Posts Tagged „Europa”<

Europa kontra Europa

4 paź 2010

Ubiegły tydzień przyniósł kolejne dowody na istnienie co najmniej dwóch Europ.

Jedna – symbolizowana przez demonstracje przeciw koniecznym do ratowania finansów publicznych cięciom budżetowym i podwyżkom podatków – to ta sięgająca od Lizbony i Barcelony po Warszawę oraz od Aten i Rzymu po Dublin. Ta, która w ostatnią środę manifestowała na ulicach dziesiątek miast w ramach Europejskiego Dnia Akcji, która w liczbie ponad 50 tysięcy demonstrantów zjechała do Brukseli z większości krajów Unii, by tam domagać się unicestwienia oszczędnościowych planów rządów.

I druga Europa, która objawiła się w miniony weekend na Łotwie i na Węgrzech, gdzie ekipy polityczne, które zdobyły się na odwagę wprowadzenia planów oszczędnościowych, uzyskały od wyborców silny mandat do kontynuowania podjętych reform.

Na Łotwie blok Jedność premiera Valdisa Dombrovskisa i jego koalicjanci otrzymali w wyborach parlamentarnych 60 proc. głosów, co zapewni im aż 63 miejsca w 100-osobowej izbie. Natomiast na Węgrzech spektakularne zwycięstwo w wyborach samorządowych odniósł centroprawicowy Fidesz Viktora Orbana, który od tej pory będzie rządził w 22 z 23 głównych miast.

A przecież Orban od czasu kwietniowych, zwycięskich wyborów parlamentarnych nie unika podejmowania trudnych decyzji. Zapowiedział na przykład zamrożenie wydatków budżetowych i obniżenie płac pracowników sektora państwowego, wprowadzenie podatku bankowego oraz trzymanie w ryzach (na poziomie 3,8 proc.) deficytu budżetowego.

Na prawdziwie drakońskie posunięcia zdecydował się natomiast gabinet Dombrovskisa, ale też sytuacja Łotwy była naprawdę katastrofalna; dość wspomnieć, że jej PKB spadł w 2009 roku o 18 proc. Zmagając się z kryzysem, zwolniono więc kilkanaście tysięcy urzędników, radykalnie obniżono uposażenia pracowników sfery budżetowej, podniesiono podatki.

Co ciekawe, gdy w ubiegłym tygodniu obywatele jednych państw Europy protestowali przeciw rządowym zapowiedziom cięć wydatków publicznych i wzrostu podatków, a obywatele innych nagradzali swoich rządzących nowym mandatem wyborczym, w Islandii zdecydowano o postawieniu przed sądem byłego premiera tego kraju Geira Haarde i jego trzech ministrów za dopuszczenie do głębokiego kryzysu finansowego państwa.

Czyżby rzeczywiście nadchodził w Europie czas, gdy oprócz ponoszenia przez rządzących polityków – za jakość sprawowania przez nich władzy – odpowiedzialności politycznej będą oni musieli się liczyć także z ryzykiem odpowiedzialności prawnej?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszystkie dzieci minister Katarzyny Hall

21 wrz 2010

Reforma zaordynowana sześciolatkom przed ponad rokiem przez minister edukacji narodowej Katarzynę Hall – nakładająca na nie obowiązek szkolny – stopniowo wchodzi w życie. Tym samym Polska powoli dołącza do licznej rodziny krajów Europy, w których dzieci zaczynają przygodę ze szkołą wcześniej niż w naszym państwie. Bo w wieku sześciu lat – w Austrii, Belgii, Czechach, Francji, Grecji, Hiszpanii, Irlandii i na Litwie, w Niemczech, Norwegii, Portugalii, Rumunii, Słowacji, Słowenii i we Włoszech.

W wieku pięciu lat – w Anglii, Walii i Szkocji oraz w Holandii, na Węgrzech i na Łotwie.

A w wieku zaledwie czterech lat – w Irlandii Północnej i w Luksemburgu.

Na razie polskie sześciolatki mogą iść do pierwszej klasy na zasadzie dobrowolności – za zgodą rodziców oraz dyrektora szkoły. I to tylko pod warunkiem objęcia ich rok wcześniej wychowaniem przedszkolnym albo otrzymania opinii psychologiczno-pedagogicznej potwierdzającej ich dojrzałość szkolną.

Już 1 września 2012 r. dobrowolność zastąpi obowiązek – wszystkie sześciolatki trafią do szkół. A co najmniej rok wcześniej do przedszkoli. I między innymi z tym właśnie jest problem.

Z raportu przygotowanego przez urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej dla Sejmu wynika bowiem, że liczba dzieci uczęszczających do przedszkoli co prawda rośnie szybko, a właściwie bardzo szybko, ale wciąż jeszcze jedna czwarta pięciolatków nie ma tej sposobności.

A za niespełna rok będą musiały ją mieć wszystkie, jeśli 1 września 2012 r. – już jako sześciolatki – mają zasiąść w szkolnych ławkach.

Najtrudniej jednak z raportu MEN wyczytać, jak sześciolatki radzą sobie w szkołach, a pięciolatki – w przygotowujących je do nauki oddziałach przedszkolnych. Można się jedynie domyślać, że nie jest to żaden wielki sukces, skoro zaledwie 44 proc. dyrektorów przedszkoli różnych typów deklaruje, iż nauczyciele uwzględniają zalecane w podstawie programowej proporcje czasu przeznaczone między innymi na zabawę, zajęcia na świeżym powietrzu i różnego typu zajęcia dydaktyczne. Wątpliwości budzi też wpływ na rozwój małych dzieci tych przedszkoli, które działają w szkołach.

Oj, obyśmy nie wylali naszych dzieci z kąpielą.

Przeczytaj także:

„Przerwane dzieciństwo” oraz „Coraz więcej małych dzieci zaczyna naukę”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Liczę, że nie dotrzymają słowa

30 cze 2010

Jeszcze ze dwie-trzy takie kampanie wyborcze i nie uda się nam zmienić w Polsce niczego, czego zmienienie jest niezbędne, aby nasz kraj nie tyle stał się na powrót tygrysem gospodarczym Europy (bo to już chyba, niestety, nierealne), ile po prostu nie stracił elementarnej wiarygodności ekonomicznej i politycznej. I – w rezultacie – któregoś dnia po prostu kolejny raz (jak w 1989 roku) nie zbankrutował.

Albowiem do tej pory nasi super kandydaci Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński – mniej czy bardziej zgodnie – zdążyli zapewnić, że są przeciwni głębokiej reformie KRUS, rychłemu zredukowaniu przywilejów emerytalnych żołnierzy i policjantów oraz szybkiemu wydłużeniu wieku emerytalnego, a może nawet w ogóle nie chcą go wydłużać. A więc, jeśli dobrze rozumiem, zapowiedzieli, że do tych, coraz pilniejszych, reform w naszym kraju nie dojdzie, bo je zawetują. Co by oznaczało, że Polska właśnie straciła szansę na uratowanie zdewastowanych finansów publicznych przed załamaniem.

Obaj kandydaci – pospołu, lecz z różnych powodów – próbują też obrzydzić nam prywatyzację służby zdrowia. Choć przecież właśnie bez tej sprywatyzowanej dawno byśmy źle skończyli, o czym doskonale wiedzą miliony pacjentów korzystających – w ramach NFZ! – z usług 20 tys. prywatnych placówek służby zdrowia (tylko 6 tys. pozostało państwowych), w tym z usług 140 prywatnych, a w każdym razie niepublicznych szpitali (na 780 wszystkich zarejestrowanych). Manifestowana przez pretendentów do urzędu prezydenckiego niechęć do prywatyzacji placówek służby zdrowia może więc nas bardzo drogo kosztować?

A ile będzie Polskę, czyli nas wszystkich, kosztować utrata wiarygodności u naszych sojuszników z NATO? Któż bowiem w przyszłości poważnie potraktuje jakiekolwiek zobowiązanie Polski, w sytuacji, gdy urzędujący marszałek Sejmu wykonujący obowiązki głowy państwa (Bronisław Komorowski) dla zyskania poparcia w kampanii wyborczej, ot tak, z piątku na sobotę, jest w stanie zmienić strategię Polski i złożyć obietnicę szybkiego wycofania naszych wojsk z Afganistanu?

Po takich kampaniach wyborczych jak ta (a przypominam, kolejne dwie przed nami), pozostaje tylko w skrytości ducha mieć nadzieję, że kandydaci w ferworze przedwyborczych starć oszczędnie gospodarowali prawdą. Czyli – mówiąc wprost – liczyć na to, że nie zamierzają dotrzymać zobowiązań.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Balcerowicz musi wrócić

9 maj 2010

Nadzwyczajne zagrożenia – jak te, przed którymi stoi teraz co najmniej kilka państw Europy, a wraz z nimi cała Europa – wymagają nadzwyczajnych działań

Właśnie dlatego Leszek Balcerowicz (rzecz jasna, jeśli na to by się zgodził) powinien czym prędzej zostać powołany na stanowisko ministra finansów (i jednocześnie wicepremiera) w rządzie Donalda Tuska.

Po pierwsze jego powszechnie znana determinacja w dążeniu do naprawy finansów publicznych byłaby dla rynków finansowych czytelnym sygnałem rosnącej determinacji władz Polski w sprawie uzdrowienia stanu kasy państwa.

Wizerunek naszego kraju z pewnością bardzo szybko by na tym wiele zyskał, co w tych dniach, tygodniach i miesiącach jest nie do przecenienia. Wizerunek, dodajmy, nadszarpnięty zdecydowanie zbyt małą konsekwencją naszych rządów (właściwie wszystkich, włącznie z poprzednim gabinetem Jarosława Kaczyńskiego i obecnym – Donalda Tuska) w realizowaniu wciąż jedynie zapowiadanych reform finansów Polski.

Po drugie niewiele później – mam nadzieję – obecność Leszka Balcerowicza w rządzie walnie zwiększyłaby szanse na przeprowadzenie rzeczywistej (a nie – jak do tej pory – głównie retorycznej, czyli pozorowanej) reformy finansów publicznych.

W każdym razie – czego uczy doświadczenie – faktyczny nacisk na mało zdecydowanego w tej kluczowej dla przyszłości Polski kwestii premiera Donalda Tuska, na polityków tradycyjnie antyreformatorskiego PSL oraz na prezydenta (ktokolwiek by nim w nadchodzących wyborach został wybrany) z pewnością za sprawą ministra finansów Leszka Balcerowicza wydatnie by wzrósł.

A czyż nie o to właśnie powinno nam wszystkim teraz najbardziej chodzić, żeby błyskawicznie przystąpić do naprawy finansów naszego państwa? Po to, by Polska nie wpadła w otchłań kolejnego dołka kryzysu. Dołka, na krawędzi którego od paru miesięcy balansuje kilka krajów Europy dotkniętych epidemią nie czego innego przecież, jak zrujnowanych finansów publicznych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop