Pierwszego stycznia 2011 roku Estonia zastąpi swą narodową walutę – koronę estońską – unijnym pieniądzem, czyli euro.
Zazdroszczę Estończykom. Nie, nie tego, że za kilka dni ich kraj wejdzie do strefy europejskiej waluty, bo to można zrobić zawsze (zawsze, gdy się jest do tego przygotowanym), a obecny czas na pewno nie sprzyja podobnym eksperymentom. Zazdroszczę Estończykom, że mają odważnych polityków, którzy – nie licząc się z interesem osobistym oraz swoich partii – byli w stanie doprowadzić finanse publiczne ich państwa do takiego stanu, o jakim my, Polacy, możemy jedynie marzyć.
W tym samym czasie, gdy Estonia – po zaordynowaniu sobie drakońskiej kuracji oszczędnościowej i szczęśliwym jej przejściu – wzorowo spełnia komplet kryteriów z Maastricht, rząd Polski nawet nie umie precyzyjnie i wiarygodnie określić, kiedy nasz kraj będzie w stanie je wypełnić. Może w 2013, a może w 2015? A może jeszcze później? Któż to wie.
Mimo że nasz dług publiczny (na razie) nie przekracza wymaganego przez traktat z Maastricht poziomu 60 proc. PKB, choć przecież już ociera się o 55 proc., to w istocie Polska nie spełnia teraz ani jednego z pięciu kryteriów obowiązujących w strefie euro. Albowiem deficyt naszych finansów publicznych – zamiast być poniżej 3 proc. – w 2009 roku wyniósł 7,2 proc., a w tym roku zapewne przebije pułap 8 proc. I właśnie w związku z tym Polska, zamiast znajdować się na drodze do eurolandu, znów zabrnęła w ślepą uliczkę, bo przecież tak właśnie trzeba ocenić ponowne objęcie przez Komisję Europejską naszego państwa procedurą nadmiernego deficytu finansów.
A rachunki, jakie z powodu fatalnego stanu naszych finansów publicznych płacą Polacy – już dziś niemałe, wciąż rosną. To między innymi koszty związane ze słabym złotym – koszty wyższych rat od kredytów walutowych za mieszkania i samochody, ogromne i coraz większe koszty spłacania przez podatników polskiego długu publicznego, wysokie ceny towarów z importu, wzrost cen krajowych produktów wynikający z narastającej niepewności prowadzenia działalności gospodarczej na naszym rynku, a wkrótce (po jakże prawdopodobnym oskubaniu OFE) także niższe świadczenia przyszłych emerytów itd., itd.
I na dodatek – na nasze nieszczęście – nic, ale to nic, nie zapowiada, aby nasi politycy zamierzali ruszyć do Estonii po lekcje dobrego zarządzania państwem. A przecież – jeśli rzeczywiście zależy im na dobru ich wyborców, co nieustannie podkreślają – powinni to uczynić niezwłocznie.




