100 tysięcy urzędników Tuska

05 gru 2011

Nowy-stary szef rządu rzucił Polaków na pożarcie biurokracji

Doświadczenie uczy, że jeśli polityk Platformy Obywatelskiej zapowiada, iż czegoś nie zrobi, to wiadomo, że tego nie zrobi, a jeśli mówi, iż coś zrobi, to zapowiada. Przynajmniej tak było w pierwszej kadencji rządu Tuska. Jak będzie w drugiej, przekonamy się niebawem.

Tak się przedstawia najnowsza historia walki z plagą biurokracji. Premier w swych przemówieniach raz za razem zapowiadał radykalną redukcję administracji, po czym przychodziły dane za kolejny rok, z których wynikało, że urzędników nie tylko nie ubyło, ale przybyło.

W ciągu ostatnich dwóch lat politycy koalicji rządzącej regularnie deklarowali, że chcą zmniejszyć liczbę urzędników o 10 proc. Tymczasem wzrosła ona o niemal dwa razy tyle, bo 17 proc. (ponad 70 tys.). Natomiast w ciągu czterech lat rządów ekipy Tuska „wzbogaciliśmy się” o ponad 100 tys. urzędników, co oznacza wzrost wydatków na administrację rzędu 5–6 mld zł rocznie.

Wszystkich urzędników zatrudniamy dziś w Polsce (za własne, płacone przez każdego z nas, podatników, pieniądze) już ponad pół miliona. To dopiero armia, nieprawdaż? No, w każdym razie pięć razy liczniejsza od naszej armii, bo żołnierzy mamy z kolei już mniej niż 100 tys. i chyba cały czas ich ubywa. Na marginesie: wciąż trwa spór, co w pierwszej kadencji szło politykom PO sprawniej – demontaż armii czy rozbudowa armii urzędników.

Legendarną nieskuteczność rządu Platformy  w walce z hydrą biurokracji (choć i pozostałym gabinetom szło to niesporo) miała przełamać ustawa zakładająca zwolnienie 10 proc. pracowników administracji publicznej. Niestety, znów się nie udało. Tym razem na drodze do realizacji zapowiedzi Donalda Tuska stanęło legendarne brakoróbstwo jego rządu. Prezydent Bronisław Komorowski, gdy zauważył wady ustawy, postanowił odesłać ją do Trybunału Konstytucyjnego, a sędziowie podzielili jego obawę, że jest ona sprzeczna m.in. z konstytucyjną zasadą zaufania do państwa.

Koniec końców w projekcie ustawy budżetowej na przyszły rok na utrzymanie administracji przewidziano już niemal 27 mld zł. To tylko niewiele mniej (o 2 mld zł), niż wydajemy na naszą armię. A nowy premier Donald Tusk w swoim godzinnym exposé, podczas którego ścigał się z czasem w wymienianiu budżetowych cięć, postanowił nie powtarzać błędu starego premiera Donalda Tuska, więc na temat oszczędzania na urzędnikach ledwie się zająknął. Jednakże – to fakt! – nie przyznał im też żadnych podwyżek (tak jak żołnierzom i policjantom), a przecież mógł, a my i tak musielibyśmy za nie zapłacić.

 

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jak leczyć europejską chorobę

30 lis 2011

O ileż spokojniej wyglądałaby dziś Unia Europejska, a z tego powodu także reszta świata, gdyby nadal istniały niemiecka marka, włoski lir, grecka drachma i waluty innych państw UE, czyli gdybyśmy nie musieli się teraz zmagać z problemem eurolandu.

Dlatego wątpliwość: „jeszcze więcej Europy” czy też jednak „trochę mniej Europy” – w tym wypadku wydaje się bezprzedmiotowa. A debata nad tym, czy obecną niewydolność strefy euro leczyć, dużo bardziej ją integrując (m.in. w drodze powołania „rządu gospodarczego”), czy też – wręcz przeciwnie – doprowadzając do wykluczenia zeń najsłabszych krajów albo nawet do jej rozpadu, z każdym dniem coraz bardziej przypomina deliberowanie: gasić ogień benzyną czy wodą?

Europa potrzebuje dziś więc odważnych decyzji, pod warunkiem że będą one roztropne. A do takiego zestawu trudno zaliczyć te polegające na zachęcaniu do leczenia europejskiej choroby za pomocą tego samego środka, który miał wpływ na jej rozwój.

Unia Europejska pomyślana jako obszar wolnego handlu, jako obszar swobodnego przepływu ludzi, kapitałów, towarów i usług była i jest dobrze funkcjonującą platformą uzgadniania także narodowych interesów. Kryzys odsłonił jednak, że kolejny krok na drodze integrowania kontynentu – wprowadzenie euro – został zrobiony przedwcześnie, a z całą pewnością bez uwzględnienia konsekwencji przyjęcia wspólnej waluty przez tak wiele państwa o tak różnym poziomie rozwoju.

Dlatego pomysły apelowania teraz do Niemców o wzięcie odpowiedzialności za nieodpowiedzialne kraje czy o jak najszybsze stworzenie „rządu gospodarczego” wydają się tyleż nieodpowiedzialne, co po prostu nie do zrealizowania. Kto myśli inaczej, niech wskaże choćby jedną większość parlamentarną w którymkolwiek z państw UE, która – w imieniu swego suwerena, czyli narodu – jest skłonna zrzec się suwerenności gospodarczej (a więc także politycznej) na rzecz kogokolwiek – na przykład niewybieranej demokratycznie Komisji Europejskiej.

Dlatego zamiast tracić czas na zaklinanie rzeczywistości i powtarzanie mantry o potrzebie „pogłębiania” i „poszerzania” eurolandu, najwyższa pora poważnie się zastanowić, jak możliwie najbardziej bezboleśnie i bez strat dla samego projektu Unii Europejskiej cofnąć się do punktu wyjścia. Mam zresztą nadzieję, że taka dyskusja – niepublicznie – już się toczy.

Ale oczywiście uporanie się z tym problemem nie zmieni sytuacji zadłużonych ponad miarę państw. W żaden cudowny sposób nie wyzwoli ich od długów, które zaciągnęły. Choć może im odrobinę to zadanie ułatwi, bo odzyskają prawo do prowadzenia własnej polityki monetarnej. Wszelako jedynym ratunkiem dla nich jest natychmiastowe skończenie z życiem ponad stan i ułożenie się z wierzycielami albo ogłoszenie bankructwa.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cień szefa gabinetu cieni

28 lis 2011

Gdzie się podziała zapasowa załoga okrętu MS „Polska”?

Silne państwa to takie, które mają nie tylko silne rządy, ale też mocne gabinety cieni. W silnym państwie strategii koalicji rządzącej zawsze bowiem powinna towarzyszyć alternatywna koncepcja skonstruowana przez opozycję.

Czy w tych kategoriach da się o Polsce powiedzieć, że jest silnym państwem? Z pewnością nie. I Polska nie jest silnym państwem nie tylko dlatego, że miała (i nadal ma?) marny rząd, do niedawna niezdolny nawet do sformułowania pakietu rozwiązań, które należy zrealizować, aby uchronić nasz kraj przed drugą falą kryzysu, a teraz, kiedy zarys takiego planu – w exposé premiera – się pojawił, nie ma cienia gwarancji, że uda mu się go wprowadzić w życie. Polska nie jest silnym państwem także dlatego, że ma marną  opozycję, co jak na dłoni było widać np. w dniu prezentowania programu działania nowego gabinetu przez Donalda Tuska.

Otóż arcyważnemu – choćby ze względu na kryzysowe okoliczności – exposé szefa nowego-starego gabinetu nie towarzyszyło żadne równie ważne antyexposé nowego-starego lidera gabinetu cieni. Jarosław Kaczyński wypadł dość blado, powtarzając zestaw recept, które jego zdaniem miałyby uzdrowić sytuację gospodarczą Polski, choć naprawdę nic nie wskazuje na to, aby akurat te posunięcia mogły to spowodować. Bo przy dobrze znanej (także politykom PiS, mam nadzieję) wielkości długu polskich finansów publicznych ani podatek bankowy, ani uiszczany przez hipermarkety (nie wspominając o tym, że i tak zapłaciliby go przecież klienci banków i hipermarketów), ani żaden inny podatek wyłuskiwany z „głębokich kieszeni” (których siłą rzeczy jest niewiele) nie rozwiązałby nawet dziesiątej części problemów trapiących dziś finanse naszego państwa.

Ludzie poważnie traktujący sprawy Polski, niepokojący się o jej najbliższą i dalszą przyszłość na rujnowanym przez kryzys świecie, za nic nie mogli się dowiedzieć, jak wyglądałby dziś nasz kraj rządzony przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego, gdyby to PiS wygrał październikowe wybory. Dowiedzieli się za to, że szef tej partii zamierza bronić KRUS, czyli występować przeciw tym wszystkim Polakom, którzy jako podatnicy składają się na emerytury i renty dla rolników oraz płacą za nich składki zdrowotne.

Dla porządku dodam, że liderzy SLD, Ruchu Palikota i ziobryści wypadli tego dnia niewiele lepiej, ale te ugrupowania nie aspirują przecież (pierwsze już, a drugie i trzecie jeszcze) do miana alternatywnej dla rządzącej siły politycznej. Jakością swych oracji potwierdzili, że nie przez przypadek tak niewiele – relatywnie – znaczą dziś na scenie politycznej. Gdzie więc jest zapasowa załoga okrętu MS „Polska”?

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lekarska jakość kontra bylejakość

25 lis 2011

Chyba niewielu z nas jest skłonnych tyle samo zapłacić za usługę wykonaną dobrze co za tę, która została wykonana źle.

I dotyczy to także usług medycznych, ale w tym wypadku często niezwykle trudno ocenić, jak dużo – w razie niepowodzenia zabiegu albo powikłań, które pojawiają się po jego wykonaniu – jest winy szpitala, a jak dużo – czynników, na które lekarze nie mieli wpływu.

Narodowy Fundusz Zdrowia opublikował raport o odsetkach powikłań występujących po operacjach wszczepienia endoprotezy w poszczególnych szpitalach.  W najgorszym z nich dotknęło to aż niemal co piątego  pacjenta.  Na razie NFZ nie zamierza uzależniać wysokości kontraktów podpisywanych ze szpitalami od jakości świadczonych przez nie usług,  ale z pewnością ten czas nadejdzie. Nadejdzie, jeśli funduszowi uda się opracować metody oceny jakości, które nie będą kwestionowane,  tak jak to się dzieje w tej chwili. A to nie będzie takie proste. Szefowie tych  placówek, które w raporcie wypadły najgorzej, zarzucają jego autorom, że stało się tak, albowiem oni – w odróżnieniu od dyrektorów pozostałych szpitali – dostarczają NFZ rzetelne informacje.

Cóż, tak jak nie ma systemu ochrony zdrowia, z którego zadowolona byłaby choćby tylko zdecydowana większość obywateli jakiegoś, nawet najbogatszego, państwa (nie mówiąc  o wszystkich obywatelach), tak nie ma jednej, w pełni skutecznej metody oceniania jakości świadczonych przez szpitale i przychodnie usług. Z całą pewnością  jednak istnienie scentralizowanego systemu ochrony zdrowia nas od stanu  choćby w miarę szerokiego zadowolenia ze służby zdrowia oddala, a nie doń  przybliża.

I tu dochodzimy do sedna: do niezrealizowanej przez Platformę Obywatelską obietnicy z kampanii wyborczej z 2007 roku podzielenia Narodowego Funduszu Zdrowia na kilka konkurujących ze sobą funduszy.  A gdyby jeszcze, co też zapowiadano, ułatwiono tworzenie prywatnych funduszy zdrowia, to ta sieć publicznych i prywatnych instytucji stojących na straży pieniędzy swoich i swoich klientów-pacjentów z całą pewnością dawno temu stworzyłaby (nie bez perturbacji, rzecz jasna) nie tylko system oceny jakości świadczonych w Polsce usług medycznych, ale także ich wartości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niemiecko-francuska Unia Europejska

21 lis 2011

Kryzysów nie lubię z wielu powodów. Ale lubię je co najmniej z jednego: odsłaniają prawdę

Prawdę o stanie przedsiębiorstw, całych gospodarek, państw oraz związków tych państw. Na przykład takich związków jak Unia Europejska. I to właśnie dzięki ostatniemu kryzysowi coraz więcej dowiadujemy się o UE.

Wiemy już na przykład, że jej prawdziwy prezydent nie nazywa się wcale Herman Van Rompuy, ale „Merkozy”. Bo w Unii Europejskiej, rzecz jasna, zachowując pozory demokracji europejskiej (która, przyznajmy, różni się co nieco od zwykłej demokracji bezprzymiotnikowej), nie od dziś przecież rządzi duumwirat składający się z kanclerza Niemiec i prezydenta Francji (w takiej, a nie odwrotnej kolejności). Czyli teraz stanowią go Angela Merkel i Nicolas Sarkozy.

Z każdym kolejnym miesiącem kryzysu wiemy też coraz więcej o tym, jak w UE zapadają decyzje: najpierw podejmują je przywódcy Niemiec i Francji, a potem poddawane są one osądowi (akceptacji?) liderom pozostałych krajów członkowskich UE, z których każdy ma do powiedzenia najpewniej wprost proporcjonalnie dużo do siły stojącego za nim państwa.

Mniej więcej w taki sposób powstał projekt tzw. sześciopaku (czyli pakietu sześciu reform, które będą musiały przeprowadzić kraje strefy wspólnej waluty), a także zrodziła się większość decyzji związanych z próbą zażegnania kryzysu finansów publicznych państw eurolandu.

Wszystko staje się więc wreszcie coraz bardziej jasne i zrozumiałe. Tak samo zrozumiałe, jak niezrozumiałe były płynące do tej pory z ust europolityków zapewnienia, że w Unii wszyscy mają do powiedzenia dokładnie tyle samo. A więc, że głos Estonii równy jest głosowi Niemiec.

Najnowszym pomysłem Berlina, który ma urealnić faktyczną pozycję Niemiec w UE, a w tym przypadku – w strefie euro, jest propozycja, aby od teraz siła głosu poszczególnych państw eurolandu w Europejskim Banku Centralnym zależała de iure (a nie tylko de facto, jak zapewne było do tej pory) od wielkości kraju. I to też jest krok we właściwym kierunku. Krok, który – jak rozumiem – przybliży zapisy prawne do nie od dziś stosowanej praktyki.

A ta wiedza o faktycznym układzie sił państw w Unii Europejskiej (oraz ich faktycznych interesach) z całą pewnością pomoże nam w zrozumieniu podejmowanych przez nie decyzji; na przykład w sprawie wybudowania przez Niemcy i Francję – razem z Rosją – Gazociągu Północnego, który radykalnie obniżył poziom bezpieczeństwa energetycznego nie tylko Polski, ale też innych krajów UE – Estonii, Łotwy i Litwy.

A co za tym idzie, wiedza ta – mam nadzieję – ułatwi wreszcie Polakom uświadomienie sobie interesów własnego państwa i kierowanie się nimi w relacjach także z innymi państwami w ramach Unii Europejskiej, która jest wspaniałą platformą ucierania się tych narodowych racji.

Jak nazwać taką postawę? Jak opisać sytuację, w której zwierzchnik nie umie sięgnąć do istoty problemu i zadowala się upiększaniem fasady? Nie przychodzi mi do głowy nic innego jak słowo „infantylizm”. Trudno przyjąć, żeby taka postawa przyczyniła się do naprawy państwa.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

L4 mówi o kryzysie

14 lis 2011

Epidemia „lewych” zwolnień lekarskich wciąż toczy nasz kraj

W  Polsce stan gospodarki można rozpoznać między innymi po liczbie zwolnień L4. Jeśli ich ubywa (oczywiście w porównaniu z tymi samymi miesiącami z innych lat), to oznacza, że gospodarkę czeka ożywienie. Jeśli ich liczba utrzymuje się na niskim poziomie, to trwa dobra koniunktura. Natomiast jeśli liczba zwolnień zaczyna rosnąć, wówczas bez dwóch zdań nadchodzi spowolnienie, a może nawet kryzys, a wyczuwający to szóstym zmysłem pracobiorcy uciekają na L4 przed zwolnieniami z pracy, których się obawiają.

Świadkami takiego procesu jesteśmy właśnie teraz. Już pod koniec lata dały się zauważyć pierwsze symptomy pogorszenia sytuacji w polskiej (i nie tylko polskiej) gospodarce, a co za tym idzie – na rynku pracy. I natychmiast zaowocowało to wzrostem liczby zwolnień lekarskich. W sierpniu 2011 r. Polacy spędzili na L4 aż niemal dwa miliony dni więcej niż w znacznie lepszym dla gospodarki sierpniu 2009 r. Podobnie było we wrześniu tego roku, choć w tym wypadku różnica – w porównaniu z wrześniem 2009 r. – wyniosła niespełna milion dni.

Wynika z tego, że indeks L4 można – w polskich warunkach – śmiało dorzucić do pokaźnego zestawu narzędzi, które pozwalają nam z coraz większym powodzeniem przewidywać procesy zachodzące w gospodarce, takich choćby jak indeks PMI (Payment Morality Index). Niestety, istnienie indeksu L4 nie najlepiej świadczy o stanie naszego kraju. Bo przecież te dodatkowe zwolnienia lekarskie z dużym – ba, gigantycznym – prawdopodobieństwem są zwolnieniami po prostu fikcyjnymi. Trudno przecież uwierzyć, że oto nagle, w sierpniu i wrześniu 2011 r., Polacy są bardziej chorowici niż w takich samych miesiącach poprzednich, przedkryzysowych lat.

Inaczej mówiąc, te dodatkowe L4 są zwolnieniami wydawanymi ludziom zdrowym (a w każdym razie ludziom zdolnym do pracy, bo przecież niewielu z nas może o sobie powiedzieć, że jest zupełnie zdrowymi) przez lekarzy albo skorumpowanych, albo po prostu nieświadomych rozmiarów szkód, jakie wyrządzają swoją niefrasobliwością w szafowaniu „lewymi” L4.

A wyrządzają je kolegom z pracy nielegalnie wysłanym na zwolnienie, którzy będą musieli za nich pracować podczas ich nieobecności. Szkodzą ich przedsiębiorstwom, które przez kilka tygodni muszą wypłacać zasiłek chorobowy, zamiast przeznaczyć te pieniądze na inny cel. Wreszcie wyrządzają krzywdę wszystkim podatnikom, którzy muszą się składać na „lewy” zasiłek chorobowy wypłacany po tych kilku tygodniach.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niestety, prezydent nie zastąpił opozycji

08 lis 2011

Jeśli ktoś miał jeszcze choćby cień nadziei, że Bronisław  Komorowski stanie się w nowej kadencji parlamentu motorem napędowym polskich reform, wymuszającym na kunktatorskim rządzie  przeprowadzanie takich  zdecydowanych zmian, które pomogłyby ustrzec Polaków przed grożącymi nam  poważnymi turbulencjami  gospodarczymi, od wczoraj wie, że tak najprawdopodobniej, niestety, nie będzie.

W każdym razie w swym sejmowym orędziu szef państwa ograniczył się w tej kluczowej sprawie do wygłoszenia kilku dość ogólnie brzmiących zapewnień, jak choćby to: „Odpowiedzią  Polski na kryzys powinny stać się działania zmierzające do wzmocnienia bezpieczeństwa finansowego, do redukcji długu publicznego i do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki”. A także do  zaproponowania paru  obszarów wartych publicznej debaty, między innymi  kwestii podniesienia wieku emerytalnego, który to  przecież problem w niejednym państwie ogarniętej kryzysem Unii Europejskiej został już jakiś czas temu po prostu – z korzyścią dla przyszłości tych krajów – rozwiązany.

I o ile jeszcze – od biedy  – można było zrozumieć powściągliwość prezydenta  w zachęcaniu rządu Donalda Tuska do reformatorskiego wysiłku w końcówce poprzedniej kadencji,  a więc przed wyborami,  o tyle teraz jest to już  naprawdę zupełnie  niezrozumiałe. Zwłaszcza  w kontekście jego niektórych wcześniejszych deklaracji, choć – to fakt – nigdy nie były one dostatecznie jednoznaczne.

Niechęć Bronisława  Komorowskiego do energicznego zachęcania powstającego rządu do szybkiego  forsowania niezbędnych zmian martwi tym bardziej, że w rezultacie ostatnich  wyborów Polska w istocie  – przynajmniej czasowo  – utraciła opozycję zdolną  do wypełniania z pożytkiem dla państwa swoich powinności wobec rządzącej  większości. Zarówno Prawo  i Sprawiedliwość, jak i Sojusz Lewicy Demokratycznej  na razie zajęte są niemal  wyłącznie same sobą, a nam wszystkim czas nieubłaganie umyka.

W tej sytuacji – obawiam  się – rolę żandarma goniącego nowy rząd Tuska do naprawiania dziurawej kasy państwa, chcąc nie chcąc,  odegrają pewnie agencje  ratingowe i rynki finansowe.

A ich lekcje, jak uczy dawne i całkiem nowe doświadczenie wielu krajów, są dla podatników wyjątkowo kosztowne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chiński syndrom bis

07 lis 2011

Czy Pekin zechce wziąć Europejczyków na utrzymanie?

Nazajutrz po kolejnym „historycznym” europejskim szczycie szczytów, o których wiemy już tyle, że nie rozwiązuje się podczas nich żadnego z palących problemów, piętrzących się przed strefą euro, Klaus Regling, szef Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, wybrał się do Chin.

Cel jego wizyty był dla wszystkich jasny: ubłagać Chiny, by zechciały – w większym niż do tej pory stopniu – finansować tradycyjną europejską rozrzutność i skłonność do życia ponad stan, czyli na cudzy rachunek, na koszt swoich dzieci i wnuków. A gdy już się przehula przyszłość własnych potomków (co się chyba właśnie stało), pora spróbować pożyć na rachunek narodów spoza Europy.

Podczas wspominanego szczytu szczytów najbardziej światłe europejskie umysły przeprowadziły akcję typowania nowych sponsorów Europy, co – jak rozumiem – ma być pomysłem Europy na Europę w pierwszej połowie XXI w. W gronie wybranych znalazły się wspomniane wyżej Chiny, a także Brazylia, RPA i Norwegia.

Norwegowie od razu dali do zrozumienia, że z tej zaszczytnej propozycji nie skorzystają. Natomiast Chińczycy oficjalnie nie powiedzieli co prawda „nie”, ale też ich „tak” zabrzmiało wyjątkowo mało przekonująco. Jeśli więc Klaus Regling odniósł w Pekinie zwycięstwo, to było ono mniej niż połowiczne. Bo też, jak trafnie zauważył „The Economist”, dlaczegóż Chińczycy mieliby się zachwycić propozycją nabywania przez nich papierów EFSF, do których kupna nie palą się rodacy oferującego je Klausa Reglinga, a więc sami Niemcy?

W latach 70. powstał termin „chiński syndrom”. Odnosił się on do sytuacji, gdy przegrzanie rdzenia reaktora powoduje roztopienie betonowego fundamentu i jego zagłębienie się we wnętrzu ziemi. „Żartowano” wówczas, że reaktor mógłby dotrzeć tą drogą do Chin. Teraz natomiast – i tym razem to nie „żart” – Chinom zagraża chiński syndrom bis. Czyli zaraza, która zarówno z zadłużonych po uszy USA, jak i z tonących w długach państw UE rozlewa się po całym świecie i dociera już także do Chin. Klaus Regling nie był przecież pierwszym politykiem ze Starego Kontynentu, który ją tam zawlókł.

Ale Chińczycy niejedną już zarazę przeżyli, więc być może i z tą postanowią się zmierzyć – rzecz jasna w jakiejś, do zaakceptowania dla siebie, skali. A jaki rachunek wystawią Europejczykom (i Amerykanom) za swą akcję ratunkową? To, że chińscy dysydenci będą mogli od tej pory liczyć już tylko na siebie, to pewne, ale ile europejskich firm trafi wkrótce – za długi – w ręce Chińczyków, tego jeszcze nie wiemy.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pomnik Donalda Tuska

31 paź 2011

Od tego, na jaki pomnik zapracuje sobie Donald Tusk, zależy nasza przyszłość

Bardzo chciałbym, żeby za przeciągającą się procedurą wyłaniania koalicji rządowej kryła się – toczona przez Donalda Tuska z potencjalnym koalicjantem (a może także wewnątrz własnej partii) – zaciekła walka o kształt programu ambitnych reform, które poprawią wiarygodność Polski jako państwa o coraz zdrowszych (a nie coraz słabszych) finansach publicznych i coraz lepszych (a nie coraz gorszych) warunkach prowadzenia działalności gospodarczej. A nie zwykła, bezproduktywna (albo wręcz kontrproduktywna) młócka, której celem jest po prostu wyeliminowanie wewnątrzpartyjnej opozycji tylko po to, aby przez kolejne cztery lata – w komfortowych warunkach – administrować państwem dryfującym po bezmiarze kryzysu.

Bardzo chciałbym zatem, aby za kulisami przewlekających się negocjacji koalicyjnych Tusk ostro walczył o zbudowanie takiego rządu, który będzie w stanie na przykład zlikwidować przywileje emerytalne górników, żołnierzy, policjantów, prokuratorów i sędziów. Który będzie w stanie zlikwidować KRUS i sprawić, żeby rolnicy płacili podatki, a także składki emerytalne oraz zdrowotne na takich samych zasadach jak pozostali obywatele Polski.

Krótko mówiąc, bardzo chciałbym, żeby Donald Tusk wreszcie zamarzył pozostawić po sobie coś znacząco odmiennego od dotychczas dominującego wspomnienia – o premierze, który wsławił się głównie tym, że mimo iż dwukrotnie, i to z rzędu, zdobył duże poparcie wyborców i dwa razy był szefem rządu, kojarzy się głównie (nie licząc kilku drobnych reform i jednej dużej – likwidacji emerytur pomostowych) z gigantycznym zadłużeniem Polski.

Bardzo chciałbym, żeby Donald Tusk zapragnął być choćby jak Jerzy Buzek, który jako premier potrafił znaleźć w sobie odwagę zrealizowania czterech bardzo potrzebnych Polakom reform, choć ceną, jaką za to zapłacił, była przejściowa utrata popularności. Przejściowa, bo przecież po kilku latach znów stał się jednym z najbardziej lubianych i poważanych polskich polityków.

Niestety, wnosząc z pierwszej kadencji rządu Donalda Tuska – a także z jego wcześniejszej, przedrządowej działalności politycznej – naprawdę niemal nic nie zapowiada, aby moje marzenie miało się ziścić. Co oczywiście nie oznacza, że Donald Tusk nie zapracuje sobie na pomnik. Na jeden właściwie zapracował już podczas pierwszej kadencji. Na wielki pomnik premiera z założonymi rękami. A teraz pracuje na drugi. Od tego, jaki to będzie pomnik, zależy nasza przyszłość.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Tusk ma przegrać w roku 2015?!

24 paź 2011

Agencje ratingowe kompletnie nie pojmują, o jak wielką stawkę toczy się w naszym kraju gra!

Fitch oraz Moody’s zagroziły Polsce, że jeśli nasz rząd pod kierunkiem pana premiera Donalda Tuska nie zacznie – i to pilnie – naprawiać finansów publicznych, to agencje obniżą naszemu krajowi ratingi.

No czy ten Fitch i Moody’s, jeden z drugim, całkiem na głowę upadły? Rozum postradały? A może mózgi im odjęło? Takie rzeczy wygadywać, i to jeszcze publicznie! W dodatku bez uzgodnienia z kancelarią pana premiera albo choćby z panem Igorem Ostachowiczem! No, sami państwo powiedzcie, kto to widział?!

Czy w agencjach Fitch i Moody’s nie wiedzą, że nasz pan premier Donald Tusk to teraz głowy do takich błahostek nie ma i jeszcze długo mieć nie będzie? Bo on – sam, w pojedynkę – z całym polskim moherowym ciemnogrodem walczy. Od lat próbuje uchronić nasz kraj, ba, całą Europę aż po samą Lizbonę – jak nie przymierzając król Jan III Sobieski pod Wiedniem – przed nawałą IV RP. Przed zbrodniczym PiS-owskim reżimem, który chciałby się na tę naszą Europę zamachnąć i narzucić jej swoje koszmarne paranoje.

A przedtem pan premier musi – pod pozorem dokończenia przez stary rząd unijnej prezydencji, to przecież jasne – odsunąć powołanie nowego gabinetu, by mieć czas na wzięcie wewnątrzpartyjnej opozycji (dla dobra kraju!) za buzię. Wzięcie i niepuszczenie. Po to, żeby Grzegorz Schetyna z Cezarym Grabarczykiem panu premierowi, to znaczy Polsce, już nigdy więcej nie bruździli i nie utrudniali kontynuowania ciężkiej, reformatorskiej pracy w służbie przyszłości Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

I w tej właśnie sytuacji pan premier Tusk miałby uzdrawiać finanse publiczne państwa? Czyli – tak, tak, nazwijmy to wreszcie po imieniu – przeprowadzać jakieś niepopularne społecznie reformy i narażać się wyborcom, którzy mu zaufali? Komuś ma zamrozić pensję albo, nie daj Boże, rentę? A komuś kazać później przejść na emeryturę? Albo podnieść podatki? A może jeszcze zlikwidować KRUS, czyli kazać rolnikom składać się na własne emerytury? O, co to, to nie! Niedoczekanie wasze!

Zresztą warto przy tej okazji paniom i panom z agencji Fitch oraz Moody’s zadać proste pytanie: czy naprawdę chcą państwo mieć na sumieniu wyborczą przegraną Donalda Tuska w zbliżających się wyborach w roku 2015?! Przecież one są tuż-tuż. Naprawdę tego państwo chcą?! To niech państwo wiedzą, że jeśli za cztery lata do władzy w Polsce znów dorwą się Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, Beata Kempa i Zbigniew Ziobro, to calutka odpowiedzialność za tę narodową katastrofę spadnie właśnie na państwa. A wtedy to już nic państwu nie pomoże, bo przed zemstą naszego salonu jeszcze nikomu – i nigdzie – nie udało się ukryć.

Czytaj na www.uwazamrze.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop