Posts Tagged „edukacja”<

Polska nauka na (nie)wolnym rynku

9 sty 2011

Na pytanie, dlaczego polscy naukowcy są – przeciętnie – klasyfikowani niżej od swoich kolegów ze Stanów Zjednoczonych oraz państw Europy Zachodniej, od lat pada z ust zainteresowanych niezmiennie ta sama odpowiedź: z powodu niedostatku pieniędzy w naszym systemie nauki.

I w odpowiedzi tej jest sporo prawdy. Sporo, czyli mniej więcej połowa. Bo druga połowa sprowadza się do niedostatku mechanizmów, w znacznej mierze rynkowych, które prowadziłyby do takiego lokowania tych pieniędzy, którymi dysponujemy, żeby ustawicznie promować najlepszych naukowców, a pozbawiać pracy (i płacy) najgorszych. Tak jak to się dzieje w tych państwach Europy, które górują nad nami pod względem liczby i jakości osiągnięć swoich naukowców.

Tego, że takie mechanizmy w Polsce wciąż nie funkcjonują (lub funkcjonują źle), dowodzą wyniki takich raportów jak ten sporządzony przez firmę Ernst & Young, przygotowany w oparciu o dane z niemal 300 uczelni w siedmiu krajach Europy.

Polscy badacze wypadają na tle swoich kolegów z innych państw słabo albo wręcz bardzo słabo. Publikują w uznanych międzynarodowych czasopismach naukowych znacznie rzadziej od nich – na przykład od niemieckich nauczycieli akademickich dwa razy, a od włoskich aż ponad trzy razy rzadziej. A wyniki ich prac są znacznie rzadziej cytowane. Wreszcie, polscy nauczyciele akademiccy patentują dużo mniej wynalazków od kolegów z konkurujących z nami krajów.

Wszelako trudno winą za marnie działający system obarczać jego uczestników. Może więc z polską nauką jest trochę tak jak z polskimi kolejami i autostradami. Może to politycy kolejno rządzący Polską, którzy nie potrafili stworzyć mechanizmów sprzyjających unowocześnianiu naszych kolei i szybkiemu budowaniu autostrad, nie umieli też stworzyć mechanizmu sprzyjającego stałej poprawie jakości polskiej nauki i szkolnictwa wyższego? Co oczywiście wymagałoby od nich nie tylko wiedzy o tym, jak to uczynić, ale też odwagi do przeciwstawiania się resortowym lobbies, które zazwyczaj są zainteresowane utrzymaniem wygodnego dla nich (i z reguły popłatnego) status quo.

W tej sytuacji nie pozostaje nam na razie nic innego jak tylko mieć nadzieję, że wprowadzane właśnie w życie reformy polskiej nauki oraz polskiego szkolnictwa wyższego, przygotowane przez ekipę minister Barbary Kudryckiej – zawierające potrzebne rozwiązania prorynkowe – okażą się tym skutecznym lekiem na niemoc polskiej nauki.

I zamiast (jak dotąd) premiować średniactwo, pomogą wyzwalać twórcze moce u najlepszych z najlepszych polskich naukowców.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polskie uczelnie europejskie

6 paź 2010

Szkoły wyższe działające w państwach Unii Europejskiej – w tym, oczywiście, w Polsce – mają w najbliższym czasie tak zmienić swój sposób kształcenia, aby jego efekty były porównywalne w ramach całej Wspólnoty.

Obrazowo mówiąc, z absolwentami europejskich uczelni ma być za kilka lat tak, że niezależnie od tego, którą skończą szkołę, będzie wiadomo, czego można się po nich spodziewać, co wiedzą i co potrafią.

Ale to tylko jedno z wymagań, które również na nasze uczelnie nakładają rozwiązania zaaprobowane przez Parlament Europejski w 2008 roku. Drugim jest inna zasadnicza odmiana: konieczność podporządkowania filozofii kształcenia zdobywaniu umiejętności, którymi ma się móc wykazać absolwent każdej uczelni. To jedno z kluczowych zaleceń dokumentu, który za kilka tygodni trafi do wszystkich szkół wyższych w Polsce, a do którego już dotarła „Rz”.

– Dotąd ważniejsze były tzw. standardy kształcenia, czyli informacja o tym, jakie przedmioty student zaliczył i ile godzin na to przeznaczył. Teraz będzie to sprawą drugorzędną, bo najważniejsze ma być to, co student osiągnął, biorąc udział w zajęciach – konkluduje w rozmowie z „Rz” rektor Uniwersytetu Warszawskiego prof. Katarzyna Chałasińska-Macukow.

A więc uczelnia jako miejsce zdobywania wiedzy, która powinna (musi?) służyć (wyłącznie?) zdobywaniu umiejętności. Absolwenci takich europejskich uczelni będą podczas studiów mobilizowani do nabywania umiejętności uczenia się przez całe życie, pracy w zespole, skutecznego komunikowania się w grupie, przedsiębiorczości.

Jakie z tego płyną wnioski dla Polski? Nasze szkoły wyższe plasują się w rankingach najlepszych uczelni świata zawstydzająco nisko, bo dopiero w czwartej setce. Co, niestety, w pewnym uproszczeniu oznacza, że jakość polskiego kształcenia też jest podobnej, nie najwyższej próby.

W tej sytuacji naprawdę nie warto kruszyć kopii o to, czy zmiany są polskiemu systemowi kształcenia wyższego potrzebne czy też nie. Bo oczywiście są potrzebne. I to im szybciej, tym lepiej.

Dobrze byłoby jednak, gdyby przy okazji ich przeprowadzania nie pozbyto się tego, co w naszych szkołach wyższych szczególnie cenne, oryginalne – osobne i niepowtarzalne, a co nie musi się mieścić w zaproponowanym euromodelu. Czyli – najogólniej mówiąc – tego wszystkiego, co odróżnia na przykład Uniwersytet Warszawski od Jagiellońskiego, jak odróżnia na przykład Harvard od Oxfordu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszystkie dzieci minister Katarzyny Hall

21 wrz 2010

Reforma zaordynowana sześciolatkom przed ponad rokiem przez minister edukacji narodowej Katarzynę Hall – nakładająca na nie obowiązek szkolny – stopniowo wchodzi w życie. Tym samym Polska powoli dołącza do licznej rodziny krajów Europy, w których dzieci zaczynają przygodę ze szkołą wcześniej niż w naszym państwie. Bo w wieku sześciu lat – w Austrii, Belgii, Czechach, Francji, Grecji, Hiszpanii, Irlandii i na Litwie, w Niemczech, Norwegii, Portugalii, Rumunii, Słowacji, Słowenii i we Włoszech.

W wieku pięciu lat – w Anglii, Walii i Szkocji oraz w Holandii, na Węgrzech i na Łotwie.

A w wieku zaledwie czterech lat – w Irlandii Północnej i w Luksemburgu.

Na razie polskie sześciolatki mogą iść do pierwszej klasy na zasadzie dobrowolności – za zgodą rodziców oraz dyrektora szkoły. I to tylko pod warunkiem objęcia ich rok wcześniej wychowaniem przedszkolnym albo otrzymania opinii psychologiczno-pedagogicznej potwierdzającej ich dojrzałość szkolną.

Już 1 września 2012 r. dobrowolność zastąpi obowiązek – wszystkie sześciolatki trafią do szkół. A co najmniej rok wcześniej do przedszkoli. I między innymi z tym właśnie jest problem.

Z raportu przygotowanego przez urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej dla Sejmu wynika bowiem, że liczba dzieci uczęszczających do przedszkoli co prawda rośnie szybko, a właściwie bardzo szybko, ale wciąż jeszcze jedna czwarta pięciolatków nie ma tej sposobności.

A za niespełna rok będą musiały ją mieć wszystkie, jeśli 1 września 2012 r. – już jako sześciolatki – mają zasiąść w szkolnych ławkach.

Najtrudniej jednak z raportu MEN wyczytać, jak sześciolatki radzą sobie w szkołach, a pięciolatki – w przygotowujących je do nauki oddziałach przedszkolnych. Można się jedynie domyślać, że nie jest to żaden wielki sukces, skoro zaledwie 44 proc. dyrektorów przedszkoli różnych typów deklaruje, iż nauczyciele uwzględniają zalecane w podstawie programowej proporcje czasu przeznaczone między innymi na zabawę, zajęcia na świeżym powietrzu i różnego typu zajęcia dydaktyczne. Wątpliwości budzi też wpływ na rozwój małych dzieci tych przedszkoli, które działają w szkołach.

Oj, obyśmy nie wylali naszych dzieci z kąpielą.

Przeczytaj także:

„Przerwane dzieciństwo” oraz „Coraz więcej małych dzieci zaczyna naukę”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop