Posts Tagged „Bronisław Komorowski”<

Niestety, prezydent nie zastąpił opozycji

8 lis 2011

Jeśli ktoś miał jeszcze choćby cień nadziei, że Bronisław  Komorowski stanie się w nowej kadencji parlamentu motorem napędowym polskich reform, wymuszającym na kunktatorskim rządzie  przeprowadzanie takich  zdecydowanych zmian, które pomogłyby ustrzec Polaków przed grożącymi nam  poważnymi turbulencjami  gospodarczymi, od wczoraj wie, że tak najprawdopodobniej, niestety, nie będzie.

W każdym razie w swym sejmowym orędziu szef państwa ograniczył się w tej kluczowej sprawie do wygłoszenia kilku dość ogólnie brzmiących zapewnień, jak choćby to: „Odpowiedzią  Polski na kryzys powinny stać się działania zmierzające do wzmocnienia bezpieczeństwa finansowego, do redukcji długu publicznego i do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki”. A także do  zaproponowania paru  obszarów wartych publicznej debaty, między innymi  kwestii podniesienia wieku emerytalnego, który to  przecież problem w niejednym państwie ogarniętej kryzysem Unii Europejskiej został już jakiś czas temu po prostu – z korzyścią dla przyszłości tych krajów – rozwiązany.

I o ile jeszcze – od biedy  – można było zrozumieć powściągliwość prezydenta  w zachęcaniu rządu Donalda Tuska do reformatorskiego wysiłku w końcówce poprzedniej kadencji,  a więc przed wyborami,  o tyle teraz jest to już  naprawdę zupełnie  niezrozumiałe. Zwłaszcza  w kontekście jego niektórych wcześniejszych deklaracji, choć – to fakt – nigdy nie były one dostatecznie jednoznaczne.

Niechęć Bronisława  Komorowskiego do energicznego zachęcania powstającego rządu do szybkiego  forsowania niezbędnych zmian martwi tym bardziej, że w rezultacie ostatnich  wyborów Polska w istocie  – przynajmniej czasowo  – utraciła opozycję zdolną  do wypełniania z pożytkiem dla państwa swoich powinności wobec rządzącej  większości. Zarówno Prawo  i Sprawiedliwość, jak i Sojusz Lewicy Demokratycznej  na razie zajęte są niemal  wyłącznie same sobą, a nam wszystkim czas nieubłaganie umyka.

W tej sytuacji – obawiam  się – rolę żandarma goniącego nowy rząd Tuska do naprawiania dziurawej kasy państwa, chcąc nie chcąc,  odegrają pewnie agencje  ratingowe i rynki finansowe.

A ich lekcje, jak uczy dawne i całkiem nowe doświadczenie wielu krajów, są dla podatników wyjątkowo kosztowne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dziennikarze przeciw politycznej presji

19 lip 2011

Wtorkowe zamieszanie wokół złożonej przez dyrektor Programu I TVP Iwonę Schymallę rezygnacji, której jedną z faktycznych przyczyn – jak wynika z informacji „Rz“ – mogły być naciski na telewizyjne „Wiadomości“, to kolejny dowód na to, że politykom rządzącej telewizją koalicji (Platforma, PSL i SLD) nigdy dość wpływu na media. Nie wystarczy im posłanie swoich zaufanych do władz medialnych spółek. Muszą jeszcze ręcznie sterować każdą anteną, a najlepiej każdym programem, zwłaszcza informacyjnym.

Tym razem miało pójść o presję ze strony tych ludzi prezydenta RP, których zdaniem w „Wiadomościach“ zbyt rzadko eksponuje się Bronisława Komorowskiego.

Niestety, to, co się dzieje w TVP, jest jedynie wycinkiem rzeczywistości, na którą składają się złe praktyki polityków na polskim rynku medialnym. Praktyki, które są jednoznacznie negatywnie oceniane przez instytucje zajmujące się badaniem stopnia realizacji idei wolności słowa. Sprawia to, że Polska wciąż zajmuje niepokojąco niską pozycję zarówno w rankingu wolności prasy przygotowywanym przez Freedom House (wyprzedzają nas m.in. Papua-Nowa Gwinea, Vanuatu, Surinam, Trynidad i Tobago), jak i w rankingu wolności prasy organizacji Reporterzy bez Granic (wyprzedzają nas m.in. Namibia, Mali, Kostaryka, Ghana i Jamajka).

Na pewno warto przy tej okazji zacytować również fragment opublikowanego  przez tygodnik „The Economist“ raportu o stanie demokracji za rok 2010, w którym stwierdzono między innymi: „Na przykład w Polsce rząd czyni wysiłki, aby podporządkować publicznych nadawców bezpośrednio ministrowi skarbu oraz ograniczyć ich udział w rynku na rzecz przyjaznych władzy prywatnych korporacji medialnych. Zdarzają się kontrowersyjne decyzje sądowe naruszające wolność wypowiedzi oraz nękanie dziennikarzy śledczych przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego“.

Te oceny i ostatni incydent w TVP utwierdzają w przekonaniu, że wolność prasy nie jest wartością daną raz na zawsze. I że nieustannie należy się o nią troszczyć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Bronisław Komorowski odciął się od Platformy

15 cze 2010

Jak tak dalej pójdzie, to pewnie do końca życia będziemy się musieli leczyć (pod warunkiem że uda nam się dożyć swej kolejki) w przeważnie zaniedbanych, przeważnie kiepsko zarządzanych szpitalach państwowych. Taki wniosek płynie z toczącej się w Polsce kampanii wyborczej.

Oto bowiem kandydat na prezydenta i zarazem członek Platformy Obywatelskiej Bronisław Komorowski zarzucił swemu konkurentowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że kłamstwem jest przypisywanie mu opowiadania się za prywatyzacją szpitali.

Na razie nie wiadomo, w jaki sposób Bronisław Komorowski uwolnił się od programu PO. Zaparł się jego części? Odciął się odeń całkowicie? Po cichu zawsze był odmiennego zdania? Czy też po prostu z PO niepostrzeżenie wystąpił? Ba, nie wiadomo, czy proces ten dotyczy tylko tego jednego członka Platformy Obywatelskiej czy też większej ich liczby? A może cała PO diametralnie zmieniła swój program i tylko zapomniała o tym powiadomić wyborców i sympatyków?

W każdym razie w podstawach programu politycznego Platformy Obywatelskiej z 2007 roku w rozdziale „Narodowy program ochrony zdrowia” stoi czarno na białym (przepraszam za przydługi cytat): „Szpitale rządzą się takimi samymi zasadami rachunku ekonomicznego jak inne podmioty gospodarcze. (…) Niestety, podobnie jak w przypadku np. przedsiębiorstw państwowych nadzór właścicielski sprawowany przez podmioty państwowe nie sprzyja efektywnemu zarządzaniu w służbie zdrowia. Prywatyzacja będzie służyła poprawie efektywności, a więc podniesieniu jakości usług oraz obniżaniu ich kosztu. Nie ma powodów, aby szpitale nie były normalnymi przedsiębiorstwami nadzorowanymi przez właścicieli za pośrednictwem rad nadzorczych, które – w trosce o zapewnienie wysokiej rentowności – zatrudniałyby najlepszych dostępnych menedżerów”.

Święte słowa. I wielka szkoda, że znów stały się bezpartyjne, bo w tej – nowej dla nich – sytuacji ich szansa na zmaterializowanie się spada do zera. A nam, pacjentom, pozostaje wypatrywać mężnych mężów stanu, którzy wreszcie odważą się usprawnić, czyli sprywatyzować, to, co sprawne, czyli prywatne, być powinno. Ciekawe, komu z nas uda się tego doczekać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O czym uparcie milczą Komorowski i Kaczyński

13 cze 2010

Bronisław Komorowski próbuje zakneblować usta Jarosławowi Kaczyńskiemu. Zarówno sam kandydat PO jak też jego sztabowcy oburzają się wypowiedzią kandydata PiS, który na wiecu w Lublinie dowodził, że od konkurenta z Platformy mocno różni go stosunek do prywatyzacji służby zdrowia; on jest przeciw prywatyzacji, a jego główny rywal – za.

Zamiast przedstawić swój pogląd w sprawie prywatyzacji służby zdrowia, sztab Komorowskiego domaga się przeprosin i grozi, że jeśli się ich nie doczeka, pozwie Kaczyńskiego. To fatalny obyczaj zamykania konkurentom ust tam, gdzie powinny one być szeroko otwarte. Bo przecież na czym, jeśli nie właśnie na wymianie pomysłów na rozwiązanie problemów, z którymi zmagają się obywatele kraju, powinna polegać kampania wyborcza.

Ale główni pretendenci do najwyższego urzędu w państwie starają się milczeć jak zaklęci nie tylko w sprawie służby zdrowia.

Wciąż nie możemy od nich usłyszeć, jak każdy z nich – już jako prezydent – zamierza się zachowywać na przykład w kwestii spodziewanej aktywności rządu w uzdrawianiu zrujnowanych finansów publicznych naszego państwa. A posunięć niezbędnych i zarazem mocno niepopularnych, bo naruszających wiele grupowych interesów, czeka nas w najbliższych trzech-czterech latach co niemiara. Znakomicie to widać po coraz mocniej zaciskających pasa Niemczech, Grecji, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Węgier czy Estonii.

A więc, czy Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński zamierzają te trudne decyzje polskiego rządu (które oby wreszcie się pojawiły) wspierać, czy też hamować, korzystając z silnego prezydenckiego weta?

Czy – mówiąc konkretnie – poprą czasowe zamrożenie lub wręcz obniżkę płac w sferze budżetowej? Czy zaaprobują decyzję o obniżeniu tempa waloryzacji rent i emerytur? Czy spotka się z ich akceptacją pomysł odebrania większości przywilejów emerytalnych żołnierzom, policjantom, górnikom oraz rolnikom? Ale też, czy wesprą działania zmierzające do zrównania rolników w prawach z pozostałymi obywatelami RP, czyli sprawienia, by płacili oni na ogólnych zasadach nie tylko składki emerytalne i rentowe, lecz również składki zdrowotne i przede wszystkim podatek od dochodów osobistych? Wreszcie, czy Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński poprą ideę przesuwania wieku emerytalnego, czyli wydłużania czasu pracy niezbędnego do otrzymania świadczeń na starość?

Bez sprostania tym wyzwaniom Polska, zamiast na powrót stać się tygrysem regionu, którym była ledwie kilka lat temu, na zawsze pozostać może jeszcze jednym peryferyjnym krajem Unii Europejskiej, który niestety coraz bardziej zaczyna przypominać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pierwszy egzamin zdany. Przed nami drugi

16 kwi 2010

W tych dniach możemy być dumni z polskich polityków. Zdali egzamin z państwa, dając dowód ogromnej odpowiedzialności, potrafiąc wznieść się ponad naturalne w warunkach demokracji podziały, zawiesić spory i wspólnie działać w celu zażegnania kryzysu państwa oraz przeprowadzenia narodu przez trudny czas żałoby

Egzamin zdali pospołu politycy koalicji rządzącej i opozycji. I naprawdę nie jest ważne, czy zrobili to, kierując się głębokim współczuciem czy kalkulacją polityczną, czy też jednym i drugim.

Pełniący od soboty obowiązki głowy państwa marszałek Sejmu Bronisław Komorowski zdaje się dokładać wszelkich starań, aby zagwarantować niezakłócone funkcjonowanie instytucji, które straciły w katastrofie swoich szefów, a jednocześnie nie ulec pokusie pospiesznego obsadzania przedwcześnie opuszczonych stanowisk.

Egzamin zdał rząd Donalda Tuska, który w tych ekstremalnych warunkach administruje Polską, zapewniając państwu stabilność. A jednocześnie we współpracy z Kancelarią Prezydenta RP i hierarchią kościelną przeprowadza gigantyczną operację godnego sprowadzenia do kraju ciał ofiar katastrofy, uczczenia ich i pochowania.

Wreszcie egzamin zdał osobiście premier Tusk – zarówno w dniu tragedii, jak i w kolejnych, które po nim nastąpiły.

Ale przed naszymi politykami drugi i następne egzaminy. Ich zaliczenie byłoby najlepszym sposobem czczenia pamięci ofiar katastrofy pod Smoleńskiem.

Politycy koalicji już przecież stoją przed pokusą przejęcia pełnej kontroli nad instytucjami, które w tragicznych okolicznościach zostały pozbawione szefów. A marszałek Komorowski – również przed pokusą automatycznego podpisywania wszystkich ustaw.

Natomiast politycy wszystkich opcji wkrótce staną przed pokusą powtórnego zmienienia walki politycznej w piekło. Po cichu jednak liczę (może naiwnie) na to, że uda się im nie zapomnieć lekcji, którą wyciągnęliśmy z tego, co się wydarzyło, i zachowywać się wobec ludzi tak, aby potem (gdyby niespodziewanie odeszli) nie musieć żałować swych słów i czynów, za które nie będzie już można przeprosić obrażonych, a o wybaczenie błagać będzie można jedynie Boga. Tylko tyle i aż tyle.

Tego zaś, żeby tak się stało – mam nadzieję – dopilnują wyborcy, którzy wreszcie sprawią, że właśnie takie zachowanie będzie w polskiej polityce najwyżej premiowane.


Do uczestników dyskusji:

Ze względu na trwającą żałobę narodową prosimy o większą niż zwykle staranność i delikatność publicystyczną. W ten sposób wyrazimy szacunek dla tragicznie zmarłych, ich rodzin oraz pogrążonych w bólu i smutku Polaków.

Dziękujemy za nadesłane komentarze i serdecznie zapraszamy do portalu rp.pl

moderatorzy@rp.pl
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Majstersztyk Lecha Kaczyńskiego

8 kwi 2010

Po politycznym majstersztyku PO, czyli prawyborach, mamy do czynienia z politycznym majstersztykiem Lecha Kaczyńskiego, zafundowanym nam z premedytacją albo przez przypadek – na skutek braku ostatecznych decyzji prezydenta w sprawach kandydowania na drugą kadencję i podróży do Moskwy. A kolejne, sprzeczne przecieki tylko podgrzewają atmosferę

W każdym razie podobnie jak Platforma Obywatelska, która za pomocą prawyborów ukradła show Lechowi Kaczyńskiemu i na wiele tygodni posłała go w medialny niebyt, tak teraz prezydent przyćmił Bronisława Komorowskiego, kandydata PO do najwyższego urzędu w państwie.

Bo czy ktoś w ciągu ostatnich dwóch tygodni interesował się tym, co robi lub mówi teraz, albo zamierza (lub nie zamierza) uczynić Bronisław Komorowski już jako ewentualna głowa państwa? Ani trochę.

Za to niejasności towarzyszące terminowi ogłoszenia faktu kandydowania przez Lecha Kaczyńskiego, ba, pojawiające się z różnym natężeniem spekulacje, że może on w ogóle nie wystartować w wyborach, a jeszcze bardziej przesuwanie terminu ogłoszenia decyzji dotyczącej jego udziału w moskiewskich uroczystościach 9 maja – na wiele dni przykuły uwagę mediów. Skutecznie odciągając ją od kandydata Platformy.

W dodatku – tak samo jak w przypadku prawyborów w PO, mamy do czynienia ze starciem racji, tym razem w Prawie i Sprawiedliwości. Na domiar jest to chyba spór ostrzejszy, niż ten, który podzielił polityków Platformy w czasie prawyborczej kampanii. Są ci za i ci przeciw lotowi Lecha Kaczyńskiego do Moskwy, są ci za i ci przeciw zabraniu przez niego na pokład polskiego Air Force One gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

Inna sprawa, że z punktu widzenia prawdziwej polityki majstersztyk prezydenta wart jest dokładnie tyle samo, co majstersztyk PO – czyli nic, zero, null. Ale kto by się w erze dyktatury medialnej postpolityki zajmował i przejmował takimi archaicznymi drobiazgami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nadprezydent Tusk

7 kwi 2010

„Panie przewodniczący (Platformy Obywatelskiej), melduję wykonanie zadania!” – nawet jeśli Donald Tusk nie spodziewa się (lub wręcz nie chciałby) usłyszeć takiego meldunku z ust Bronisława Komorowskiego, po ewentualnych, wygranych przez niego wyborach prezydenckich, to bez wątpienia oczekuje, że ów nowy prezydent pozostanie politykiem mu uległym, a w każdym razie będzie się z nim liczył. Co, gdyby się ziściło, zapewniłoby Donaldowi Tuskowi pozycję nadprezydenta – nieformalnego zwierzchnika głowy państwa.

W pewnym sensie mieliśmy już w najnowszej historii Polski do czynienia z takim przypadkiem. W latach 2005 – 2007 najpotężniejszym politykiem w Polsce był Jarosław Kaczyński. Prezydentem był wówczas jego brat Lech, a on sam kontrolował znaczną część naszej sceny politycznej, w tym własny rząd, choć na początku na jego czele stał Kazimierz Marcinkiewicz.

I też w tym czasie udało się Jarosławowi Kaczyńskiemu przeforsować kilka kluczowych dla jego formacji projektów: zlikwidować WSI, powołać do życia CBA, wprowadzić twardy reżim lustracyjny, ale także obniżyć podatki i składkę rentową. Teraz przed podobną perspektywą stoi Donald Tusk. Jeśli Bronisław Komorowski wygra wybory i nie wypowie mu posłuszeństwa – co oczywiście nie jest wykluczone – premier znajdzie się w sytuacji polityka, który skupi w swoich rękach faktycznie potężną władzę, znacznie potężniejszą od władzy szefa rządu i przewodniczącego największej partii.

Ba, w gruncie rzeczy będzie to władza jeszcze większa od tej, jaką w latach 2005 – 2007 sprawował Jarosław Kaczyński. Bo Kaczyński miał przeciw sobie większość establishmentu oraz mediów, a Tusk ma tę większość za sobą.

Zasadne więc wydaje się pytanie: jak Donald Tusk tę gigantyczną władzę wykorzysta.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prawybór, czyli wybór?

21 mar 2010

Niezależnie od tego, kto wygra prawybory w PO – Bronisław Komorowski czy Radosław Sikorski – już wygrała je Platforma Obywatelska, która skutecznie, i to na wiele tygodni, zepchnęła w cień pozostałych pretendentów do fotela prezydenta Polski.

Wewnętrzne, ale zarazem publiczne prawybory – ciekawy eksperyment zafundowany nam przez PO przed następnymi wyborami prezydenckimi będzie musiał zostać rozważony przez władze innych partii. Nawet mimo że akurat te prawybory miały wiele wad.

W końcu, po pierwsze, zapewne w ogóle by do nich nie doszło, gdyby z kandydowania na prezydenta nie zrezygnował Donald Tusk. Po drugie, co to, u licha, za prawybory, jeśli nie mogą w nich wziąć udziału wszyscy chętni członkowie PO, a tylko dwaj, arbitralnie wskazani przez liderów Platformy. I wreszcie, po trzecie, mimo ostatniego, zagrzewającego konkurentów do walki wezwania szefa partii, cała przedwyborcza batalia przebiegała – zgodnie z wcześniejszymi sugestiami liderów PO – w sposób mało konfrontacyjny, co znacznie zmniejszyło jej wiarygodność.

Tak czy owak, prawybory w Platformie przechodzą do historii. Teoretycznie rzecz biorąc, z każdym tygodniem kolorów powinna nabierać prawdziwa kampania przed wyborami prezydenckimi, w której – według większości sondaży – liczyć się będą głównie kandydat PO oraz Lech Kaczyński. W praktyce jednak przed wszystkimi zepchniętymi do defensywy rywalami zwycięzcy prawyborów w Platformie stoi teraz bardzo trudne zadanie: przekonania wyborców, że mają im do zaoferowania coś znacznie atrakcyjniejszego niż pretendent wyłoniony przez PO.

W przeciwnym razie za kilka miesięcy, jesienią, okaże się, że o tym, kto zostanie następnym prezydentem RP, już wiosną, 25 marca 2010 roku, przesądzili członkowie Platformy Obywatelskiej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop