczności katastrofy smoleńskiej nie byłaby sejmowa komisja śledcza, której powołania domagają się z kolei posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Komisje śledcze są bowiem przeważnie dużo skuteczniejsze od nadzwyczajnych.

Choćby dlatego, że ich członkowie korzystają w swej pracy – na przykład podczas przesłuchiwania świadków – z rygorów, jakie niesie kodeks postępowania karnego.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdzie stanie pomnik smoleński?

26 sie 2010

Monument upamiętniający ofiary katastrofy smoleńskiej – prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżonkę i pozostałe osoby, które straciły życie w drodze na uroczystości katyńskie – i tak w centrum Warszawy powstanie. Nie wiem, kiedy się to stanie – za kilka miesięcy, za rok, a może dopiero za kilka lat – ale się stanie.

Nie mam też pojęcia, czy zostanie on odsłonięty przed Pałacem Prezydenckim, czy w innej części Krakowskiego Przedmieścia, czy też w jeszcze innym, równie dla Polaków ważnym miejscu. Ale bez cienia wątpliwości ten pomnik powstanie, bo bezprecedensowy charakter tragedii smoleńskiej, ogrom cierpienia, który się z nią wiąże, trauma, którą wszyscy przeżyliśmy i wciąż przeżywamy na wspomnienie tamtych chwil, sprawiają, że po prostu nie może się stać inaczej.

Dlatego – prawdę mówiąc – dziwi mnie, że tak długo odwlekany jest moment, w którym przestaniemy się zastanawiać nad tym, co i tak nieuniknione, czyli rozważać, czy w centrum stolicy uczcić pamięć ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, a wreszcie zaczniemy dyskutować o tym, gdzie i w jaki sposób to uczynić.

Jak się wydaje, z inicjatywą powołania komitetu budowy tego monumentu, w skład którego powinni zostać zaproszeni przedstawiciele rodzin ofiar tragedii oraz głównych sił politycznych, mógłby wyjść pierwszy obywatel Rzeczypospolitej, czyli prezydent Bronisław Komorowski. A miejscem zapoczątkowania prac nad powołaniem do życia komitetu budowy pomnika smoleńskiego mogłaby się stać Rada Bezpieczeństwa Narodowego, w kształcie zaproponowanym przez Bronisława Komorowskiego jeszcze przed wyborami (gdy pełnił obowiązki głowy państwa), a więc z udziałem liderów najważniejszych partii. Naprawdę trudno jednak wyobrazić sobie powodzenie tego przedsięwzięcia bez wyraźnej woli współpracy ze strony prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego.

W takiej atmosferze – przygotowań do wzniesienia monumentu – łatwiej byłoby, mam nadzieję, nareszcie zrealizować postanowienia porozumienia zawartego przez kurię metropolitalną, Kancelarię Prezydenta i harcerzy o przeniesieniu krzyża sprzed pałacu do kościoła św. Anny.

Nie mam wszelako żadnych złudzeń, że nawet w takim przypadku trzeba byłoby się liczyć z dalszym manifestowaniem przed Pałacem Prezydenckim swych poglądów zarówno przez obrońców, jak i przeciwników proponowanych rozwiązań. Takie jest przecież piękne, święte prawo demokracji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W pułapce białych plam

6 lip 2010

Czasami można odnieść wrażenie, że w sprawie śledztwa dotyczącego przyczyn katastrofy smoleńskiej obowiązuje dyktat poprawności politycznej nakazujący mówić, iż dochodzenie przebiega szybko i sprawnie, a współpraca z Rosjanami układa się bardzo dobrze. Ba, wręcz wzorcowo

Czy tak jest w istocie? Cóż, nie tylko fakty ujawniane niemal codziennie przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” i innych mediów, ale w gruncie rzeczy także niektóre oficjalne komunikaty władz w tej sprawie raczej nie skłaniają do podobnie optymistycznych ocen.

W końcu mimo upływu już niemal trzech miesięcy od dnia tragedii dostaliśmy od strony rosyjskiej tylko kopię nagrań z czarnej skrzynki, stenogramy rozmów z kokpitu Tu-154 oraz 1300 stron akt zawierających protokoły z oględzin ciał, z miejsca katastrofy i znalezionych tam rzeczy oraz protokoły przesłuchania niektórych świadków.

Znacznie szybciej od dowodów w sprawie katastrofy nadsyłanych i przywożonych z Moskwy przybywa pytań stawianych przez dziennikarzy na podstawie informacji, które zdobywają. Jak kwestia, dlaczego kontrolerzy z Siewiernego zezwolili kapitanowi Tu-154 na zejście do wysokości zaledwie 50 metrów, choć to absolutnie niezgodne z obowiązującymi zasadami. I dlaczego nie ma śladu zgody na ten manewr w opublikowanym stenogramie rozmów pilotów z wieżą? Albo jak ujawniona dziś przez „Rz” mniejsza faktyczna odległość między radiolatarniami (4,5 kilometra) niż zapisana w dokumentacji lotniska (5,15 kilometra). Czy ta rozbieżność mogła być jedną z przyczyn kwietniowej katastrofy?

Przez długie lata białe plamy w naszej wspólnej historii – rzecz jasna obok bardzo wielu innych czynników – zatruwały (i w znacznej mierze nadal zatruwają) stosunki między Polską a Rosją oraz między Polakami a Rosjanami.

Dlatego dobrze byłoby, abyśmy zamiast te białe plamy mnożyć, skoncentrowali się wyłącznie na usuwaniu istniejących. I dotyczy to zarówno naszej odległej, jak i najnowszej historii, a więc również tragedii pod Smoleńskiem.

Niestety, idei tej z całą pewnością nie służy decyzja o wyjaśnianiu przyczyn katastrofy samodzielnie przez Rosjan. A więc rozstrzygnięcie przekreślające obietnicę prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, który 10 kwietnia zapewnił (co wynika z zapisu na stronie internetowej Kancelarii Premiera RP), że śledztwo będzie prowadzone wspólnie przez prokuratorów polskich i rosyjskich.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Znamy stenogramy. Pytania pozostają

1 cze 2010

Dobrze się stało, że upubliczniono zapisy nagrań z czarnych skrzynek z ostatnich kilkudziesięciu minut lotu Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem z prezydentem Lechem Kaczyńskim, jego żoną i 94 innymi pasażerami na pokładzie

Analizowanie tych materiałów, a przede wszystkim odszyfrowywanie niezrozumiałych fragmentów rozmów, będzie zapewne trwało jeszcze bardzo długo. Ale od tej pory każdy z nas może spróbować sam sobie wyrobić zdanie na temat tego, co zaszło w kokpicie tego statku powietrznego i poprzedziło tragedię. A więc także próbować znaleźć odpowiedź na pytanie, co sprawiło, że do tej katastrofy doszło.

Ujawnione stenogramy nie przynoszą dowodów na czyjekolwiek naciski na pokładzie samolotu. Bo tezy o tym, że do nich doszło, nie da się utrzymać, wyprowadzając ją z dwóch zdań, które wypowiedział Mariusz Kazana, szef protokołu dyplomatycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Ani też z obecności w kokpicie dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika.

Z kolei z wielu zdań, które padły z ust kapitana Arkadiusza Protasiuka, jasno wynika, że miał on pełną świadomość, iż z powodu fatalnych warunków pogodowych może się nie udać lądowanie pod Smoleńskiem i samolot będzie musiał odlecieć na lotnisko zapasowe. Mimo to podjął jednak – wiele na to wskazuje, że błędną – decyzję o próbie lądowania. Dlaczego? Na to pytanie opublikowany zapis rozmów odpowiedzi nie przynosi.

Wreszcie ze stenogramów rozmów członków załogi tupolewa z wieżą wynika, iż kontroler lotów ze Smoleńska ostrzegł pilotów Tu-154M przed kiepską pogodą. Więcej, jasno im zakomunikował, że nie ma warunków do lądowania. Ale lotniska dla polskiego samolotu prezydenckiego nie zamknął. I w tym przypadku próżno w stenogramach szukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak się stało?

Tego, że Tu-154M przy takiej pogodzie nie powinien był lądować w Smoleńsku, domyślaliśmy się od kilku tygodni. Teraz, dzięki poznaniu zapisu rozmów zarejestrowanych przez czarne skrzynki, wiemy już o tym na pewno. Wciąż jednak nie wiemy, dlaczego doszło do próby lądowania. A zapis kluczowych dla rozwikłania tej zagadki kilkudziesięciu ostatnich sekund odpowiedzi na to pytanie nie daje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop