Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Zazdroszczę Estończykom

29 gru 2010

Pierwszego stycznia 2011 roku Estonia zastąpi swą narodową walutę – koronę estońską – unijnym pieniądzem, czyli euro.

Zazdroszczę Estończykom. Nie, nie tego, że za kilka dni ich kraj wejdzie do strefy europejskiej waluty, bo to można zrobić zawsze (zawsze, gdy się jest do tego przygotowanym), a obecny czas na pewno nie sprzyja podobnym eksperymentom. Zazdroszczę Estończykom, że mają odważnych polityków, którzy – nie licząc się z interesem osobistym oraz swoich partii – byli w stanie doprowadzić finanse publiczne ich państwa do takiego stanu, o jakim my, Polacy, możemy jedynie marzyć.

W tym samym czasie, gdy Estonia – po zaordynowaniu sobie drakońskiej kuracji oszczędnościowej i szczęśliwym jej przejściu – wzorowo spełnia komplet kryteriów z Maastricht, rząd Polski nawet nie umie precyzyjnie i wiarygodnie określić, kiedy nasz kraj będzie w stanie je wypełnić. Może w 2013, a może w 2015? A może jeszcze później? Któż to wie.

Mimo że nasz dług publiczny (na razie) nie przekracza wymaganego przez traktat z Maastricht poziomu 60 proc. PKB, choć przecież już ociera się o 55 proc., to w istocie Polska nie spełnia teraz ani jednego z pięciu kryteriów obowiązujących w strefie euro. Albowiem deficyt naszych finansów publicznych – zamiast być poniżej 3 proc. – w 2009 roku wyniósł 7,2 proc., a w tym roku zapewne przebije pułap 8 proc. I właśnie w związku z tym Polska, zamiast znajdować się na drodze do eurolandu, znów zabrnęła w ślepą uliczkę, bo przecież tak właśnie trzeba ocenić ponowne objęcie przez Komisję Europejską naszego państwa procedurą nadmiernego deficytu finansów.

A rachunki, jakie z powodu fatalnego stanu naszych finansów publicznych płacą Polacy – już dziś niemałe, wciąż rosną. To między innymi koszty związane ze słabym złotym – koszty wyższych rat od kredytów walutowych za mieszkania i samochody, ogromne i coraz większe koszty spłacania przez podatników polskiego długu publicznego, wysokie ceny towarów z importu, wzrost cen krajowych produktów wynikający z narastającej niepewności prowadzenia działalności gospodarczej na naszym rynku, a wkrótce (po jakże prawdopodobnym oskubaniu OFE) także niższe świadczenia przyszłych emerytów itd., itd.

I na dodatek – na nasze nieszczęście – nic, ale to nic, nie zapowiada, aby nasi politycy zamierzali ruszyć do Estonii po lekcje dobrego zarządzania państwem. A przecież – jeśli rzeczywiście zależy im na dobru ich wyborców, co nieustannie podkreślają – powinni to uczynić niezwłocznie.

Czego się boi Bronisław Komorowski?

28 cze 2010

Prasa pełna jest wywiadów z marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim. Rozmowy z nim ukazały się w ostatnich dniach między innymi w „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Polsce”, a wczoraj także w tygodnikach „Newsweek”, „Wprost” i „Przegląd”, wcześniej zaś w „Polityce”.

Marszałek Sejmu wykonujący obowiązki głowy państwa opowiada w nich szeroko o osiągnięciach rządu Donalda Tuska oraz o swoich – już jako ewentualnego prezydenta – planach. Zajmuje się reformą służby zdrowia i metamorfozą Jarosława Kaczyńskiego. Docieka, czym różni się Trzecia Rzeczpospolita od czwartej. Zastanawia się, kiedy powinniśmy wejść do strefy euro. Zajmuje się wiarygodnością TVP. Opowiada o swoich przyjaciołach i przeciwnikach politycznych. Itp., itd. I robi to wszędzie, tylko nie na łamach „Rzeczpospolitej”.

Pod wywiadem z nim, opublikowanym w ostatnim weekendowym wydaniu „Gazety Wyborczej”, redakcja umieściła dopisek takiej oto treści: „Jarosław Kaczyński mimo wielokrotnych próśb nie zdecydował się na wywiad dla „Gazety”".

Cóż, moglibyśmy to samo napisać o kandydacie PO na prezydenta. Albowiem Bronisław Komorowski – mimo wielokrotnych, ponawianych co kilka dni próśb – nie zdecydował się na udzielenie wywiadu „Rzeczpospolitej”.

I żeby było jasne: nigdy nie usłyszeliśmy z ust jego współpracowników, że do wywiadu nie dojdzie. Przeciwnie – zazwyczaj zapewniano nas, że decyzja w tej sprawie już zapadła i w dodatku jest to decyzja pozytywna, a na przeszkodzie stoi wyłącznie brak czasu; więc w tym tygodniu jeszcze nie, ale kto wie, może już w następnym? Po czym w kolejny poniedziałek zabawa zaczynała się od nowa.

Nie wiem, dlaczego Bronisław Komorowski unika dziennikarzy „Rzeczpospolitej”, a Jarosław Kaczyński – „Gazety Wyborczej”. Wiem, że to niedobry obyczaj sprowadzający się – w gruncie rzeczy – do unikania czytelników tych gazet. Ale też, niestety, mam świadomość, że nie jest to polska specjalność. Wręcz przeciwnie. Wystarczy przypomnieć legendarną niechęć legendarnego kanclerza Niemiec Helmuta Kohla do tygodnika „Der Spiegel”; przez 16 lat swego urzędowania nie udzielił mu chyba ani jednego wywiadu.

Ale cóż to – u licha – za pocieszenie?

Czy ktoś nas uchroni przed finansowymi tarapatami?

25 cze 2010

Wygląda na to, że ściśnięci między Bronisławem Komorowskim a Jarosławem Kaczyńskim jak raz tkwimy między Scyllą a Charybdą. Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje bowiem na to, że w sumie nieważne, który z kandydatów zostanie prezydentem, bo ekipa Donalda Tuska i tak nie uchroni Polski przed wpadnięciem w finansowe tarapaty.

Gdy w wielu przestraszonych kryzysem państwach Europy – od Hiszpanii po Estonię i od Wielkiej Brytanii po Grecję – by ratować finanse publiczne, na gwałt obniża się lub zamraża pensje pracownikom sfery budżetowej, a gdzieniegdzie także emerytury, i na potęgę tnie pozostałe wydatki publiczne, w Polsce trwa obezwładniający bezruch. I zdumiewające milczenie.

Czy to oznacza, że nasz kraj – z deficytem finansów publicznych ocierającym się o 7 proc. PKB i z pęczniejącym długiem publicznym (na głowę przypada już po około 19 tys. złotych) – jest w lepszej sytuacji od tamtych państw? Skądże znowu! – o czym na razie przypominają nam agencje ratingowe, grożąc pogorszeniem ocen naszej wiarygodności. A o czym możemy się na nasze nieszczęście przekonać na własnej skórze szybciej, niż nam się wydaje. I przekonamy się, jeśli rządzący politycy nadal będą chować głowę w piasek i udawać, że nic złego się nie dzieje. A będą chować?

No właśnie. Czy Donald Tusk zdecyduje się na przykład na szybkie zaaplikowanie Polsce reform, które mogą uchronić przed katastrofą nasze zrujnowane finanse publiczne, jeśli prezydentem zostanie Bronisław Komorowski? Inaczej mówiąc: czy, mając przed sobą zbliżające się wybory samorządowe i parlamentarne, premier zdobędzie się na ten krok w sytuacji, gdy z jednej strony co prawda będzie mógł liczyć na życzliwość głowy państwa pochodzącej z tego samego obozu politycznego, ale z drugiej będzie się musiał liczyć z poważnym ryzykiem sporego wzrostu popularności kierowanego przez Jarosława Kaczyńskiego opozycyjnego PiS?

Biorąc pod uwagę dotychczasowy poziom reformatorskiego zapału Donalda Tuska i jego ekipy, bardzo w to, niestety, wątpię. A jeszcze bardziej wątpię w to, że szef rządu zdecyduje się na taki – naprawdę coraz pilniej potrzebny – reformatorski akt, jeśli prezydentem zostanie Jarosław Kaczyński. Czyli w sytuacji, gdy będzie musiał się liczyć z koniecznością zabiegania o obalanie ewentualnych prezydenckich wet dla swych ustaw, i to mając w perspektywie wspominane wybory samorządowe i parlamentarne.

Wszystko to sprawia, że coraz niżej oceniam szanse Polski na wyjście obronną ręką z hulającego po Europie kryzysu. Ale akurat w tej sprawie bardzo, ale to bardzo chciałbym się mylić. I to w obu przypadkach.

Polska kontra mistrzowie wolnoeuropejki

24 cze 2010

Zarząd Fiata zamierza uruchomić produkcję nowego modelu niezwykle popularnej pandy we Włoszech, a nie w Polsce, gdzie powstaje obecny model. Co oznacza, ni mniej, ni więcej, że za jakiś czas panda w naszym kraju wytwarzana nie będzie.

Zarząd Fiata ma oczywiście pełne prawo podjąć taką decyzję. Ale polski rząd ma nie tyle prawo, ile obowiązek wyrazić z tego samego powodu niezadowolenie. Choćby dlatego, że inwestorzy nie raz i nie dwa domagali się od władz naszego państwa różnego rodzaju ulg, na przykład podatkowych, i często je otrzymywali – kosztem pozostałych podatników.

Satysfakcję z decyzji Fiata zdążyli już we Włoszech wyrazić między innymi: prezydent Senatu Renato Schifani, przewodniczący niższej izby parlamentu Gianfranco Fini oraz minister pracy Maurizio Sacconi. Czy ktoś w tym czasie słyszał, by przedstawiciele polskiego rządu lub parlamentu zasygnalizowali swą dezaprobatę dla tego posunięcia włoskiego koncernu?

Tymczasem zestaw finansowych trików stosowanych przez polityków państw Unii Europejskiej (i nie tylko UE, rzecz jasna) po to, by zatrzymać firmy u siebie albo je do siebie sprowadzić, pęcznieje z każdym rokiem. Nie wspominając o regularnym, publicznym wywieraniu „moralnej presji” na zarządy tych przedsiębiorstw.

To narastające zjawisko coraz bardziej przypomina coś, co można byłoby określić mianem wolnoeuropejki (wzorem zapaśniczej wolnoamerykanki), czyli takiej walki o pozyskiwanie firm – a więc miejsc pracy dla swoich wyborców – w której wszystkie chwyty są dozwolone.

A premier Włoch Silvio Berlusconi i prezydent Francji Nicolas Sarkozy, niewątpliwi mistrzowie tej sztuki walki, mają coraz więcej wdzięcznych naśladowców chyba we wszystkich krajach UE. Dość wspomnieć byłego premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna, który bez skrupułów naciskał na amerykański koncern Kraft Food Cadbury, by ten nie transferował należącej doń fabryki słodyczy z Wysp do Polski.

Na szczęście w tych zmaganiach nikt – nawet ci z pozoru słabsi – nie stoi na z góry straconej pozycji. Pod warunkiem że nie pozostaje bezczynny. Przykładem choćby politycy czescy, którzy tak ostro protestowali przeciw protekcjonistycznym zapędom Nicolasa Sarkozy’ego, że nie udało mu się przenieść produkcji samochodów Peugeot z Czech do Francji.

I na koniec. Owszem, rządzącym wolno nie cieszyć się z takiego rozwoju wypadków, ale nie wolno go ignorować. Albowiem jeśli się to czyni, prędzej czy później jest się samemu ignorowanym – przez coraz bardziej bezceremonialnie zachowujące się koncerny.

Donald Tusk straci alibi?

20 cze 2010

Jeśli potwierdzą się prognozowane wyniki wyborów, to wkrótce – za dwa tygodnie – Donald Tusk nie będzie miał już innego wyjścia, jak tylko przystąpić do realizowania wyborczych obietnic

Znajdzie się bowiem w podobnej sytuacji, w jakiej w 2006 roku znalazł się Jarosław Kaczyński – będzie szefem koalicyjnego rządu, który w Pałacu Prezydenckim ma sprzyjającego mu polityka.

Położenie Tuska będzie przy tym o tyle lepsze, że stoi na czele rządu wyłonionego przez koalicję dwupartyjną (Kaczyński stał na czele gabinetu stworzonego przez koalicję trzech ugrupowań) i cieszy się większą przychylnością mediów. Choć z kolei, dla równowagi, stan gospodarki naszego (i nie tylko naszego) kraju jest teraz znacznie gorszy od tego z lat 2006 – 2007.

A skoro Jarosław Kaczyński w podobnej sytuacji w ciągu 16 miesięcy potrafił (w koalicji z Samoobroną i LPR!) obniżyć podatki, stworzyć CBA, rozwiązać WSI, to chyba można liczyć na to, że i Donald Tusk w ciągu 16 miesięcy, jakie jego rządowi zostały do końca kadencji, zdoła (nawet w koalicji z PSL) wywiązać się chociaż z kilku kluczowych (a nie drugorzędnych) obietnic przedwyborczych Platformy Obywatelskiej.

Konkretnie rzecz ujmując, chyba można mieć nadzieję, że ekipa Tuska do końca tej kadencji np. wprowadzi podatek liniowy (na poziomie, który zapewni neutralny wpływ na budżet), przeforsuje zawetowaną przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego ustawę o obowiązkowej komercjalizacji szpitali, podzieli NFZ na konkurujące ze sobą fundusze i stworzy ramy prawne dla powstawania prywatnych funduszy zdrowotnych. A przede wszystkim zajmie się błyskawicznie naprawą zrujnowanych finansów publicznych, tnąc wydatki na przywileje emerytalne, spowalniając tempo waloryzacji emerytur i rent oraz zamrażając lub obcinając płace pracowników sfery budżetowej.

Inaczej mówiąc, jak się wydaje – parafrazując tytuł z tygodnika „Polityka” z 2007 roku – „teraz to już chyba naprawdę Tusku nie masz wyjścia, i musisz”. Bo w końcu jeżeli nie teraz, to kiedy? I jeżeli nie Donald Tusk, to kto? No, chyba że w tym wszystkim od samego początku nie chodziło o żadne reformowanie Polski, tylko o zdobycie i utrzymanie władzy. Ale w takim razie PSL jako alibi na całe 16 miesięcy może się okazać za słabe, zbyt mało poważne.

Cóż… o tym, czy na zapleczu rządu trwają teraz gorączkowe prace nad nowym alibi czy też – przeciwnie – nad pakietem reform, które zostaną Polsce niezwłocznie zaaplikowane, przekonamy się (jeśli Bronisław Komorowski zostanie prezydentem) już za kilka, a najdalej za kilkanaście miesięcy.

Odwagi, Pani Minister!

14 sty 2010

Z pustego – wiadomo – i minister zdrowia Ewa Kopacz, i szef Narodowego Funduszu Zdrowia Jacek Paszkiewicz nie naleją.

A o ile w dyspozycji NFZ (według planów finansowych publikowanych pod koniec każdego roku) w 2006 r. było 36,3 mld złotych, w 2007 r. – 41,1 mld złotych, w 2008 r. – aż 49,6 mld złotych, zaś w 2009 r. – 53,5 mld złotych, to w 2010 r. będzie to już tylko – według prognoz – 53,2 mld złotych. Czyli tegoroczny budżet NFZ skurczy się w stosunku do ubiegłorocznego.

Jak z tym niepokojącym niedostatkiem pieniędzy zamyśla poradzić sobie zarząd Narodowego Funduszu Zdrowa? Jak zamierza związać koniec z końcem? Odpowiedź na to pytanie ma kluczowe, ba, wręcz gardłowe znaczenie dla nas wszystkich, bo choć końce wiąże NFZ, to przecież chodzi o – jak najbardziej – nasze „końce”: nasze składki i kupowane za nie usługi medyczne, z których to my korzystamy.

Na razie, jak się okazuje, mamy do czynienia z serią podjętych (nadal podejmowanych?) po kryjomu decyzji oszczędnościowych, a gdy którakolwiek z nich wychodzi na jaw (niestandardowa chemioterapia, dializy, mammografia, stomatologia), to najpierw próbuje się nam wmówić, że nie rozumiemy tego, co czytamy w zarządzeniach NFZ, a potem cofa się owe zarządzenia i przywraca dawne procedury, czyli – w istocie – wycofuje z zamierzonych wcześniej oszczędności.

Nazywać taką polityką mało odważną i krótkowzroczną, to być nadzwyczaj wyrozumiałym dla jej twórców. Bo jest to – w gruncie rzeczy – polityka po prostu tchórzliwa i zabójczo oraz samobójczo krótkowzroczna. Pytanie tylko, czy najpierw zabije – w sensie politycznym – jej autorów, czy też – już w sensie całkiem dosłownym – niektórych z dotkniętych przez jej skutki pacjentów. Właśnie z powodu tego wysokiego stopnia śmiercionośności realizowanej obecnie polityki, stanowczo domagam się elementarnej odwagi od ludzi zarządzających polskim systemem ochrony zdrowia.

Szanowna Pani Minister Zdrowia! Szanowny Panie Prezesie NFZ! Odwagi! Proszę, niech Państwo wreszcie wyjawią, na czym zaplanowali Państwo oszczędności w służbie zdrowia, czyli na które terapie, na jakie leki wydamy w tym roku mniej pieniędzy. Bo że oszczędności takie są konieczne – w sytuacji, gdy już teraz wiadomo, że pieniędzy będzie mniej – jest rzeczą oczywistą.

Za mało Buzka w Tusku

18 gru 2009

Każdy rząd – prędzej czy później – traci na popularności. Z gabinetem Donalda Tuska nie mogło być inaczej.

Rządy tym jednak różnią się od siebie, że jedne płacą utratą popularności za determinację w przeprowadzaniu koniecznych, lecz często – przynajmniej na początku – kosztownych społecznie, a więc niepopularnych wśród wyborców reform, inne zaś płacą utratą popularności za niewielerobienie. I to jest właśnie – na nasze nieszczęście – przypadek gabinetu Tuska.

Ekipa Jerzego Buzka doszła do władzy pod hasłem przeprowadzenia czterech wielkich reform (samorządowej, emerytalnej, zdrowotnej, edukacyjnej) i obiecanych zmian dokonała. Natomiast rząd Donalda Tuska zdobył władzę, ślubując przeforsowanie całej serii reform, z czego zrealizował tyle, co kot napłakał.

A przecież, by uprzedzić głosy etatowych obrońców ekipy Tuska, także w rządzie Jerzego Buzka jego główna siła, czyli Akcja Wyborcza Solidarność, miała koalicjanta, który (podobnie jak PSL w rządzie Platformy) odmiennie patrzył na wiele spraw. Ba, premier Buzek – podobnie jak premier Tusk

– również miał za prezydenta polityka z innego obozu politycznego. I ten polityk – Aleksander Kwaśniewski – zawetował kilka kluczowych aktów prawnych przygotowanych przez gabinet Buzka, dość wspomnieć ustawy reprywatyzacyjną i obniżającą podatki.

I na koniec. Rachunek za reformatorską bezczynność rządzących zawsze zapłacić musimy my, podatnicy. W przypadku bezczynności Donalda Tuska i jego ekipy, czyli biorąc pod uwagę spodziewane efekty przyrzeczonych (i nieprzeprowadzonych) zmian, będzie to rachunek niezwykle słony. Aż strach bowiem pomyśleć, ile przyjdzie nam zapłacić za niezreformowane w porę finanse publiczne, za niewprowadzony podatek liniowy, za nienaprawioną służbę zdrowia, za niezreformowany KRUS, za niezredukowane przywileje emerytalne górników, policjantów oraz wojskowych itp., itd.

I kiepska to pociecha, że za te wszystkie utracone korzyści prędzej czy później wyborcy i tak wystawią Donaldowi Tuskowi i jego drużynie polityczny rachunek. A właściwie już zaczynają wystawiać.

Niewolnictwo w wolnej Polsce

16 gru 2009

Ile osób spośród kilkudziesięciu milionów ludzi wykorzystywanych w sposób niewolniczy na świecie pada ofiarą tego przestępczego procederu w Polsce?

Nie wiadomo, ale większość specjalistów twierdzi, że liczba osób wyzyskiwanych w naszym kraju rośnie.

Wystarczy przyjrzeć się danym Państwowej Inspekcji Pracy – w tym roku ujawniono dwa razy więcej cudzoziemców nielegalnie pracujących w naszym kraju, często w warunkach urągających ludzkiej godności – niż w poprzednim. Wśród wyzyskiwanych najwięcej jest obywateli Ukrainy, Tajlandii oraz Filipin.

W zasadzie nie ma miesiąca, by Inspekcja Pracy nie wykrywała kolejnej firmy żerującej na nielegalnych imigrantach. Na ludziach pracujących po kilkanaście godzin na dobę, nierzadko przez siedem dni w tygodniu, bez umów, za skandalicznie niskie wynagrodzenie, bez jakiegokolwiek ubezpieczenia, a bywa, że w warunkach ograniczonej wolności, bo z paszportem zdeponowanym u właściciela firmy. Czyli częstokroć w podobnie koszmarnych warunkach jak Polacy wyzyskiwani kilka lat temu w obozach pracy w południowych Włoszech.

Nie ma jednego sposobu na skuteczną walkę ze współczesnym niewolnictwem. Wiadomo, że wielu wyzyskiwanych mogłoby pracować legalnie, gdyby nie horrendalnie wysokie koszty pracy. A to oznacza, że jedna z dróg do ukrócenia współczesnego niewolnictwa z pewnością wiedzie przez redukowanie rujnującego przedsiębiorców fiskalizmu.

Ale to nie wystarczy. Potrzeba bowiem także służby zaprawionej w zwalczaniu współczesnego niewolnictwa. Tymczasem w Polsce aż do 2007 roku zajmowali się nim pracownicy urzędów wojewódzkich, a od tamtej pory z zadaniem tym zmaga się raptem 150 niemal zupełnie bezbronnych inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, na szczęście od początku 2009 roku wspieranych przez funkcjonariuszy Straży Granicznej.

Czy tak wzmocnionej ekipie uda się nareszcie rozpocząć co najmniej równą walkę z polskim podziemiem żyjącym z eksploatowania współczesnych niewolników?

Kontrakt dla Polski zamiast zmowy kartelowej PO – PiS

29 lis 2009

Polska pilnie potrzebuje kontraktu między głównymi siłami politycznymi. Bez takiego kontraktu między PO i PiS raczej nie uda się wprowadzić rozwiązań, których brak do niedawna skutkował „jedynie” dryfowaniem naszego państwa, ale teraz – w obliczu niebezpieczeństwa krachu polskich finansów publicznych – staje się groźny wręcz dla podstaw jego funkcjonowania.

Obawiam się, że bez szybkiego rozstrzygnięcia, kto w Polsce rządzi: prezydent czy premier, bez osłabienia prezydenckiego weta w przypadku, gdyby ośrodkiem, który miałby zostać wzmocniony, okazał się rząd, nie zdołamy usunąć najgroźniejszych przeszkód, które piętrzą się przed naszym krajem.

Tymczasem zamiast kontraktu politycznego dla Polski mamy faktyczną zmowę kartelową PO i PiS. Politycy obu tych partii (innych oczywiście również) wyjątkowo zgodnie wystrzegają się proponowania reform w kluczowych dla przyszłości Polski, ale niepopularnych wśród ich wyborców, a zatem niewygodnych dla nich, kwestiach.

Jak ognia więc unikają zmian zmierzających do: wydłużenia wieku emerytalnego, zredukowania przywilejów emerytalnych górników, policjantów i wojskowych, rozciągnięcia na rolników obowiązku płacenia podatków osobistych i składek zdrowotnych oraz pełnych składek emerytalnych. Jak zaklęci milczą na temat konieczności czasowego zamrożenia wzrostu płac pracowników budżetówki i obniżenia tempa (lub zamrożenia) waloryzacji emerytur i rent. Bez entuzjazmu wypowiadają się również o gruntownej reformie służby zdrowia.

Sukces Polski w nadchodzących dekadach zależy zatem od tego, czy uda się nam tak zmodyfikować system polityczny, by – nie roniąc nic z istoty demokratycznej konkurencji politycznej – uchronić nasz kraj przed podobnymi, groźnymi dlań zmowami kartelowymi, a także by możliwe było skuteczne przeprowadzanie reform przez zwycięskie siły polityczne.

Rozwiązanie to mogą znaleźć i wprowadzić w życie tylko wspólnie PO i PiS. Wkrótce się przekonamy, czy są do tego zdolne.

Rozpad antykorupcyjnej koalicji PO – PiS

28 lis 2009

Czy Platforma Obywatelska zaczęła – mniej lub bardziej świadomie – zwalczać zwalczanie korupcji w Polsce? W każdym razie usunięcie z posady szefa CBA Mariusza Kamińskiego, a teraz – co ujawnia „Rz” – wyrzucenie projektu restrykcyjnej ustawy antykorupcyjnej autorstwa Julii Pitery rodzą takie podejrzenie.

Tymczasem od czterech lat poziom korupcji w Polsce spada. Tak wynika z badań Transparency International, która co roku mierzy poziom Indeksu Percepcji Korupcji w ponad 100 państwach.

Kiedy w 1996 r. nasz kraj po raz pierwszy sklasyfikowano w tym indeksie, czyli w rankingu najbardziej skorumpowanych państw świata, zdobyliśmy 5,57 punktu (w skali od 10 do 0, w której 10 oznacza brak korupcji, a 0 – jej najwyższy poziom). Od tamtej pory ustawicznie spadaliśmy w tym zestawieniu, aż w 2005 r. osunęliśmy się do poziomu 3,4 punktu. I dopiero w 2006 r., po raz pierwszy w historii, Polska – wówczas pod rządami ekipy Jarosława Kaczyńskiego – uzyskała lepszy wynik niż rok wcześniej, bo 3,7 punktu, a w 2007 r. jeszcze lepszy, bo 4,2 punktu. Także za rządów Donalda Tuska nasz kraj kontynuował proces skutecznej walki z korupcją. W 2008 r. uzyskaliśmy 4,6 punktu, a w niedawno ogłoszonych wynikach za rok 2009 – aż 5.

Wciąż jednak daleko nam do poziomów zajmowanych przez najmniej skorumpowane państwa świata: Nową Zelandię (9,4) czy Danię (9,3).

Cóż, dobrze byłoby nie zaprzepaścić tego wielkiego osiągnięcia koalicji PO – PiS, która co prawda nigdy nie powstała, ale przecież wydała na świat kilka całkiem dorodnych owoców. Dość wspomnieć wspólne obniżenie przez posłów obu partii podatków (czyli wprowadzenie dwustopniowej skali – 18 i 32 proc.) oraz właśnie zaostrzenie walki z korupcją przez powołanie CBA.

Niedawny ostateczny rozpad antykorupcyjnej koalicji PO-PiS, czyli wyrzucenie Mariusza Kamińskiego z CBA, a teraz projektu ustawy antykorupcyjnej Pitery do kosza oraz sposób traktowania przez polityków PO hazardowej komisji śledczej nie wróżą jednak najlepiej walce z korupcją. Niestety, znacznie lepiej wróżą skorumpowanym.