Posts Tagged „Jarosław Kaczyński”<

Lepszy najgorszy Tusk niż najlepszy Kaczyński

29 kwi 2011

Gołym okiem widać, że nawet przodująca prasa polska przestała nadążać z entuzjazmem dla Donalda Tuska i jego ekipy za prasą światową.

W piątek kolejny raz poprzeczkę w tej ekscytującej dyscyplinie medialnej wywindował „The Economist”. A nie jest to przecież zadanie łatwe. Zwłaszcza ostatnio, w sytuacji gdy już nawet dziennikarze tego znakomitego brytyjskiego tygodnika nie mogą nie zauważyć, iż premier Rzeczypospolitej jest prawie w ogóle pozbawiony reformatorskich ambicji, a swój wysiłek skoncentrował niemal wyłącznie na utrzymywaniu się przy władzy. Wskutek czego – piszą – Polska prowadzi raczej marną politykę zagraniczną, nie inwestuje w badania i rozwój, ma finanse publiczne w opłakanym stanie, a w rankingu przychylności dla biznesu sytuuje się na 70. pozycji, czyli nawet za zacofaną Białorusią.

Ale przecież to wszystko fraszka, to wszystko pestka, skoro „Polska nie kojarzy się już ludziom z frustracją, paranoją i dziwactwami rządu kierowanego przez Jarosława Kaczyńskiego”.

No, a poza tym – dowodzi „The Economist” – „rząd Tuska dobrze wypada, jeśli chodzi o spłaszczenie podatków”. Hm… jeśli autor tego artykułu miał na myśli zastąpienie trójstopniowej skali podatkowej – dwustopniową (zamiast 40, 30 i 19 proc. – 32 i 18 proc.), a na to wygląda, to akurat tę reformę w 2006 roku przeprowadził rząd Prawa i Sprawiedliwości, czyli… Jarosława Kaczyńskiego.

Ale, jak rozumiem, jeśli tak, to tym gorzej dla niego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdzie stanie pomnik smoleński?

26 sie 2010

Monument upamiętniający ofiary katastrofy smoleńskiej – prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżonkę i pozostałe osoby, które straciły życie w drodze na uroczystości katyńskie – i tak w centrum Warszawy powstanie. Nie wiem, kiedy się to stanie – za kilka miesięcy, za rok, a może dopiero za kilka lat – ale się stanie.

Nie mam też pojęcia, czy zostanie on odsłonięty przed Pałacem Prezydenckim, czy w innej części Krakowskiego Przedmieścia, czy też w jeszcze innym, równie dla Polaków ważnym miejscu. Ale bez cienia wątpliwości ten pomnik powstanie, bo bezprecedensowy charakter tragedii smoleńskiej, ogrom cierpienia, który się z nią wiąże, trauma, którą wszyscy przeżyliśmy i wciąż przeżywamy na wspomnienie tamtych chwil, sprawiają, że po prostu nie może się stać inaczej.

Dlatego – prawdę mówiąc – dziwi mnie, że tak długo odwlekany jest moment, w którym przestaniemy się zastanawiać nad tym, co i tak nieuniknione, czyli rozważać, czy w centrum stolicy uczcić pamięć ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, a wreszcie zaczniemy dyskutować o tym, gdzie i w jaki sposób to uczynić.

Jak się wydaje, z inicjatywą powołania komitetu budowy tego monumentu, w skład którego powinni zostać zaproszeni przedstawiciele rodzin ofiar tragedii oraz głównych sił politycznych, mógłby wyjść pierwszy obywatel Rzeczypospolitej, czyli prezydent Bronisław Komorowski. A miejscem zapoczątkowania prac nad powołaniem do życia komitetu budowy pomnika smoleńskiego mogłaby się stać Rada Bezpieczeństwa Narodowego, w kształcie zaproponowanym przez Bronisława Komorowskiego jeszcze przed wyborami (gdy pełnił obowiązki głowy państwa), a więc z udziałem liderów najważniejszych partii. Naprawdę trudno jednak wyobrazić sobie powodzenie tego przedsięwzięcia bez wyraźnej woli współpracy ze strony prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego.

W takiej atmosferze – przygotowań do wzniesienia monumentu – łatwiej byłoby, mam nadzieję, nareszcie zrealizować postanowienia porozumienia zawartego przez kurię metropolitalną, Kancelarię Prezydenta i harcerzy o przeniesieniu krzyża sprzed pałacu do kościoła św. Anny.

Nie mam wszelako żadnych złudzeń, że nawet w takim przypadku trzeba byłoby się liczyć z dalszym manifestowaniem przed Pałacem Prezydenckim swych poglądów zarówno przez obrońców, jak i przeciwników proponowanych rozwiązań. Takie jest przecież piękne, święte prawo demokracji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Bronisław Komorowski odciął się od Platformy

15 cze 2010

Jak tak dalej pójdzie, to pewnie do końca życia będziemy się musieli leczyć (pod warunkiem że uda nam się dożyć swej kolejki) w przeważnie zaniedbanych, przeważnie kiepsko zarządzanych szpitalach państwowych. Taki wniosek płynie z toczącej się w Polsce kampanii wyborczej.

Oto bowiem kandydat na prezydenta i zarazem członek Platformy Obywatelskiej Bronisław Komorowski zarzucił swemu konkurentowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że kłamstwem jest przypisywanie mu opowiadania się za prywatyzacją szpitali.

Na razie nie wiadomo, w jaki sposób Bronisław Komorowski uwolnił się od programu PO. Zaparł się jego części? Odciął się odeń całkowicie? Po cichu zawsze był odmiennego zdania? Czy też po prostu z PO niepostrzeżenie wystąpił? Ba, nie wiadomo, czy proces ten dotyczy tylko tego jednego członka Platformy Obywatelskiej czy też większej ich liczby? A może cała PO diametralnie zmieniła swój program i tylko zapomniała o tym powiadomić wyborców i sympatyków?

W każdym razie w podstawach programu politycznego Platformy Obywatelskiej z 2007 roku w rozdziale „Narodowy program ochrony zdrowia” stoi czarno na białym (przepraszam za przydługi cytat): „Szpitale rządzą się takimi samymi zasadami rachunku ekonomicznego jak inne podmioty gospodarcze. (…) Niestety, podobnie jak w przypadku np. przedsiębiorstw państwowych nadzór właścicielski sprawowany przez podmioty państwowe nie sprzyja efektywnemu zarządzaniu w służbie zdrowia. Prywatyzacja będzie służyła poprawie efektywności, a więc podniesieniu jakości usług oraz obniżaniu ich kosztu. Nie ma powodów, aby szpitale nie były normalnymi przedsiębiorstwami nadzorowanymi przez właścicieli za pośrednictwem rad nadzorczych, które – w trosce o zapewnienie wysokiej rentowności – zatrudniałyby najlepszych dostępnych menedżerów”.

Święte słowa. I wielka szkoda, że znów stały się bezpartyjne, bo w tej – nowej dla nich – sytuacji ich szansa na zmaterializowanie się spada do zera. A nam, pacjentom, pozostaje wypatrywać mężnych mężów stanu, którzy wreszcie odważą się usprawnić, czyli sprywatyzować, to, co sprawne, czyli prywatne, być powinno. Ciekawe, komu z nas uda się tego doczekać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O czym uparcie milczą Komorowski i Kaczyński

13 cze 2010

Bronisław Komorowski próbuje zakneblować usta Jarosławowi Kaczyńskiemu. Zarówno sam kandydat PO jak też jego sztabowcy oburzają się wypowiedzią kandydata PiS, który na wiecu w Lublinie dowodził, że od konkurenta z Platformy mocno różni go stosunek do prywatyzacji służby zdrowia; on jest przeciw prywatyzacji, a jego główny rywal – za.

Zamiast przedstawić swój pogląd w sprawie prywatyzacji służby zdrowia, sztab Komorowskiego domaga się przeprosin i grozi, że jeśli się ich nie doczeka, pozwie Kaczyńskiego. To fatalny obyczaj zamykania konkurentom ust tam, gdzie powinny one być szeroko otwarte. Bo przecież na czym, jeśli nie właśnie na wymianie pomysłów na rozwiązanie problemów, z którymi zmagają się obywatele kraju, powinna polegać kampania wyborcza.

Ale główni pretendenci do najwyższego urzędu w państwie starają się milczeć jak zaklęci nie tylko w sprawie służby zdrowia.

Wciąż nie możemy od nich usłyszeć, jak każdy z nich – już jako prezydent – zamierza się zachowywać na przykład w kwestii spodziewanej aktywności rządu w uzdrawianiu zrujnowanych finansów publicznych naszego państwa. A posunięć niezbędnych i zarazem mocno niepopularnych, bo naruszających wiele grupowych interesów, czeka nas w najbliższych trzech-czterech latach co niemiara. Znakomicie to widać po coraz mocniej zaciskających pasa Niemczech, Grecji, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Węgier czy Estonii.

A więc, czy Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński zamierzają te trudne decyzje polskiego rządu (które oby wreszcie się pojawiły) wspierać, czy też hamować, korzystając z silnego prezydenckiego weta?

Czy – mówiąc konkretnie – poprą czasowe zamrożenie lub wręcz obniżkę płac w sferze budżetowej? Czy zaaprobują decyzję o obniżeniu tempa waloryzacji rent i emerytur? Czy spotka się z ich akceptacją pomysł odebrania większości przywilejów emerytalnych żołnierzom, policjantom, górnikom oraz rolnikom? Ale też, czy wesprą działania zmierzające do zrównania rolników w prawach z pozostałymi obywatelami RP, czyli sprawienia, by płacili oni na ogólnych zasadach nie tylko składki emerytalne i rentowe, lecz również składki zdrowotne i przede wszystkim podatek od dochodów osobistych? Wreszcie, czy Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński poprą ideę przesuwania wieku emerytalnego, czyli wydłużania czasu pracy niezbędnego do otrzymania świadczeń na starość?

Bez sprostania tym wyzwaniom Polska, zamiast na powrót stać się tygrysem regionu, którym była ledwie kilka lat temu, na zawsze pozostać może jeszcze jednym peryferyjnym krajem Unii Europejskiej, który niestety coraz bardziej zaczyna przypominać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nadprezydent Tusk

7 kwi 2010

„Panie przewodniczący (Platformy Obywatelskiej), melduję wykonanie zadania!” – nawet jeśli Donald Tusk nie spodziewa się (lub wręcz nie chciałby) usłyszeć takiego meldunku z ust Bronisława Komorowskiego, po ewentualnych, wygranych przez niego wyborach prezydenckich, to bez wątpienia oczekuje, że ów nowy prezydent pozostanie politykiem mu uległym, a w każdym razie będzie się z nim liczył. Co, gdyby się ziściło, zapewniłoby Donaldowi Tuskowi pozycję nadprezydenta – nieformalnego zwierzchnika głowy państwa.

W pewnym sensie mieliśmy już w najnowszej historii Polski do czynienia z takim przypadkiem. W latach 2005 – 2007 najpotężniejszym politykiem w Polsce był Jarosław Kaczyński. Prezydentem był wówczas jego brat Lech, a on sam kontrolował znaczną część naszej sceny politycznej, w tym własny rząd, choć na początku na jego czele stał Kazimierz Marcinkiewicz.

I też w tym czasie udało się Jarosławowi Kaczyńskiemu przeforsować kilka kluczowych dla jego formacji projektów: zlikwidować WSI, powołać do życia CBA, wprowadzić twardy reżim lustracyjny, ale także obniżyć podatki i składkę rentową. Teraz przed podobną perspektywą stoi Donald Tusk. Jeśli Bronisław Komorowski wygra wybory i nie wypowie mu posłuszeństwa – co oczywiście nie jest wykluczone – premier znajdzie się w sytuacji polityka, który skupi w swoich rękach faktycznie potężną władzę, znacznie potężniejszą od władzy szefa rządu i przewodniczącego największej partii.

Ba, w gruncie rzeczy będzie to władza jeszcze większa od tej, jaką w latach 2005 – 2007 sprawował Jarosław Kaczyński. Bo Kaczyński miał przeciw sobie większość establishmentu oraz mediów, a Tusk ma tę większość za sobą.

Zasadne więc wydaje się pytanie: jak Donald Tusk tę gigantyczną władzę wykorzysta.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop