Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

O czym milczy Donald Tusk

20 lis 2009

Niemal godzinę zajęło w piątek premierowi wymienianie sukcesów rządu. Donald Tusk nie ukrywał przed uczestnikami konferencji zorganizowanej dla uczczenia drugiej rocznicy powołania swego gabinetu, że sukcesów tych mogłoby być dużo, dużo więcej, gdyby nie siły, które uporczywie utrudniają mu ich odnoszenie. Do grona owych sprzysiężonych złych mocy szef rządu zaliczył „nie tylko opozycję, ale także bardzo ważne instytucje państwowe, które przyjęły sposób zachowania opozycji”.

Jak wiadomo – o czym jednak premier nie wspomniał ani słowem – największy sukces jego rząd odniósł w opanowaniu do perfekcji umiejętności nicnierobienia (lub – w najlepszym razie – niewielerobienia) i w tłumaczeniu swej bezczynności względami najwyższej wagi albo nawet – jak w przypadku walki ze skutkami kryzysu – czynieniu z tych zaniechań narodowej strategii. Całkiem nieźle ekipie Tuska wychodzi również zapowiadanie swych przyszłych historycznych sukcesów – według najnowszych zapewnień ma je odnieść na przykład w dziedzinie budowy autostrad.

W istocie jednak oprócz dwóch niemałych sukcesów (przeforsowanie – i to wbrew wetu prezydenta – ustawy o emeryturach pomostowych oraz doprowadzenie do szczęśliwego finału negocjacji z Eureko w sprawie PZU) gabinet Tuska zapisał na swym koncie jeden sukces naprawdę ogromny – Polska jako jedyny kraj Unii Europejskiej nie wpadła w recesję.

Nie można wszak przy tej okazji nie wspomnieć, że akurat w tym przypadku chwalebnemu zaniechaniu przez rząd pompowania w gospodarkę pieniędzy podatników (których, dodajmy, i tak nie było i nie ma) towarzyszy inne – dla odmiany z fatalnymi skutkami – zaniechanie. Zaniechanie reform zmierzających do uzdrowienia finansów publicznych Polski, które skończy się katastrofą, jeśli w porę nie zostaną podjęte konieczne, w większości niezwykle niepopularne społecznie, działania.

I to właśnie o tych czekających nas niezbędnych i niepopularnych działaniach uparcie milczy Donald Tusk. Milczy, gdy najwyższy czas o nich dyskutować: o ewentualnej konieczności obniżenia tempa (lub wręcz zamrożenia) waloryzacji emerytur i rent, o potrzebie zamrożenia wzrostu płac pracowników sfery budżetowej, o odebraniu przywilejów emerytalnych górnikom, wojskowym i policjantom, o konieczności zmuszenia rolników do płacenia za siebie podatków i pełnych składek ubezpieczeniowych, o wydłużeniu wieku emerytalnego.

A w tym przypadku milczenie nie jest złotem.

Odwracanie jednorękiego bandyty ogonem

19 lis 2009

Afera hazardowa – na naszych oczach, jak najbardziej w świetle jupiterów, ale przecież w sposób niemal niezauważalny – właśnie się ulatnia. Po prostu przestaje istnieć.

Już nie ma afery Mira, Rysia i Zbyszka, czyli afery podejrzanych kontaktów prominentnych polityków partii rządzącej, w tym ministra rządu RP, z graczami z rynku hazardowego. Nie ma już afery polegającej na mijaniu się z prawdą przez polityków PO w tej sprawie – jak choćby w przypadku ujawnionego dziś przez „Rzeczpospolitą” spotkania ministra Mirosława Drzewieckiego z Ryszardem Sobiesiakiem w hotelu Radisson na krótko przed ujawnieniem afery hazardowej. Wreszcie, nie ma afery domniemanego przecieku z Kancelarii Premiera. Jest – jak to był łaskaw zgrabnie określić Donald Tusk w najnowszym wydaniu „Polityk” – „tak zwana afera wynikająca z podsłuchów założonych przez CBA”.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki największym skandalem ujawnionym przy okazji nagranych rozmów Zbyszka z Rysiem przestało być naganne (a może i przestępcze) manipulowanie procesem tworzenia prawa w Polsce – w tym wypadku pracami nad ustawą o grach i zakładach wzajemnych. Nadrzędnym zadaniem przestało być wyjaśnienie tych podejrzanych manipulacji zarówno przez prokuraturę, jak też przez sejmową komisję śledczą.

Największym skandalem niespodziewanie (a może jednak najzupełniej spodziewanie) stał się zgubny wpływ hazardu na życie społeczne, a kluczowym zadaniem polityków – natychmiastowe uchronienie Polaków przed tym zagrożeniem.

Z jednej strony w najlepsze więc trwa show pt. „Cały Sejm błyskawicznie uchwala ustawę hazardową”, a z drugiej – w ubezwłasnowolnionej przez polityków Platformy komisji śledczej wystawia się pracę magisterską pod pasjonującym tytułem „Historia hazardu w Polsce w latach 2003 – 2009, ze szczególnym uwzględnieniem przestępstw PiS”.

Wygląda więc na to, że afera hazardowa została już przez polityków Platformy pozamiatana. Co z tego, że pod dywan, skoro opinia publiczna to kupiła.

Czy w Polsce obowiązuje tajemnica adwokacka?

13 lis 2009

Czy istnieje w Unii Europejskiej inne – poza Polską – państwo, w którym prokuratura podsłuchuje rozmowy adwokatów z ich klientami i w dodatku utrzymuje, że nic strasznego się nie stało, że wszystko jest w jak najlepszym porządku?

„Rz” dowiedziała się, iż ABW przekazała do prokuratury stenogramy z nagranych – na zlecenie tejże prokuratury – rozmów Wojciecha Sumlińskiego, dziennikarza podejrzewanego o udział w tzw. aferze korupcyjnej w Komisji Weryfikacyjnej WSI, z reprezentującymi jego interesy adwokatami Stanisławem Rymarem oraz Romanem Giertychem.

A śledczy zapisów tych rozmów nie zniszczyli, lecz – przeciwnie – włączyli je do akt sprawy, czyli – jak dowodzą znawcy prawa karnego – złamali artykuły 178 i 226 kodeksu postępowania karnego, zgodnie z którymi nie wolno przesłuchiwać adwokatów na okoliczność wiedzy, którą zdobyli oni od ich klientów, ani tym bardziej podsłuchiwać ich rozmów z klientami ani wiedzy tej wykorzystywać.

To reguła absolutnie elementarna. Tak elementarna, że gdyby – zdaniem profesora prawa z Uniwersytetu Warszawskiego i zarazem adwokata Piotra Kruszyńskiego – nie legitymował się nią student prawa trzeciego roku, dostałby od niego ocenę niedostateczną. To jednak nie wszystko, bowiem przeciw tym prokuratorom – zdaniem prof. Kruszyńskiego – „powinno zostać wszczęte postępowanie karne”. Jeden z obrońców Wojciecha Sumlińskiego, mecenas Rafał Kasprzyk, już zresztą rozważa złożenie zawiadomienia o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa w tej sprawie.

Ale czy ktoś rzeczywiście zdecyduje się „postawić ocenę niedostateczną” prokuratorom? Inaczej mówiąc: czy ktoś odważy się wszcząć i przeprowadzić rzetelne śledztwo w tej sprawie?

Zwłaszcza po tym, jak premier Donald Tusk de facto uniewinnił wiceszefa ABW od zarzutu szafowania w prywatnym procesie stenogramami z podsłuchów rozmów dziennikarzy.

Skoro bowiem w Polsce od niedawna wolno bezkarnie łamać tajemnicę dziennikarską, to dlaczego miałoby nie być wolno bezkarnie łamać tajemnicy adwokackiej?

Opinio publiczna – sądź!

6 lis 2009

Wskutek przyzwolenia znacznej części opinii publicznej politykom Platformy Obywatelskiej wolno więcej niż innym uczestnikom sceny politycznej.

Wystarczy spojrzeć na wyniki sondaży. Wciąż niemal taka sama, bardzo duża liczba Polaków wybacza politykom PO wszystko (bo już nie tylko nierealizowanie wyborczych obietnic i poczynania zgoła antyliberalne, ale też sprzyjanie jednorękim bandytom) i obdarza ich wciąż tym samym, wysokim kredytem zaufania.

I to właśnie dlatego politycy PO mogli tak bezceremonialnie narzucić reszcie Sejmu (z pomocą koalicyjnego PSL, rzecz jasna) swoją wolę i wybrać posła Platformy na szefa komisji śledczej ds. afery hazardowej; komisji, która powstała z powodu przewinień nie kogo innego przecież, jak polityków Platformy. Czyli uczynić coś, z czym nie mieliśmy do czynienia jeszcze nigdy w historii sejmowych komisji śledczych.

To dlatego politycy PO mogli tak szeroko określić program prac tej komisji i jednocześnie tak wąsko zakreślić czas jej prac (cztery miesiące), że w istocie najpewniej wykluczy to możliwość wyjaśnienia afery.

Dlatego wreszcie posłowie PO mogli bezkarnie próbować (chwała PSL za to, że – w ostateczności – bezskutecznie) wyłączyć z prac komisji jeden z ważnych wątków afery hazardowej, czyli ten dotyczący domniemanego przecieku w Kancelarii Premiera.

A teraz zamknijmy na chwilę oczy i spróbujmy sobie wyobrazić, co by się działo w Polsce, gdyby tego samego – na co w sprawie komisji hazardowej pozwolili sobie posłowie Platformy – dopuścili się parlamentarzyści PiS lub SLD. Co by się stało, gdyby to posłowie PiS lub SLD przeforsowali taki kształt komisji śledczej, którą powołano by w związku z występkami polityków tych partii. Ano rozpętałaby się burza, prawdziwe piekło na ziemi. A tymczasem? Cisza, spokój. Bo przecież Platforma Obywatelska działa w granicach prawa, a że przy okazji ponad Prawem i Sprawiedliwością (a nawet ponad SLD i PSL), to tym lepiej. I oczywiście wszystko, a jakże, z korzyścią dla jakości polskiej demokracji.

Na pewno z korzyścią? Cóż, o tym dopiero za jakiś czas rozstrzygnie najwyższy sędzia w tej sprawie, czyli polska opinia publiczna. A ta – jak uczy historia – raz po raz lubi jednak mieć swoje zdanie.

Rząd, czyli automat o wysokich wygranych

30 paź 2009

O ile swe uzależnione od hazardu, Bogu ducha winne ofiary biznes hazardowy bez skrupułów obdziera ze skóry za pomocą automatów o niskich wygranych, o tyle nas – podatników – ogrywa przy użyciu automatu o bardzo, bardzo wysokich wygranych.

Tym przynoszącym biznesowi hazardowemu krociowe wygrane automatem jest – jak się wydaje – rząd Rzeczypospolitej. I to nie tylko dlatego, że jeden polityk Platformy Obywatelskiej „od roku blokował” niekorzystne dla tej branży zmiany podatkowe, a drugi formalnie zaproponował wprowadzenie korzystnej dlań poprawki w przygotowywanej ustawie.

Przecież gołym okiem widać, że biznes hazardowy od wielu lat ogrywa nas, podatników, na najróżniejsze sposoby. Jak choćby ten, którego kulisy „Rzeczpospolita” odsłania dziś, ujawniając, że 1 listopada 2009 roku nadzór nad hazardem przestają sprawować służby skarbowe, a zaczyna – Służba Celna.

Ta sama Służba Celna, której niedawno uchwalona ustawa nie przyznała – mimo wniosku o to – odebranego jej jakiś czas temu prawa do prowadzenia działań operacyjno-rozpoznawczych.

Krótko mówiąc, ślepych i głuchych funkcjonariuszy Służby Celnej posłano właśnie na spotkanie z panem Rysiem i jego ludźmi.

Prokuratorzy o długich, brudnych rękach

26 paź 2009

Przed przestępcami powinni nas chronić policjanci i prokuratorzy. Ale kto powinien nas chronić przed policjantami i prokuratorami, jeśli to właśnie oni okazują się prześladującymi nas przestępcami? Tak jak w sprawie afery dotyczącej porwania i zamordowania Krzysztofa Olewnika.

Wydawało się, że po serii wstrząsających informacji wydobytych wcześniej na światło dzienne w związku z tym skandalem nic już nie będzie w stanie nas w tej sprawie zaskoczyć. A jednak. Kolejne fakty ujawnione przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” oraz „Superwizjera” TVN są jeszcze bardziej szokujące.

Okazuje się bowiem, że olsztyński prokurator uchodzący do tej pory za pogromcę morderców Krzysztofa Olewnika o szczegółach tego śledztwa informował biznesmena, którego ta sama olsztyńska prokuratura – przy okazji innego dochodzenia – określiła mianem szefa grupy przestępczej.

Ale i to nie wszystko. Dziwnym trafem podsłuchane wówczas rozmowy prokuratora z „szefem grupy przestępczej” nigdy nie zostały wykorzystane przez białostocką Prokuraturę Apelacyjną (choć do niej trafiły) w prowadzonym przez nią śledztwie w sprawie korupcji w olsztyńskiej Prokuraturze Okręgowej. Białostoccy śledczy nie wystąpili bowiem do sądu – a w tym przypadku taką konieczność przewiduje prawo – o możliwość użycia stenogramów podsłuchów zdobytych przy innej okazji (w śledztwie toczonym wobec owego biznesmena) do sprawy korupcji w prokuraturze. A samo dochodzenie w sprawie korupcji wśród śledczych – jak się nietrudno domyślić – wkrótce umorzono.

Kto w tej sytuacji powinien chronić obywateli Rzeczypospolitej przed przestępcami poukrywanymi w policyjnych mundurach oraz w prokuratorskich togach? Szczególnie od przyszłego roku, kiedy wejdzie w życie – przeforsowana przez koalicję rządzącą Platformy Obywatelskiej i PSL, przy wsparciu SLD – ustawa, która uczyni z prokuratury całkowicie niezależną i samorządną korporację.

Tak niezależną i samorządną, że gdy sobie pomyślimy o tych ujawnionych przez „Rz” teraz (ale także wcześniej) prokuratorach o bardzo długich i bardzo brudnych rękach, to aż strach się bać.

Czy dziennikarze wyjaśnią sprawę taśm ABW

18 paź 2009

Po opisaniu w sobotnich wydaniach „Rzeczpospolitej” i „Polski” faktu ujawnienia przez prokuraturę stenogramów z nagrań rozmów dziennikarzy, wciąż nie mamy jasnych odpowiedzi na wiele kluczowych pytań.

I to mimo wydania w tej sprawie przez szefów ABW aż trzech oświadczeń w ciągu jednego dnia (to rekord?) oraz zorganizowania konferencji prasowej przez prokuraturę. Oto te pytania:

• Od kogo pełnomocnik prawny wiceszefa ABW podpułkownika Jacka Mąki w procesie cywilnym wytoczonym „Rz” (za artykuł jej dziennikarza Cezarego Gmyza) dowiedział się, że powinien wystąpić o udostępnienie mu akt sprawy, w których znalazł treści rozmów Wojciecha Sumlińskiego m.in. z Cezarym Gmyzem, nagrane wcześniej właśnie przez ABW w związku ze śledztwem dotyczącym rzekomej korupcji przy weryfikacji oficerów WSI? Bo jego zapewnienia, że z mediów, nie brzmią nazbyt wiarygodnie; w każdym razie jakoś sobie nie przypominam, by ktoś wcześniej napisał w jakiejś gazecie, że istnieje nagranie rozmowy Gmyza i Sumlińskiego. A jeśli dowiedział się o tym od swego klienta, to czy nie mamy tu aby do czynienia z przypadkiem złamania tajemnicy państwowej i zarazem prywaty?

• Czy w całej tej sprawie nie doszło do ewidentnego złamania – najpierw przez ABW, a potem przez prokuraturę – bezwzględnie chronionej tajemnicy dziennikarskiej?

• Dlaczego prokuratura (lub ABW) nie zniszczyła nagrań i zapisów tych podsłuchanych rozmów dziennikarzy, które miały charakter prywatny, a takie znajdują się wśród stenogramów udostępnionych pełnomocnikowi Jacka Mąki? Kto za to ponosi odpowiedzialność i jaka spotka go kara?

• I dlaczego – w takim stanie rzeczy – prokuratura wydała te materiały (w dodatku na etapie postępowania przygotowawczego) pełnomocnikowi wiceszefa ABW, czyli umożliwiła mu wykorzystanie ich w prywatnej, cywilnej sprawie? Jak częsta to praktyka?

• Czy ABW wiedziała o przygotowywaniu przez „Rz” sobotniej publikacji na temat nagrywania rozmów dziennikarzy, skoro tekst na ten temat zawiesiliśmy na stronie internetowej „Rz” krótko przed północą w piątek, a już o 5.35 rano w sobotę (czyli jeszcze przed ukazaniem się „Rz” w kioskach) ABW przysłała do naszej redakcji pierwszą odpowiedź na stawiane przez nas zarzuty? Czy to zatem efekt nocnej pracy biura prasowego ABW (a jeśli tak – to czy to częsty zwyczaj), czy też odpowiedź została przygotowana wcześniej, a jeśli tak, to skąd agencja miała wiedzę o treści artykułu „Rz” lub/i „Polski”?

• I wreszcie, jaka jest faktyczna skala podsłuchiwania rozmów w Polsce, skoro w związku z tą sprawą wielu polityków i publicystów stwierdziło, że podziela opinię o powszechności tego zjawiska.

Ufam, że dziennikarze nie ustaną, nim nie znajdą odpowiedzi na te pytania. Bo na kogo – poza nimi – można jeszcze liczyć?

Premier na tarczy (antykorupcyjnej)

14 paź 2009

Polski rząd jest kompletnie ślepy i głuchy – taka nauka płynie z lekcji, którą bierzemy ostatnio, dzień po dniu poznając nowe informacje o kulisach przetargu na majątek stoczni.

Jak ta, ujawniona dziś przez „Rz”, z której wynika, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji umożliwiło katarskiej firmie udział w przetargu na stoczniowe nieruchomości, nad wyraz łatwo dając wiarę przedstawionym przez nią nieprawdziwym informacjom.

Dlatego na usta ciśnie się pytanie: gdzie, u licha, przez ostatnie miesiące (a może raczej lata) podziewały się wszystkie nasze służby specjalne, w liczbie co najmniej kilku, które – jak jesteśmy zapewniani przez chór rządzących polityków – od rana do wieczora nie zajmowały się niczym innym, tylko dbaniem o właściwy (czyli zgodny z interesem Polski) przebieg takich właśnie procesów, jak sprzedaż majątku stoczni.

Ba, pod koniec 2008 roku premier Donald Tusk powołał do życia coś, co sam określił szumnie mianem tarczy antykorupcyjnej i przedstawił z dumą jako porozumienie „wszystkich służb specjalnych, minister Pitery i ministrów resortowych” na rzecz ochrony przed zjawiskami korupcyjnymi procesów prywatyzacyjnych oraz procedur zamówień publicznych.

A w wypadku stoczni miały obowiązywać w tej materii dodatkowe, nadzwyczajne procedury, jeśli poważnie traktować słowa rzecznika rządu Pawła Grasia, który z marsową miną zapewniał niedawno, że „przetarg stoczniowy otoczony był osłoną kontrwywiadowczą na zlecenie premiera”.

Tymczasem, jak się wydaje, żadna z owych osławionych tajnych służb aż do minionego tygodnia nie zasygnalizowała szefowi rządu żadnych nieprawidłowości związanych ze sprzedażą stoczniowego majątku. A w każdym razie przez cały ten czas Donald Tusk sprawiał wrażenie człowieka niezmiernie zadowolonego zarówno z siebie, jak też z pracy podległych sobie ludzi.

Za co w takim razie pieniądze podatników przez ten czas brali funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Co robili (a raczej: czego nie robili) oficerowie Agencji Wywiadu oraz Służby Kontrwywiadu Wojskowego?

Ale także: dlaczego dopiero na początku października ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński przekazał informacje w sprawie nieprawidłowości wykrytych podczas przetargu na majątek stoczni, skoro z ujawnionych stenogramów wynika, że rozmowy w tej sprawie podsłuchano już w maju?

Przecież ślepa i głucha Polska to łatwy łup dla wszystkich, którzy oczy i uszy mają szeroko otwarte. A tych – jak uczy życie – nie brakuje.

Cena odwołania szefa CBA

13 paź 2009

Polska na pewno jest krajem dostatecznie mocno skorumpowanym, aby mieć silną, z prawdziwego zdarzenia służbę antykorupcyjną. Ale Polska nawet i bez tego jest państwem, które po prostu zasługuje na posiadanie służby skutecznie zwalczającej korupcję.

A co, jeśli ceną za posiadanie skutecznie działającej służby antykorupcyjnej miałoby być ryzyko upolityczniania wyników jej pracy – a takie zarzuty pod adresem Mariusza Kamińskiego były przez polityków koalicji rządzącej i części opozycji formułowane od dawna? Czy w takim przypadku warto byłoby płacić tę cenę? Czy też lepiej – w imię uratowania spokoju utrudzonych rządzących – pogodzić się z rezygnacją z posiadania skutecznej służby antykorupcyjnej?

Wiem, najlepiej byłoby mieć skutecznie działającą służbę antykorupcyjną, wobec której nikt nigdy nie formułuje zarzutów o polityczne motywacje jej kierownictwa. Ale proszę się przez sekundę zastanowić, czy to jest w ogóle możliwe? Według mnie – nie.

Może więc raczej warto było premierowi Donaldowi Tuskowi wytrwać w postanowieniu powziętym na początku kadencji, kiedy to – i słusznie – postanowił zatrzymać Mariusza Kamińskiego na fotelu szefa CBA, nie tylko podkreślając przy tej okazji znany mu stosunek Kamińskiego do Platformy Obywatelskiej, ale jeszcze doszukując się w tym zalet dla własnej partii.

A rozważając tę kwestię, dobrze nie tracić z pola widzenia faktu, że kierowane przez Mariusza Kamińskiego Centralne Biuro Antykorupcyjne nie wsadzało samo ludzi do więzień, czy aresztów, ani nawet do izb zatrzymań. Ani też bez zewnętrznej kontroli nie podsłuchiwało. Wszystko to odbywało się przecież nie tylko pod ścisłym nadzorem prokuratury oraz sądów, ale wręcz wyłącznie za ich decyzją.

A za jakiś czas się przekonamy, ile naprawdę kosztuje nas ta decyzja kadrowa premiera Tuska. Jeśli CBA straci zęby, jej koszty będziemy pewnie musieli liczyć w miliardach złotych rocznie. A raczej szacować, bo tak to już z nie wykrytą korupcją bywa, że pozostaje ciemną liczbą.

Platforma kontra Platforma

3 paź 2009

Gdyby Platforma Obywatelska chociaż połowę tego wysiłku, który wkłada w utrącanie projektów ustaw autorstwa własnych polityków, wkładała w realizację swych przedwyborczych obietnic, to Polacy od miesięcy żyliby w najgruntowniej zreformowanym kraju świata.

Oto przykład pierwszy z brzegu. Jak ustaliła „Rz”, marszałek Sejmu i zarazem poseł PO Bronisław Komorowski przygotowuje projekt założeń nowelizacji ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora w części dotyczącej oświadczeń majątkowych, mimo że gotowy jest projekt ustawy antykorupcyjnej autorstwa minister w Kancelarii Premiera i zarazem posłanki PO Julii Pitery. Wcześniej podobny manewr Platforma zastosowała np. w sprawie ustawy o in vitro – gdy tylko projekt posła PO Jarosława Gowina nie spotkał się dobrym przyjęciem części wyborców, do prac nad konkurencyjnym rozwiązaniem niezwłocznie przystąpiła posłanka PO Małgorzata Kidawa-Błońska.

Projekt ustawy antykorupcyjnej Julii Pitery, który od wielu miesięcy czeka w kolejce na rozpatrzenie przez rząd, zakłada wprowadzenie rozwiązań znacznie ostrzejszych niż obowiązujące. Przewiduje rozszerzenie zestawu czynów, które mogą zostać uznane za przejawy korupcji, oraz wprowadzenie nowych sposobów kontroli funkcjonariuszy publicznych, m.in. obowiązku składania oświadczeń o działalności zarobkowej nie tylko ich oraz ich małżonków, ale też ich dalszą rodzinę, w tym przez dzieci i rodziców.

Z kolei projekt firmowany przez Bronisława Komorowskiego ogranicza się do propozycji zmian w obowiązującej ustawie o wykonywaniu mandatu posła i senatora. W dodatku wprowadzenie niektórych z nich skutkować może nie podwyższeniem, ale – przeciwnie – obniżeniem standardów antykorupcyjnych. Dotyczy to choćby przesunięcia z części jawnej do niejawnej oświadczenia majątkowego informacji o tym, u jakiej osoby prywatnej polityk zaciągnął pożyczkę.

Warto przy tym zauważyć, że o ile w przypadku ustawy o in vitro oba projekty (autorstwa Kidawy-Błońskiej i Gowina) mają szansę wylądować w odpowiedniej komisji sejmowej, o tyle w przypadku kosmetycznego projektu Komorowskiego może się szybko okazać, że po prostu zastąpi on restrykcyjny projekt ustawy antykorupcyjnej Pitery. Co w obecnej sytuacji nie byłoby chyba najlepszym rozwiązaniem.